Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
poniedziałek, 02 stycznia 2017

Być może niektórzy zwrócili uwagę, że nie pisałem nic o Trójkowym Topie Wszech Czasów. Powody ku temu istotne były: sytuacja w stacji jest na tyle nieciekawa, że z jednej strony maleje zapał do słuchania z powodu niepewności co do kierunku dalszych zmian, a z drugiej - z powodu nieustającej akcji protestacyjnych bardziej zaangażowanych słuchaczy, objawiających się jak nie dopisywaniem gdzie się da frazy #kogoniesłychać, to głosowaniem na Chłopców z Placu Broni (w Polskim Topie ten trolling dał zdaje się nawet niezłe efekty). Jeżeli do tego dodamy, że znów głosów każdy miał sto...

No i tak się to wszystko potoczyło, że w efekcie nie zagłosowałem (a w Nowy Rok nie słuchałem). Zamiast informacji na ten temat wrzucę więc aktualne (nie mam pewności czy będą następne), grudniowe wydanie Listy Porannikowej.

DMX - Ain't No Sunshine
Leo Moracchioli - Last Christmas
Urban Country - Gonna Need a Grave
Dżem - Wehikuł czasu (akustycznie)
Derek&Dominos - Layla
Jain - Makeba
Krystyna Prońko - Psalm stojących w kolejce
Ron Goodwin - Where Eagles Dare Theme
The Adolescents - Alone Against The World
Maanam - Raz Dwa Raz Dwa
Little Eva - Locomotion
Przemysław Gintrowski - Odpowiedź
Bez Jacka - Saskia
Kabaret Dudek - Ucz się Jasiu
Jacek Kaczmarski - Nie lubię
Shakespeare's Sisters - Hello
Big Cyc - Orgazm
Billie Holliday - All or nothing at all
George Michael - One More Try
Status Quo - In The Army Now
Blues Brothers - Everybody Needs Somebody
Bob Dylan - Like a Rolling Stone

George Michael, Status Quo i Blues Brothers pro memoriam (ostatni dla Carrie Fisher oczywiście), Big Cyc z okazji Dnia Orgazmu... a na dobranoc zagramy - żeby nie było - z Trójkowego Topu. Zwycięzca notowania z 1 stycznia 2017, czyli - fanfary! - Bohemian Rhapsody

sobota, 31 grudnia 2016

Mignęła mi niedawno informacja, na twitterze może, że niektórzy dziennikarze Telewizji Polskiej podobno nie zgadzają się wewnętrznie z tym, co mówią na antenie (jest faktem, że ostatnio ogłoszono parę dobrowolnych odejść z TVP). Kto chce, niech ciska gromy na ich dwulicowość czy hipokryzję, mnie natomiast nasunęła się myśl następująca.

Każdy, kto zagłębia się w jakieś środowisko, zaczyna - mniej lub bardziej świadomie - dostosowywać się do używanego tam narzecza. O żargonie wojskowym czy korpospiku powiedziano już tyle - zwłaszcza na wesoło - że nic nowego sam nie wymyślę, a jednak nieustająco kolejne pokolenia w wojsku czy korporacjach nasiąkają tamtejszym słownictwem i/lub składnią. Na swoim poletku widzę to samo, jak odruchowo prawnicy używają pojęć wziętych zaczerpniętych prosto z tomisk - a potem kolega Jaras pracowicie próbuje odczarować język i napisać proste pouczenie zrozumiałe dla prostego człowieka (które zarazem spełniałoby wymogi postawione przez Mądrego Ustawodawcę). A potem wszyscy wracamy do domów i mówimy normalnie (mam nadzieję)...

Osobną kwestią jest dostosowanie języka do wymogów politycznych. W każdym ustroju totalitarnym język w mediach był zestandaryzowany, używany bez względu na to co faktycznie myśleli jego użytkownicy. Przypominają się seanse nienawiści Orwella, podczas których Julia tak gorliwie okazywała nienawiść...

