Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
sobota, 17 listopada 2018

Którzyś specjaliści, nieważne czy uczeni radzieccy czy amerykańscy naukowcy, ustalili, że ludzie którzy się śmieją, są zdrowsi i żyją dłużej.

Miałem wczoraj we Wrocławiu okienka pomiędzy spotkaniami. Mimo że zimno było, a ja bez czapki (powtarzałem sobie pod nosem, że za bardzo uwierzyłem że wciąż jeszcze przyjemna jesień), spacery po mieście były przyjemne - trochę słońca, bez wiatru (a sam Wrocław zwykle przyjemny). Chodziłem więc, patrzyłem to na kanał, to na park, to na kamienice, to na ludzi - i uśmiechałem się wesoło, gdyż to było dobre. Tak, na ludzi też patrzyłem, gdyż ludzie w swojej różnorodności są niespodziewani i ogólnie zwykle ktoś coś fajnego robi, tylko zwykle nie mamy czasu takich nieistotnych drobiazgów zauważyć.

I kiedy tak sobie chodziłem i chodziłem, rozważając w duchu czy jednak nie kupić tej czapki (oraz dlaczego stragany "Wrocław - Miasto Spotkań" oferują głównie rękawiczki w dużym wyborze), gdzieś w okolicach Narodowego Centrum Muzyki (takie duże nowoczesne coś związanego z muzyką) zobaczyłem jak nadjeżdża... coś. Dopiero drugie spojrzenie pozwoliło mi uzmysłowić sobie, że to chyba elektryczna hulajnoga. Prowadziła ją dziewczyna, za nią stał chłopak, sprawiali wrażenie jakby nie czuli się na tej hulajnodze zbyt pewnie i stabilnie, ale najwyraźniej dobrze się bawili. I na tyle mi się to udzieliło, że kiedy się minęli, zacząłem się głośno śmiać.

Dodałbym tu fotkę wesołych instalacji montowanych na wrocławskim rynku, ale nie chciało mi się jej zrobić bo były niegotowe.

Tagi: bzdury
11:34, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (4) »
środa, 14 listopada 2018

Kiedy Agnieszka miała 16 lat, zauważyli rodzice... przepraszam, Tuwim mi się wpycha potężnym skojarzeniem. Kiedy miała 16 lat, rozpoczęła karierę zawodową i wygrała juniorski Wimbledon.

Kiedy miała lat 17, zagrała z "dziką kartą" w seniorskim Wimbledonie (wygrywając trzy mecze).

Kiedy miała lat 18, wygrała swój pierwszy turniej WTA i była rozstawiona w US Open.

Kiedy miała 19 lat, awansowała do ćwierćfinału Wimbledonu i Top10 rankingu WTA.

Kiedy miała 20 lat, wystąpiła w WTA Finals, i co z tego że jako druga rezerwowa, po wypadnięciu dwóch innych zawodniczek.

Nie jest moim celem streszczać tych 13 lat, przez które nas zachwycała i irytowała na przemian, wyliczać tych seryjnie osiąganych (i przegrywanych) ćwierćfinałów dużych turniejów. Dawała nam radość, kiedy grała w finale Wimbledonu, zaciskaliśmy zęby, kiedy odpadała w pierwszych rundach turniejów olimpijskich (czego pewnie sama żałuje dalece bardziej, niż my). Pisałem o niej wielokrotnie na swoich blogach, nie chciałbym zamieniać tej notki w spis treści.

Kiedy Agnieszka Radwańska miała 29 lat, 8 miesięcy i 8 dni, ogłosiła zakończenie kariery sportowej. Będzie nam Jej brakowało, nawet jeśli przez ostatnie dwa lata raczej na korcie męczyła się (i nas), przegrywając z mniej znanymi zawodniczkami i grając trzysetówki z kwalifikantkami.

Kiedy Iga Świątek miała 16 lat, awansowała do juniorskiego finału debla Australian Open. Kiedy miała 17 lat, wygrała juniorski Wimbledon...

Odeszła Królowa, niech żyje nowa?

niedziela, 11 listopada 2018

Wyłącznie słowami Mistrza Andrzeja.

