Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
wtorek, 07 lutego 2017

Podróżowałem dziś do stolicy województwa ościennego. Ponieważ legendarna "siódemka" (do powieści Szczerka odsyłam) okazała się być mocno w przebudowie, bardzo niechętnie podchodziłem do myśli o wracaniu nią (choć na odcinku już ukończonym uchodzi za ekspresówkę), pogrzebałem w nawigacji i postanowiłem znów pozwiedzać boczne drogi.

Ruszyłem na zachód. Droga wiodła między pagórkami, doprowadziła mnie do Wiernej Rzeki (zarejestrowałem miejscowość i stację kolejową, na strugę nie zwróciłem uwagi). Potem przyszła pora przebijać się na południe, a że nawigacja postanowiła wybrać wariant krótszy, lecz bardziej hardkorowy,* to droga poniosła mnie prosto w pagóry. Jechałem to wyżej, to niżej, spoglądałem na ośnieżone pasma wokół... Jedna rzecz jednak nie pozwalała cieszyć się tym krajobrazem - dominantą nie były lasy ni szczyty, ale wszechobecne linie przesyłowe, słupy i druty. No i taka mi się nieco złośliwa nazwa ułożyła (formalnie to chyba Pasmo Przedborsko-Małogoskie, ale głowy nie dam).

Co nawigacja wzięła, to nawigacja oddała.. Zaproponowała mi tak ni stąd, żebym odbił z drogi krajowej na południe. I kiedy tak ruszyłem z Pradły w kierunku Wolbromia, uradowała się dusza widokiem drogi wcinającej się w ośnieżone zbocza, i grzbietów pełnych lśniących od szadzi drzew, do tego zupełnie zaskakujący kościół w Dzwono-Sierbowicach. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze będę jechał drogą Pradła-Pilica-Złożeniec-Klucze, ale dziś było warto (może lepiej nie psuć wspomnienia).

Tylko zdjęć nie było jak robić.

*Mieronice-Żarczyce-Węgleszyn-Oksa

piątek, 03 lutego 2017

Zaczął się nowy miesiąc. Co logicznie rzecz biorąc oznacza, że skończył się poprzedni. A skoro miesiąc się skończył, to znaczy że lista poranników za miesiąc styczeń została zamknięta, finito, szlus.

Skoro zaś lista gotowa, to można ją opublikować (nie trzeba publikować, nie trzeba słuchać, ale jak ktoś chętny to.. większość polecam):
Happysad - Zanim pójdę
Coolio - Gangsta's paradise
Django Reinhardt - Avalon
Edda dell'Orso - His name was King
Caro Emerald - Tangled Up
James Brown - Old Landmark
Down Low - Johnny B
Lightnin' Hopkins - Woke Up This Morning
Lauryn Hill - Can't take my eyes off of you
Kled Mone - Hit the road Jack (Feeling good)
Lulu James - Sweetest thing
Dean Martin - Sway
Simon&Garfunkel - Scarborough Fair
Bruce Springsteen - Tougher than the rest
Joan Baez - Brothers in arms
Caro Emerald - Back It Up
Ludwik Sempoliński - Wąsik, ach ten wąsik 
Weezer - Buddy Holly
Aretha Franklin - Think
Wojciech Młynarski - Lubię wrony
Mecrab - Martini, Chiwawa, Gazpacho 

Pisałem w listopadzie, że Stevie Wonder powtórzył się, bo mianowałem listopad Miesiącem Wondera (odrobina ciepła w zimnym i ciemnym świecie). W styczniu zawładnęła mną Caro Emerald - jej żywiołowa zieleń (nie wierzę że to napisałem!) ubarwiała zimny i śnieżnobiały styczeń. Mam pewność, że gdybym nie uczynił z niej bohaterki tej notki, to dostałaby inną tak czy owak.

No to zagrajmy coś w sam raz na piątek wieczór - Back It Up

środa, 01 lutego 2017

Wyszło, co skrzętnie ukrywane: mimo wszelkich deklaracji o skromności i zgrywanych wyniośle obojętnych póz, gapię się w statystyki ruchu i rośnie mi od tego, jak rosną. Tak przynajmniej trzeba sobie tłumaczyć tę notkę...