Wszystkim czytelnikom życzę, żeby w roku 2017 mogli używać języka zgodnie z tym, co myślą. I wszystkiego dobrego też.

17:45, bartoszcze , Język
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 26 grudnia 2016

Od rozpoczęcia sezonu wigilii właściwie na okrągło składa się życzenia i zastanawia "komu jeszcze i jak złożyć, bo chyba nie składałem". Jak zauważyliście, życzyłem czytelnikom Zapisków..., oprócz tego złożyłem specyficzne życzenia na fejsie (staram się by to były niezależne ekosystemy), iluś osobom życzyłem face-to-face, iluś telefonicznie, zastanawiam się nad wysłaniem paru esemesów zwrotnych... i co roku zadaję sobie pytanie czy nie wysłać paru kartek świątecznych (wychodzi jak zwykle).

Niektórzy nie przejmują się do końca tym do kogo i jak wysyłają i ile razy. Na przykładzie jednych takich życzeń udało mi się określić parę zasad takiego świątecznego savoir-vivre:
- po pierwsze nie wysyłaj życzeń hurtem w jednej wiadomości (e-mailowej), bez względu na to czy pokażesz wszystkich adresatów (gorzej ze względu na ujawnianie adresów), czy jeżeli wszystkich adresatów ukryjesz (gorzej bo wygląda jak do nikogo),
- po drugie nie wysyłaj życzeń do wszystkich których znajdziesz w książce adresowej - niby w Święta można być życzliwym dla wszystkich, ale życzenia od kogoś kogo zupełnie nie znasz (poza incydentalnym kontaktem mailowym) nie wyglądają szczególnie wiarygodnie
- po trzecie wysyłając maila z życzeniami postaraj się usunąć zeń standardową stopkę "Niniejszy e-mail zawiera poufne i/lub prawnie chronione informacje XX. Jeśli nie jesteście Państwo właściwym adresatem (lub otrzymaliście niniejszy e-mail przez pomyłkę), prosimy o niezwłoczne poinformowanie o tym nadawcy i usunięcie niniejszego e-maila ze swojego systemu wraz ze wszystkimi załącznikami. Nieuprawnione kopiowanie, jak również bezprawne ujawnianie i rozpowszechnianie treści niniejszego e-maila jest zabronione i może skutkować odpowiedzialnością."

Chyba wolę nie wysłać komuś życzeń, niż wysłać byle jak...

Wesołego przy Święcie!

sobota, 24 grudnia 2016

Szczególnie wymyślny nie będę, po prostu dam głos długo przed północą :)

Wesołych Świąt, pełnych tego co komu najbardziej.

12:40, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 grudnia 2016

To, co ostatnio wyrabiają przedstawiciele suwerena, nie nadaje się na komentarz bez sięgania po tag #wulgaryzmy. Pozwolę sobie więc na luksus niekomentowania skutków prawnych tego, co się na Sali Kolumnowej, gdyż:
- po pierwsze primo korzystam ze swojej wolności blogowania tylko o tym, o czym chcę blogować, a nie o tym o czym wszyscy tokują i chcieliby aby inni tokowali,
- po drugie primo nie było mnie tam, a to wystarczający powód by mieć wysoce niekompletne informacje, niekompletne w stopniu uniemożliwiającym racjonalną ocenę (trash in, trash out)
- po trzecie primo... z przyczyn technicznych musiałem przerwać i zapomniałem.

Uderza mnie natomiast, jak silnie widać mechanizm stawania się ekspertem ludowym (głównie dzięki internetowi - to znaczy, głównie dzięki internetowi widać, mechanizm przypuszczalnie działał tak zawsze, ale internet zmniejsza odległości między mówiącymi i słuchającymi). Wystarczy więc jakiś strzęp informacji, by ktoś z ogromnym przekonaniem mówił jak jest, bez sprawdzania i wykluczając możliwość, że rozumie się źle. 