Nos Kościuszki,
pierwszy, drugi akt z Moniuszki
piórko z orła
Wernyhora
i Chopina
i Chopina
toż on tyle pozamieniał
nut ludowych na klasyczne
Bum, Zygmuntem, bum
o, ślicznie
von Jungingen zbieżnym zezem
złe tatarstwo hordą lezie
a Batory, to pod Pskowem
a Sobieski, to pod Wiedniem
Szczerbiec komu
Akcja "Chochoł w każdym domu"
Niech przy spodniach, kurtkach, swetrach
będą zamki typu "Reytan"
niech w spodenkach kąpielowych
typ "Elstera"ktoś z użyciem krytej żabki
laury zbiera
Tylko jeśli w moim wierszu
znajdzie się zaimek ONA
to mnie potem nie pytajcie
poklepując familiarnie
czy na myśli miałem
Polskę czy Bułgarię

/Andrzej Poniedzielski, "Nos Kościuszki"/

09:21, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 listopada 2018

W czym umowa o pracę jest lepsza od umowy o dzieło?

Umowa o pracę daje pracownikowi - z mocy samego prawa - szereg różnych mniejszych i większych bonusów: prawo do płatnego urlopu lub ekwiwalentu za urlop (realnie prawie dodatkowa pensja), zwiększona stabilność pracy, prawo do takiej czy innej odprawy, płatne chorobowe, ubezpieczenie zdrowotne i wypadkowe.. Wszystkiego tego co do zasady nie ma przy umowie o dzieło (o pewne rzeczy można się umówić, jeśli jest się w wystarczająco mocnej pozycji do rozmowy); niektóre elementy można sobie próbować wykupić samemu, choć za jaką cenę...

A czy umowa o dzieło jest w czymś korzystniejsza?

Intuicja może podpowiadać, że pewne rzeczy kosztują, więc jeśli je wyeliminować.. Jeżeli rozmowa między pracownikiem a pracodawcą odbywa się na poziomie pensji brutto ("u nas na takim stanowisku..."), to z tej samej kwoty wpisanej do umowy w przypadku umowy o pracę pracownik otrzyma na rękę mniej, niż w przypadku umowy o dzieło. Pracodawca ma osobną korzyść, bo przy umowie o pracę do kwoty wynagrodzenia "dokłada" dodatkowe należności z tytułu składek, na umowie niewidoczne...

Czy różnice są duże?

To zależy od wysokości wynagrodzenia... Weźmy sobie na przykład umowę na kwotę 5.000 zł brutto. W przypadku umowy o dzieło pracodawca odlicza tylko podatek dochodowy w wysokości 18%, którego nie liczy zresztą od kwoty 5.000 zł, tylko ją uprzednio pomniejsza o hipotetyczne (przewidziane w ustawie) koszty uzyskania w zryczałtowanej wysokości 20% - czyli od kwoty 4000 zł. Po odliczeniu zaliczki w kwocie 18%x4.000 zł=720 zł (którą pracodawca przesyła do urzędu skarbowego), pracownik otrzymuje na rękę 4.280 zł.

W przypadku zaś umowy o pracę... od tych 5 tysięcy pracodawca najpierw odlicza składki na ubezpieczenia społeczne w łącznej kwocie 685,50 zł (emerytalne 9,76%, rentowe 1,5%, chorobowe 2,45%). Od pozostałej kwoty 4.314,50 zł pracodawca wylicza składkę na ubezpieczenie zdrowotne w kwocie 388,31 zł (9%), zostawiamy to na razie "w rozumie". Przy umowie o pracę - taki mały minus - nie ma zryczałtowanych kosztów w wysokości 20%, a tylko zryczałtowany odpowiednik kosztów dojazdu do pracy (zależny od tego czy mieszka się w tej samej miejscowości czy nie), przyjmijmy go w wyższej wysokości 139,06 zł miesięcznie. Podatek dochodowy liczy się zatem od kwoty 4.314,50-139,06=4175,44 zł, końcówkę zaokrąglamy i zostaje 4.175, zaliczka na podatek 4.175x18%=751,50 zł (celowo pominęliśmy kwotę wolną żeby porównanie wyszło bardziej przejrzyście). Teraz następuje moment dość magiczny - od zaliczki na podatek odliczamy część składki zdrowotnej (7,75% zamiast 9%) czyli kwotę 334,37 zł (zamiast 388,31 zł), zostaje 751,50-334,37=417,13 (znów zaokrąglamy), i tak oto już wiemy, że wpisaną do umowy o pracę kwotę 5.000 zł pracodawca rozdziela następująco: ZUS 1.073,31 (685,50 dla ZUS + 388,31 dla NFZ), urząd skarbowy 417 zł, pracownikowi na rękę 3.509,19 zł, czyli ponad 700 zł mniej (a pracodawca wysyła do ZUS jeszcze dodatkowe 1.099 zł).