Bo zacząć trzeba od tego, że niedawna notka pożegnalna dla Gordena Kaye, napisana wieczorem pod wpływem impulsu, spodobała się redaktorowi kontentu na głównej stronie i dobę całą Rene uśmiechał się na głównej w pożegnalnym toaście. Ja zaś zaglądałem w statystyki i zastanawiałem się jak skończy, poprzednio (mógłbym linki powrzucać, ale mi się nie chce) z głównej wpadło ze trzy tysiące ciekawskich, tym razem jakieś dziesięć procent mniej. I wtedy postanowiłem coś zanotować.

Statystyki odwiedzin (te dostarczane przez Bloksa, nie mam pojęcia jak je interpretować ani jak odnosić do innych statystyk, i całkiem mi z tym dobrze) za wcześniejszy tydzień mówiły o 219 wejściach, co dało 150 miejsce. Kiedy skończył się kolejny tydzień (ten tłusty w odwiedziny), Blox podsumował go na 3172 wejścia. Dało to pozycję w pierwszej setce, o niemal równo sto miejsc wyżej niż przed tygodniem (dokładnie o 99). 

Pomyślałem sobie: na Zapiskach... wcale się wiele nie dzieje, nie piszę tak często jak kiedyś, komentarzy też mniej (taka to ogólna tendencja na blogach), a miejsce w rankingu rośnie (kiedyś były w drugiej pięćsetce, potem w połowie tysiąca, w trzeciej setce... ostatnio w drugiej(a ruch, powtórzmy, nie rośnie). Przypuszczam, że te setki wklepanych przez lata notek często gęsto wyskakują w Góglu, to i potem jakiś stały ruch małozainteresowanych się pojawia. Natomiast wygenerowana incydentalnie różnica w liczbie wejść wyraźnie pokazała, o ile większy musi być ruch, żeby wskoczyć na miejsca bliższe czołówki (mają na to ładne określenie, krzywa coś tam), nie mówiąc o samym szczycie (pewnie i obecność przez tydzień na głównej stronie by nie wystarczyła, blogu dzięki).

sobota, 28 stycznia 2017

Przeczytałem sobie tekst w gazecie. Po lekturze już prawie miałem się zabrać za pisanie, ale pogrzebałem najpierw w internecie i znalazłem tekst źródłowy stanowiący bazę dla artykułu - raport pani Agaty Chełstowskiej z Instytutu Spraw Publicznych (link gdzieś zgubiłem, można ten raport znaleźć na stronie Rzecznika Praw Obywatelskich).

Od samego początku intrygowało mnie bowiem, na ile dokładna była analiza ilościowa. Z raportu wynika, że bazą dla podanych liczb były informacje Krajowej Izby Komorniczej o około 600 tysiącach postępowań egzekucyjnych dotyczących alimentów rocznie. Na tej podstawie oszacowano, że ponieważ w jednym postępowaniu można dochodzić alimentów dla więcej niż jednego dziecka (trafna uwaga), to zapewne łączna liczba tych dzieci może wynosić około miliona. Zakładam, że odsetek egzekucji alimentacyjnych nie na rzecz dzieci lub nie od rodziców (tak, są takie możliwości...) jest pomijalny.