Mamy więc na początek słynną kwestię listy obecności, którą niektórzy posłowie (partii rządzącej głównie chyba) podpisywali już po zakończeniu obrad (ze szczególnym uwzględnieniem głosowań). Słyszałem wiele głosów, że minister sprawiedliwości powinien się podać do dymisji, spalić ze wstydu i samozaaresztować, skoro podpisem sfałszował listę obecności; nie mam pewności, czy brak podpisu na liście ma w tym argumencie dowodzić, że nie miał prawa brać udziału w obradach, czy też że go na nich zupełnie nie było. Obie wersje są oczywiście równie absurdalne - nie zaglądając do regulaminu Sejmu mogę śmiało stwierdzić, że obecność na głosowaniu to kwestia czysto fizyczna (z elementem wolicjonalnym, bo jednak trzeba podnieść tę rękę i ewentualnie nacisnąć przycisk), a podpis na liście obecności to przede wszystkim wymóg porządkowy, który ewentualnie może mieć wpływ na prawo do diety poselskiej. (Jeśli kogoś bardzo to interesuje, to artykuł 7 ustęp 5 regulaminu Sejmu w wersji obowiązującej od jakichś sześciu lat brzmi: "Obecność posła na posiedzeniu Sejmu jest potwierdzana na liście obecności wykładanej każdego dnia posiedzenia do czasu zakończenia obrad oraz poprzez potwierdzony wydrukami udział w głosowaniach", a we wcześniejszych głosowaniach choćby pan minister był obecny).

Kiedy temat listy obecności nieco przebrzmiał, modny stał się temat sekretarzy, których marszałek wyznaczył imiennie dziesięcioro, a jedynie ośmioro było fizycznie obecnych na sali. Wyjaśnijmy na początek, że Sejm sekretarzy powołał na pierwszym posiedzeniu w liczbie dwudziestu, i marszałek wybrał z tej dwudziestki zarówno liczących podniesione ręce, jak i dwuosobową komisję skrutacyjną. Zmarnowałem kwadrans swojego życia i obejrzałem (z palcem na stenogramie) początek transmisji obrad z Sali Kolumnowej. Obraz nie obejmował całej sali, widać było góra pięćdziesiąt głów z ponad dwustu obecnych, ale cały stół prezydialny (chyba że z boku było coś jeszcze). Kiedy przyszło do głosowania, widać było co najmniej jednego facecika łażącego i liczącego ręce, jak również spory ruch wokół prezydium - można zgadywać, że liczący w głębi sali przychodzili z kartkami i podawali wyniki swoich obliczeń. Później komisja skrutacyjna pracowicie używała długopisów i chyba kalkulatorów, aż wreszcie marszałek ogłosił... Refleksja jest taka, że przy wszystkich niejasnościach związanych z przebiegiem głosowania - ktoś faktycznie te głosy podliczał (choć kto, jak i gdzie wyznaczał sektory poszczególnym sekretarzom, tego już powiedzieć nie jestem w stanie).

Czy było kworum? Odpowiem szczerze, że nie wiem, bo mnie tam nie było (patrz wyżej). Skoro jednak ktoś te głosy liczył i wyszło mu to co wyszło, to wydaje się to prawdopodobne (przez wiele dekad takie zliczanie głosów przy wykorzystaniu sekretarzy było wszak podstawowym sposobem głosowania). Ale tych, którzy uwierzyli w mity, że wszystko nieważne, bo brakowało czyjegoś podpisu na liście obecności, a protokół z głosowania nie jest na sygnowanym druku sejmowym (cokolwiek by to miało oznaczać) - przekonywać nie zamierzam.

Na szczęście zaraz Święta.

18:28, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 grudnia 2016

No niewesoło jest. 

Smog gryzie w oczy i płuca, i nie zanosi się żeby miało być lepiej. 
Władza zachowuje się jakby chciała udowodnić wszystkim, że ona może, a ludzie jej mogą skoczyć (tam, gdzie mogą ją w dupę pocałować, oczywiście).
Ludzie są wściekli, na tyle że nie wiadomo, czy za chwilę nie będą chcieli być gorsi od tej władzy (choć z cywilizowanego punktu widzenia mogą jej skoczyć).

