Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS
wtorek, 04 grudnia 2018

Lubię odrobinę symetrii, więc relacjonując i przechowując dla potomności świętą łódzką wojnę na murach staram się dowalać raz jednym, raz drugim. 

łks widzew święta wojna na zakwasie dopalacze

Teraz rozglądamy się za czymś na ŁKS, najlepiej świeżym.

sobota, 01 grudnia 2018

Newsem tygodnia (a przynajmniej jego początku) było, że na zgniłym Zachodzie kobiety dla zachowania urody wcierają sobie w skórę serum robione z napletków niemowląt (pochodzących z obrzezania dzieci na pokornym Wschodzie, a konkretnie w Korei Południowej). 

Zadumałem się nad tym newsem. Po cóż ktoś miałby korzystać z czegoś tak obłąkanie brzmiącego, na dodatek w celu skutecznego działania poprzedzać to mikronakłuwaniem twarzy (podobno nieprzyjemnym) i płacić za to jednorazowo 500 funtów, odczekawszy dwa lata w kolejce?

A potem pomyślałem sobie, że jeśli dla kogoś uroda jest w pewien sposób narzędziem pracy - bo od wyglądu może zależeć, na jaki film uda się podpisać kontrakt i za jaką stawkę - to właściwie trochę nie dziwi, bo jeśli masz 45 lat i nadal chcesz wyglądać jak Kate Beckinsale w wieku 35 lat, to łatwo nie jest.

Nie wiem czy tym obrzezanym dzieciom współczuć, aczkolwiek jeśli i tak byłyby obrzezywane, to wykorzystanie tych napletków (zamiast ich utylizacji) już mnie szczególnie nie rusza.

niedziela, 25 listopada 2018

Jednego dnia na Twitterze pokręcona dyskusja na przeróżne tematy, obejmująca między innymi wyjaśnianie czym jest mazurek i czym się różni od wróbla (między innymi tym że nie jest ciastem).

A dziś na Facebooku wita mnie kolejna odsłona Świętej Wojny Widzewa z ŁKS-em.

łks widzew święta wojna mazurek dąbrowskiego

Aż się prosi o myśl, że wszyscy wszystkich szpiegują i wszyscy z wszystkich zrzynają.

środa, 21 listopada 2018

"życie trzeba przedstawić w taki sposób, żeby wydawało się prawdziwe - nic nie jest prawdopodobne tylko i wyłącznie na mocy faktu, że się wydarzyło" (John Irving)

W filmach opowiada się przeróżne historie. Na pewno był niejeden film o młodym, utalentowanym kierowcy, który bez odpowiedniego wsparcia z zewnątrz (zwłaszcza wyrażonego w twardej walucie) piął się po szczebelkach kariery, dorabiając przygotowywaniem samochodów dla innych. Niekoniecznie takie filmy kończyły się akurat w taki sposób, że w końcu młody dostawał kontrakt rezerwowego kierowcy w zespole Formuły 1, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności (nie zapominając o szybkości pokazywanej w okazjonalnych treningach) zajmował w trakcie sezonu miejsce kierowcy wyścigowego i zdobywał miejsce na podium na kultowym torze.

Chyba nie było natomiast filmu o tym, jak kierowca ma podczas wyścigu potężny wypadek, na widok którego wszyscy z przerażeniem zasłaniali usta - dopóki kierowca nie wstał i nie otrzepał się jak gdyby nigdy nic, a rok później na tym samym torze był tak bardzo przejęty wspomnieniem tego wypadku, że wygrał tam swój pierwszy wyścig w serii. Sophia Floersch po swoim koszmarnie wyglądającym wypadku w Macau chętnie wystąpiłaby w tym filmie... (choć najpierw musi dojść do siebie po operacji kręgosłupa)

Pewnie nie było też filmu o kierowcy wyścigowym, który mając w kieszeni kontrakt z legendarną stajnią, jedzie dla treningu powiatowy rajd i wpada na uszkodzoną barierkę, która - szansa jeden na milion - robi mu z ręki puzzle (nie licząc innych obrażeń, stanowiących zagrożenie dla życia). Po wielu operacjach prowadzących do przywrócenia ręce jako-takiej sprawności, ostatecznie po 6,5 roku kierowca wraca do swojego starego zespołu i pokazuje na testach, że w dalszym ciągu potrafi jeździć jak przed wypadkiem (a kibice z trybun śpiewają zespołowi "Merci"). Oglądałem kiedyś film biograficzny o zespole muzycznym Jan and Dean, gdzie historia była w sumie dość podobna.. 

