Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS

Prawo

czwartek, 25 maja 2017

Młodzież zapewne już nie pamięta kultowej (w odległej przeszłości) serii komedii o żandarmie z Saint-Tropez (z de Funesem w roli głównej, oczywiście). Dziś trąci ona już poniekąd myszką, jest puszczana jako zapchajdziura trochę. Wypada w tym miejscu od razu wyjaśnić, że we Francji żandarm to małomiasteczkowy lub wiejski policjant, podlegający zarówno władzom policyjnym, jak i wojskowym - a nie wojskowy glina jak u nas (oraz w US Army). 

Ja jednak dziś zupełnie nie o żandarmie francuskim, tylko o rodzimym. O istnieniu polskich żandarmów w zasadzie na co dzień się nie pamięta, wielu Polaków prawdopodobnie przeszło życie nie widząc żandarma na oczy (bo co oni mają do roboty poza jednostkami wojskowymi...), nie powiem że większość, bo jednak sporo facetów zaliczyło służbę wojskową (i sporo ludzi oglądało Krolla); ostatnio istnienie żandarmów mogło się przesmyknąć do powszechnej świadomości po wypadku Macierewicza pod Toruniem. Nadal jednak to coś w rodzaju kosmity.

Czemu o tym piszę? Bo... zaszła zmiana. W przepisach prawa zmiana. Parlament w ramach swojej ciężkiej pracy ("niczyja wolność ani własność nie jest bezpieczna kiedy obraduje parlament") postanowił przyznać tym - sympatycznym zapewne - kosmitom dodatkowe uprawnienia. Uprawnienia te obejmują między innymi dostęp do informacji na różne sposoby chronionych, w tym... Do dokumentacji związanej z numerem NIP. Do informacji o zgłoszeniu do ZUS i o składkach ZUS. Do informacji gdzie macie konto, lokatę, kredyt, kartę, skrytkę bankową - i na jaki okres. Co ważniejsze, do uzyskania tych informacji żandarm nie musi się szczególnie tłumaczyć, wystarczy że pokaże mniej lub bardziej ogólne upoważnienie od swojego komendanta (do dalej idących informacji będzie już potrzebował zgody sądu wojskowego, mimo wszystko), nieważne czy macie coś wspólnego z wojskiem. 

Gdybyście chcieli się zaniepokoić, to żandarmi mogą pytać o wasze konta od 27 kwietnia. Może was pocieszy, że takie same uprawnienia zyskali prokuratorzy i policjanci. A może nie.

20:22, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 15 maja 2017

Och, ileż jest dyskusji na temat tego, co zrobić w sądach, żeby sprawy trwały krócej. Jedni dyskutują teoretycznie, inni ślepo wierzą w technologię, jeszcze inni próbują za wszelką cenę zmniejszyć ilość spraw którymi się sąd musi zajmować... Jednocześnie w toku mniej lub bardziej luźnych dyskusji, prawnicy-praktycy komentują rzeczywiste (niekoniecznie widoczne dla postronnych) absurdy w procedurze, zwłaszcza takie, które pomagają sprawę wydłużyć (każdy praktyk je zna, bo albo się na nie wścieka, albo... z nich korzysta)

I z takich to poważnych wypowiedzi, luźnych dyskusji i własnych refleksji zrodził mi się ten (kolejny) racjonalizatorski pomysł. Zacznę może od pewnej dla niego inspiracji. Parę lat temu (jeszcze ten blog to pamięta...) był w kodeksie rozdzialik zatytułowany "postępowanie w sprawach gospodarczych". W tym postępowaniu odrębnym charakterystyczny był wymóg formalny, aby przed wytoczeniem pozwu skierować do strony przeciwnej jakieś wezwanie czy reklamację, oraz korespondencję świadczącą o próbie polubownego załatwienia sprawy (przepis art. 479[12] par. 2 kpc). Ten wymóg w jego drugiej części jest aktualnie obecny w dość karykaturalnej formie obowiązku oświadczenia, czy strony podejmowały próbę mediacji i dlaczego nie. W pierwszej zaś części...

