Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
środa, 16 stycznia 2019

Żartować generalnie można sobie z wszystkiego, chyba że dotrze się do granicy tabu - wtedy ktoś zacznie się zastanawiać jak silne jest tabu, pewnie będzie skandal, zwykle granica się wtedy lekko przesuwa, albo tylko w umysłach ludzkich zaszczepia się myśl o możliwości przesunięcia granicy. 

Z drugiej strony żarty potrafią się na swój sposób dezaktualizować - jedne dlatego że nikt nie pamięta tła i trudno zrozumieć dlaczego coś miało śmieszyć (a żart wymagający tłumaczenia...), inne dlatego, że o ile kiedyś żartowanie z czegoś było uważane za normalne, o tyle zmiana zwyczajów czy też standardów spowodowała, że żartowanie stało się niewłaściwe (można powiedzieć że granica tabu przesunęła się w drugą stronę).

Oglądam od paru tygodni co wieczór (po odcinku, żeby nie przedawkować) swój od lat serial komediowy, kręcony w latach 80-tych jeszcze. Od czasu do czasu przelatuje mi przez głowę myśl: ciekawe jak oceniłby go całkiem współczesny widz, zwłaszcza przyzwyczajony do współczesnych standardów. Czy kupiłby konwencję slapstickowej farsy, w której możliwe jest prawie wszystko i z wszystkiego w zasadzie można się śmiać? Czy też z niezadowoleniem kręciłby nosem wytykając prymitywne wykorzystywanie stereotypów, nieustające żarty o podtekście seksualnym, z kobiet, z mężczyzn, z homoseksualistów, z queer i trans (przebieranki)...

Rozmyślam tak sobie, a potem - nie ukrywam - niemal literalnie płaczę ze śmiechu (nie, nie będzie zdjęć). Z tego wszystkiego co opisałem. Jeremy Lloyd i David Croft napisali i zrealizowali to bowiem tak wspaniale, że po prostu nie umiem się z tego nie śmiać - i zamierzam oglądać Allo, allo do samego końca (czyli dopóki mi płyty nie padną).

wtorek, 08 stycznia 2019

Nie bez zaskoczenia odnotowałem wczoraj pojawienie się w dyskusji (ponowne) tzw. zamku w Stobnicy, czyli 15-piętrowego budynku stylizowanego na średniowieczny zamek, wznoszonego na sztucznym stawie na skraju Puszczy Noteckiej.

Wokół tej budowy narosło wiele mitów, których wyjaśnianie nie jest celem tej notki - dla zainteresowanych powiem tylko, że miejsce budowy znajduje się na skraju Puszczy i obszaru ochrony ptaków w ramach sieci Natura 2000, kilometr dalej psa z kulawą nogą już by nie obchodziło, w jaki sposób taka sama inwestycja wpłynie na krajobraz ani na warunki bytowania ptaków chronionych (a z racji położenia w granicach Natura 2000 wymagane było przeprowadzenie specjalistycznych analiz). 

Zastanawiam się natomiast, co jest tak emocjonującego w formie tego budynku. Byłbym w stanie zrozumieć zaniepokojenie, gdyby miał mieć formę piramidy, pagody, Centrum Pompidou czy choćby banalnego wieżowca, nijak niepasującego do krajobrazu wiejsko-leśnego. Zamki (czy pałace) stały się jednak na swój sposób częścią krajobrazu od czasów średniowiecznych. Że nie będzie autentyczny? To przecież nie pretenduje do rangi zabytku (dzieła sztuki współczesnej, już być może).

A może problemem jest rozmiar? W najwyższym punkcie zamek ma nie osiągać 50 metrów, wiele bloków mieszkalnych jest wyższych, nie mówiąc o różnych biurowcach i hotelach. Że w miastach? A kto powiedział, że w miastach wolno, a poza miastami nie? Owszem, są plany zagospodarowania przestrzennego, akurat plan zagospodarowania tej konkretnej gminy pozwala na postawienie w tym miejscu budynku o wysokości 50 metrów. 