Być może był film o młodym kierowcy, który bez pomocy doszedł na szczyty, ale później z nich spadł - a kiedy po latach udało mu się zdobyć niezbędną pomoc finansową niezbędną do powrotu, w ostatniej chwili został przelicytowany przez kogoś z dużo grubszym portfelem. Po czym rok później nastąpiła zamiana miejsc...

Bo filmów o młodych wilczkach i starych mistrzach nie brakuje. Ostatnio chociażby Auta 3...

Wszystkie te scenariusze napisał lub napisze Robert Kubica. Nie wszystkie wyglądają prawdopodobnie, a jednak się zdarzyły naprawdę, lub powinny się zdarzyć za chwilę. Tylko z tym otrzepaniem się to licentia poetica.

sobota, 17 listopada 2018

Którzyś specjaliści, nieważne czy uczeni radzieccy czy amerykańscy naukowcy, ustalili, że ludzie którzy się śmieją, są zdrowsi i żyją dłużej.

Miałem wczoraj we Wrocławiu okienka pomiędzy spotkaniami. Mimo że zimno było, a ja bez czapki (powtarzałem sobie pod nosem, że za bardzo uwierzyłem że wciąż jeszcze przyjemna jesień), spacery po mieście były przyjemne - trochę słońca, bez wiatru (a sam Wrocław zwykle przyjemny). Chodziłem więc, patrzyłem to na kanał, to na park, to na kamienice, to na ludzi - i uśmiechałem się wesoło, gdyż to było dobre. Tak, na ludzi też patrzyłem, gdyż ludzie w swojej różnorodności są niespodziewani i ogólnie zwykle ktoś coś fajnego robi, tylko zwykle nie mamy czasu takich nieistotnych drobiazgów zauważyć.

I kiedy tak sobie chodziłem i chodziłem, rozważając w duchu czy jednak nie kupić tej czapki (oraz dlaczego stragany "Wrocław - Miasto Spotkań" oferują głównie rękawiczki w dużym wyborze), gdzieś w okolicach Narodowego Centrum Muzyki (takie duże nowoczesne coś związanego z muzyką) zobaczyłem jak nadjeżdża... coś. Dopiero drugie spojrzenie pozwoliło mi uzmysłowić sobie, że to chyba elektryczna hulajnoga. Prowadziła ją dziewczyna, za nią stał chłopak, sprawiali wrażenie jakby nie czuli się na tej hulajnodze zbyt pewnie i stabilnie, ale najwyraźniej dobrze się bawili. I na tyle mi się to udzieliło, że kiedy się minęli, zacząłem się głośno śmiać.

Dodałbym tu fotkę wesołych instalacji montowanych na wrocławskim rynku, ale nie chciało mi się jej zrobić bo były niegotowe.

Tagi: bzdury
11:34, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (4) »
środa, 14 listopada 2018

Kiedy Agnieszka miała 16 lat, zauważyli rodzice... przepraszam, Tuwim mi się wpycha potężnym skojarzeniem. Kiedy miała 16 lat, rozpoczęła karierę zawodową i wygrała juniorski Wimbledon.

Kiedy miała lat 17, zagrała z "dziką kartą" w seniorskim Wimbledonie (wygrywając trzy mecze).

Kiedy miała lat 18, wygrała swój pierwszy turniej WTA i była rozstawiona w US Open.

Kiedy miała 19 lat, awansowała do ćwierćfinału Wimbledonu i Top10 rankingu WTA.

Kiedy miała 20 lat, wystąpiła w WTA Finals, i co z tego że jako druga rezerwowa, po wypadnięciu dwóch innych zawodniczek.

Nie jest moim celem streszczać tych 13 lat, przez które nas zachwycała i irytowała na przemian, wyliczać tych seryjnie osiąganych (i przegrywanych) ćwierćfinałów dużych turniejów. Dawała nam radość, kiedy grała w finale Wimbledonu, zaciskaliśmy zęby, kiedy odpadała w pierwszych rundach turniejów olimpijskich (czego pewnie sama żałuje dalece bardziej, niż my). Pisałem o niej wielokrotnie na swoich blogach, nie chciałbym zamieniać tej notki w spis treści.