Właśnie. Dzisiejszy proces zaczyna się od mozolnego udowadniania strona nie jest wielbłądem, po czym strony odkrywają kolejne zasoby argumentów i wnoszą o uznanie, że powołanie kolejnych dowodów i twierdzeń jest usprawiedliwione rozwojem sprawy, zaś akta spraw puchną... Do tego dokłada się ogólna niepewność, co właściwie za chwilę zostanie zakwestionowane i dlaczego. 

Stąd mój pomysł: przywróćmy obligatoryjną korespondencję przedprocesową (można na początek pilotażowo wyłącznie w jakiejś kategorii spraw, potem się zobaczy). Najpierw więc powód (in spe) winien skierować wezwanie, w którym określi, jakiego rodzaju żądanie będzie kierować do sądu. Pozwany zaś (również in spe) powinien po otrzymaniu wezwania odpowiedzieć, czy i w jakim zakresie to żądanie kwestionuje. Jeżeli nie zakwestionuje (także milcząco), to powód będzie zwolniony z wykazywania faktów uzasadniających roszczenie i może śmiało iść po nakaz (wiadomo, że większość spraw jest o zapłatę) - a dla pozwanego oprotestowanie takiego nakazu byłoby uzależnione od uzasadnienia, dlaczego nie protestował na wezwanie. Jeżeli zaś pozwany w odpowiedzi na wezwanie zakwestionuje roszczenie, to powinna nastąpić dalsza wymiana przedprocesowej korespondencji - w której strony precyzują, jakie fakty, oceny i interpretacje prawa są między nimi sporne.

Sąd zaś otrzymując pozew - wraz z korespondencją przedprocesową - powinien od razu widzieć, co jest przedmiotem sporu, a co nie. Do tego sędzia powinien w razie wątpliwości wziąć strony za przysłowiowe fraki i ustalić na pierwszym posiedzeniu, czy i o co zamierzają się kłócić. W efekcie zbędne będzie zasypywanie sądu zbędnymi wnioskami dowodowymi, a sędziom o ileż prościej będzie pisać uzasadnienia...

Oczywiście, w wielu sprawach ten model się nie nada, czy to z racji na charakter roszczenia, czy z uwagi na terminy do wytoczenia powództwa (które nie pozwolą na długotrwałą korespondencję). Ale wiele mniejszych i zwłaszcza większych sporów można byłoby skrócić w zarodku.

Tagi: sąd
20:08, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (6) »
sobota, 06 maja 2017

Tytuł tego wpisu niewątpliwie wiele osób zdziwi (nie, nie miałem na myśli zwykłego clickbaitu). Jedni pomyślą, że zwariowałem, inni, że się nawróciłem - w każdym razie, że chcę zrobić hiperdobrze osobom prowadzącym działalność gospodarczą aka przedsiębiorcom (potencjalnie mogłoby nie dziwić skoro w taki sposób się od lat utrzymuję). 

Zacznijmy jednak ab ovo. "Jajkiem" w tym przypadku był wywiad z eks-premierem Belką, który znalazłem na portalu. Pan profesor wspomniał w tym wywiadzie, że jako prezes banku centralnego płacił podatki wg stopy 32% (nie wiem czy jako premier łapał się w podwyższony próg), natomiast obecnie jako individual contractor płaci 19% i jeszcze wrzuca sobie to i owo w koszty (choć się z tym dobrze nie czuje). Zrobiło mi się bardzo smutno, bo to przejaw takiej hipokryzji, że co się nam będą możliwości marnować (ani korzystanie ze stawki liniowej, ani odpisywanie kosztów nie jest obowiązkowe) - dokładnie na tej samej zasadzie bogaci biorą 500+, a dziennikarze na etatach korzystają z 50% kosztów uzyskania przychodu za swoje teksty (lata temu WO się za taką sugestię na mnie mocno obraził i nie przeszło mu aż do dziś, z grubsza). Napisałbym, że to polska mentalność, ale tak naprawdę działa na całym świecie...