I teraz przyszła pora na parę uwag natury strukturalnej. Ilość postępowań egzekucyjnych to tylko, well, ilość postępowań. Liczba ta nie powie nam ile wśród tych postępowań:
- jest dokładnie umówionych między rodzicami; jeśli kogoś to twierdzenie dziwi, to podpowiadam, że alimenty mają w egzekucji bardzo wysoki priorytet, w związku z czym ludzie zadłużeni często wolą mieć formalne zobowiązania z tytułu alimentów, dochodzone przez komornika, bo dzięki temu ściągnięte z pensji alimenty zostają w rodzinie (a gdyby nie były egzekwowane, to po potrąceniu na inne długi dla rodziny zostałoby znacznie mniej na codzienne potrzeby...); pomijam tu możliwość prowadzenia egzekucji dla samej możliwości skorzystania z Funduszu Alimentacyjnego (przy jednoczesnym przyjmowaniu pieniędzy pod stołem), bo nie twierdzę, że znam takie przypadki, ale coś takiego mnie w ludzkości nie zdziwi,
- jest w pełni skutecznych, czyli z pensji jest ściągane dokładnie tyle ile się należy co miesiąc; znów może się komuś wydać dziwne, że jeśli ktoś spłaca w całości, to po co egzekucja - otóż wystarczy, że jeśli kiedyś raz została wszczęta (bo zdarzyła się zaległość), to nie zostanie umorzona, dopóki obowiązek alimentacyjny nie wygaśnie w całości - lub uprawniony nie złoży wniosku o jej umorzenie, ale tu w przypadku sporu między rodzicami potrafi być bardzo różnie...
- jest incydentalnych, czyli pojawia się zaległość, jest spłacana, a po jej wyegzekwowaniu postępowanie jest umarzane i dalej alimenty są płacone dobrowolnie (patrz punkty poprzednie); widziałem wielu ludzi, którzy miesiącami popadali w rosnące zadłużenia, dopóki nie dostawali do ręki większych pieniędzy i nie spłacali wszystkiego co do grosza, a za jakiś czas...
- dotyczy chorych, uwięzionych, bezrobotnych i bankrutów, którzy nie płacą, bo zwyczajnie nie mają z czego (także dlatego że im ktoś nie zapłacił, patrz choćby ostatnio pracownicy Almy) - zjawisko właściwie powszechne i dotyczące nie tylko dłużników alimentacyjnych; w tym miejscu zawsze powraca mi już tu kiedyś wspomniane pytanie, w czym dzieci mieszkające z rodzicem, który nie zarabia, różnią się od dzieci mieszkających bez tego rodzica, gdyż w tym drugim przypadku zdajemy się je traktować jako bardziej uprawnione...
- dotyczy (za przeproszeniem) meneli, alkoholików i podobnych, którym - prawdę mówiąc - i tak wszystko jedno.

Oczywiście nie zamierzam nawet sugerować, że rodzice uchylający się przed płaceniem alimentów (jak również pomagające im rodziny, znajomi i szefowie) nie istnieją, rocznie kieruje się do sądów kilkanaście tysięcy spraw karnych o takie przestępstwo. Rocznie ponad 300 tysięcy dzieci korzysta z Funduszu Alimentacyjnego (choć tu nie wiadomo jaki procent jest odcinany od świadczeń przez próg dochodowy), przy czym blisko 90% wypłacanych kwot mieści się w przedziale 200-500 zł (dane za lata 2013-14), co daje podstawę do zastanawiania się, czy to pełne kwoty, czy tylko część nieściągnięta od zobowiązanego. 

Piszę te uwagi z jednej strony po to, żeby podpowiedzieć, że obraz tzw. alimenciarza jest mocno niejednoznaczny (zwłaszcza w kontrze do jednoznacznych i kategorycznych twierdzeń spotykanych w mediach i nie tylko), a z drugiej strony - żeby zasugerować, że cudowne środki podpowiadane tu i ówdzie nie zadziałają (choć, nie ukrywam, znaleziony w raporcie pomysł z asystentem dziecka mnie zaciekawił, aczkolwiek na razie o jego implementacji nie słychać). Panowie Kijowski i Kurski mnie nie obchodzą.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Są takie dni kiedy się dzieje. Bernie Ecclestone po 40 latach przestał kierować Formułą 1 (został oficjalnie mianowany prezesem emeritusem), ogłoszono tytuł Epizodu VIII Gwiezdnych Wojen ("The Last Jedi"), który wejdzie do kin w grudniu, Macierewicz coś palnął o Piłsudskim w Powstaniu Warszawskim, a ratownicy w Abruzzach wykopali spod zasypanego przez lawinę hotelu trzy żywe szczeniaki. W takim natłoku informacja o czyjejś śmierci łatwo może zginąć...

