Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
poniedziałek, 15 maja 2017

Och, ileż jest dyskusji na temat tego, co zrobić w sądach, żeby sprawy trwały krócej. Jedni dyskutują teoretycznie, inni ślepo wierzą w technologię, jeszcze inni próbują za wszelką cenę zmniejszyć ilość spraw którymi się sąd musi zajmować... Jednocześnie w toku mniej lub bardziej luźnych dyskusji, prawnicy-praktycy komentują rzeczywiste (niekoniecznie widoczne dla postronnych) absurdy w procedurze, zwłaszcza takie, które pomagają sprawę wydłużyć (każdy praktyk je zna, bo albo się na nie wścieka, albo... z nich korzysta)

I z takich to poważnych wypowiedzi, luźnych dyskusji i własnych refleksji zrodził mi się ten (kolejny) racjonalizatorski pomysł. Zacznę może od pewnej dla niego inspiracji. Parę lat temu (jeszcze ten blog to pamięta...) był w kodeksie rozdzialik zatytułowany "postępowanie w sprawach gospodarczych". W tym postępowaniu odrębnym charakterystyczny był wymóg formalny, aby przed wytoczeniem pozwu skierować do strony przeciwnej jakieś wezwanie czy reklamację, oraz korespondencję świadczącą o próbie polubownego załatwienia sprawy (przepis art. 479[12] par. 2 kpc). Ten wymóg w jego drugiej części jest aktualnie obecny w dość karykaturalnej formie obowiązku oświadczenia, czy strony podejmowały próbę mediacji i dlaczego nie. W pierwszej zaś części...

Właśnie. Dzisiejszy proces zaczyna się od mozolnego udowadniania strona nie jest wielbłądem, po czym strony odkrywają kolejne zasoby argumentów i wnoszą o uznanie, że powołanie kolejnych dowodów i twierdzeń jest usprawiedliwione rozwojem sprawy, zaś akta spraw puchną... Do tego dokłada się ogólna niepewność, co właściwie za chwilę zostanie zakwestionowane i dlaczego. 

Stąd mój pomysł: przywróćmy obligatoryjną korespondencję przedprocesową (można na początek pilotażowo wyłącznie w jakiejś kategorii spraw, potem się zobaczy). Najpierw więc powód (in spe) winien skierować wezwanie, w którym określi, jakiego rodzaju żądanie będzie kierować do sądu. Pozwany zaś (również in spe) powinien po otrzymaniu wezwania odpowiedzieć, czy i w jakim zakresie to żądanie kwestionuje. Jeżeli nie zakwestionuje (także milcząco), to powód będzie zwolniony z wykazywania faktów uzasadniających roszczenie i może śmiało iść po nakaz (wiadomo, że większość spraw jest o zapłatę) - a dla pozwanego oprotestowanie takiego nakazu byłoby uzależnione od uzasadnienia, dlaczego nie protestował na wezwanie. Jeżeli zaś pozwany w odpowiedzi na wezwanie zakwestionuje roszczenie, to powinna nastąpić dalsza wymiana przedprocesowej korespondencji - w której strony precyzują, jakie fakty, oceny i interpretacje prawa są między nimi sporne.

Sąd zaś otrzymując pozew - wraz z korespondencją przedprocesową - powinien od razu widzieć, co jest przedmiotem sporu, a co nie. Do tego sędzia powinien w razie wątpliwości wziąć strony za przysłowiowe fraki i ustalić na pierwszym posiedzeniu, czy i o co zamierzają się kłócić. W efekcie zbędne będzie zasypywanie sądu zbędnymi wnioskami dowodowymi, a sędziom o ileż prościej będzie pisać uzasadnienia...

Oczywiście, w wielu sprawach ten model się nie nada, czy to z racji na charakter roszczenia, czy z uwagi na terminy do wytoczenia powództwa (które nie pozwolą na długotrwałą korespondencję). Ale wiele mniejszych i zwłaszcza większych sporów można byłoby skrócić w zarodku.