I kiedy tak sobie nad tym dumałem o poranku, przyszło mi do głowy rozwiązanie, które można streścić tytułem tej notki. Nie, oczywiście nie chodzi w nim o zwolnienie z opodatkowania dochodów z działalności. Pomysł polega na usunięciu z ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych kategorii "przychody z działalności" - każda forma osobistego działania podlega opodatkowaniu na zasadach ogólnych (tzn. bez szerokiego odliczania kosztów). Jeżeli natomiast ktoś chce prowadzić działalność gospodarczą, niech przychody z niej opodatkowuje podatkiem od osób prawnych! Osiągamy wtedy następującą sytuację:
- wszyscy przedsiębiorcy są opodatkowani wg tych samych zasad (tak, oznacza to rozciągnięcie CIT na wszelkie spółki osobowe) - a jednym z uzasadnień wprowadzenia stawki ryczałtowej było "zrównanie szans" wobec obniżki stawki CIT,
- rozwiązuje się problem przepływów pomiędzy majątkiem "firmowym" i "prywatnym" - wszelkie transfery do majątku prywatnego stanowią przychód z majątku, także korzystanie z majątku firmowego do celów prywatnych, być może niezbędne będzie wprowadzenie wyraźnej kategorii prawnej "majątek przedsiębiorcy" (jakby co, to ten tekst stukam na laptopie stanowiącym formalnie majątek przedsiębiorcy...),
- likwiduje się masowo ostatnio nadużywane furtki do obniżania opodatkowania,
- upraszcza się system podatkowy.

Minusy? Nie widzę. Oczywiście, wszyscy oszczędzający na podatkach dzięki stawce liniowej zakrzykną veto... Chyba podrzucę to zaprzyjaźnionej partii.

sobota, 18 marca 2017

Janusz Niemcewicz, adwokat, członek Naczelnej Rady Adwokackiej.
Stanisław Rymar, adwokat, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej.
Jerzy Stępień, radca prawny. 
Ferdynand Rymarz, radca prawny, adwokat, członek Naczelnej Rady Adwokackiej, prokurator, zastępca Prokuratora Generalnego.
Antoni Filcek, sędzia, prezes Izby Cywilnej i Administracyjnej Sądu Najwyższego. 

Co łączy te osoby? Wszystkie zostały członkami Trybunału Konstytucyjnego posiadając jedynie tytuły zawodowe magistra prawa. Stępień był przez pewien czas prezesem Trybunału, a Niemcewicz - wiceprezesem. Dodajmy, że nie wymieniałem wszystkich magistrów w składzie Trybunału, lista jest dłuższa (w obecnym składzie choćby adw. Pszczółkowski). Posiadanie tytułu naukowego profesora czy choćby stopnia naukowego (doktora lub doktora habilitowanego) nie jest bowiem w żaden sposób warunkiem "wyróżniania się wiedzą prawniczą", czego Konstytucja wymaga od kandydatów na sędziów Trybunału. 

Pamiętajmy o tym wymawiając słowa "magister Przyłębska", zwłaszcza z pogardliwym akcentem na słowo "magister".

Tagi: sąd
10:11, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (13) »
wtorek, 21 lutego 2017

"W dni świąteczne, ustalone na wniosek Muftiego, muzułmańska młodzież szkolna wolna jest od zajęć."

"Nauka religii dla młodzieży wyznania muzułmańskiego jest w ramach przepisów państwowych obowiązkowa."

"W razie szkodliwej dla Państwa działalności Imama lub Muezzina może właściwy wojewoda zażądać od Muftiego wydania zarządzeń zapobiegawczych lub usunięcia danej osoby z zajmowanego stanowiska. Minister może uznać stanowisko odnośnego duchownego za opróżnione."

"Imam i Muezzin są wybierani spośród kandydatów, co do których właściwy wojewoda przeciw ich wyborowi nie podnosi sprzeciwu. Imamowie i Muezzini składają przed objęciem stanowiska przysięgę na ręce właściwego starosty lub jego zastępcy."