Ale nie ta. W wieku 75 lat odszedł Gorden Kaye. Nie wiecie kto to? Najwyraźniej nie żyliście w latach 90-tych. Rene Artois i jego brat bliźniak, mąż You Stupid Woman, posiadacz kiełbasy z Madonną z Wielkim Cycem Van Klompa (czasem bez Cyca)... Dał nam tyle radości w serialu Allo, allo!, że został postacią nieśmiertelną, całe moje pokolenie dziś płacze i wznosi kielich wina za jego pamięć.

Tytuł pożyczyłem z komentarza pod jakimś wspominkowym wpisem. Porucznik Gruber, posiadacz małego czołgu, przez cały właściwie serial się do Rene zalecał (bez wzajemności, Rene wolał Yvette i inne dziewczyny). Zabawne, bo Kaye był gejem - ale ileż serial by stracił, gdyby tak było w scenariuszu...

Merci, Rene.

Gorden Kaye RIP Allo allo Rene Artois

niedziela, 22 stycznia 2017

To nic nowego co do zasady, ta "wojna" na wymyślone napisy trwa od dawna. Ale dziś na widok napisu, którego dotąd nie widziałem, parsknąłem śmiechem i postanowiłem sobie go zanotować pro memoriam. Może kiedyś znajdę stronę/serwis, gdzie te cuda archiwizuje się w pełnym wyborze, a na razie - tak myślę - początek małego prywatnego archiwum. Wszelkie prawa do zdjęć i napisów oczywiście zastrzeżone dla twórców (na FB znalazłem).

Łódź graffiti ŁKŚ myśli że

piątek, 20 stycznia 2017

Twitter to narzędzie, które - podobnie jak SMSy - ze swojej istoty nakłada użytkownikom istotne ograniczenia wynikające z limitu znaków. Skłania więc Twitter do minimalizmu słownego (i interpunkcyjnego), używania skrótów i skrótowców (które przechodzą później do języka pozatwitterowego), że pominiemy renesans pisma obrazkowego (pominiemy tu zupełnie zjawisko hasztagów, bo to temat na zupełnie osobny wpis).

Twitter to narzędzie międzynarodowe - pisać można w wielu językach, jedyne ograniczenie to zapewne alfabet/klawiatura, nie mam pojęcia jak wygląda Twitter arabski, bułgarski czy koreański (z tym ostatnim trochę wróć, bo kiedyś odkryłem, że osławione ruchadło leśne jest przede wszystkim fanką jakiegoś koreańskiego boysbandu, i widziałem wpisy we wschodnim alfabecie). Żeby ułatwić użytkownikom poruszanie się w międzynarodowej przestrzeni, Twitter oferuje niemal automatyczne tłumaczenie wpisów na jeden klik, sam nie korzystam, bo albo rozumiem (i wtedy po co mi), albo nie rozumiem, a wtedy nie wierzę w automatyczne tłumaczenia. Natomiast...

Działanie Twitterowego tłumacza bywa zaskakujące. Zazwyczaj działa niezgorzej, ale czasem jego podpowiedzi mogą... zdziwić.

niby czeski według twittera

Bracia Słowianie, powiecie?

niby francuski według twittera

I nie ma co tego składać tylko na karb Szczególnych Trudności Z Językiem Polskim.

niby łotewski według twittera

A już jak ktoś połączy różne języki w wypowiedzi, to dopiero jest bal.

niby haitański według twittera

Haitański to może podpadać pod papiamento, ale co Twitterowi ten zawinił?

niby indonezyjski według twittera

Nie uczcie się języków przez Twittera. A przynajmniej nie tylko.

21:54, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 stycznia 2017

Hm. Ten. Tego. O seksie będzie, dzieci nie czytać.

Tak naprawdę to oczywiście nie mam złudzeń, że jakiekolwiek dziecko (które jest w stanie tu zabłądzić) po takim wstępie powstrzyma się przed dalszym czytaniem, raczej to takie ogólne ostrzeżenie dla PT Czytelników, gdyby ktoś nie miał ochoty czytać chaotycznych myśli związanych z seksem, a zatrącających o pornografię.