Kiedy Agnieszka Radwańska miała 29 lat, 8 miesięcy i 8 dni, ogłosiła zakończenie kariery sportowej. Będzie nam Jej brakowało, nawet jeśli przez ostatnie dwa lata raczej na korcie męczyła się (i nas), przegrywając z mniej znanymi zawodniczkami i grając trzysetówki z kwalifikantkami.

Kiedy Iga Świątek miała 16 lat, awansowała do juniorskiego finału debla Australian Open. Kiedy miała 17 lat, wygrała juniorski Wimbledon...

Odeszła Królowa, niech żyje nowa?

niedziela, 11 listopada 2018

Wyłącznie słowami Mistrza Andrzeja.

Nos Kościuszki,
pierwszy, drugi akt z Moniuszki
piórko z orła
Wernyhora
i Chopina
i Chopina
toż on tyle pozamieniał
nut ludowych na klasyczne
Bum, Zygmuntem, bum
o, ślicznie
von Jungingen zbieżnym zezem
złe tatarstwo hordą lezie
a Batory, to pod Pskowem
a Sobieski, to pod Wiedniem
Szczerbiec komu
Akcja "Chochoł w każdym domu"
Niech przy spodniach, kurtkach, swetrach
będą zamki typu "Reytan"
niech w spodenkach kąpielowych
typ "Elstera"ktoś z użyciem krytej żabki
laury zbiera
Tylko jeśli w moim wierszu
znajdzie się zaimek ONA
to mnie potem nie pytajcie
poklepując familiarnie
czy na myśli miałem
Polskę czy Bułgarię

/Andrzej Poniedzielski, "Nos Kościuszki"/

09:21, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 listopada 2018

W czym umowa o pracę jest lepsza od umowy o dzieło?

Umowa o pracę daje pracownikowi - z mocy samego prawa - szereg różnych mniejszych i większych bonusów: prawo do płatnego urlopu lub ekwiwalentu za urlop (realnie prawie dodatkowa pensja), zwiększona stabilność pracy, prawo do takiej czy innej odprawy, płatne chorobowe, ubezpieczenie zdrowotne i wypadkowe.. Wszystkiego tego co do zasady nie ma przy umowie o dzieło (o pewne rzeczy można się umówić, jeśli jest się w wystarczająco mocnej pozycji do rozmowy); niektóre elementy można sobie próbować wykupić samemu, choć za jaką cenę...

A czy umowa o dzieło jest w czymś korzystniejsza?

Intuicja może podpowiadać, że pewne rzeczy kosztują, więc jeśli je wyeliminować.. Jeżeli rozmowa między pracownikiem a pracodawcą odbywa się na poziomie pensji brutto ("u nas na takim stanowisku..."), to z tej samej kwoty wpisanej do umowy w przypadku umowy o pracę pracownik otrzyma na rękę mniej, niż w przypadku umowy o dzieło. Pracodawca ma osobną korzyść, bo przy umowie o pracę do kwoty wynagrodzenia "dokłada" dodatkowe należności z tytułu składek, na umowie niewidoczne...

Czy różnice są duże?

To zależy od wysokości wynagrodzenia... Weźmy sobie na przykład umowę na kwotę 5.000 zł brutto. W przypadku umowy o dzieło pracodawca odlicza tylko podatek dochodowy w wysokości 18%, którego nie liczy zresztą od kwoty 5.000 zł, tylko ją uprzednio pomniejsza o hipotetyczne (przewidziane w ustawie) koszty uzyskania w zryczałtowanej wysokości 20% - czyli od kwoty 4000 zł. Po odliczeniu zaliczki w kwocie 18%x4.000 zł=720 zł (którą pracodawca przesyła do urzędu skarbowego), pracownik otrzymuje na rękę 4.280 zł.

