Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
poniedziałek, 31 października 2016

Mówią, że kultura to nieustanne przenikanie i pożyczanie pomysłów i motywów. W ramach dobrze (tak) pojętej kultury również pożyczam od tego i owego ładne słówka, wesołe pomysły, śmieszne obrazki. Od Marcelego Szpaka od dawna pożyczyłem zwyczaj wrzucania o poranku jakiejś muzyki, dobranej losowo lub całkiem z premedytacją, przy czym o ile Marceli wrzuca to jako "morning kick", o tyle ja preferuję swojski "porannik" (a kolega Brezly w ogóle zapodaje jako "rankokop"); no, dla porządku dodam, że moje poranniki czasem są o mało porannej porze, i nie jest punktem honoru, żeby się pojawiły.

W mijającym miesiącu coś mnie naszło i zacząłem sobie notować, co to właściwie tak puszczam. Trochę żeby samemu móc odgrzebać, trochę żeby mieć przegląd jak bardzo Jutubowi w algorytmie mieszam (zupełnie potem nie wie, jakie gatunki mi proponować). I jak już tak zacząłem notować, to sobie pomyślałem: a czemu właściwie się tym nie podzielić? I tak oto proszę, przed Państwem pierwsza Porannikowa Lista Przebojów, wydanie październik 2016, kolejność lekko przypadkowa.

KOOP (feat.Ane Brun) - Koop Island Blues
Guru (feat.Jamiroquai) - Lost Souls
America - A Horse With No Name
Carl Orff - O Fortuna (Carmina Burana)
Cliff Richard - Girl You'll Be a Woman Soon
Smash Mouth - All Star
Sheryl Crow - Tomorrow Never Dies
Ed Sheeran - I See Fire
Gypsy Hill - Balkan Beast
Royksopp - Running To The Sea
Aqua - Barbie Girl
Dżem - Sen O Victorii
Lao Che - Drogi Panie
The Allman Brothers Band - No One To Run
Fleetwood Mac - Everywhere
Pogodno - Orkiestra
Maryla Rodowicz - Sing Sing
The Beatles - The Long And Winding Road
PMMP - Pikkuveli
Monty Python - Lumberjack
The Stranglers - Golden Brown
Boomtown Rats - I Don't Like Mondays 
North East Ska Jazz Orchestra - Take Five
Smokey Bandits - Smoke From The Attic

Nie zasypuję linkami, kto chce to znajdzie, a czasem są ograniczenia geograficzne. Żeby zaś nie było "na sucho", to może zagramy? Walka z myślami... zagramy październikowo. Golden Brown

Następne wydania nie nastąpią lub nastąpią.

niedziela, 30 października 2016

Kiedy wcześniej wygłosiłem podobną myśl na fejsie, spotkałem się z kontrą: a nie szary? Fakt, szary też się mocno z jesienią kojarzy. Bo to ciężkie szare  chmury. I szary deszcz zachlapujący świat. I szare błoto pod nogami. I szare drzewa pozbawione już liści. I zieleń poszarzała. I nawet mgła jesienią szaro wygląda. Fakt, składa się to na szarobury obraz (czy koty są jesienne?), nawet przecież jest takie słowo jak szaruga (jesienna).

Ale to jednak w listopadzie. W październiku (nie mówiąc o wrześniu) jednak mamy inną kolorystykę (zwłaszcza jeśli słoneczko świeci, jak jeszcze pół godziny temu). W tym roku długo (mimo że podobno wszystko jest wcześniej...) utrzymywały się barwy letnie (nawet jeśli słońca mniej), zwłaszcza kolega Stradovius w swoich licznych podróżach dziwował się, gdzie ta jesień. Ja też się dziwiłem, że zupełnie nie-jesiennie świat wygląda, bo nawet jeśli gdzieniegdzie drzewa zaczynały czerwienieć lub brązowieć, to niknęło to w głębokiej zieleni. Aż wreszcie...

jesień Katowice Kostuchna Murcki

Przyszedł dzień, kiedy coś się zmieniło w wyglądzie świata. Liście na drzewach zaczęły żółknąć. Im więcej drzew wyglądało żółto, żółtobrązowo, pomarańczowo i złociście (proszę mi się tu nie czepiać że się nie znam na nazwach kolorów), tym bardziej chciało się powiedzieć: jesieni, przyszłaś! Nawet jeśli nie trwało to bardzo długo, bo przymrozki i wiatry zrzuciły większość tej żółtości na ziemię.

jesień liście

 

piątek, 28 października 2016

Nie mam tu na blogu tagu "kaczka", choć ilość notek związanych z tym ptakiem (zwłaszcza martwym) w zupełności by go usprawiedliwiała - więc odwołam się do tradycyjnego już tagu "kuchnia", pod którym można to i owo na temat kaczek znaleźć. Otóż odprawiałem dziś/wczoraj po raz kolejny akt pieczenia kaczki, i w ramach eksperymentu kulinarno-inżynieryjnego...