A to wszystko tylko w naszym grajdołku, na którym się od piątkowego popołudnia skupiliśmy w sposób niemal wyłączny. Świat jakby przestał dla nas istnieć i jego problemy. Z Twittera dowiaduję się (o, wreszcie mam odpowiedź na pytanie po co jest Twitter), że za Oceanami tymczasem wściekłość nie mniejsza i przynajmniej część Amerykanów chce zrobić Trumpowi to samo, co część Polaków chce zrobić Kaczyńskiemu (z pewną chyba wzajemnością). Jakby mało było tego, co się dzieje w Anglii, Włoszech, Grecji, Wenezueli, na Filipinach...

Nie wspominając o Syrii, Iraku i Jemenie.

10:03, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 grudnia 2016

Takie przygody są najfajniejsze: przychodzą zupełnie nie wiadomo skąd i przynoszą zupełnie nieoczekiwane emocje. W tym konkretnym przypadku jutub mi przy czymś podpowiedział, kliknąłem na wyczucie (różne się rzeczy na czuja klika i - trwam w zauroczeniu.

Właściwie trudno może byłoby powiedzieć dlaczego. Jak porozkładać na czynniki pierwsze, to muzycznie sympatyczne i kreatywne, ale bez wielkiego szału. Względy seksistowskie też można pominąć, bo wokalistka (to indywidualny projekt właściwie) liczko ma wprawdzie przyjemnie gładkie, ale bez przesady, cycem też nie szczuje cy cuś. Sekret tkwi chyba w teledysku, w którym mamy trochę zabawnego efekciarstwa - które akurat przypadło mi do gustu -  i bardzo fajnie poprowadzonej, konsekwentnej zabawy czernią i bielą oraz ich symetrią. Jest faktem, że kiedy do tego wracam, to po to, żeby przede wszystkim oglądać, a nie słuchać. Chyba jeszcze bardziej bym lubił, gdyby było śpiewane po francusku lub wyłącznie w językach Afryki, a nie w większości angielszczyzną z francuskim akcentem.

Próbuję powyżej wstawić film z jutuba, żeby każdy mógł sobie sam obejrzeć od razu, ale że dawno tego nie robiłem, to i nie pamiętam magicznych recept (które od tamtej pory mogły się pozmieniać), więc na wszelki wypadek także link: Jain - Makeba.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Dziś będzie nietypowo, bo będzie przypowieść.

Był raz sobie pewien prawnik, który otrzymał do napisania prosty pozew o zapłatę kwoty 1450 zł w postępowaniu upominawczym (czyli takim, gdzie sąd wydaje nakaz zapłaty w oparciu o przedstawione dokumenty, a dłużnik może się od takiego nakazu odwołać bez zbędnych ceregieli - w takiej procedurze prowadzonych jest 90% spraw sądowych o zapłatę, bo przeważnie są one wynikiem tego, że ktoś nie zapłacił, a nie tego, że uważa żądanie za nieuzasadnione).

Sprawa w gruncie rzeczy banalna, można ją było wrzucić do kolejki "zrobić jako jedną z wielu rzeczy przy nadarzającej się okazji", bo i merytorycznych powodów do priorytetowego jej traktowania nie było. Prawnik postanowił być jednak bardzo pracowity. Wziął i mozolnie policzył należne dotąd odsetki w kwocie 81 złotych. Kosztem wolnej chwili wypełnił pozew, podrukował, popodpisywał, poskładał w całość i nawet osobiście podwiózł do sądu o poranku. Poszło...

Sekret przypływu pracowitości szybko się ujawnił. W wydanym nakazie zapłaty sąd przyznał prawnikowi 900 zł wynagrodzenia. Prawnik wiedział, że w sprawach o kwotę do 1500 zł wynagrodzenie wyniosłoby 270 zł, ale prosty trick z doliczeniem konkretnej kwoty odsetek (1450+81=1531) powodował przeskoczenie sprawy do innego rzędu w tabelce. Prawnik wiedział też, że gdyby złożył ten pozew dzień później, to sąd przyznawałby już koszty według zmienionych przepisów, czyli według stawek niższych o jedną trzecią... 