Tagi: sąd
20:08, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (6) »
niedziela, 14 maja 2017

O Formule 1 wielu mówi, że to nudne, bo tylko się w kółko kręcą (na owal niech pójdą...). Często jest to prawda, czasem nie dzieje się prawie nic, nikt nikogo nie wyprzedza (dwa tygodnie temu w Soczi podobno nikt), nawet nikomu się za bardzo samochód nie psuje... Bywają jednak na torach rzeczy zupełnie nieprzewidywane.

Byłem dwa tygodnie temu w Budapeszcie (przy okazji przegapiłem tam uliczne pokazy Mercedesa i Red Bulla, rozgrywane niemal przed naszymi oknami, pech - a może i nie). Wracając do domu zboczyliśmy na Hungaroring, bo jeszcze się nie zdarzyło. Tor był zamknięty dla publiczności, więc zrobiliśmy sobie tylko zdjęcia przed bramą, potem ugadaliśmy ciecia, żeby pozwolił nam zrobić zdjęcia przy rzeźbach stojących 20 metrów za bramą (cały czas stał i nas pilnował). Wróciliśmy na parking, zaczęliśmy się pakować do samochodu (zwłaszcza że w tę i z powrotem przechodziły kapuśniaczki i ulewy). Wtedy tuż obok nas zatrzymał się biały lexus, kierowca otworzył okno jakby chciał o coś zapytać, obróciłem się ku niemu, i faktycznie pyta - skąd jesteśmy. No to grzecznie odpowiadam że z Polski, a on na to pyta, czy nie chcielibyśmy się przejechać po torze. Zanim zdążyłem sobie zadać w duchu pytanie "jakim cudem", siedzieliśmy już w tym lexusie, cieć grzecznie otworzył bramę, przejechaliśmy tunelem pod trybunami, potem wzdłuż boksów, wjechaliśmy na pitlane... Z pitlane wyjechaliśmy na tor, kierowca cały czas fachowo komentował zakręty, opisywał prędkości osiągane w poszczególnych sekcjach, w zakręcie nr 11 specjalnie wyjechał na szerokie tarki (jak wszyscy kierowcy wyścigowi), żeby pokazać, z jakimi efektami specjalnymi się to wiąże. Na prostej startowej zatrzymał się na pole position, potem mocniej wcisnął gaz (ale chyba nie przekroczyliśmy limitu prędkości), potem za zakrętem nr 1 zjechał na pobocze i odwiózł nas technicznymi drogami z powrotem na parking. To był - nie ściemniam - szef kontroli wyścigu Hungaroringu, w dalszym ciągu trochę się szczypię, żeby uwierzyć, że to się zdarzyło naprawdę.

Ale to tak naprawdę jeszcze nic w porównaniu z tym, co się może zdarzyć na torze. Dziś podczas GP Hiszpanii po dynamicznym starcie doszło do kolizji w pierwszym zakręcie, po której bolidy Verstappena i Raikkonena nieszczególnie się nadawały do jazdy. To prawdziwy pech, jeśli jesteście kibicem Raikkonena i już po kilkunastu sekundach nie możecie mu kibicować w wyścigu. Jeśli do tego macie 5 lat i specjalnie w tym celu przejechaliście tysiąc kilometrów, to można się rozpłakać. Może się tak zdarzyć, że wasz płacz wychwyci kamerzysta i puści na cały świat...

boy crying GP Spain 2017 Catalunya Raikkonen

Może się zdarzyć i tak, że wkrótce potem zostaniecie zaproszeni do padoku, spotkacie się z Kimim, ekipą Ferrari i całą masą różnych innych osób, które dla zwykłego śmiertelnika są nieosiągalne. Jednym słowem: otrzymacie prezent, o jakim marzy każdy kibic Formuły 1 (chłopak będzie mógł się całe życie szczypać, żeby się upewnić, że to się wydarzyło). Zaraz poprawia nastrój!

GP Spain crying boy Raikkonen paddock 2017

A i sam dzisiejszy wyścig pełen przygód i mało przewidywalnych emocji.

piątek, 12 maja 2017

Dziś przepis. Podobno niezawodny.