Do sedna przejdę. Temat wyskoczył mi, bo ktoś puścił w obieg tweeta redaktor Aleksandry J. (skazanej między innymi za aferę Rywina), który brzmiał: "Wielka przegrana państwa i mediów". W jaki sposób budowa tego zamku jest przegraną państwa, jeżeli przy realizacji inwestycji przestrzegano wszystkich przepisów (czy gdzieś nie ma jakiegoś mniejszego lub większego uchybienia, nie wiem, ale inwestor wiele lat wszystko przygotowywał, z tego co czytałem)? Czy państwo zakazuje budowy zamków ogólnie (nie o ile mi wiadomo)? Czy państwo powinno arbitralnie decydować co wolno, a co nie, inaczej niż stanowiąc prawo i je stosując w sposób przyjęty w demokratycznym państwie prawnym (mówimy państwo, myślimy władza)?

I teraz zostaje nam druga część rzeczonego tweeta: co do budowy zamków mają media? Oczywiście, media pełnią funkcję kontrolną, ale czy to znaczy, że rolą mediów jest ocena, co wolno robić? Zwłaszcza przenosząc to z poziomu oceny na poziom decydowania? Bo z tego tweeta bije przekonanie, że skoro media zajęły się tematem i uznały budowę za skandaliczną, to znaczy, że należało ją przerwać z uwagi na stanowisko "mediów", jako samozwańczego przedstawiciela opinii publicznej. 

Powstaje zatem pytanie: czy wolno w Polsce budować zamki, jeśli nie to dlaczego, względnie kto o tym decyduje? Słowo "zamki" można zastąpić oczywiście jakimkolwiek innym, "budować" zresztą też.

wtorek, 01 stycznia 2019

Nie słucham dziś Trójkowego Topu. Nie słucham, bo równie dobrze można spędzić 12h z Youtube, puszczając sobie co lepsze kawałki, choćby i z plejlisty Topu, a ze "sportowego" punktu widzenia szanse na jakieś zaskoczenia są niewielkie; bardziej jest to potencjalnie zabawa dla miłośników hazardu, w obstawianie które dokładnie miejsce zajmie jakaś piosenka, z Top10 jak i zwłaszcza spoza. W sumie gdyby nie znajomi na Twitterze, to może bym nawet całkiem zapomniał...

Ale skoro już mi przypomniano, to zabrałem się za pracowite odsłuchiwanie dwóch piosenek, z których jedna w Topie będzie wysoko, a druga może wcale (nawet nie głosowałem, więc nie wiem czy była na liście kandydatów), przy czym pierwsza jest czasem nazywana niemal kopią drugiej. Wsłuchuję się więc i porównuję...

Od razu powiem: nie badam każdej nutki, nie będę też udawał muzykologa. Podobieństwo fragmentów jest bardzo wyraźne, ale czasem od podobieństw ważniejsze są różnice. Obie piosenki zasadniczo są oparte na klasycznym schemacie zwrotka/zwrotka/interludium/zwrotka, w obu mamy wiodącego gitarzystę/wokalistę z towarzyszeniem klawiszy/syntezatorów. O ile jednak gitara Snowy White'a brzmi bez zarzutu, to towarzyszące jej klawisze są bardzo... zwyczajne, równie dobrze mogłyby się znaleźć na przeciętnym albumie popowym. Co gorsza, interludium z solówką gitarową powoduje rozjechanie się klimatu w drugiej części utworu, nie pomaga też finałowe pójście w full rock solówkę. Knopfler zaś nie dość że ma do dyspozycji o klasę lepsze brzmienie klawiszy, to perfekcyjnie kontroluje harmonię pomiędzy instrumentami, przez co możemy się w utworze zanurzyć. Do tego dochodzi jeszcze różnica tekstów - u Snowy White'a to banalne westchnienie liryczne, u Knopflera bardziej wyrafinowany song antywojenny...