"Członkowie Najwyższego Kolegium Muzułmańskiego i ich zastępcy składają przed objęciem urzędu przysięgę na ręce właściwego wojewody lub jego zastępcy."

"Wybór Muftiego podlega zatwierdzeniu Prezydenta Rzeczypospolitej. Przed objęciem urzędu elekt składa przysięgę na ręce Ministra."

"Mufti używa pieczęci z godłem wyznaniowym i napisem obwodowym, zawierającym nazwę władzy w języku polskim i arabskim."

Powyższe zdania stanowią normy prawne obowiązujące w Rzeczypospolitej Polskiej. Jeśli ktoś czuje się tym faktem zaskoczony lub napastowany, jeszcze jedna norma:

"Siedzibą Muftiego jest miasto Wilno."

Ustawa z dnia 21 kwietnia 1936 roku o  stosunku Państwa do Muzułmańskiego Związku Religijnego w Polsce. Obowiązuje w kształcie niezmienionym od 1945 roku. 

10:45, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lutego 2017

Trzeba sobie powiedzieć otwarcie: reforma edukacji będzie albo i nie będzie (jeśli protest społeczny rozleje się szeroką falą, to kto wie, rok 2017 to może być dziwny rok), na pewno budzi wiele emocji. Jeden jej aspekt jest jednak w najwyższym stopniu rozczarowujący.

Żeby się zorientować w reformie, trzeba przedrzeć się przez obrzydliwie długie ustawy: Prawo oświatowe oraz Przepisy wprowadzające ustawę - Prawo oświatowe. Ta druga (nie wiadomo, czy nie ważniejsza, bo z niej właśnie wynika, z której klasy się teraz trafia do której i w jakiej szkole) zawiera między innymi zmiany w setce innych ustaw (żartuję, tak naprawdę w ponad setce). Zmieniana jest między innymi stareńka (jak na tempo przemian), ćwierćwiekowa (z roku pańskiego 1991) ustawa o systemie oświaty, która była już tylekroć zmieniana, że...

Dobrych już parę lat temu popełniłem notkę, w której śmiałem się z rozbudowania oznaczeń w innej ustawie, a konkretnie z tego, że dopisując nowe treści (rozdziały całe) ustawodawca doszedł aż do artykułu 223zzz (trzy litery "zet"). W ustawie o systemie oświaty ustawodawca rozwinął się jeszcze bardziej, i oprócz takich prostych konstrukcji jak artykuł 5a ustęp 2b czy artykuł 7 ustęp 1 ba (musiał się zmieścić między 1b a 1c), a nawet bardziej wyrafinowanych jak artykuł 20zh ustęp 3a czy artykuł 22aga - sięgnął aż po artykuł 44zzzx (trzy litery "zet" i jedna "iks").* Kiedy po raz pierwszy to zobaczyłem, moją myślą było "ach, czemuż nie dodali tam jeszcze dwóch artykułów" (następne w kolejności byłyby 44zzzz i 44zzzza...). 

Przepisy wprowadzające ustawę Prawo oświatowe nie uchyliły - jak już zaznaczyłem - ustawy o systemie oświaty, tylko ją zmieniły. Zmiany polegały głównie na wycinaniu, w dużej mierze na nadawaniu nowego brzmienia jednostkom redakcyjnym, ale były i dodatki, a nawet nowe artykuły... ale w kwestii mnie interesującej ustawodawca spękał. Zmienił artykuł 44zzzw, zamiast dodać tam coś w okolicy.

Cokolwiek będzie dalej, jestem rozczarowany.