W przypadku zaś umowy o pracę... od tych 5 tysięcy pracodawca najpierw odlicza składki na ubezpieczenia społeczne w łącznej kwocie 685,50 zł (emerytalne 9,76%, rentowe 1,5%, chorobowe 2,45%). Od pozostałej kwoty 4.314,50 zł pracodawca wylicza składkę na ubezpieczenie zdrowotne w kwocie 388,31 zł (9%), zostawiamy to na razie "w rozumie". Przy umowie o pracę - taki mały minus - nie ma zryczałtowanych kosztów w wysokości 20%, a tylko zryczałtowany odpowiednik kosztów dojazdu do pracy (zależny od tego czy mieszka się w tej samej miejscowości czy nie), przyjmijmy go w wyższej wysokości 139,06 zł miesięcznie. Podatek dochodowy liczy się zatem od kwoty 4.314,50-139,06=4175,44 zł, końcówkę zaokrąglamy i zostaje 4.175, zaliczka na podatek 4.175x18%=751,50 zł (celowo pominęliśmy kwotę wolną żeby porównanie wyszło bardziej przejrzyście). Teraz następuje moment dość magiczny - od zaliczki na podatek odliczamy część składki zdrowotnej (7,75% zamiast 9%) czyli kwotę 334,37 zł (zamiast 388,31 zł), zostaje 751,50-334,37=417,13 (znów zaokrąglamy), i tak oto już wiemy, że wpisaną do umowy o pracę kwotę 5.000 zł pracodawca rozdziela następująco: ZUS 1.073,31 (685,50 dla ZUS + 388,31 dla NFZ), urząd skarbowy 417 zł, pracownikowi na rękę 3.509,19 zł, czyli ponad 700 zł mniej (a pracodawca wysyła do ZUS jeszcze dodatkowe 1.099 zł).

W skali całego roku "na umowie o dzieło" pracownik dostanie więc 51.360 zł, a "na umowie o pracę" 42.110,28 zł.

Co się stanie jak zamienimy umowę o dzieło w umowę o pracę?

Tak naprawdę pytanie powinno brzmieć "co się stanie jak przestaniemy udawać że umowa o pracę jest umową o dzieło", kodeks pracy wyraźnie przewiduje, że umowa spełniająca określone warunki jest umową o pracę bez względu na to jak ją nazwiemy. Jeżeli sąd pracy uzna że umowa o dzieło była w istocie umową o pracę, to pracodawca ma obowiązek zgłosić to do ZUS i zapłacić zaległe składki wraz z odsetkami, zarówno te które płaci sam (1.099 zł za m-c), jak i te które miał potrącić z wynagrodzenia pracownika (1.073,31 zł miesięcznie).

Tak, w tym miejscu pojawi się niepokój: czy to znaczy, że... Tak, to oznacza, że skoro pracownikowi wypłacono więcej niż należało, a potem zapłacono za niego, to potencjalnie ta kwota jest do zwrotu. Jednocześnie pracodawca powinien wystawić skorygowane rozliczenie dochodu, na podstawie którego pracownik może złożyć korektę zeznania podatkowego i wystąpić o zwrot nadpłaconego podatku dochodowego (skoro co miesiąc płacił - za pośrednictwem pracodawcy - 720 zł zamiast 417 zł miesięcznie, w skali roku ponad 3600 zł). Osobną kwestią pozostaje, czy pracodawca nie jest pracownikowi dodatkowo winien za zaległy urlop, nadgodziny, świadczenie urlopowe...

Czy zawsze trzeba oddawać?

To pytanie prawie filozoficzne... a odpowiedź na nie brzmi "to zależy". W powyższych wyliczeniach przyjęliśmy, że pracodawca z pracownikiem umówili się na "5.000 zł na umowie, nieważna jaka umowa". Inaczej mogłoby być, gdyby się umówili na "4.000 zł na rękę, nieważne jaka umowa" - wtedy pracownik mógłby twierdzić, że to wyłącznie wina pracodawcy że nieprawidłowe liczby przyjął do umowy (bo wszystkie składki de facto były po jego stronie). Jeszcze inaczej mogłoby być, gdyby pracownik udowodnił, że chciał umowy o pracę za 2.500 zł, a pracodawca powiedział, że albo umowa "o dzieło" za 2.500 zł, albo nic - wtedy sąd mógłby uznać, że nie można karać pracownika za to, że pracodawca jednostronnie omijał przepisy, nawet jeśli pracownikowi wypłacano nieco więcej niż wynikałoby wprost z umowy i przepisów... 