Każdemu zostawiam do decyzji, co woli: Bird of Paradise Snowy White'a czy Brothers in Arms Dire Straits. 

niedziela, 30 grudnia 2018

Miałem to napisać w Święta, ale trochę mi się nie chciało :) 

Święta Bożego Narodzenia to festiwal tradycji, robienia rzeczy które robi się raz do roku (i na ten jeden raz w roku czeka), teoretycznie tak jak matki i praojce robiły. A jednocześnie mało kto zauważa, że tradycja sama w sobie też podlega nieustannym zmianom.

Weźmy na przykład sztandarowego wigilijnego karpia, tak mocno wbitego w świadomość. Kiedy jednak zajrzymy do międzywojennych opisów wigilijnego menu, wcale takiej pozycji nie znajdziemy - będzie na pewno jakaś ryba, ale jaka, to już była kwestia bardziej indywidualna (niektórzy uważają do dziś że nie ma Wigilii bez śledzia). Karp zaś ugruntował się (pun not intended), bo w sklepach PRL zwyczajnie nie było innych ryb w odpowiedniej ilości, a władze dbały, żeby przynajmniej ten jednej (łatwej w produkcji) nie brakowało. 

Osobną kwestią jest mieszanie się tradycji. Dopóki bowiem wszyscy trzymają się swoich osad, to tradycje wszyscy mają takie same, ale co jeśli skojarzy się związek wigilijnej grzybowej z wigilijnym barszczem? No nie da rady, na coś się trzeba zdecydować, albo jedno zarzuci część swojej tradycji, albo oboje przyjmą nową...

No i wreszcie ewolucja tradycji pod wpływem najrozmaitszych czynników (np. coś nie było dostępne, albo pojawił się lepszy zamiennik, albo...). Tu docieramy do mojej najbardziej ukochanej tradycji wigilijnej, ujawniającej zresztą częściowo rodzinne korzenie, czyli opisywanych choćby tutaj ciasteczek zwanych śleżykami. Sam robię mniej więcej półkruche (w tym roku ostatecznie z 3 kg mąki...), mama - bardziej kruche, nie pamiętam kto z nas robi bardziej takie jak babcia. Kiedy jednak pogrzebałem w przepisach, stwierdziłem nie bez zaskoczenia, że znacznie bardziej rozpowszechnione są wersje drożdżowe, a historycznie wywodzą się one z przaśnych łamańców. Fakt, że kiedy byłem dzieckiem, to ich nieodłączną parą na Wigilię było mleczko makowe, ale tego elementu tradycji akurat pozbyłem się bez żalu. Może dlatego, że mak (i cukier) jest już w samych ciasteczkach, a może dlatego że mak, mleko i miód z bakaliami jest w tradycyjnych (acz w tradycji przejętej, a nie domowej) makówkach...

Wesołego po Świętach i na wszelki wypadek Szczęśliwego Nowego Roku! (jakby co to po raz pierwszy)

sobota, 22 grudnia 2018

Taką mamy burzliwą rzeczywistość, że wiecznie się ktoś o coś oburza. W tym tygodniu najbardziej zapadła mi w pamięć burza wokół urzędniczo-sędziowskiej samowoli w kontekście blokowania kont podatników. Sam nie jestem pewien czy bardziej złorzeczono urzędnikom skarbowym (zawsze się nawiną), czy sędziom (wiecie: kasta i te sprawy), padały słowa o konstytucji i brzydsze. A ponieważ nie każdy musi się wyznawać na niuansach (z dużą częścią prawników włącznie), to postanowiłem coś sobie o tym skrobnąć.

Zacznijmy więc od tego, że administracja skarbowa ma od kilku miesięcy system o złowrogo brzmiącej nazwie STIR (co rozwija się banalnie jako System Teleinformatyczny Izby Rozliczeniowej), do którego codziennie trafiają informacje o rachunkach wszystkich firm działających w Polsce (tak dla uproszczenia) i o wszystkich operacjach na tych rachunkach (jeśli chcieliście zakrzyknąć "permanentna inwigilacja!" to jest to całkiem niezły moment). Wszystkie te dane system analizuje szukając w operacjach bankowych, czy ktoś nie próbuje zorganizować jakiegoś wyłudzenia podatku - jakiejś karuzeli VAT czy co tam ostatnio jest modne.