Bierzemy zacną przygarść kaszy jęczmiennej i kaszy z prosa, tak aby dla rodziny starczyło.
Moczymy w glinianym garnku parę godzin, poczem gotujemy długo z dodatkiem soczewicy.
Gdy kasza będzie miękka, dodajemy półgarniec grubo przesiekanej lebiody, oraz dla smaku drobniej usiekanego szczawiu i rdestu, byle czystego i świeżego.
Całość gotujemy jeszcze przez trzy zdrowaśki lub światowidki. 
Zagęszczamy pszenną mąką, co przy odsianiu na chleb pozostała. 
Zaprawiamy świeżo zerwaną miętą.
Zdejmujemy z paleniska, szczelnie zatykamy i odstawiamy na jakiś tysiąc lat.

Archeolodzy twierdzą, że tak właśnie

wtorek, 09 maja 2017

...z piernika paź, królewna z marcepana, tak to jakoś szło w starej kołysance (raczej jej słuchałem niż ją śpiewałem). Zastanawialiście się kiedyś czy ktoś naprawdę by zrobił takie słodkie postacie? No ja się, przyznam, nie zastanawiałem, choć słyszałem o głowach cukru (czyli na kształtną bryłę się nada) i widywałem piernikowe figurki (choć raczej w formie płaskiej). Co się zaś tyczy marcepana to każdy pewnie jakieś marcepanowe drobiazgi...

Właśnie: drobiazgi. Coś małego sobie wyobrazić nietrudno, a coś dużego? Więc przyznam, że tego co niedawno zobaczyłem, zupełnie się nie spodziewałem, może dlatego że (patrz wyżej) nigdy się nad tym nie zastanawiałem (i nie chodzi o coś do księgi rekordów Guinnessa).

michael jackson marcepan szentendre muzeum węgry hungary

Wiem: to król raczej niż królewna, jednak cały z marcepanu (za szybą, żeby nie lizać); z boku na szybie tabliczka informująca ile kilogramów masy marcepanowej zużyto do produkcji i ile to godzin trwało. Postaci kobiece też były (naturalnej wielkości), ale ten w centralnym miejscu był postawiony.

dino dinozaur marcepan szentendre muzeum węgry hungary

Ten dinozaur miał raczej metr niż trzy, nic większego niż postać ludzka nie pamiętam, niemniej i duże, i małe, budziły zachwyt.

kaktus cactus marcepan szentendre muzeum węgry hungary

Przy dinozaurze widać było i motywy roślinne, tutaj w całej okazałości. Najtrudniej było fotografować, bo przez szybę, odbić co niemiara (zresztą dostrzegalnych tu i tam).

101 dalmatyńczyków dalmatians marcepan szentendre muzeum węgry

A wszystko to w niewielkim (góra godzinka), acz przeuroczym Muzeum Marcepanu w niewielkim (i też niczego sobie) miasteczku Szentendre, jakieś 30 km na północ od Budapesztu, nad brzegiem Dunaju.

Tagi: fotka Węgry
18:57, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (1) »
sobota, 06 maja 2017

Tytuł tego wpisu niewątpliwie wiele osób zdziwi (nie, nie miałem na myśli zwykłego clickbaitu). Jedni pomyślą, że zwariowałem, inni, że się nawróciłem - w każdym razie, że chcę zrobić hiperdobrze osobom prowadzącym działalność gospodarczą aka przedsiębiorcom (potencjalnie mogłoby nie dziwić skoro w taki sposób się od lat utrzymuję). 