Tagi: prawo sąd
11:21, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 listopada 2018

Odwiedzanie cmentarzy przy pięknej pogodzie ma tę zaletę, że człowiek nie ucieka w popłochu przed zimnem, wiatrem czy deszczem, ale ma czas (i ochotę) rozglądać się wokoło, a i świat zdaje się być bardziej atrakcyjny do oglądania.

Ludzie na cmentarzach mają przeróżne groby. Od zwykłych ziemnych, ledwie czymś zaznaczonych, przez proste płyty, po widoczne z daleka bryły, niektóre będące dziełami sztuki, inne ledwie próbujące do tego miana aspirować. W zasadzie w jakiś ładny dzień (choćby taki jak dziś) przeszedłbym się po cmentarzach robiąc zdjęcia co bardziej oryginalnych tworów cmentarnych, ale zawsze są ważniejsze rzeczy... więc zostawię tylko jeden przykład.

nagrobek

Na cmentarzach można zobaczyć różnych ludzi: starych i młodych, zwykłych, brzydkich i wyglądających jak milion dolarów. Przynoszą na groby kwiaty sztuczne, cięte lub doniczkowe. Przynoszą proste znicze z dyskontu, wymienne wkłady do dużych zniczy-latarni, lub przedziwne produkty dowodzące specyficznej kreatywności raczej niż poczucia smaku.

znicz (c) Maciek Jarzębiński / Photohooligan
(c) Maciek Jarzębiński - nie kopiować bez zezwolenia

A potem wszyscy ci ludzie tak samo tłoczą się w wąskich alejkach cmentarnych lub na chodnikach przed bramami. I tak samo tkwią w korkach, żeby podjechać, zaparkować i wyjechać.

Ci w grobach zaś wszyscy są tak samo nieżywi.

Tagi: fotka
16:51, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 października 2018

Ta historia jest znana: na Igrzyskach w Meksyku w 1968 roku, do ceremonii wręczenia medali w biegu na 200 metrów mężczyzn dwaj zawodnicy - mistrz olimpijski i rekordzista świata Tommie Smith oraz jego kolega z drużyny, brązowy medalista John Carlos - wyszli boso, z przypiętymi do dresów znaczkami OPHR (organizacji protestującej przeciwko segregacji rasowej) i czarnej rękawiczce na jednej z dłoni. Podczas wykonywania hymnu amerykańskiego Smith i Carlos unieśli zaciśnięte pięści w geście solidarności z czarnoskórymi, za co zostali usunięci z wioski olimpijskiej.

Mexico 1968 Black Power salute Peter Norman

Mało kto zwraca uwagę na trzeciego człowieka na tym zdjęciu, stojącego z przodu białego, pewnie dlatego, że ma buty na nogach i nie podnosi ręki - pomimo że też ma na dresie znaczek OPHR, o który sam poprosił. Ba, to on podpowiedział Amerykanom - po tym jak Carlos zapomniał swojej pary czarnych rękawiczek - żeby się podzielili parą rękawiczek Smitha (dlatego Carlos podnosi lewą rękę, a nie prawą).

Ten trzeci Peter Norman, biały sprinter z Australii, też dotkniętej piętnem rasizmu. W eliminacjach ustanowił rekord olimpijski, w finale kapitalnym finiszem wydarł srebro Carlosowi, ustanawiając niepobity do dziś rekord Australii. Jego gest był dyskretny w porównaniu ze Smithem i Carlosem, więc wściekłość szefa MKOl go ominęła, choć australijskie media nawoływały do ukarania go również. Smith i Carlos uznali go za swojego przyjaciela, na tyle że nieśli jego trumnę kiedy zmarł w 2006 roku.

Mówiono później że w Australii był prześladowany za swój gest, w 2012 niższa izba australijskiego parlamentu nawet podjęła uchwałę przepraszającą za traktowanie go po powrocie z Meksyku. Nie będę tej kwestii tu drążyć szczegółowo, twierdzenia w różnych artykułach są sprzeczne, te bardziej dramatyczne okazują się być kontrfaktyczne. Norman już nam nie wyjaśni.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 187