Wyobraźmy sobie teraz, że system STIR zasygnalizował coś podejrzanego. W takiej sytuacji upoważniony urzędnik skarbowy (formalnie sam szef, w praktyce pracownik z odpowiednim upoważnieniem) analizuje posiadane dane czy ktoś nie organizuje wyłudzenia podatku. Jeśli dojdzie do wniosku, że faktycznie istnieje takie podejrzenie, to zadaje sobie kolejne pytanie - czy dla powstrzymania takiego wyłudzenia trzeba zablokować konto podejrzanej firmy (lub firm)? Jeżeli i ta odpowiedź jest twierdząca, wydaje postanowienie o zablokowaniu konta i przekazuje je bankowi. Aha - taka blokada może trwać 72 godziny...

Powiecie: i takie larum o 72 godziny? (bo oczywiście litania obejmowała "firmy padną od kont odcięte") Powiedzmy więc od razu dalej, że taka blokada może być oczywiście przedłużona, jeżeli przed upływem tych 72 godzin do banku wpłynie kolejne postanowienie - tym razem o przedłużeniu blokady nie dłużej niż na 3 miesiące. Tym razem jednak urzędnik skarbowy musi już mieć "uzasadnioną obawę" że firma spróbuje uciec z zapłatą podatku na kwotę co najmniej 10 tysięcy euro (nie wystarczy ta ogólna "możliwość wyłudzenia podatku"), i tę obawę opisać w postanowieniu. Aha - od obu postanowień przysługuje odwołanie, a potem skarga do sądu administracyjnego, i to w przyspieszonej ścieżce...

Zapewne i tak ktoś powie: ale co to za porządki żeby konta blokować, jak firma potrzebuje żyć! Otóż wbrew pozorom taka blokada (nawet trzymiesięczna) nie musi być przesadnie uciążliwa. Można bowiem złożyć wniosek o zgodę na zapłatę z zablokowanego konta pensji wraz ze składkami i zaliczkami na podatek od nich, lub - jeśli akurat taka jest potrzeba - podatku lub cła. Gwarancji otrzymania zgody nie ma, ale teoretycznie możliwości większe niż blokadzie konta w postępowaniu egzekucyjnym, a już na pewno jeszcze większe niż gdyby konto zostało zablokowane w związku z podejrzeniem przestępstwa. Ale, ale - czy wiedzieliście, że na 72 godziny to sam bank może zablokować konto jak będzie mieć uzasadnione podejrzenie że pieniądze na koncie mają związek z przestępstwem? A prokurator na podstawie "uzasadnionego podejrzenia" może konto zablokować na pół roku? 

Wróćmy teraz do naszego oburzenia. Jakaś firma, którą spotkała nieprzyjemność blokady, odwołała się do sądu* i twierdziła, że urzędnicy skarbowi powinni mieć dowody w postaci dokumentów lub świadków. Powyżej wspominaliśmy, że niezbędna jest "uzasadniona obawa" (wykazywalna jakimikolwiek dowodami), a nie twarde dowody jak w akcie oskarżenia (taka jest istota środków zabezpieczających, że uruchamia się je na podstawie podejrzeń, czy to w postępowaniu karnym, cywilnym czy podatkowym). Cóż, nikogo nie dziwi że prawnicy próbują przeforsować interes klienta na "kruczkach" proceduralnych.

A czy to narzędzie STIR stanowi zagrożenie dla "przysłowiowego" uczciwego podatnika? Spośród milionów kont polskich firm, urzędnicy skarbowi blokują... jedno na tydzień.

PS Dla ciekawych polecam: art. 119zv do 119zzc ordynacji podatkowej. Choć nie jest to porywająca lektura.