Zacznijmy jednak ab ovo. "Jajkiem" w tym przypadku był wywiad z eks-premierem Belką, który znalazłem na portalu. Pan profesor wspomniał w tym wywiadzie, że jako prezes banku centralnego płacił podatki wg stopy 32% (nie wiem czy jako premier łapał się w podwyższony próg), natomiast obecnie jako individual contractor płaci 19% i jeszcze wrzuca sobie to i owo w koszty (choć się z tym dobrze nie czuje). Zrobiło mi się bardzo smutno, bo to przejaw takiej hipokryzji, że co się nam będą możliwości marnować (ani korzystanie ze stawki liniowej, ani odpisywanie kosztów nie jest obowiązkowe) - dokładnie na tej samej zasadzie bogaci biorą 500+, a dziennikarze na etatach korzystają z 50% kosztów uzyskania przychodu za swoje teksty (lata temu WO się za taką sugestię na mnie mocno obraził i nie przeszło mu aż do dziś, z grubsza). Napisałbym, że to polska mentalność, ale tak naprawdę działa na całym świecie...

I kiedy tak sobie nad tym dumałem o poranku, przyszło mi do głowy rozwiązanie, które można streścić tytułem tej notki. Nie, oczywiście nie chodzi w nim o zwolnienie z opodatkowania dochodów z działalności. Pomysł polega na usunięciu z ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych kategorii "przychody z działalności" - każda forma osobistego działania podlega opodatkowaniu na zasadach ogólnych (tzn. bez szerokiego odliczania kosztów). Jeżeli natomiast ktoś chce prowadzić działalność gospodarczą, niech przychody z niej opodatkowuje podatkiem od osób prawnych! Osiągamy wtedy następującą sytuację:
- wszyscy przedsiębiorcy są opodatkowani wg tych samych zasad (tak, oznacza to rozciągnięcie CIT na wszelkie spółki osobowe) - a jednym z uzasadnień wprowadzenia stawki ryczałtowej było "zrównanie szans" wobec obniżki stawki CIT,
- rozwiązuje się problem przepływów pomiędzy majątkiem "firmowym" i "prywatnym" - wszelkie transfery do majątku prywatnego stanowią przychód z majątku, także korzystanie z majątku firmowego do celów prywatnych, być może niezbędne będzie wprowadzenie wyraźnej kategorii prawnej "majątek przedsiębiorcy" (jakby co, to ten tekst stukam na laptopie stanowiącym formalnie majątek przedsiębiorcy...),
- likwiduje się masowo ostatnio nadużywane furtki do obniżania opodatkowania,
- upraszcza się system podatkowy.

Minusy? Nie widzę. Oczywiście, wszyscy oszczędzający na podatkach dzięki stawce liniowej zakrzykną veto... Chyba podrzucę to zaprzyjaźnionej partii.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Wiem, że na świecie codziennie obchodzone są jakieś niezmiernie interesujące święta, ale żeby dziś był Międzynarodowy Dzień Szakala to nie (za to dziś jest Dzień Konia, gdybyście szukali okazji do świętowania). Wczoraj za to, gdym na PIT-em pochylon siedział i wieczór już dawno się zrobił głęboki (cichy ani ciepły niestety nie), doszedłem w pewnej chwili do wniosku, że starczy tego dobrego (?) na jeden dzień (zwłaszcza że jakieś 80% miałem zrobione) i może warto by relaksu zażyć.

Sięgnąłem do programu telewizyjnego i popadłem w rozterkę. Oto bowiem na jednym programie nadawano klasyczną ekranizację Dnia Szakala z Edwardem Foxem, a w tym samym czasie inna stacja pokazywała remake tegoż z Brucem Willisem. Jako że tego drugiego dzieła nigdy nie widziałem w całości, dylemat był poważny. Dałem "nowemu" szansę, z uśmiechem odnotowałem dość wierne powtórzenie paru wątków (wierne nie oznacza z pominięciem nowych realiów), nawet bawiło. Później jednak (nie bez pomocy przerwy reklamowej) przeskoczyłem do klasyka i tam już zostałem. Może tak podziałały zdjęcia przynoszące klimat Europy lat 60/70, zwłaszcza z wszystkimi paryskimi widoczkami, może znacznie większa (bo nie pełna) wierność powieści... A może ta zaskakująca bezgłośność, ograniczanie dźwięków i dialogów do minimum, operowanie niemal wyłącznie obrazem, ruchem, barwą. (Poza tym podejrzałem opis na wikipedii i stwierdziłem, że zmodyfikowana fabuła mnie znacznie mniej kręci, a Willis w przebierankach nie jest lepszy od Malkovicha w Na linii ognia). 