*odnajduję jakiś ukryty podtekst w tym, że artykuł 44zzzx brzmi:
"Przepisów rozdziału 3b nie stosuje się do dzieci i młodzieży z upośledzeniem umysłowym w stopniu głębokim" 

Tagi: bzdury
20:49, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (2) »
sobota, 28 stycznia 2017

Przeczytałem sobie tekst w gazecie. Po lekturze już prawie miałem się zabrać za pisanie, ale pogrzebałem najpierw w internecie i znalazłem tekst źródłowy stanowiący bazę dla artykułu - raport pani Agaty Chełstowskiej z Instytutu Spraw Publicznych (link gdzieś zgubiłem, można ten raport znaleźć na stronie Rzecznika Praw Obywatelskich).

Od samego początku intrygowało mnie bowiem, na ile dokładna była analiza ilościowa. Z raportu wynika, że bazą dla podanych liczb były informacje Krajowej Izby Komorniczej o około 600 tysiącach postępowań egzekucyjnych dotyczących alimentów rocznie. Na tej podstawie oszacowano, że ponieważ w jednym postępowaniu można dochodzić alimentów dla więcej niż jednego dziecka (trafna uwaga), to zapewne łączna liczba tych dzieci może wynosić około miliona. Zakładam, że odsetek egzekucji alimentacyjnych nie na rzecz dzieci lub nie od rodziców (tak, są takie możliwości...) jest pomijalny.

I teraz przyszła pora na parę uwag natury strukturalnej. Ilość postępowań egzekucyjnych to tylko, well, ilość postępowań. Liczba ta nie powie nam ile wśród tych postępowań:
- jest dokładnie umówionych między rodzicami; jeśli kogoś to twierdzenie dziwi, to podpowiadam, że alimenty mają w egzekucji bardzo wysoki priorytet, w związku z czym ludzie zadłużeni często wolą mieć formalne zobowiązania z tytułu alimentów, dochodzone przez komornika, bo dzięki temu ściągnięte z pensji alimenty zostają w rodzinie (a gdyby nie były egzekwowane, to po potrąceniu na inne długi dla rodziny zostałoby znacznie mniej na codzienne potrzeby...); pomijam tu możliwość prowadzenia egzekucji dla samej możliwości skorzystania z Funduszu Alimentacyjnego (przy jednoczesnym przyjmowaniu pieniędzy pod stołem), bo nie twierdzę, że znam takie przypadki, ale coś takiego mnie w ludzkości nie zdziwi,
- jest w pełni skutecznych, czyli z pensji jest ściągane dokładnie tyle ile się należy co miesiąc; znów może się komuś wydać dziwne, że jeśli ktoś spłaca w całości, to po co egzekucja - otóż wystarczy, że jeśli kiedyś raz została wszczęta (bo zdarzyła się zaległość), to nie zostanie umorzona, dopóki obowiązek alimentacyjny nie wygaśnie w całości - lub uprawniony nie złoży wniosku o jej umorzenie, ale tu w przypadku sporu między rodzicami potrafi być bardzo różnie...
- jest incydentalnych, czyli pojawia się zaległość, jest spłacana, a po jej wyegzekwowaniu postępowanie jest umarzane i dalej alimenty są płacone dobrowolnie (patrz punkty poprzednie); widziałem wielu ludzi, którzy miesiącami popadali w rosnące zadłużenia, dopóki nie dostawali do ręki większych pieniędzy i nie spłacali wszystkiego co do grosza, a za jakiś czas...
- dotyczy chorych, uwięzionych, bezrobotnych i bankrutów, którzy nie płacą, bo zwyczajnie nie mają z czego (także dlatego że im ktoś nie zapłacił, patrz choćby ostatnio pracownicy Almy) - zjawisko właściwie powszechne i dotyczące nie tylko dłużników alimentacyjnych; w tym miejscu zawsze powraca mi już tu kiedyś wspomniane pytanie, w czym dzieci mieszkające z rodzicem, który nie zarabia, różnią się od dzieci mieszkających bez tego rodzica, gdyż w tym drugim przypadku zdajemy się je traktować jako bardziej uprawnione...
- dotyczy (za przeproszeniem) meneli, alkoholików i podobnych, którym - prawdę mówiąc - i tak wszystko jedno.