Otóż... ścigał mnie dziś przez pół dnia na głównej stronie portalu nagłówek o trójkącie oralnym w gimnazjum (w gimnazjum o innych trójkątach chyba winna być mowa, taka myśl się napatoczyła), oczywiście kiedy w końcu zebrałem się do pisania dla odreagowania, to spadł z pierwszej strony. Jeśli ktoś kliknął i przeczytał, to poznał historię zaczynającą się od tego, że troje gimnazjalistów zamknęło się w szkolnej toalecie i oddało przyjemności (tak mniemam) seksu francuskiego (miało to dalsze nieoczekiwane reperkusje, ale ja nie o tym), w każdym razie o jakimkolwiek przymusie nie wspomniano. 

Trójka bohaterów to dwóch chłopaków (ciut starszych) i jedna dziewczyna (młodsza). A mnie cały czas siedzi w głowie i wyjść nie chce pytanie, czy tenże tak ładnie zapowiedziany trójkąt to faktycznie jakaś ciekawa kombinacja ze zmianami miejsc (o wariancie homoseksualnym nawet się boję pomyśleć), czy też ordynarnie dwóch dryblasów nakłoniło dziewczynę do prostego "raz tu, raz tu"? Nie dowiem się, oczywiście (i tak naprawdę nie chcę się dowiedzieć), po prostu intryguje mnie czy użycie słowa "trójkąt" jest elegancką formą opisania prostackiej rzeczywistości.  

Kto chce, niech szuka, ja nie będę. Wyrzucone.

20:00, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (5) »
niedziela, 15 stycznia 2017

Trwa kolejny Finał WOŚP (Boże, wciąż pamiętam to uczucie podczas pierwszego, jak Owsiak wrzeszczał z radością "MAMY MILIARD" i chodziło o dzisiejsze 100 tysięcy, potem dobiło do miliona dolarów, a potem i tak nikt nie wierzył na ilu się skończył ten sen złoty). Pewnie padną kolejne rekordy, mobilizacja w narodzie (a przynajmniej w pewnej części) jest duża.

Nie mam pojęcia ile się zbierze, ale nie mam złudzeń, że łączna kwota zapewne będzie znacznie niższa niż łączna kwota kontraktów NFZ ze szpitalami w samym tylko mieście Katowice. Orkiestra robi fantastyczną robotę zbierając pieniądze i organizując dostawy sprzętu, ale żeby ten sprzęt mógł być właściwie wykorzystany, to potrzebne są wielokrotnie większe pieniądze publiczne, dziś pochodzące z naszych składek na ubezpieczenie zdrowotne (czyli na NFZ).

Płaćmy więc gorliwie składki na NFZ do końca świata (jakkolwiek będą się za parę lat nazywać). Siema!

23:23, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »
niedziela, 08 stycznia 2017

Krąży po Polsce widmo, widmo w kretyńskiego mema ubrane...

Mema zasadniczo należałoby wkleić, ale że jest głupi to mi się nie chce, a że w zasadzie należałoby go przyedytować, to nie chce mi się tym bardziej - dlatego zrobimy to metodą XX-wieczną i przepiszemy, zwłaszcza że ten mem składa się głównie z tekstu. Tekst dotyczy straszliwych obciążeń fiskalnych związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej i brzmi tak:

Zarobiłem 2000 PLN 
Oddaję Państwu:
- 1121 PLN na ZUS
- 360 PLN na US (18%) 
Zostaje 519 PLN z czego 23% oddam w zakupach.
Na czysto mam 400 PLN.