Do przyrządzenia kaczki na marchewce potrzebujemy:
- 1 kaczkę (nie żebym zamierzał komuś bronić więcej, ale trudno mi sobie wyobrazić naczynie i piekarnik, w których jednocześnie będzie się piekło dwie i więcej kaczek, jak ktoś chętny to sobie najwyżej pomnoży inne składniki)
- co najmniej 2 słuszne marchewki (ze 2 cm grubości i kilkanaście cm długości każda, skojarzenia we własnym zakresie)
-  co kto lubi (jak w tym wpisie)

Kaczkę przygotowujemy do pieczenia jak zwykle, bierzemy brytfannę/inne naczynie, układamy na dnie naczynia marchewki (w poprzek) i do tak przygotowanego naczynia wkładamy kaczkę, pieczołowicie układając ją na marchewkach (skojarzenia z blokiem kamiennym transportowanym na plac budowy w Gizie poprzez przesuwanie tegoż bloku po ułożonych w poprzek pniach nawet na miejscu) i pieczemy jak zwykle.

Po zakończeniu pieczenia otrzymujemy upieczoną kaczkę oraz 2 (lub więcej) mięciutkie marchewki, a na dnie zapas płynu (jeśli nie odparował). Różnica względem tradycyjnego przepisu polega na tym, że kaczka nie leży do połowy w płynie przez znaczną część pieczenia...

Jak nie zapomnę, to powiem Wam później jak na tym wyszła kaczka. Marchewki wyszły świetnie.

01:13, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 października 2016

Jak ten czas leci... Od czasu afery Rywina minęło tyle czasu, że mogłaby już być w gimnazjum, mało kto pamięta już dziś gwiazdy komisji śledczej (poza ministrem "pan jest zerem" Ziobro, oczywiście). Zapewne tłucze się ludziom po głowach fraza "lub czasopisma", wykreślona w dziwnych okolicznościach z projektu ustawy - ale kto, co, jak i kiedy, to już bez Gugla i Wikipedii niekoniecznie.

Wzdycham tak nad przemijaniem, bo i ta notka mocno jest przemijaniem dotknięta. O temacie przypomniała mi mimowolnie Berberys (czemuś, kobieto, zarzuciła blogowanie), i kiedy sobie pogrzebałem w pamięci (dysku), to uświadomiłem sobie, że temat leży od ponad czterech lat (można nawet powiedzieć, że mi przeszło). Fakt, że analiza tematu nie była sympatyczna, nie zachęcał do powracania.

A rzecz była sobie taka: z pięć lat temu minister zdrowia zmienił rozporządzenie o badaniach kierowców (każdy kto ma prawo jazdy, jakieś takie badania przechodził, możliwe że na podstawie tego rozporządzenia). W efekcie tej zmiany rozpleniła się interpretacja, w myśl której każdy pracownik, który dostaje delegację na podróż służbową, podczas której prowadzi samochód, powinien uprzednio (przed tą podróżą) przejść w ramach badań profilaktycznych dodatkowe badanie okulistyczne jak dla kierowców zawodowych (widzenie zmierzchowe, zjawisko olśnienia). Zostałem poproszony o przeanalizowanie tematu, i po długich godzinach spędzonych nad kilkoma ustawami, kilkoma rozporządzeniami i paroma dyrektywami unijnymi wyprodukowałem opinię (w którą szczerze wierzyłem, nie ukrywam), że wiadomości o konieczności takich badań są cokolwiek przesadzone, bo całość regulacji była podłej jakości, bez sensownego uzasadnienia i dalece wykraczająca poza dyrektywy unijne, które rzekomo miała wdrażać (te wymagały badań dla osób które na co dzień stale prowadziły samochody przy wykonywaniu pracy zawodowej, a nie okazjonalnie)... 

Nie śledziłem, jakie były dalsze losy zagadnienia (nawet nie sprawdzałem przed napisaniem tej notki jak dokładnie dziś wyglądają te same przepisy). Pamiętam jednak swoje głębokie zdziwienie dlaczego te przepisy zostały tak właśnie napisane (i tak były interpretowane) - i choć nie jestem zbytnim zwolennikiem zbytnim zwolennikiem teorii spiskowych, to nie mogłem się oprzeć przekonaniu, że jedynym racjonalnym wyjaśnieniem jest popełnienie tych przepisów w interesie okulistów. Ale może to przypadek, oczywiście...

wtorek, 25 października 2016

Zima. Człowiek wychodzi przed dom z zamiarem wsiadania do samochodu i z niechęcią spogląda na to co się nagromadziło na powierzchniach płaskich. Potem wyciąga miotełkę i pracowicie odgarnia śnieg z szyb, maski i dachu - pomny, że to czego nie odgarnie, będzie zwiewane pędem powietrza. Owszem, jest wielu takich, którzy ograniczają się do uruchomienia wycieraczek "bo widać do przodu" i jeżdżą z pokrywą tu i ówdzie (oraz charakterystycznym wzorem na przedniej szybie), częstując innych wokoło śnieżnym podmuchem w najmniej spodziewanym momencie.