Oczywiście nie zamierzam nawet sugerować, że rodzice uchylający się przed płaceniem alimentów (jak również pomagające im rodziny, znajomi i szefowie) nie istnieją, rocznie kieruje się do sądów kilkanaście tysięcy spraw karnych o takie przestępstwo. Rocznie ponad 300 tysięcy dzieci korzysta z Funduszu Alimentacyjnego (choć tu nie wiadomo jaki procent jest odcinany od świadczeń przez próg dochodowy), przy czym blisko 90% wypłacanych kwot mieści się w przedziale 200-500 zł (dane za lata 2013-14), co daje podstawę do zastanawiania się, czy to pełne kwoty, czy tylko część nieściągnięta od zobowiązanego. 

Piszę te uwagi z jednej strony po to, żeby podpowiedzieć, że obraz tzw. alimenciarza jest mocno niejednoznaczny (zwłaszcza w kontrze do jednoznacznych i kategorycznych twierdzeń spotykanych w mediach i nie tylko), a z drugiej strony - żeby zasugerować, że cudowne środki podpowiadane tu i ówdzie nie zadziałają (choć, nie ukrywam, znaleziony w raporcie pomysł z asystentem dziecka mnie zaciekawił, aczkolwiek na razie o jego implementacji nie słychać). Panowie Kijowski i Kurski mnie nie obchodzą.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Dziś będzie nietypowo, bo będzie przypowieść.

Był raz sobie pewien prawnik, który otrzymał do napisania prosty pozew o zapłatę kwoty 1450 zł w postępowaniu upominawczym (czyli takim, gdzie sąd wydaje nakaz zapłaty w oparciu o przedstawione dokumenty, a dłużnik może się od takiego nakazu odwołać bez zbędnych ceregieli - w takiej procedurze prowadzonych jest 90% spraw sądowych o zapłatę, bo przeważnie są one wynikiem tego, że ktoś nie zapłacił, a nie tego, że uważa żądanie za nieuzasadnione).

Sprawa w gruncie rzeczy banalna, można ją było wrzucić do kolejki "zrobić jako jedną z wielu rzeczy przy nadarzającej się okazji", bo i merytorycznych powodów do priorytetowego jej traktowania nie było. Prawnik postanowił być jednak bardzo pracowity. Wziął i mozolnie policzył należne dotąd odsetki w kwocie 81 złotych. Kosztem wolnej chwili wypełnił pozew, podrukował, popodpisywał, poskładał w całość i nawet osobiście podwiózł do sądu o poranku. Poszło...

Sekret przypływu pracowitości szybko się ujawnił. W wydanym nakazie zapłaty sąd przyznał prawnikowi 900 zł wynagrodzenia. Prawnik wiedział, że w sprawach o kwotę do 1500 zł wynagrodzenie wyniosłoby 270 zł, ale prosty trick z doliczeniem konkretnej kwoty odsetek (1450+81=1531) powodował przeskoczenie sprawy do innego rzędu w tabelce. Prawnik wiedział też, że gdyby złożył ten pozew dzień później, to sąd przyznawałby już koszty według zmienionych przepisów, czyli według stawek niższych o jedną trzecią... 

Podsumowując: dzięki małemu przypływowi pracowitości sąd przyznał prawnikowi 900 zł, a gdyby pozew został złożony dzień później i bez doliczenia odsetek - przyznałby mu kwotę 180 zł. Oczywiście klient nie zapłacił prawnikowi z góry (ani z dołu) ani 900, ani 270, ani 180 zł (tylko jakąś tam ryczałtową kwotę za obsługę wszystkich spraw), prawnik pieniądze otrzymał kiedy ściągnął należność z dłużnika razem z przyznanymi przez sąd kosztami.

To są te drobiazgi, o których prawnicy niechętnie mówią, kiedy mowa o wynagrodzeniach, umowach i rynku.