*PPS Jak się pisze po nocy i długo, to potem się nie zauważy zgubienia ważnej informacji - sąd potwierdził, że nie są potrzebne twarde dowody na konieczność blokady, co właśnie było źródłem oburzenia...

wtorek, 18 grudnia 2018

W kategoriach internetowych ten blog jest już strasznie stary. Istnieje ponad 10 lat, został założony w czasach, kiedy blogi były popularne (poprzednia dekada), zanim zostały wyparte przez media społecznościowe. I choć pisze się rzadziej, to jednak przez te lata uzbierało się ponad 1800 wpisów (a gdybym nie zrobił w pewnej chwili wydzielenia części wpisów na blog tematyczny, to byłoby spokojnie ze 2 tysiące).

Zapiski.. są z definicji kiepsko uczesane, pojawić tu się może niemal każdy temat. Jeszcze w czasach "świetności" zdążyły też zyskać reputację bloga, na którym zdążyłem napisać o prawie wszystkim - a jeśli nie zdążyłem, to na pewno mam to w planie. Nawet zdążył wejść w użycie (pożyczony) hasztag #mamotymnotke...

Od jakiegoś czasu jestem aktywny na Twitterze i zazwyczaj jak coś tu napiszę, to tam wrzucam. Nie mam też (jak zwykle zresztą) przed przypominaniem starych notek, jeśli mi do czegoś pasują, i zacząłem używać wyżej wymienionego hasztaga (gdzież lepiej się używa hasztagów, niż na Twitterze). W efekcie dziś (w międzyczasie zrobiło się wczoraj) jeden ze znajomych wspomniał sobie pewnego mema i stwierdził, że pewnie mam o nim notkę...

Nie wypada więc, żebym jej nie miał. A oto i ten mem:

food bang hot vegan chick meme

niedziela, 16 grudnia 2018

Jak co roku w grudniu przychodzi pora, kiedy człowiek rzuca wszystko, biega po sklepach z listą, a potem stawia to wszystko na blacie wzdychając ciężko: "trzeba to przerobić..." I właśnie tak od wczoraj marudzę sobie pod nosem na ten temat, skupiając się na problemie ilości.

Problem ilości polega na tym, czy ciasto zagniatać jednorazowo z kilograma mąki, czy jednak z pół kilograma. Każde rozwiązanie ma swoje dobre i złe strony. Przy zagniataniu kilograma na raz potrzeba odpowiednio więcej miejsca na stolnicy (i większe mogą być ubytki), ręce bardziej cierpią w walce z materią, i większe jest ryzyko niedokładnego zagniecenia, pozostawienia jakiegoś kawałka tłuszczu. Z kolei przy zagniataniu po pół kilo na raz z jednej strony trudniej czasem utrafić dokładnie w proporcje wypracowane dla całego kilograma, i pojawia się deja vu, że ledwo się zagniotło, a już trzeba od nowa, i najpierw by trzeba nieco wyczyścić...

Dodajmy dla pełnego obrazu, że rozsądne minimum przedświąteczne wymaga przygotowania ciasta z dwóch kilogramów mąki (bo inaczej nie wystarczy do Nowego Roku...), a zagniecenie jest najmniej czasochłonną częścią procesu produkcji... W tym roku dwa razy zagniatałem po 1 kg, na razie przynajmniej.

PS Skoro już marudzę to przynajmniej sobie proporcje zapiszę:
1000 g mąki
250 g margaryny
1 szklanka cukru
3/4 szklanki maku
2 jajka
150 g jogurtu
1-2 filmy na czas przerabiania ciasta na ciasteczka

piątek, 14 grudnia 2018

Gdybym mieszkał w Warszawie, być może był rozsierdzony, oburzony, a nawet rozczarowany - gdybym posiadał nieruchomość w użytkowaniu wieczystym (ale nie mieszkam ani nie posiadam). Jeśli nie mieszkacie w Warszawie, mogliście nawet nie zauważyć tego problemu...