Być może się zastanawiacie, skąd mi się takie zimowe klimaty wzięły, albo w jaką śnieżną okolicę mnie wywiało (za oknem wszak złoty polski wtorek). No... śniegu faktycznie od dawna nie widziałem (październikowa chwila chłodów aż tak daleko nie sięgnęła), dziś jedynie uparta mgła mi w jeździe przeszkadzała osiadając na szybach. Zobaczyłem jednak coś, co mną wstrząsnęło. Na poboczu stał zaparkowany samochód, który miał na przedniej szybie charakterystyczny wzór powstający wskutek odgarniania jedynie wycieraczkami. Cały był obsypany liśćmi, i nie, nie stał pod drzewem...

Co sobie o kierowcy pomyślałem, to sobie pomyślałem. Sam natomiast dwie godziny później, po trzech kwadransach parkowania pod drzewem, wyciągnąłem miotełkę i...

jesień liście

..jak w zimie.

niedziela, 16 października 2016

Czternaście wilków. Czyli tyle, ilu było uczestników wyprawy Thorina pod Samotną Górę (choć więcej niż członków drużyny Pierścienia). Dużo? Nie wydaje się. A tyle właśnie wypuszczono tych sympatycznych zwierząt w Yellowstone, żeby żyły i rozmnażały się (o czynieniu sobie tej ziemi poddaną mowy nie było).

Wilki zaczęły polować na wszechobecne jelenie. Jelenie szybko nauczyły się, że park przestał być bezpieczną przystanią, i zaczęły się trzymać bezpiecznych miejsc, zamiast obżerać całą zieleń w dolinach rzek. Kiedy jelenie się wycofały, zieleń zaczęła odrastać, a wśród tej zieleni pojawiły się ptaki, bobry, wydry, ryby i liczna inna zwierzyna. Pojawiło się też więcej niedźwiedzi, skoro przybyło jagód.

Wilki przegoniły kojoty. Gdy kojotów było mniej, pojawiły się króliki i myszy, a w ślad za nimi przyszły ptaki drapieżne, łasice, lisy (jak w Puchatku...) czy borsuki.

A kiedy z dolin znikły trawożerne i na zboczach i brzegach wyrósł las, nawet rzeki się ustabilizowały. 

Czternaście wilków (dziś już o wiele więcej, oczywiście) spowodowało tę rewolucję w raptem 20 lat. A o tym wszystkim w tym krótkim filmie.

13:51, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (5) »
sobota, 15 października 2016

Taaak. Wszyscy wiedzą: Clapton jest bogiem i tak dalej. A zwróciło kiedyś Waszą uwagę, jak bardzo Claptonowska wersja akustyczna różni się od pierwotnej (miałem nawet kiedyś napisać o tym notkę, może jeszcze nic straconego)? Mnie zaciekawiło na tyle, że zapragnąłem sprawdzić kto dokładnie się krył - oprócz Claptona - za oficjalnie podpisaną pod Laylą formacją Derek&Dominos. I tak oto trafiłem na to nazwisko...

Duane Allman nie jest dziś tak znany jak Clapton ani jak wielu wykonawców tamtej epoki. Zasadniczą przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że jego kariera trwała krótko, nie dożył nawet "kultowych" 27 lat (choć odszedł w tym samym roku co Morrison). Zginął w wypadku motocyklowym mając 24 lata, dobrze że wcześniej zdążył spiknąć się z Claptonem i - jak mówią - napisać i zagrać ten przecudowny riff z Layli

Duane (lepiej po imieniu niż nazwisku, żeby od brata odróżnić, można jeszcze używać zwiska Skydog) koncertował i nagrywał z wieloma wykonawcami, ale jego "macierzysta" formacja to założony wspólnie z bratem The Allman Brothers Band. Dla mnie akurat ten zespół to jedno z prywatnych odkryć roku, więc dzielę się, bo pewnie wielu jest takich jak ja, którzy dotąd nie wiedzieli. Nie mam na razie ulubionego utworu, ale na zachętę Statesboro Blues

Tagi: muzyka
09:17, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 października 2016

Jesień zaczyna gryźć coraz bardziej, dni coraz krótsze, wieczory coraz chłodniejsze... Tęsknota za ciepłymi dniami i krajami coraz silniejsza, zwłaszcza jak Italia by Natalia podrzuca co rano na fejsie irytująco urocze obrazki z Włoch. W takich chwilach otwiera się albumy i foldery ze zdjęciami...