20:37, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 października 2016

Internet (przynajmniej jakaś jego część, z którą się stykam) żyje dziś wyrokiem wydanym na poetę Kapelę Jana Huberta, znanego bardziej jako Jasia Kapelę. Tenże gdzieś w zeszłym roku przy okazji awantur o uchodźców dokonał przeróbki tekstu Mazurka Dąbrowskiego i z tym zmienionym tekstem Mazurka odśpiewał, umieszczając nagranie na Youtube (sam nie widziałem, kto chce niech wygugla). No i oczywiście mamy natychmiast standardowy zestaw wypowiedzi o cenzurze, dobrej zmianie etc...

Ponieważ Kapela zamieścił w sieci skan swojego wyroku, mamy możliwość jego prześledzenia i dopowiedzenia paru rzeczy umykających szerokiej publiczności. Na potrzeby notki zamażemy część danych rodzinnych (zadziwiające, że zamazał sygnaturę akt, ale nie datę urodzenia i imiona rodziców...)

Jaś Kapela wyrok za hymn

W pierwszej kolejności zwraca uwagę fakt, że jest to wyrok nakazowy, czyli wydany bez udziału stron. Wydanie takiego wyroku jest dopuszczalne, jeśli sąd nie widzi potrzeby ukarania aresztem, a okoliczności czynu i wina obwinionego nie budzą wątpliwości (art. 93 par.1 i 2 kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia - kpw). Kapela wyznał gdzieś, że był wcześniej przesłuchiwany przez policję, nie wiemy co dokładnie zeznał, mógł się do winy przyznać, sam fakt dokonania nagrania i jego upublicznienia nie budzi wszak wątpliwości (przy czym sąd orzeka w oparciu o dokumenty dołączone do wniosku o ukaranie). Szczegółów wniosku o ukaranie też nie znamy... Można też chyba śmiało wykluczyć ewentualność, aby Kapela był ślepy, głuchy lub niemy bądź aby zachodziła uzasadniona wątpliwość co do jego poczytalności, co wykluczałoby w świetle art. 93 par. 4 w związku z art.21 par.1 kpw możliwość zastosowania trybu nakazowego. Sam więc wyrok wydaje się formalnie prawidłowy, a ukarany Kapela może od niego wnieść sprzeciw, co spowoduje - w razie dochowania terminu - utratę mocy wyroku* (art. 506 kpk w związku z art. 94 kpw).

Wyrok uznaliśmy za prawidłowy formalnie, a co z poprawnością merytoryczną? Abstrahując od kwestii ewentualnych wyłączeń odpowiedzialności, jedna rzecz w wyroku dziwi. Czyn opisano w wyroku (zapewne za wnioskiem o ukaranie) jako "demonstracyjne okazanie lekceważenia Narodowi Polskiemu, Rzeczypospolitej Polskiej poprzez umieszczenie na Youtube filmu dot. hymnu narodowego". Opis ten jednoznacznie nawiązuje do dyspozycji przepisu art. 49 par.1 kodeksu wykroczeń: "Kto w miejscu publicznym demonstracyjnie okazuje lekceważenie Narodowi Polskiemu, Rzeczypospolitej Polskiej lub jej konstytucyjnym organom..." I tak, uważny czytelnik już widzi: a dlaczego w wyroku podana jest (dwukrotnie) inna kwalifikacja prawna? Paragraf 2 w art. 49 kw stanowi bowiem, że "tej samej karze [co w przypadku wykroczenia opisanego w par.1] podlega, kto narusza przepisy o godle, barwach i hymnie RP", czyli przepisy ustawy z 1980 roku (ze zmianami) o godle, barwach i hymnie RP oraz o pieczęciach państwowych przewidującej otaczanie hymnu czcią i szacunkiem oraz szczególną ochroną prawa. Rodzi się pytanie: czy sąd nie zwrócił uwagi na tę rozbieżność? Jeśli by ją dostrzegł, powinien skierować sprawę na rozprawę...