O co chodzi? Jeśli jesteście użytkownikami wieczystymi, to może zauważyliście, że już za parę tygodni Wasze użytkowanie wieczyste gruntu, na którym stoi dom lub blok, zniknie;  nie, to nie rabunek, a wręcz przeciwnie. Jeśli nie jesteście użytkownikami wieczystymi, to być może zrobiliście głupią minę - użytkowanie wieczyste to taki szczególny rodzaj prawa do gruntu (państwowego lub komunalnego), które traktuje się prawie jak własność (można sprzedać, można wziąć pod nie kredyt hipoteczny), za co płaci się państwu/gminie 1% wartości gruntu rocznie. Od lat były przymiarki, żeby tę instytucję zlikwidować (nie licząc zachęt do dobrowolnego wykupywania tego gruntu przez użytkownika wieczystego), najnowsza ustawa powoduje, że użytkownik wieczysty gruntu pod domem mieszkalnym automatycznie stanie się jego właścicielem. Pewnie zapytacie, czy za darmo...

Otóż nie za darmo. Co do zasady każdy użytkownik wieczysty będzie musiał przez 20 lat płacić opłatę za przekształcenie, wynoszącą 1% wartości gruntu (czyli zasadniczo tyle samo ile płacił do tej pory) - czyli de facto kupuje grunt za 20% jego wartości. Ustawa pozwala jednak zaoszczędzić trochę, jeżeli ktoś postanowi zapłacić całość jednorazowo - np. za grunt państwowy dostanie się bonifikatę 60% (z tych 20%, żebyśmy się w procentach nie pogubili), jeśli wpłaci się całość w przyszłym roku (później to co roku maleje). Ile wyniesie ewentualna bonifikata w gminie, to już akurat sprawa gminy...

I tu docieramy do istoty problemu. W Warszawie przed wyborami radni uchwalili - zgodnie rządzący i opozycja - że bonifikata wyniesie aż 98%, a w niektórych przypadkach nawet 99%. W tym tygodniu natomiast radni postanowili tę uchwałę zmienić w trosce o budżet miasta, i zmniejszyli wysokość bonifikaty do maksymalnie 60% - co spowodowało oskarżenia o oszustwa wyborcze i tak w ogóle. 

Czy to oburzenie jest słuszne? Patrząc w kategoriach "obiecali/oszukali", niewątpliwie tak. Patrząc natomiast z punktu widzenia cyferek - warszawski użytkownik wieczysty, który będzie chciał zaoszczędzić jak najwięcej, będzie musiał w przyszłym roku zapłacić miastu te 20% wartości gruntu pomniejszone o bonifikatę, czyli kupi "swój" grunt za OSIEM PROCENT jego wartości. Gdyby natomiast obowiązywała uchwała sprzed wyborów, to kupiłby go za CZTERY DZIESIĄTE PROCENTA wartości. 

Powiecie: czy to tak naprawdę dużo? Nie znam wycen gruntów warszawskich, więc się nie wypowiem (pomijam ten drobiazg, że płaci się według ostatniej wyceny zrobionej przez miasto, a ta często pochodzi sprzed wielu lat...). Mogę powiedzieć jedynie, że moje stare mieszkanko w zupełnie innym mieście, w fajnej dzielnicy, jest warte jakieś 200-250 tysięcy złotych, a grunt pod nim jakie 3 tysiące złotych. Jeśli szybko policzyliście w myślach, to już wiecie, że opłata za wykup wyniesie w przyszłym roku jakieś 250 złotych... Oczywiście, w Warszawie może być dużo więcej, ale w dalszym ciągu mówimy o OŚMIU PROCENTACH wartości (a oburzeni liczyli, że będzie o ponad siedem mniej). 

I tyle afery.

wtorek, 11 grudnia 2018

Trwa nadal szczyt klimatyczny w Katowicach (miasto nawet ogłosiło uruchomienie sieci czujników mierzących jakość powietrza z tej okazji), pełno jest debat, oburzeń i deklaracji, a ja tak sobie siedzę z boku (reperując prymus lub nie), słucham tego wszystkiego, układam jakoś w myślach i stawiam pytania na które nie umiem znaleźć odpowiedzi.