Kiedy byłem w Ventimiglii, notowałem na bieżąco drobne uwagi, dzięki czemu miałem potem praktycznie gotową notkę. Co innego jednak drobne zapiski, a co innego przegląd dziesiątek zdjęć z każdego miejsca i mozolne wybieranie między nimi - dlatego wtedy obrazki lądowały w osobnych, często odległych notkach. Tu - jak widać - przerwa była szczególnie długa, ale za to mamy trochę ciepłych obrazków w czas chłodny (może nie będzie takich protestów jak wtedy, bo jednak jeszcze nie zima).

Więc, jak już było wspominane, Ventimiglia "leży na riwierzy", czyli między górami...
Ventimiglia Vintimille Włochy Italia rzeka fiume Roia
...a morzem.
Ventimiglia Vintimille Włochy Italia morze mare

Góry z morzem łączy rzeka, która zarazem dzieli miejscowość na część starą i nową. Wspominałem już, że nowa taka bardzo zwyczajna, a stara pełna średniowiecznego uroku, składająca się głównie z uliczek i zaułków.

Ventimiglia Vintimille Włochy Italia starówka zaułek

Ventimiglia Vintimille Włochy Italia starówka zaułek

Nad starymi domami dumnie góruje wieża...
Ventimiglia Vintimille Włochy Italia wieża kościelna chiesa 

A kotu to i tak wszystko jedno.

Ventimiglia Vintimille Włochy Italia kot

Lata, lata, lata dajcie...

czwartek, 13 października 2016

Fragment z jednej z moich ukochanych książek:

"Niektóre z jej dziewcząt są już prawie nieaktywne ze względu na wiek i chorobę, ale Dora nigdy ich nie usuwa, mimo że, jak powiada, niektóre z nich nie mają nawet trzech klientów na miesiąc, ale muszą jeść trzy razy dziennie"
/w przekładzie Adama Kaski/

Jakoś mi się przypomniał kiedy czytałem wyimki z tekstu Wyborczej o tropieniu pedofilii w polskim Kościele Katolickim, a w szczególności postawione w nim pytanie (przeredagowane lekko, ale z wiernym zachowaniem sensu):

"Dlaczego kuria nie przeciwdziała temu, że ksiądz K. molestuje chłopców spotkanych na ulicy, gdy mieszka w domu dla księży emerytów w W.?"

No i teraz się zastanawiam jak. Pulitzera dla polskiego Spotlight za to nie będzie. Analogii do Steinbecka też nie ma.

środa, 12 października 2016

Kiedy dziś rano wyjeżdżałem z podwórka, musiałem się zatrzymać. Drogę zagradzała mi cofająca wąską uliczką osiedlową ciężarówka z wielkim logo hipermarketu, nie było ani sensu, ani szans prześliznąć się obok niej - żeby wydostać się z osiedla, i tak musiałem wolno jechać za nią. Najwyraźniej przywiozła komuś zakupy (nie był to hipermarket meblowy, budowlany czy inny sprzętowy), jej obecność szczególnie mnie nie dziwiła, bo widywałem ją wcześniej, choć pierwszy raz tak się zgraliśmy w czasie.

Przyglądałem się jej kiedy defilowała mi przed maską. Na drzwiach wypatrzyłem napis "nie wozimy gotówki", ewidentna zniechęta dla potencjalnych bandytów, zapewne - nie korzystałem nigdy z opcji zakupów z dowozem do domu (choć kojarzę parę osób, które...) - płaci się z góry po złożeniu zamówienia. 

Zastanowił mnie jej rozmiar. Była podobnej wielkości co kiedyś ciężarówki Family Frost i niewiele mniejsza od tych ze sklepów meblowych. Zacząłem się zastanawiać, czy jest takim obwoźnym magazynem, który ma jakiś zapas towarów stale na pokładzie, czy też zabiera tylko to, co ostatnio zamówiono - a jeśli tak, to ile zamówień zbiera na raz, czy też jeździ z każdym osobno. Pomyślało mi się, że to straszne marnotrawstwo byłoby, gdyby taki duży samochód puszczać z każdą przysłowiową suszoną śliwką (wiem, to nie przysłowie, tylko skecz Tey'a) - czemu nie używać do tego osobówek, szrotwageników jak w pizzeriach? Więc może jednak zbiera większe zamówienia, a w budzie ma odpowiednie lodówki i inne profesjonalne urządzenia do utrzymania zamówienia w stanie bezpiecznym? 

Na szczęście wyjazd z osiedla nie trwał bardzo długo i mogłem skupić się na drodze.

Tagi: sklep
18:48, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2