Nasunęła mi się przy tym refleksja inspirowana luźno rzuconą w jakiejś dyskusji myślą o książkach, filmach i wyobraźni. Patrzyłem na Szakala, Colette czy Jacqueline* i myślałem "zupełnie inaczej bym sobie ich wyobrażał" (nie jest to zarzut nietrafnej obsady czy słabego występu), nawet jeśli byli tylko nieokreślonymi bytami snującymi się w myślach. Co innego Lonsdale, którego Lebel jest wręcz archetypiczny (choć powieściowy był zdaje się skromniejszej postury).

*jej w ogóle jakieś inne imię dali

niedziela, 09 kwietnia 2017

Właściwie to przymierzałem się do napisania o czym zupełnie innym - mam takich parę tematów co odkładam raz za razem bo albo mi się nie chce, albo znajduje się akurat co innego - ale po szanghajskim wyścigu (o którym innym razem albo wcale) rzuciło mi się to w oczy i puścić nie chce, więc kujmy póki gorące i szybkie.

Tytułowe trofeum - bo tak to należy określić - wymyślono... dla urozmaicenia nudnych wyścigów, ktoś złośliwy mógłby powiedzieć. Trzeba przyznać jednak, że rywalizacja "kto szybciej zmieni koła" ma nieraz znaczenie dla wyników wyścigu F1, nawet i o zwycięstwie może zdecydować (choć większe znaczenie ma chyba regularność dobrych wyników, niż ich jednorazowe wyśrubowanie). Postanowiono więc mierzyć precyzyjnie czas każdej zmiany opon, ustalać kto w danym wyścigu zrobił to najszybciej, i sprawdzić kto się okaże na dystansie całego sezonu.

W roku 2015 nawet przez moment była ciekawa rywalizacja - w poszczególnych wyścigach aż siedem zespołów triumfowało indywidualnie, w pewnym momencie o zwycięstwo w sezonie wydawały się walczyć aż trzy ekipy, w końcu Ferrari zapewniło sobie trofeum na wyścig przed końcem. W roku 2016 spięła się mocno ekipa Williamsa, która przeprowadziła arcyprecyzyjną analizę, opracowała rewelacyjne procedury i na początku sezonu okazała się najszybsza dziewięć razy z rzędu (mimo że rok wcześniej raczej odstawali w tym elemencie), czyniąc rywalizację iluzoryczną.

Dziś natomiast zauważyłem - każdemu może umknąć - że w trosce o "poprawę widowiska" (jakby się w boksach nie poprawiło od powiększenia opon, które w tak ekspresowym tempie zakładają na koła) zmieniono zasady rywalizacji. Teraz bowiem firma DHL (patron nagrody) odnotowuje 10 najlepszych wyników - przy czym, co może boleć tych "regularnych", liczy się każdemu zawodnikowi tylko najlepszy czas jego mechaników, a nie wszystkie najlepsze wyniki - i przyznaje punkty jak za miejsce w wyścigu. Zgadnijcie, kto ma najwięcej punktów? ...oczywiście Williams (choć podliczyć trzeba samemu póki co). Ale jeszcze dużo wyścigów do końca.