Więc odrzućmy gaz, ropę, a zwłaszcza węgiel, głównie szkody środowiskowe przynoszą (zarówno wskutek spalania, jak i wskutek wydobywania, te ostatnie są potężnie niedoceniane, ale o tym może innym razem). Mam z tym postulatem jeden malutki problem: otóż spalanie paliw kopalnych oprócz zanieczyszczeń i energii wykorzystywanej do napędzania tego i owego, daje nam dodatkowo energię cieplną. I mimo wszelkich myśli o tym, że skoro klimat się i tak ociepla, to za chwilę będziemy mieć palmy nad Wisłą (na razie mamy rozwijającą się winorośl, palmy tylko na katowickim rynku i to wypożyczane na lato z palmiarni) - jednak na naszej szerokości i długości geograficznej należy się z długotrwałym występowaniem niskich temperatur, w tym całych tygodni mrozów (nie wspominając o tym, że rozregulowywanie polarnego jet streamu okazjonalnie wpędza nas w naprawdę solidne mrozy z północy, zamiast lub obok tych przychodzących od czasu do czasu znad Uralu). Jeżeli nie chcemy zamarzać w czterech ścianach, a co najmniej być narażonym na choroby związane z niedogrzanymi mieszkaniami, to musimy mieć sposób na zapewnienie ogrzewania milionom gospodarstw domowych (mniej więcej po połowie w budynkach jednorodzinnych i wielorodzinnych).

Słyszałem argument o pompach ciepła (zapewne w powiązaniu z termomodernizacją). Nie wiem jednak, ile będzie kosztowało ich umieszczenie w milionach domów (nawet jeśli zmusimy pod-mieszczuchów do powrotu do bloków - gdzie nie wiem na ile takie pompy są skuteczne - to i tak zostanie ludność wiejska), zwłaszcza że wymaga to także przebudowy wewnętrznych instalacji, kiedyś koszty szacowano na kilkadziesiąt tysięcy złotych na dom. Nie wiem jakie materiały (zwłaszcza rzadsze) są potrzebne do wytworzenia i eksploatacji takich pomp, ani na ile muszą być one wspierane jakimiś elektrycznymi urządzeniami grzewczymi. Nie wiem jakie są moce produkcyjne producentów i możliwości przerobowe instalatorów. Nie wiem ile łącznie energii będzie potrzeba żeby cały ten system funkcjonował... 

No właśnie, energia. Jeśli wyeliminujemy paliwa kopalne jako źródło energii do ogrzewania i transportu, to odpowiednio musimy zwiększyć dostępną energię z innych źródeł (nie każda miejscowość ma do dyspozycji geotermię). Przydomowe wiatraczki i solary, nawet masowo wytwarzane (z czego i za ile...) i instalowane (jak wyżej), w naszych warunkach przyniosą jedynie częściowe rozwiązanie, także farmy wiatrowe czy solarne (nie jesteśmy Danią ani Hiszpanią), a i tak cały czas zgłasza się problem stabilności dostaw (nawet jeśli będziemy "ciągnąć" prąd gdzieś z odległych krajów). Zostaną chyba tylko elektrownie atomowe, które buduje się raczej długo i kosztownie, a i nie wiem jak tam z dostępnością paliwa do nich (nie wspominając o utylizacji zużytego). 

Chciałbym żeby ktoś przedstawił mi informację, jak się ogrzewa i wprawia w ruch 35-milionowy kraj w strefie klimatu kontynentalnego (bez paliw kopalnych) i ile to musi kosztować. Nie wiem CO można zrobić żeby funkcjonować bez spalania węglowodorów, raczej jestem pesymistą.

wtorek, 04 grudnia 2018

Lubię odrobinę symetrii, więc relacjonując i przechowując dla potomności świętą łódzką wojnę na murach staram się dowalać raz jednym, raz drugim. 

łks widzew święta wojna na zakwasie dopalacze

Teraz rozglądamy się za czymś na ŁKS, najlepiej świeżym.