W skali całego roku "na umowie o dzieło" pracownik dostanie więc 51.360 zł, a "na umowie o pracę" 42.110,28 zł.

Co się stanie jak zamienimy umowę o dzieło w umowę o pracę?

Tak naprawdę pytanie powinno brzmieć "co się stanie jak przestaniemy udawać że umowa o pracę jest umową o dzieło", kodeks pracy wyraźnie przewiduje, że umowa spełniająca określone warunki jest umową o pracę bez względu na to jak ją nazwiemy. Jeżeli sąd pracy uzna że umowa o dzieło była w istocie umową o pracę, to pracodawca ma obowiązek zgłosić to do ZUS i zapłacić zaległe składki wraz z odsetkami, zarówno te które płaci sam (1.099 zł za m-c), jak i te które miał potrącić z wynagrodzenia pracownika (1.073,31 zł miesięcznie).

Tak, w tym miejscu pojawi się niepokój: czy to znaczy, że... Tak, to oznacza, że skoro pracownikowi wypłacono więcej niż należało, a potem zapłacono za niego, to potencjalnie ta kwota jest do zwrotu. Jednocześnie pracodawca powinien wystawić skorygowane rozliczenie dochodu, na podstawie którego pracownik może złożyć korektę zeznania podatkowego i wystąpić o zwrot nadpłaconego podatku dochodowego (skoro co miesiąc płacił - za pośrednictwem pracodawcy - 720 zł zamiast 417 zł miesięcznie, w skali roku ponad 3600 zł). Osobną kwestią pozostaje, czy pracodawca nie jest pracownikowi dodatkowo winien za zaległy urlop, nadgodziny, świadczenie urlopowe...

Czy zawsze trzeba oddawać?

To pytanie prawie filozoficzne... a odpowiedź na nie brzmi "to zależy". W powyższych wyliczeniach przyjęliśmy, że pracodawca z pracownikiem umówili się na "5.000 zł na umowie, nieważna jaka umowa". Inaczej mogłoby być, gdyby się umówili na "4.000 zł na rękę, nieważne jaka umowa" - wtedy pracownik mógłby twierdzić, że to wyłącznie wina pracodawcy że nieprawidłowe liczby przyjął do umowy (bo wszystkie składki de facto były po jego stronie). Jeszcze inaczej mogłoby być, gdyby pracownik udowodnił, że chciał umowy o pracę za 2.500 zł, a pracodawca powiedział, że albo umowa "o dzieło" za 2.500 zł, albo nic - wtedy sąd mógłby uznać, że nie można karać pracownika za to, że pracodawca jednostronnie omijał przepisy, nawet jeśli pracownikowi wypłacano nieco więcej niż wynikałoby wprost z umowy i przepisów... 

Tagi: prawo sąd
11:21, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 listopada 2018

Odwiedzanie cmentarzy przy pięknej pogodzie ma tę zaletę, że człowiek nie ucieka w popłochu przed zimnem, wiatrem czy deszczem, ale ma czas (i ochotę) rozglądać się wokoło, a i świat zdaje się być bardziej atrakcyjny do oglądania.

Ludzie na cmentarzach mają przeróżne groby. Od zwykłych ziemnych, ledwie czymś zaznaczonych, przez proste płyty, po widoczne z daleka bryły, niektóre będące dziełami sztuki, inne ledwie próbujące do tego miana aspirować. W zasadzie w jakiś ładny dzień (choćby taki jak dziś) przeszedłbym się po cmentarzach robiąc zdjęcia co bardziej oryginalnych tworów cmentarnych, ale zawsze są ważniejsze rzeczy... więc zostawię tylko jeden przykład.

nagrobek

Na cmentarzach można zobaczyć różnych ludzi: starych i młodych, zwykłych, brzydkich i wyglądających jak milion dolarów. Przynoszą na groby kwiaty sztuczne, cięte lub doniczkowe. Przynoszą proste znicze z dyskontu, wymienne wkłady do dużych zniczy-latarni, lub przedziwne produkty dowodzące specyficznej kreatywności raczej niż poczucia smaku.

znicz (c) Maciek Jarzębiński / Photohooligan
(c) Maciek Jarzębiński - nie kopiować bez zezwolenia

A potem wszyscy ci ludzie tak samo tłoczą się w wąskich alejkach cmentarnych lub na chodnikach przed bramami. I tak samo tkwią w korkach, żeby podjechać, zaparkować i wyjechać.