Kiedy już kończymy płakać ze śmiechu, przeprowadzimy analizę krytyczną
1/ "zarobiłem 2000 PLN" - z kontekstu wynika, że chodzi o dochód; nie jest jedynie jasne, czy uciśniony byznesmen-bohater zarobił wszystkiego 2000 PLN przychodu i nie miał żadnych kosztów, czy też po odliczeniu kosztów zostało mu 2000 PLN; pierwszy wariant sugeruje de facto samozatrudnionego, najpewniej z jednym zleceniodawcą, czyli żadnego przedsiębiorcę, zapewne niepłacącego VAT; wariant drugi... zapewne też występuje w obrocie, na tym etapie to mało istotne
2/ "oddaję 1121 PLN na ZUS" - czyli dane za rok 2016 (dokładniej: 1121,52 zł); dla porządku wyjaśnijmy, że każdy przedsiębiorca wie, że kwotę tę należy rozbić co najmniej na NFZ (ubezpieczenie zdrowotne) w kwocie 288,95 zł i resztę, czyli ubezpieczenia społeczne (772,96 zł) i Fundusz Pracy (59,61 zł); wynika z tej informacji także, że nasz bohater prowadzi działalność od ponad 2 lat, bo nie korzysta z obniżonych składek dla początkujących
3/ "oddaję 360 PLN na US" - czyli podatku dochodowego; wynika z tego, że nasz przedsiębiorca nie korzysta ze stawki liniowej, ponieważ ta wynosi 19%, tylko ze stawki powszechnej 18% w pierwszym progu (co przy jego dochodach wcale nie jest głupie).

I teraz przerwiemy na chwilę interpretowanie, a pokażemy totalną głupotę autora mema. Otóż jeżeli nasz byznesmen ma dochód 2000 PLN, to jeżeli tylko kiedykolwiek widział na oczy dokument PIT (wcale się nie zdziwimy, jeśli nie), to zauważył tam pozycję "składki na ubezpieczenie społeczne do odliczenia" (te na FP też). Zatem podatek dochodowy płaci od kwoty 2000-(772,96+59,61)=2000-832,57=1167,43 zł. Przy wyliczaniu samego podatku powinien uwzględnić kwotę wolną od podatku, wynoszącą 3091 zł rocznie - co w praktyce oznacza zwolnienie z PIT w pierwszych miesiącach roku, ale policzmy to dla uproszczenia jako 257,58 zł miesięcznie (jako 1/12 kwoty rocznej). Mamy więc podatek miesięczny w wysokości 0,18 x (1167,43-257,58) = 0,18 x 909,85 zł = 163,77 zł (drobna różnica względem 360, nieprawdaż). Ale tutaj pojawia się jeszcze jeden drobiazg - a mianowicie brakująca część "ZUS", czyli składka zdrowotna, którą odlicza się od podatku. Fakt: nie całą (najtrudniejsze jest zawsze pamiętanie ile się dokładnie odlicza), ale w roku 2016 z płaconych "na NFZ" 288,95 zł odliczało się od podatku 248,82 zł (reszta to taki dodatkowy podatek...). Zatem mamy 163,77-248,82 zł=-85,05 zł, czyli tyleż do zwrotu na koniec roku (w sumie tysiączek z małym haczykiem). Jak zatem widać, nasz biedaczyna ma na życie efektywnie o 360 zł więcej w każdym miesiącu...

Powróćmy do naszych baranów:
4/ "519 zł z czego 23% oddam w zakupach" - nasz byznesmen musi mieć ciekawe nawyki żywieniowe, gdyż je wyłącznie żywność przetworzoną w taki sposób, że jest ona opodatkowana 23% stawką VAT, co wyklucza pieczywo, nabiał, warzywa (specjalnie zerknąłem właśnie na swój rachunek z marketu).. 
5/ "na czysto mam 400 PLN" - to doprawdy Schroedingerowskie pojmowanie "mam", skoro te 400 zł które "ma", musiał wydać w sklepie, żeby móc oddać państwu ten VAT... 

Podsumowując: mem został popełniony przez kretyna, który w życiu nie stał obok prowadzenia działalności (każdy obdarzony minimum mózgu stara się zapłacić podatków najwyżej tyle ile trzeba). Ponadto należy stwierdzić brutalnie, że ktoś, kto osiąga z działalności dwa tysiące dochodu (nie mówiąc o wariancie osiągania dwóch tysięcy przychodu przy zerowych kosztach), nie jest przedsiębiorcą, tylko wyrobnikiem i bankrutem, i powinien zdecydowanie przemyśleć wybór drogi życiowej.

Bierzcie i pamiętajcie, jak ponownie zobaczycie.