Podsumowując: dzięki małemu przypływowi pracowitości sąd przyznał prawnikowi 900 zł, a gdyby pozew został złożony dzień później i bez doliczenia odsetek - przyznałby mu kwotę 180 zł. Oczywiście klient nie zapłacił prawnikowi z góry (ani z dołu) ani 900, ani 270, ani 180 zł (tylko jakąś tam ryczałtową kwotę za obsługę wszystkich spraw), prawnik pieniądze otrzymał kiedy ściągnął należność z dłużnika razem z przyznanymi przez sąd kosztami.

To są te drobiazgi, o których prawnicy niechętnie mówią, kiedy mowa o wynagrodzeniach, umowach i rynku.

20:37, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 grudnia 2016

Junior bierze udział w różnego rodzaju konkursach, między innymi czytelniczych. Ojciec, wstyd może przyznać, nie śledzi tych konkursów zbyt uważnie, czasem tylko dostaje polecenie "ściągnij skądś taką a taką książkę", jeżeli okoliczne biblioteki zawodzą.

W ostatnich dniach zaś do Ojca dociera taki dialog:
- Matka, a gdzie w tym Tomku jest o wysokości wulkanów w Meksyku?
- A to w tym było, bo zupełnie sobie nie przypominam?
(tak, Matka zna Tomki dość dobrze)
A że Ojciec siedzi nieopodal, to się włącza:
- Na 100% było i na 99% w tym kangurzym
(choć, Ojciec przyznaje, nie był pewien okoliczności).
- Ojciec, a znajdziesz to w książce?

No to Ojciec się wziął do szukania. Kartkuje, kartkuje, wzrokiem po znajomych stronach przebiega, brwi marszczy. Bo faktycznie nie ma, a być powinno... Sięga Ojciec do Wujka Gugla, i rzecze: no przecież rację miałem, jest o Orizabie i Popocatepetlu zwanym Popo! Bierze raz jeszcze książkę do ręki...

Wydanie pierwsze, rok pański 1957. Najwyraźniej w kolejnych wydaniach Szklarski rozwinął detale (dlatego Ojciec pamiętał tę scenę z późniejszego wydania, a Matka - nie).

piątek, 09 grudnia 2016

Grudzień. Człowiek wstaje rano, a tu ciemno, jeszcze dobrze nie zdąży pracować, a tu znów ciemno, i nie jest to jeszcze noc polarna. Czasem się z tego powodu zastanawiam czy lepszy jest na taką porę roku czas letni, czy czas zimowy (póki co wygląda mi na to, że jednak zimowy, bo ważniejsze jest się dobrze obudzić, wieczorem łatwiej sobie poradzić z zaśnięciem), więc jeśli mamy zmieniać to w tę stronę.

Znalazłem jednak dobrą stronę. Człowiek wstaje rano, jeszcze ciemno, i chwilę potem widzi jak się świat rozjaśnia, jak ma okna dobrze ustawione to i na wschód słońca się załapie ("pierwszy raz w życiu jutrzenkę obaczył...") Pod koniec pracy zaś można zoczyć zachód słońca nie czekając Ra wie ilu godzin. A zachody słońca w grudniu też potrafią być niezmiernie efektowne, zwłaszcza kiedy zachodzące słońce z chmurami się bawi.

Wczoraj tak miałem, że w porze zachodu słońca wychodziłem. Niezmiernie to urokliwie wszystko wyglądało, te chmury słońcem pokolorowane. Tylko potem nagle musiałem mocno zahamować, bo jeden pan w czapce zapraszał mnie do zjazdu na pobocze gestem nieznoszącym sprzeciwu, kosztował mnie ten zachód słońca 50 zł i dwa punkty (bo ograniczenie przegapiłem).

Tagi: bzdury zima
17:10, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (3) »