Ci w grobach zaś wszyscy są tak samo nieżywi.

Tagi: fotka
16:51, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 października 2018

Ta historia jest znana: na Igrzyskach w Meksyku w 1968 roku, do ceremonii wręczenia medali w biegu na 200 metrów mężczyzn dwaj zawodnicy - mistrz olimpijski i rekordzista świata Tommie Smith oraz jego kolega z drużyny, brązowy medalista John Carlos - wyszli boso, z przypiętymi do dresów znaczkami OPHR (organizacji protestującej przeciwko segregacji rasowej) i czarnej rękawiczce na jednej z dłoni. Podczas wykonywania hymnu amerykańskiego Smith i Carlos unieśli zaciśnięte pięści w geście solidarności z czarnoskórymi, za co zostali usunięci z wioski olimpijskiej.

Mexico 1968 Black Power salute Peter Norman

Mało kto zwraca uwagę na trzeciego człowieka na tym zdjęciu, stojącego z przodu białego, pewnie dlatego, że ma buty na nogach i nie podnosi ręki - pomimo że też ma na dresie znaczek OPHR, o który sam poprosił. Ba, to on podpowiedział Amerykanom - po tym jak Carlos zapomniał swojej pary czarnych rękawiczek - żeby się podzielili parą rękawiczek Smitha (dlatego Carlos podnosi lewą rękę, a nie prawą).

Ten trzeci Peter Norman, biały sprinter z Australii, też dotkniętej piętnem rasizmu. W eliminacjach ustanowił rekord olimpijski, w finale kapitalnym finiszem wydarł srebro Carlosowi, ustanawiając niepobity do dziś rekord Australii. Jego gest był dyskretny w porównaniu ze Smithem i Carlosem, więc wściekłość szefa MKOl go ominęła, choć australijskie media nawoływały do ukarania go również. Smith i Carlos uznali go za swojego przyjaciela, na tyle że nieśli jego trumnę kiedy zmarł w 2006 roku.

Mówiono później że w Australii był prześladowany za swój gest, w 2012 niższa izba australijskiego parlamentu nawet podjęła uchwałę przepraszającą za traktowanie go po powrocie z Meksyku. Nie będę tej kwestii tu drążyć szczegółowo, twierdzenia w różnych artykułach są sprzeczne, te bardziej dramatyczne okazują się być kontrfaktyczne. Norman już nam nie wyjaśni.

czwartek, 25 października 2018

Kiedy dzieci są małe, są (zwykle) ciekawe świata. Przejawia się to między innymi zadawaniem wielu pytań zmierzających do ustalenia DLACZEGO coś jest tak, a nie inaczej, dlaczego coś działa i w ogóle dlaczego wszystko. Rodzic dość często czuje się przytłoczony tymi pytaniami i cichutko wzdycha za chwilą, w której takie pytania się skończą. 

Z czasem pytania faktycznie się kończą (prędzej czy później nastanie faza bycia najmądrzejszym). Przekłada się to przekonania, że mleko bierze się ze sklepu, a światło zapala się tylko dlatego, że ktoś pstryknął w pstryczek, pstryk.

W pewnej chwili Junior zameldował się u Ojca z niezadowoloną miną i wygłosił komunikat, że głupia drukarka nie chce drukować. Ojciec, jako doświadczony użytkownik rozmaitych sprzętów (a w praktyce także administrator domowych systemów informatycznych), z ciężkim westchnieniem ruszył zobaczyć cóż takiego się stało, przezornie zaczynając od sprawdzenia czy drukarka jest włączona (pozycja nr 1 na liście błędów w każdym podręczniku użytkownika, nigdy nie czytanej przez użytkowników). Była włączona, więc skierował się do komputera stojącego w drugim pokoju. Przyjrzał mu się chwilę, po czym zadał Juniorowi krótkie pytanie:
- A router wifi włączyłeś? 
(bywa wyłączany, poprzez wyłączenie listwy zasilającej) 

Junior obruszył się:
- Przecież drukarka jest na tej drugiej listwie...

Dlaczego, westchnął Ojciec.

wtorek, 23 października 2018

Czekamy od wczoraj na wyniki wyborów (w niedzielę były jedynie prognozy), a dziś od rana irytują mnie dochodzące z różnych stron jęki, jak to zły Walon D'Hondt komuś mandaty pozabierał, bo gdyby nie ta ordynacja D'Hondta... I aż mnie to nakręciło.

Wziąłem sobie więc kompletne wyniki głosowania do rady dzielnicy na warszawskim Mokotowie (bo stamtąd dobiegł jeden z głośniejszych wrzasków), i zacząłem się im przyglądać. Na początku zaznaczmy, że cały Mokotów jest podzielony na pięć okręgów wyborczych, w których można zdobyć od 5 do 7 mandatów, razem 28, i wyniki ustala się na poziomie każdego okręgu z osobna. Dla zobrazowania weźmiemy sobie rzeczywiste wyniki z okręgu drugiego. Listy kandydatów zarejestrowało siedem komitetów, a do zdobycia było pięć mandatów. Wyniki głosowania na listy były następujące:
Bezpartyjni Samorządowcy - 963 głosy (4,96%)
Koalicja Obywatelska - 8.948 głosów (46,13%)
SLD Lewica Razem - 1.638 głosów (8,44%)
Kukiz'15 - 911 głosów (4,7%)
Prawo i Sprawiedliwość - 4.430 głosów (22,84%)
Miasto Jest Nasze - 1.572 głosy (8,1%)
Wygra Warszawa - 935 głosów (4,82%)

Oddane głosy należy przełożyć na mandaty zdobyte w okręgu. Nie można tego robić intuicyjnie ani po uważaniu, tylko według ściśle określonego algorytmu zapisanego w ordynacji wyborczej. W aktualnym kodeksie wyborczym stosuje się metodę D'Hondta (belgijski matematyk, jak reszta obcych nazwisk pojawiających się w tekście), która polega na dzieleniu wyników uzyskanych przez poszczególne komitety przez kolejne liczby (1,2,3,4.. etc), a uzyskane rezultaty układa według wielkości. Spróbujmy tego na naszych danych, widząc z daleka, że niektóre wyniki będziemy dzielić więcej razy, a inne mniej... Będziemy mieć tak:

BS1: 963:1=963
KO1: 8948:1=8948
KO2: 8948:2=4474
KO3: 8948:3=2982,67
KO4: 8948:4=2237
SLD1: 1638:1=1638
K'15-1: 911:1=911
PiS1: 4430:1=4430
PiS2: 4430:2=2215
MJN1: 1572:1=1572
WW1: 935:1=935

Pamiętamy że do podziału mamy 5 mandatów, a dalsze ilorazy z wyników największych komitetów wychodzą wyższe niż pierwsze z tych mniejszych, więc nie próbujemy dalej. I tak widać, że największe liczby w tym gronie to kolejno: KO1, KO2, PiS1, KO3, KO4 (o 22 wyższa od PiS2, o ponad 600 od SLD1). Oznacza to, że w okręgu nr 2 4 mandaty (80%) zdobywa KO (46% głosów), a 1 mandat (20%) zdobywa PiS (22,84%). Widać pewien... rozjazd? Nie darmo mówi się, że system D'Hondta preferuje duże ugrupowania, zdobywające dużo głosów.

Są jednak też i inne systemy. Istnieje np. metoda Sainte-Lague, w której zamiast dzielić wyniki przez wszystkie kolejne liczby dzieli się je tylko przez liczby nieparzyste (1,3,5,7...), co preferuje komitety słabsze. Istnieją też odmiana metody Sainte-Lague, w której zamiast przez 1 dzieli się przez 1,4 (co z kolei ma być ukłonem w stronę silniejszych), nawet była stosowana między innymi w polskich wyborach gminnych w latach 1990 i 1994. Gdybyśmy te metody zastosowali do naszego okręgu, to wtedy w zmodyfikowanej metodzie Sainte-Lague mandaty byłyby rozdawane następująco:

KO1 (8948:1,4=6391,43), PiS1 (4430:1,4=3164,29), KO2 (8948:3=2982,67), KO3 (8948:5=1789,6), PiS2 (4430:3=1476,67);
ilorazy SLD1 i MJN1 są za niskie, żeby się tu zmieścić, nawet KO4 byłby od nich wyższy

Z kolei w "czystej" metodzie Sainte-Lague ilorazy układają się następująco:
KO1 (8948:1=8948), PiS1 (4430:1=4430), KO2 (8948:3=2982,67), KO3 (8948:5=1789,6), SLD1 (1638:1=1638); tym razem miejsca brakło dla MJN1 (1572:1=1572) i PiS2 (4430:3=1476,67)

Jeśli komuś w tym miejscu kręci się w głowie od cyferek, to niech sobie pomyśli o członkach okręgowych komisji wyborczych, oni to właśnie robią (choć tylko jednym systemem na raz). Tak czy owak, 46% głosów KO daje nam co najmniej 60% mandatów. Spróbujmy zatem jeszcze zupełnie innej metody Hare'a-Niemeyera, w której - powiedzmy to w sposób uproszczony - mnożymy uzyskany odsetek głosów przez liczbę mandatów do zdobycia. Otrzymujemy następujące wyniki:
BS: 0,0496*5=0,248
KO: 0,4613*5=2,307
SLD: 0,0844*5=0,422
K'15: 0,0470*5=0,235
PiS: 0,2284*5=1,142
MJN: 0,0810*5=0,405
WW: 0,0482*5=0,241

Z otrzymanych liczb zbieramy najpierw to co jest przed przecinkiem - oznacza to liczbę mandatów przyznanych w pierwszym podejściu (KO 2, PiS 1). Zostają nam dwa mandaty do rozdania - teraz patrzymy jakie są wartości po przecinku i wybieramy najwyższe. Szczęśliwcami zostają kolejno SLD (422) i MJN (405). Jak widać, ta metoda preferuje mniejszych zwłaszcza kosztem największych...

Nie będziemy zanudzać nikogo kompletną analizą wszystkich pięciu okręgów, rozkład wyników jest dość podobny, jedynie SLD i MJN zamieniają się miejscami. Niech wystarczy informacja, że rozkład mandatów między komitety jest następujący:
- w systemie D'Hondta (rzeczywisty) - KO 19, PiS 8, MJN 1
- w systemie Sainte-Lague - KO 15, PiS 7, SLD 4, MJN 2
- w zmodyfikowanym systemie Sainte-Lague - KO 16, PiS 10, MJN 2
- w systemie Hare-Niemeyera - KO 13*, PiS 6, SLD 5,MJN 4.

Czy wszystkie te systemy są sprawiedliwe? Nietrudno zauważyć, że wszystkie mandaty przypadają 4 z 7 komitetów, a pozostałe 3 (ponad 13% głosów) obchodzi się smakiem. Ich wyniki w poszczególnych okręgach są bowiem zbyt słabe, żeby wystarczyło na mandat (co innego gdyby ktoś w jednym okręgu miał dużo, a w innym prawie wcale). Gdyby natomiast przeliczyć wszystkie zdobyte głosy na mandaty w skali całego Mokotowa...
Metodą D'Hondta otrzymujemy:
KO 13 mandatów (46,43%), PiS 7 (25%), MJN 3 (10,71%), SLD 2 (7,14%), BS 1 (3,57%), K'15 1 (3,57%), WW 1 (3,57%)
Metodą Hare-Niemeyera otrzymujemy:
KO 13 mandatów (46,43%), PiS 7 (25%), MJN 3 (10,71%), SLD 2 (7,14%), BS 1 (3,57%), K'15 1 (3,57%), WW 1 (3,57%)
Rozkład głosów dla całego Mokotowa:
KO 46,16%, PiS 23,36%, MJN 8,54%, SLD 8,27%, BS 4,7%, WW 4,57%, K'15 4,4%.

Chyba dla wszystkich jest już jasne, że tym co "zniekształca" wyniki wyborów, jest wielkość okręgów - im mniejsze, tym bardziej podatne na wypaczenie. Sam sposób przeliczania w jakiś sposób też, a w jaki - to można mniej więcej z góry przewidzieć. Startujący w wyborach powinni to brać pod uwagę.

PS Przy okazji pisania tej notki dowiedziałem się, że nie pisze się d'Hondt tylko D'Hondt. A w tytule nie ma apostrofu bo Blox go zjada.

*było: 12, skutek literówki

19:37, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (47) »
niedziela, 21 października 2018

"Pierwszy Śląski Urząd Skarbowy w Sosnowcu
nakazuje spółce Przedsiębiorstwo Handlowe Zalewajka spółka z o.o. w Sosnowcu, NIP XXXXXXXXXX, aby zapłaciła Janowi Łożyrokowi w Rudzie Śląskiej, NIP YYYYYYYYYY,
kwotę 1.230,00 zł (w tym podatek VAT 230,00 zł)
tytułem faktury VAT nr 666/09/18
w terminie 14 dni, lub w tym terminie złożyła zarzuty zgodnie z pouczeniem."

Widzieliście kiedyś coś takiego? Na pewno nie, bo odkąd istnieją numery NIP, to takiej możliwości prawo nie przewiduje. Rozważam jednak od jakiegoś czasu, dlaczego właściwie takie coś nie mogłoby zostać wprowadzone - w ramach akcji odciążania sądów. Powiedzmy sobie otwarcie: spośród milionów spraw rejestrowanych w sądach (prawie 15 mln w roku 2017), największą grupę stanowią proste żądania urzędowego stwierdzenia obowiązku zapłaty (jeśli nie gubię się w statystykach Instytutu Wymiaru Sprawiediwości, to dobrze ponad 4 miliony). Gdyby sądy nie musiały się tym zajmować...

Kiedy taki pomysł rzucałem na Twitterze, spotkałem się z dwiema głównymi grupami zarzutów: że dlaczego urząd skarbowy miałby zajmować się rozstrzyganiem sporów (argument przewidywalny) i że to zbędne dokładanie obowiązków pracownikom administracji (ten mnie zaskoczył). Co do tego drugiego powiem wstępnie że oczywiście nie chodzi o to, żeby pracownicy urzędu skarbowego wczytywali się w pozwy i tonęli w stertach faktur obok swoich dotychczasowych obowiązków, gdyby to miało wejść w życie to po przygotowaniu odpowiedniej infrastruktury (personelu też, choć nie widzę potrzeby żeby miał szczególne przygotowanie fachowe). Co do pierwszego powiem, że w założeniu nie jest to przeznaczone do rozpoznawania spraw spornych (luźno oszacuję, że 90% nakazów zapłaty kończy sprawę w sądzie). Spróbujmy więc sobie wyobrazić jak to miałoby działać, w oparciu o to co w urzędach skarbowych już się znajduje. 

Co miesiąc do urzędów skarbowych wpływa ponad 1,5 miliona zestawień faktur wystawionych i otrzymanych przez podatników VAT, czyli Jednolitych Plików Kontrolnych (JPK). Każdy JPK zawiera nazwy podatników, ich adresy, numery NIP, daty wystawienia, numery i kwoty faktur. Zasadniczo w normalnych warunkach jeżeli ktoś dokonał transakcji potwierdzonej fakturą, to powinna się ona znaleźć w dwóch JPK - wystawcy i odbiorcy faktury. 

Wyobraźmy sobie teraz, że spółka Zalewajka (z pierwszego akapitu) nie zapłaciła firmie pana Łożyroka za fakturę. Co robi pan Łożyrok? Loguje się do aplikacji czy też wypełnia formularz potwierdzony podpisem elektronicznym, wprowadzając dane: własna nazwa i NIP, data wystawienia, numer faktury i wartość faktury, nazwa i NIP kontrahenta. Urząd sprawdza te dane pod kątem zgodności z JPK pana Łożyroka (najlepiej w sposób zautomatyzowany), dokonując w ten sposób wstępnej weryfikacji. Jeśli ta wypadnie pomyślnie (pomyłki chodzą po ludziach), sprawdza te same dane w JPK spółki Zalewajka (najlepiej w sposób zautomatyzowany). Jeżeli okaże się że obaj przedsiębiorcy zgodnie zgłosili tę samą fakturę w JPK, uznaje za wystarczająco prawdopodobne, że spółka Zalewajka powinna panu Łożyrokowi zapłacić i generuje nakaz zapłaty. Jeżeli spółka Zalewajka będzie miała zastrzeżenia - niech to trafi do sądu (tu widzę np. formularz zaskarżenia wskazujący czy zastrzeżenia wynikają z zapłaty, czy ze sporu między stronami).

Oczywiście, dla zwiększenia pewności że urząd skarbowy - wykonując uprawnienia władcze państwa - nie zostanie "wykorzystany", można rozważyć wzmocnienie odpowiedzialności wierzyciela przez złożenie oświadczenia, że należność nie była kwestionowana (być może, że dłużnik został wezwany do zapłaty), a prawdziwość danych jest podawana pod odpowiedzialnością karną. Sądzę jednak, że kontrola na poziomie JPK sama w sobie jest wystarczająco mocna, problem pojawi się raczej przy rozszerzeniu systemu na sprawy nie tylko pomiędzy podatnikami VAT (takich w skali roku jest kilkaset tysięcy).

Przypuszczam, że największym problemem mentalnym będzie jednak "ale jak to nie sąd będzie się wypowiadał o obowiązkach cywilnych?". W tym miejscu pozwolę sobie sięgnąć do unijnego rozporządzenia nr 805/2004 w sprawie utworzenia Europejskiego Tytułu Egzekucyjnego dla roszczeń bezspornych, ułatwiającego egzekwowanie roszczeń w sprawach transgranicznych. Artykuł 4 punkt 7 tego rozporządzenia przewiduje, że w Szwecji, w uproszczonym postępowaniu dotyczącym nakazów zapłaty, wyrażenie "sąd" (wydający orzeczenie podlegające wykonaniu) obejmuje również szwedzkie służby egzekucyjne (powinienem zacytować też szwedzkie nazwy, ale nie chcę zniekształcić pisowni). 

Chcemy odjąć obowiązków sądom? To nie trzymajmy się kurczowo myśli, że sąd musi. Zwłaszcza tam gdzie nie musi. 

piątek, 19 października 2018

Takie pytanie w przededniu wyborów prawie, tuż przed ciszą wyborczą, może dziwić. Nie, nie zniechęcam nikogo do pójścia, ani do tego nie zachęcam, po prostu będzie taka okołowyborcza refleksja, nieoczekiwana trochę nawet dla mnie samego. A wszystko zaczęło się od jednego wpisu na Twitterze...

Jest sobie taka gmina wiejska, mniejsza o nazwę ("jeśli nie Kuba, moje nazwisko pana nic nie powie"), być może jest ich więcej. Gmina obejmuje w sumie 12 wsi i wioseczek, nieco ponad sześć tysięcy mieszkańców, z tego pięć tysięcy uprawnionych do głosowania, do wyborów pójdzie pewnie ponad połowa (cztery lata temu frekwencja wyniosła 59%). Co w niej specjalnego? Otóż na 15 radnych (tyle zgodnie z ustawą wynosi minimalny skład rady) aż 12 zostanie wybranych... bez wybierania, bo w okręgu wyborczym zgłosił się tylko jeden kandydat.

Ktoś może pomyśleć, że to zaprzeczenie demokracji (tak w sumie brzmiał ten pierwotny tweet). Ja przyjrzałem się szczegółom i doszedłem do wniosku, że skoro jeden kandydat przypada (statystycznie) na 338 wyborców, z których 200 pójdzie na wybory... to czy naprawdę potrzebują do tego ceremoniału z komisją, kartami, urną (i zasłonką)? Co stoi na przeszkodzie, żeby wieś uzgodniła to sobie w zimowe wieczory czy niedzielne popołudnia, kto ma ją reprezentować w radzie gminy? W czym taki wybór będzie gorszy od oficjalnego i sformalizowanego?

Na wszelki wypadek rozważyłem jeszcze jedno pytanie: czy to nie jest aby jakaś osiadła w gminie klika? Cała dwunastka radnych, którzy zostaną wybrani "bez wyborów", pochodzi z listy lokalnego gminnego komitetu. Zerknąłem do wyników poprzednich wyborów - cztery lata temu tylko dwoje z kandydatów zostało wybranych już przed otwarciem lokali wyborczych. Z pozostałej dziesiątki jeden z kandydatów poprzednie wybory przegrał, drugi wygrał - ale przeciwko kandydatowi tego komitetu (czyli jakby z opozycji przeszedł do większości). Ale najciekawszy przypadek to radny in spe, który... w poprzednich wyborach nie brał udziału. Oznacza to więc, że 424 wyborców we wsi już przed wyborami uznało, że wie kto ma być ich nowym reprezentantem w radzie gminy. Czy na pewno potrzebowali do tego ogólnopolskiej procedury?

W demokracji chodzi o wolę większości i o gwarancję równych praw. Nie mam przekonania, że w ten sposób doszło do naruszeni tych zasad.