Jeśli Kapela wniesie sprzeciw (nie jest to wielka filozofia, niewątpliwie dostał wraz z wyrokiem obszerne pouczenie, byle termin zachował), sąd być może pochyli się wreszcie nad szczegółami sprawy, może film obejrzy, może przez chwilę potoczy się jakaś dyskusja wokół tego co Kapela dokładnie zrobił i jak to prawnie zakwalifikować. Nie zdziwię się jeśli sprawa skończy się umorzeniem z powodu przedawnienia...

*tu mi się przypomina jedno zagadnienie które mnie zadziwia od czasu studiów, ale nie czas na to nie miejsce

wtorek, 31 maja 2016

Jak się już było wspominało, Dobra Zmiana pracuje w pocie czoła nad zmianami w prawie (i nie tylko, ale to inny temat), niekoniecznie sobie radząc z opracowaniem ich dobrze (pun intended), jak również z pojmowaniem skutków wprowadzanych regulacji (to takie trochę "zabijajcie jak leci, Bóg rozpozna swoich").

Odnotowałem dziś podpisanie przez Pana Prezydenta kolejnej ustawy. Ustawa jest krótka, obejmuje wszystkiego drobne (ilościowo) zmiany w trzech ustawach i trzy artykuły z przepisami przejściowymi. Zasadniczym celem ustawy jest ukrócenie obrotu gotówkowego poprzez wzmocnienie obowiązku dokonywania rozliczeń między przedsiębiorcami za pośrednictwem rachunku bankowego, poprzez z jednej strony obniżenie pułapu bezgotówkowego do 15 tysięcy złotych, z drugiej zaś poprzez wprowadzenie sankcji polegającej - w skrócie - na wyłączeniu możliwości zaliczania do kosztów uzyskania przychodu wydatków poniesionych z naruszeniem tego zakazu.

I tu niestety zaczynają się schody. Mądry Ustawodawca postanowił bowiem zabezpieczyć się przed ewentualnym obchodzeniem przepisu i nie tyle zakazał płatności gotówką, ile bezwzględnie nakazał rozliczanie się poprzez rachunek, bez wyjątku. Oznacza to - lege non distinguente - także przypadek, kiedy strony mają między sobą wzajemne rozliczenia, które mogłyby uregulować w formie potrącenia (("ja ci jestem winien, ty mi jesteś winien, jesteśmy kwita"), w epoce zatorów płatniczych rozliczenia takie były podnoszone do rangi sztuki, kiedy dokonywano wielostronnych rozliczeń; jeżeli jednak po 1 stycznia strony spróbowałyby takiego manewru, to ucierpią na tym dość poważnie, bo powstaną im zupełnie wirtualne przychody do opodatkowania. To tylko jeden przykład (chyba najbardziej oczywisty), na razie się luźno zastanawiam nad przypadkiem dokonywania zakupów finansowanych kredytem, który byłby uruchamiany bezpośrednio z rachunku kredytowego, który w rozumieniu ustawy nie będzie "rachunkiem płatniczym", bardziej zamożnym zapewne zdarzało się dokonywać czasem płatności takich kwot kartą kredytową - co również w świetle nowej ustawy będzie wątpliwe... Wiadomo, życie nie stoi w miejscu, może jeszcze przed końcem roku pojawią się specjalne rozwiązania, konstrukcje i oferty pozwalające (za drobną opłatą zapewne) na dokonanie rozliczeń w sposób zgodny z ustawą, ale znów będzie to marnowanie energii na rozwiązywanie problemów stworzonych przez głupotę.

Czemuż tak narzekam? Bo czytałem też dziś o rodzącym się w bólach podatku od supermarketów, który ma w dużej mierze starać się zrekompensować budżetowi podatki dochodowe nieuzyskane m.in. w wyniku pewnych mniej lub bardziej prostych sztuczek optymalizacyjnych, poczynając od opłat licencyjnych na rzecz zagranicznych spółek-matek. I wzdycham: dlaczego nie zabierają się do sprawy od najbardziej oczywistej strony, czyli tnąc koszty niematerialne, tylko grzebią w tym, co wielkich zysków nie przyniesie?

Tylko koni, tylko koni, tylko koni żal...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10