Tagi: statystyki
19:34, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 kwietnia 2017

Złapałem się właśnie na tym, że koniec miesiąca dawno za nami, a ja nawet nie spisałem fejsowych poranników z co najmniej dwóch tygodni. Czy to oznacza, że mi się znudziło? (notowanie, nie puszczanie przeróżnej mniej i bardziej dziwnej muzyki)

Tego jeszcze nie wiem, ale skoro wziąłem i spisałem, to co stoi na przeszkodzie, żeby wkleić. W marcu o tak zwanym poranku (czyli między ósmą a szesnastą, powiedzmy) było grane:

Preservation Hall Jazz Band - Santiago
Fred Wesley - Funk For Your Ass
Louis Armstrong & Duke Ellington -It Don't Mean a Thing
Duane Allman ft. King Curtis - Games People Play
Odjbox - Ebony Rhapsody 
Jacek Kaczmarski - Rejtan, czyli raport ambasadora
Skamot Roig - El Padrino
Wojciech Młynarski - Dzieci Kolumba
Frida - I Know There's Something Going On
Amel Bent - Eye Of The Tiger
The Overtones - Shake The Tail Feather
Wojciech Młynarski - Bynajmniej
Bonnie Tyler - If You Were A Woman (And I Was A Man)
Postmodern Jukebox feat. Caroline Baran - Nothing Else Matters
Scott Joplin - The Entertainer
Jacek Kaczmarski - Zmartwychwstanie Mandelsztama
Big Boss Man - Sea Groove
Caro Emerald - Tahitian Skies
Emilie-Claire Barlow - Raindrops Keep Fallin' On My Head
Preservation Hall Jazz Band - Summertime
Lech Janerka - Lola

Dopóki nie spisałem, to sam nie wiedziałem, jak wiele było w marcu powtórzeń! Młynarskiego i Kaczmarskiego można po trosze zwalić na okolicznościowe (zgon, rocznica urodzin), ale PHJB? Takoż nie miałem pojęcia, że aż tak bardzo coverami leciałem (chociaż fakt, nieraz jak mnie o świcie jakiś kawałek męczy, to lepiej znaleźć dobry cover niż oklepany oryginał). A zagramy... to coverem to trudno nazwać, raczej wariacją. El Padrino.

PS Jeśli chodzi o tytułowe pytanie, to przypominam o prawie Betteridge'a. Ale kto go tam wie.

Tagi: muzyka
22:29, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (2) »
niedziela, 02 kwietnia 2017

Autyzm jest... problemem. Problemem już na etapie opisu, bo trudno jednoznacznie powiedzieć, czym jest, oprócz tego, że stanem niepożądanym i utrudniającym życie, a zarazem powodem wielu mitów, przesądów i uprzedzeń.

Autism Awareness Day Światowy Dzień Świadomości Autyzmu

Temat autyzmu przewijał się tu już na blogu, nawet był przyczyną jednego z gwałtowniejszych rantów w jego historii. Nie mam osobistego powodu do pisania na ten temat, niemniej podwyższoną wrażliwość w tej kwestii mam i może dlatego informacja o dzisiejszym dniu wywołała we mnie chęć puszczenia o nim informacji.

Autism Awareness Day Światowy Dzień Świadomości Autyzmu

Światowy Dzień Świadomości Autyzmu, Autism Awareness Day. Ludzie ubierają się na niebiesko na znak poparcia, choć ważniejsze pewnie zwykłe zrozumienie dla odmienności.

sobota, 01 kwietnia 2017

Ludzie dzielą się na trzy kategorie: tych, którzy próbują wymyślić na siłę jakąś wkręcającą historię (z większym lub mniejszym zaangażowaniem, z większym lub mniejszym skutkiem), tych którzy z przymrużeniem oka opowiadają absolutnie prawdziwe historie i tych, którzy postanawiają absolutnie nie próbować niczego udawać.

Ludzie dzielą się również na trzy inne kategorie: tych, którzy wierzą we wszystkie historie dla zasady, tych którzy pracowicie sprawdzają wiarygodność (w czasach postprawdy i faktów alternatywnych coraz bardziej niezbędne) i tych, którzy nie wierzą czekając, aż się samo potwierdzi.

Pewnie mógłbym jeszcze podzielić na tych, którzy umieją opowiadać dowcipy i tych którzy je psują, oraz na tych, którzy żart doceniają z kamienną powagą i tych, którzy psują zabawę mówiąc "hahaha żartujesz".

To taki poradnik, jak przetrwać ten dzień.

PS Tytuł to clickbait.

Tagi: bzdury
10:31, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »