Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS

Prawo

czwartek, 05 lipca 2018

Wczoraj popołudniu doszło do tzw. zaciemnienia Wikipedii. Polega to na tym, że gdy otworzymy dowolne hasło, to po chwili następuje przekierowanie do strony zawierającej "Stanowisko wikipedystów w kwestii dyrektywy o prawach autorskich". A że temat ten śledzę od pewnego czasu, to załamałem nieco ręce i postanowiłem na tym przykładzie pokazać, w jak ślepe uliczki brnie dyskusja na ten temat. 

Ponieważ oświadczenie wkrótce zapewne zniknie, będę analizował jego tekst fragmentami.

"5 lipca 2018 Parlament Europejski zdecyduje w głosowaniu, czy propozycję dyrektywy dotyczącej praw autorskich wystarczy procedować przez odpowiednią komisję, czy należy ją przegłosować plenarnie. Jeżeli nastąpi to pierwsze, a proponowana dyrektywa zostanie przyjęta w brzmieniu zaakceptowanym przez komisję JURI, otwartość Internetu będzie poważnie zagrożona."

Oznacza to w pewnym skrócie: przez ostatnie 20 miesięcy komisje Parlamentu obradują nad projektem wniesionym przez Komisję Europejską. Komisją wiodącą jest komisja prawodawcza (JURI), swoje propozycje zgłosiły też inne komisje, 29 czerwca komisja JURI przekazała swój finalny projekt (ilość naniesionych poprawek liczy się w tysiącach), a zatem pytanie brzmi: czy półtora roku pracy miało znaczenie, czy zaczynamy od nowa. O "zagrożeniu otwartości Internetu później", bo na razie to tylko hasło.

"Aktualna treść dyrektywy nie aktualizuje prawa autorskiego w Europie i nie promuje uczestnictwa w społeczeństwie obywatelskim."

Gdyż - uwaga - dyrektywa dotyczy praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym i będzie jedną z wielu dyrektyw unijnych dotyczących prawa autorskiego. Czyli jest to zarzut typu "zmieniacie zasady opieki nad dziećmi, a nie wprowadzacie małżeństw jednopłciowych". 

"a zagraża wolności online i tworzy przeszkody w dostępie do Sieci. Wprowadza nowe ograniczenia, filtry i restrykcje."

Jest to co do zasady nieprawda, chyba że przez "wolność online" ktoś rozumie prawo do naruszania cudzych praw autorskich. Jest to dość intrygujące w świetle zasad Wikipedii, która przestrzega cudzych praw autorskich. Dyrektywa w ogóle nie zajmuje się dostępem do sieci, a "ograniczenia i restrykcje" jakie wprowadza, to zakaz zarabiania na cudzych tekstach prasowych bez zapłacenia wydawcom tych tekstów oraz środki mające zablokować zarabianie na cudzych utworach (w praktyce na piosenkach, filmach i serialach). O "filtrach" później.

"Jeżeli propozycja zostanie przyjęta w obecnej formie, dzielenie się wiedzą encyklopedyczną w sieciach społecznościowych, czy znajdowanie artykułów w wyszukiwarkach może nie być możliwe. Wikipedia także będzie zagrożona."

Zapomnieli dodać, że encyklopedie internetowe (takie jak Wikipedia) i ogólnie projekty niekomercyjne (w tej wersji projektu, która została przekazana Parlamentowi pod głosowanie) są wyłączone spod dyrektywy, a przynajmniej spod tych postanowień, które najgłośniej zwalczają. Co mieli na myśli o znajdowaniu artykułów w wyszukiwarkach... dalibóg, ciężko zgadnąć.

"Przeciw propozycji już zdecydowanie sprzeciwiło się ponad 70 programistów, w tym także twórca sieci, Tim Berners-Lee, 169 naukowców i badaczy, 145 organizacji zajmujących się prawami człowieka, wolnością słowa, badaniami naukowymi, a także branża technologiczna, Wikimedia Foundation, organizacja non-profit, która opiekuje się, między innymi, tą darmową encyklopedią."

70 programistów to faktycznie ważny głos, przepraszam za ironię. Nawet jeśli wśród nich jest TBL, który ostatnio przyznał, że jest załamany tym, jak internet nie działa tak jak sobie wymyślił 30 lat temu. Ale wróćmy do meritum.

"Z tych powodów polskojęzyczna Wikipedia zdecydowała się na zaciemnienie wszystkich swoich stron na 24 godziny (do godz. 15.00 5 lipca 2018). Chcemy nadal oferować darmową, otwartą, społecznościową encyklopedię opartą na weryfikowalnych źródłach"

W czym nowa dyrektywa nijak nie przeszkadza: ani w części dotyczącej oferowania encyklopedii, ani oparcia jej na weryfikowalnych źródłach. 

"Wzywamy wszystkich członków i członkinie Parlamentu Europejskiego, aby głosowali przeciwko zawężeniu procedowania dyrektywy do dedykowanej komisji, aby w trakcie dyskusji plenarnej wrócono do rozmów i rozważono liczne propozycje zmian, pochodzących między innymi od organizacji ruchu Wikimedia"

Czyli aby wyrzucić do kosza półtora roku pracy, bo projekt po rozważeniu setek propozycji nie jest zgodny z oczekiwaniami jednej organizacji (w której działalności akurat dyrektywa nijak nie będzie przeszkadzać).

"aby usunięto artykuły 11 i 13"

I tu okazuje się być pies pogrzebany. Artykuł 11 wprowadza prawo wydawców do uczciwego i proporcjonalnego wynagrodzenia za używanie  w formie cyfrowej opublikowanych przez nich tekstów (jak wyżej - żeby ktoś za darmo nie zarabiał na cudzych prawach). Nikt nie wspomniał o tym, że zastosowanie będą mieć zasady dozwolonego użytku, ani że wyraźnie podkreślono prawo do prywatnego i niekomercyjnego korzystania z publikacji, ani wreszcie że (dla uniknięcia przesadzonych wątpliwości) wyraźnie zapisano w projekcie, że wynagrodzenie nie należy się za umieszczanie linków (powszechnie i myląco o artykule 11 pisano jako o wprowadzającym "podatek od linków" i wielu ludzi w to rzeczywiście uwierzyło, że będzie musiało płacić, jak chcą umieścić linka na stronie). Artykuł 13 z kolei nakazuje, że "platformy", na których użytkownicy umieszczają pliki zawierające treści chronione prawem autorskim (piosenki, filmiki, obrazki, teksty, programy...), mają obowiązek zapewnić, że nie będzie to naruszało praw autorskich osób uprawnionych (biorąc pod uwagę, że Wikipedia nie zamieszcza takich plików, to można sobie zadać pytanie jak to miałoby Wikipedii przeszkadzać). Nie ma jednak informacji, jak bardzo w finalnym projekcie zabezpieczono zwykłych użytkowników sieci przed ewentualnymi nadużyciami (bo nie pasowałoby do konceptu "zagrożeń", nieprawdaż?) - zakazano co do zasady filtrowania całości treści, nakazano ograniczenie mechanizmów ochronnych do tego, co zgłoszą osoby posiadające prawa autorskie, wprowadzono obowiązek wykazania przez zgłaszających, że posiadają prawa autorskie do utworów nielegalnie zamieszczonych, zagwarantowano kontrolę sądową... Wiedzieliście o tym? No właśnie, ciekawe dlaczego w komunikacie Wikipedii (pardon: wikipedystów) o tym nie napisano.

"jak i aby poszerzono wolność panoramy na całą Unię Europejską"

Abstrahując od zasadności postulatu, jest to znów żądanie "skoro zajmujemy się regulacją uprawy ziemniaków, to wprowadźmy wolność uprawiania konopi".

"i poddano domenę publiczną większej ochronie"

Oraz żeby było ogólnie fajnie (bo inaczej zamkniemy Wikipedię).

Generalnie zamiast przekazywać rzetelną informację, to tym komunikatem Wikipedia szerzy ciemnotę. Smutne.

PS Dla zaciekawionych faktami:
- ostatni projekt z 25 maja 2018 roku (tylko w formacie PDF)
https://eur-lex.europa.eu/legal-content/EN/TXT/?uri=consil:ST_9134_2018_INIT
- ostateczne propozycje poprawek z 29 czerwca 2018 roku, przedłożone Parlamentowi
http://www.europarl.europa.eu/sides/getDoc.do?type=REPORT&mode=XML&reference=A8-2018-0245&language=EN#title2

środa, 06 czerwca 2018

Przeglądałem dziś (online) zawartość Dziennika Ustaw. Nie powiem, działo się, dużo do czytania (i do liczenia), ale przede wszystkim sprawdzałem, czy nie przegapiłem ogłoszenia istotnej nowelizacji kodeksu cywilnego, istotnej z powodu poważnych zmian dotyczących przedawnienia roszczeń. Przeglądałem tak sobie i przeglądałem, aż się zadumałem...

Kodeks cywilny to w gruncie rzeczy mocno już sędziwy dokument w naszym prawie, może jeszcze nie osiągnął wieku emerytalnego, ale już dobrze po pięćdziesiątce. Ile razy przez ten czas był nowelizowany, to pytanie do fanów statystyk (być może do adiunktów w katedrach prawa cywilnego), sądzę że co najmniej dziesiątki razy. Można zatem pomyśleć sobie, że przydałoby się, aby ktoś nad tym zapanował (nie licząc wydawców komercyjnych) i zebrał oficjalnie te wszystkie zmiany w jedną całość, temu właśnie służy instytucja tekstu jednolitego aktu prawnego. I - nie da się ukryć - ostatnio nawet jest to instytucja prężnie używana, teksty jednolite są liczne (aczkolwiek zdarza się, że czasem w opublikowanym obwieszczeniu ustalającym tekst jednolity, tekst ustawy jest krótszy niż wykaz nieuwzględnionych w tekście jednolitym przepisów ustaw nowelizujących). 

W Dzienniku Ustaw Marszałek Sejmu ogłosił właśnie kilka dni temu jednolity tekst kodeksu cywilnego, obwieszczenie Marszałka ma datę 10 maja. Jeśli czytaliście uważnie, to zapewne właśnie zadajecie sobie to samo pytanie co ja: czy ten tekst uwzględnia... I zapewne w tyle głowy przemyka myśl "...bo jeżeli nie uwzględnia, to po co tekst jednolity, który nie uwzględnia zmiany graniczącej z rewolucją..." Może będziecie próbowali racjonalizować, że tych zmian już naprawdę tak dużo, że nie można było czekać. I wtedy wyskakuje złośliwy chochlik Faktnik, który podpowiada, że tekst jednolity kodeksu cywilnego został już ogłoszony w styczniu 2014 roku. A potem w roku 2016. A potem w roku 2017...

Słusznie podejrzewacie: tekst jednolity ustalony obwieszczeniem z 10 maja 2018 roku nie zawiera ustawy uchwalonej przez Sejm (i przekazanej do Senatu) 13 kwietnia 2018 roku. W sumie nadal nieogłoszonej, choć prezydent podpisał ją dziewięć dni temu (na dzień przed publikacją tekstu jednolitego).

Dobra... robota, Kancelario Sejmu.

Tagi: Sejm
18:17, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 kwietnia 2018

Prawo. Prawo. Dużo prawa mamy. Mówią, że z każdym dniem przybywa coraz więcej i więcej. Jest nawet firma doradcza która zajmuje się zliczaniem, ile tego prawa dokładnie przybywa każdego roku (chciałem napisać, że każdego dnia, ale nie chciałbym przypisywać tego na wyrost). Podobno gdyby ktoś chciał czytać wszystkie przyjmowane w 2017 roku ustawy i rozporządzenia, musiałby na to poświęcić 3 godziny i 37 minut z każdego dnia roboczego (w sumie opublikowano w 2017 roku 27118 stron przepisów) - co przedstawia się jako straszliwą barierę biurokratyczną rozwoju gospodarki.

Wdałem się o poranku w krótką wymianę zdań z przedstawicielem firmy doradczej i postanowiłem zmarnować chwilkę na pokazanie jak to wygląda. Nie mam niestety dostatecznie długiej chwilki, żeby przeanalizować choćby miesiąc prawotwórstwa (w marcu w Dzienniku Ustaw dokonano 209 publikacji), więc ograniczyłem się do minimalnej próbki z dnia 1 marca roku. Tego dnia w Dzienniku Ustaw dokonano 11 publikacji, czyli powyżej średniej wynoszącej (przy 22 dniach roboczych w marcu 2018) 9,5 publikacji dziennie. Z tych 11 ogłoszonych aktów trzy to teksty jednolite - jednej ustawy i dwóch rozporządzeń (pomijamy bo to nie "nowe przepisy", firma również je pomija w metodologii - plusik). Pozostałe osiem to rozporządzenia, liczące sobie 35 stron (wg Dziennika Ustaw, nie w przeliczeniu na maszynopis). Dużo? Jak sobie wyobrazimy "35 stron przepisów", to wydaje się pokaźny stosik. Ale...

Rozporządzenia z natury swojej są aktami niższego rzędu, o charakterze wykonawczym, wydanymi na podstawie konkretnych ustaw i najczęściej służącymi uregulowaniu kwestii szczegółowych, o których przeciętny prawnik (a tym bardziej przedsiębiorca czy obywatel) nawet nieraz nie pomyśli, i z którymi - z prawdopodobieństwem przekraczającym 90% - nigdy się nie zetknie.

Przedmiotem 8 rozporządzeń opublikowanych w dniu 1 marca 2018 roku były kwestie:
1. zmiany szczegółowego wykazu czynności wykonywanych przez Oddział Celny w Małaszewiczach,
2. właściwości prokuratury we Włoszczowie,
3. dodania jednej pozycji w wykazie chorób zwierząt, których rozpoznawaniem zajmuje się jedno z laboratoriów Państwowego Instytutu Weterynaryjnego w Puławach,*
4. liczby osób powoływanych na ćwiczenia wojskowe w 2018 roku (nieco ponad 2 tysiące, gdyby kogoś interesowało)
5. trybu wypłat związanych z Europejskim Funduszem Morskim i Rybackim,
6. sposobu ustalania tożsamości przy legitymowaniu przez Straż Ochrony Państwa (dawny BOR), czyli jakie dokumenty będą dla funkcjonariusza wystarczające,
7. zniesienia pełnomocnika ds. informatyzacji wymiaru sprawiedliwości,
8. ocen okresowych i opinii służbowych funkcjonariuszy Służby Celno-Skarbowej.
*żeby dokładnie się tego dowiedzieć, musiałem sięgnąć do głównego rozporządzenia, sama zmiana jest bardzo enigmatyczna ("w załączniku w tabeli w Lp w kolumnie dodaje się..."

Z tych 35 stron, aż 25 stron przypada na rozporządzenie o ocenach i opiniach. Z czego 20 stron to wzory dokumentów. 

Teraz każdy sam sobie może w spokoju odpowiedzieć: gdyby przeglądał treść Dziennika Ustaw, to czy po zobaczeniu spisu treści zaglądałby głębiej. O ile oczywiście nie dokonuje transportów przez Małaszewicze, nie zajmuje się sprawami karnymi w okolicach Włoszczowy, nie ubiega się o dofinansowanie z Funduszu... Dla firmy doradczej Grant Thornton wszystkie te strony przepisów wyglądają tak samo.

Tagi: statystyki
10:01, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 lutego 2018

Serial pt. powoływanie nowej Krajowej Rady Sądownictwa (niektórzy piszą z małej litery) powoli zbliża się do końca, na 15 miejsc w Radzie przeznaczonych dla sędziów zgłosiło się 18 kandydatów, podobno wszyscy zostali pozytywnie zweryfikowani, choć w jednym przypadku część sędziów miała wycofać swoje poparcie (wymaganych jest 25 podpisów sędziów lub 2000 podpisów obywateli), a w drugim jest problem ze stanem spoczynku (nie wiem, czy chodzi o stan spoczynku kandydata, czy o stan spoczynku sędziów go popierających), w każdym razie 16 to zawsze więcej niż 15, więc parlament stanie przed trudnym zadaniem wybrania najlepszych spośród zgłoszonych.

Zaskakująco dużą popularnością cieszyły się na Twitterze moje podliczanki dotyczące przekroju kandydatów w kontekście ich związków z władzą wykonawczą (otwartym tekstem: z ministrem sprawiedliwości). Mając kompletną listę postanowiłem już zrobić wyliczankę w sposób bardziej trwały, czyli nie tweetem, lecz notką na blogu. 

Kogóż zatem mamy wśród tych 18 odważnych? Dla lepszej przejrzystości w punktach:
- 6 (sześcioro) prezesów sądów nowopowołanych przez ministra, zwykle na podstawie ustawy pozwalającej na swobodne odwoływania i powoływanie prezesów, dotąd wybieranych przez sędziów danego sądu; 
- 1 nowopowołanego wiceprezesa sądu
- 1 żonę nowopowołanego prezesa sądu
- 1 brata nowopowołanego prezesa sądu
- 1 sędziego delegowanego do ministerstwa 
(w ramach ciekawostki można dodać, że w chwili zgłaszania swojej kandydatury jeden z tych nowych prezesów był tylko sędzią oddelegowanym do ministerstwa)

I teraz będą emocje: kto odpadnie? Osoby bliskie ministerstwu, czy te bardziej niezależne? Powściągliwie nie będę snuł przewidywań.

wtorek, 16 stycznia 2018

Przy okazji znanej zadymy wokół ustawy antyantyaborcyjnej oprócz sztandarowego tematu "jak mogliście nie przyjść/nie zagłosować/wyjąć karty!", pojawił się również nieco mniej akcentowany wątek "to skandal że taki temat, taka ustawa zgłoszona przez obywateli, a was posłów nie ma na sali obrad!". Ten ostatni wątek zaciekawił mnie w weekend na tyle, że aż postanowiłem sprawdzić pewne rzeczy.

Przypomnijmy na początek, że rzecz się miała w dniu 10 stycznia bieżącego roku, podczas 55 posiedzenia Sejmu VIII kadencji. Na stronie Sejmu dostępny jest pełen zapis obrad na sali plenarnej, trwających od godziny 09.05 do godziny 00.25, zastrzegam, że nie oglądałem całości, kto ciekaw, proszę bardzo samemu. Z wykazu mówców wynika, że Barbara Nowacka rozpoczęła prezentowanie projektu o godzinie 16.05, zakończyła około 16.40, dyskusja trwała gdzieś do 18.30 (sądząc po stenogramie). Ze zdjęć, które tu czy tam się przewijały, wynika, że sala obrad była w większości pusta (w dyskusji zabrało głos parędziesiąt osób).

A gdzie reszta? Sejm liczy nominalnie 460 posłów, na pierwszym wieczornym głosowaniu po 22.00 pojawiło się 428 osób. Zerkamy na listę transmisji: od 15.00 do 17.30 trwało posiedzenie Komisji Obrony Narodowej, od 15.00 do 16.50 Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych, od 15.00 do 17.00 zespołu ds. morskiej energetyki wiatrowej, od 15.40 do 16.20 Komisji Spraw Zagranicznych, od 16.00 do 19.00 Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży etc... Praca posłów odbywa się bowiem nie tylko na sali plenarnej (zresztą jak się pośledzi trochę co się dzieje na tej sali, to może i lepiej że nie wszyscy tam siedzą), nad projektami ustaw dyskutuje się w komisjach właśnie, gdyby wprowadzić obowiązek, że posłowie mają być podczas na sali plenarnej podczas czytania ustaw (i dyskusji), to z jednej strony czas ich pracy trzeba byłoby chyba podwoić, a z drugiej czas spędzony na przysłuchiwaniu się dyskusjom/pyskówkom byłby mocno zmarnowany (o czym wie każdy kto bierze udział w zebraniach, na których nie ma nic do powiedzenia). 

Tak dla zasady pamiętajmy, że nieobecność posłów na sali obrad nie musi świadczyć o niedbalstwie (czy o lekceważeniu to inna sprawa, ale to też wynika raczej z indywidualnych przyczyn).

Tagi: Sejm
20:15, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (2) »
sobota, 13 stycznia 2018

To było gdzieś w tym tygodniu. Stałem sobie w sądzie na korytarzu, czekając na swoją rozprawę (jeszcze miałem parę minut, lecz już byłem ubrany w strój urzędowy), kiedy zatrzymał się koło mnie wyraźnie podirytowany facet w wieku średnim. Po stroju rozpoznał we mnie pełnomocnika zawodowego i zagadnął przepraszając z lekka, czy mógłbym mu powiedzieć, ile "po reformie" kosztuje teraz podział majątku (nie pamiętam teraz, czy uczucie niechęci do stawek adwokackich wyraził wprost, czy w podtekście) i czy już widać w praktyce te wprowadzone w sądach zmiany.

Podjąłem z nim z głupia frant rozmowę, jasno zaznaczając na początku że z pewnych obiektywnych powodów nie pomogę mu raczej bez względu na to, czy dogadalibyśmy się co do pieniędzy. I tak od zdania do zdania wysłuchałem, jaka to patologia w tych sądach: że zmuszają go do udziału w sprawie której on nie chciał, że zmuszają go do sprzedaży domu lub zapłaty jakichś pieniędzy byłej żonie, choć nie zasłużyła (padł nieśmiertelny argument, że on piłą spalinową na pół prędzej...). Że w ogóle kto to widział, żeby orzekać rozwód, na który on się nie zgadzał i nie podpisał (jakby się pod aktem ślubu nie podpisał to przecież byłby nieważny, prawda?), więc dlaczego jeszcze eks-żona miałaby jeszcze się jakiegoś majątku domagać. I że dlaczego te sądy i ci prawnicy kosztują... Pan płynnie przechodził z tyrad do powoływania z większą lub mniejszą precyzją Konstytucji, kodeksu rodzinnego i opiekuńczego i Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (oraz przepisów o odwołaniu darowizny, tak na marginesie), najwyraźniej z mecenasem Googlem byli za pan brat.

I tak sobie potem dumałem: ilu jest "w narodzie" takich, dla których sąd powinien orzec zgodnie z ich zdaniem i oczekiwaniem, a jak nie, to "patologia" - niezależnie od tego, co stanowi prawo, zarówno uchwalane niedawno, jak i funkcjonujące od dziesięcioleci (jeśli nie od wieków), niezależnie od tego, że ochrona prawna przysługuje także tej stronie, z którą się jest w sporze. I ile osób kształtuje swoje wyobrażenie o sądach na podstawie takich tyrad o "patologii"

Tagi: sąd
12:12, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (3) »
niedziela, 07 stycznia 2018

Huknęło ostatnio (pun not intended) że nagle oto Rzeczpospolita Myśliwska jednogłośnie przyznała myśliwym szczególne uprawnienia. Według dominującej narracji (której głównym chyba reprezentantem jest Adam Wajrak, fakt, pewnie ma wiele kontaktów z myśliwymi) myśliwy na polowaniu może każdego przegonić z pola czy lasu, choćby to był prywatny las bądź prywatne pole. A jak jest naprawdę?

Zacznijmy od wyjaśnienia, co jest źródłem problemu. W grudniu ub. roku parlament procedował w trybie pilnym ustawę mającą na celu zwalczanie chorób zakaźnych zwierząt (pod wpływem szerzącej się wśród dzików choroby o wdzięcznej nazwie afrykański pomór świń), uchwalił ją w ciągu kilku dni (projekt wpłynął w piątek 8 grudnia, procedowano go od poniedziałku 11 grudnia, uchwalono jednogłośnie w czwartek 14 grudnia). W projekcie znalazły się drobne nowelizacje prawa łowieckiego, mające wspierać zwalczanie rzeczonego pomoru, przeszły przez Sejm i Senat w kształcie nietkniętym, tak zostały podpisane. Jednym z nowych przepisów jest wprowadzenie wykroczenia "kto umyślnie utrudnia lub uniemożliwia wykonywanie polowania, podlega karze grzywny"...

I właśnie. Na pewno ten przepis penalizuje wszystkie akcje świadomego protestu (w uzasadnieniu projektu zresztą piszą o tym czarno na białym). O ile jednak w uzasadnieniu mowa o "celowym utrudnianiu i uniemożliwianiu", z powołaniem na "kilkadziesiąt akcji osób,których celem było uniemożliwienie...", o tyle w samym przepisie nie użyto słowa "celowo" (zamiar bezpośredni), lecz "umyślnie", a to zgodnie z art. 6 paragraf 1 kodeksu wykroczeń oznacza, że karalne jest nie tylko celowe utrudnianie/uniemożliwianie, ale także dokonanie tego w zamiarze ewentualnym, czyli "przewidując możliwość utrudnienia/uniemożliwienia wykonania polowania się na to godzi". Cóż to może oznaczać w praktyce? Właśnie - hipotetycznie - sytuację, w której jesteśmy w lesie na grzybach czy na łące na spacerze (nie mówiąc o kopaniu ziemniaków na polu), kiedy woła na nas myśliwy, że on tu poluje i żeby mu nie przeszkadzać; od tego momentu potencjalnie mamy świadomość, że trwa polowanie i że obiektywnie możemy w nim przeszkodzić, a zatem jeśli nie przerwiemy tego co robimy, to "godzimy się z myślą, że..." 

I tu niektórzy stawiają kropkę, a ja postawię znak zapytania. Nie jestem wprawdzie ekspertem od prawa łowieckiego, ale nie znajduję w tej ustawie żadnych zasad określających, gdzie i kiedy następuje polowanie (wiadomo jedynie - jeżeli ktoś się postara i poszuka -  gdzie znajdują się obwody łowieckie, czyli obszary na których wolno polować, bo ich granice są ustalane przez sejmik wojewódzki), ani z jakiego powodu prawo myśliwego do polowania przeważa nad innymi prawami: prawem właściciela do korzystania ze swojej własności (Trybunał Konstytucyjny orzekł w wyroku z 10 lipca 2014 roku, że sam fakt, że właściciela gruntu leżącego na obszarze obwodu łowieckiego, nikt nie pyta o zdanie, jest już nadmiernym naruszeniem jego prawa własności), prawem obywatela do poruszania się, korzystania z przestrzeni publicznej czy wypoczynku i rekreacji. Taki wyraźny konflikt wartości będzie musiał być rozważony przez sąd rozpatrujący wniosek o ukaranie - czy piknik na leśnej polanie jest mniej wart od polowania w okolicy tej polany? Bo jeżeli obywatel nie wie (i nie ma jak się dowiedzieć), że koło danej polany planowane jest polowanie, to ma święte prawo sobie na niej ten piknik zaplanować, i to myśliwy w takiej sytuacji powinien dostosować swoje miejsce polowania do pikniku (jeśli przyjdzie później), a nie na odwrót. 

We wzmiankowanym wyroku Trybunał dał wyraźnie do zrozumienia, że problemu konstytucyjności przepisów łowieckich ledwie musnął i że parlament ma wiele do zrobienia w tej kwestii. Jutro zdaje się ma być głosowana nowelizacja prawa łowieckiego... ale nie wiem, na ile ta nowelizacja wpłynie na powyższe rozważania. Sądy w każdym razie mogą mieć co robić, ale nie dajmy się zwariować. Myśliwi nie stali się suwerenami pola i lasu.

17:02, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (5) »
środa, 22 listopada 2017

Pojęcie nieruchomości jest znane każdemu prawnikowi i studentowi prawa, który liznął już nieco prawa cywilnego. Dokładna definicja tego pojęcia to już zupełnie inna historia, bo i zmieniała się na przestrzeni dziejów, można dla porządku wspomnieć, że kiedyś był to sam grunt, kiedyś przestrzeń wyznaczona granicami działki i biegnąca w dół do środka ziemi, a w górę - aż do gwiazd, tworząc taką stożkopodobną bryłę. Dziś w naszym prawie to zasadniczo grunt w granicach z pewną częścią przestrzeni nad i pod powierzchnią, jak również w pewnych sytuacjach budynek, a w pewnych - lokal...

Wszystko jest bowiem sprawą konwencji, umowy. Swego czasu pasjonujący był prowadzony przed sądami administracyjnymi spór, czy podziemne wyrobisko górnicze jest... nie tyle nieruchomością, ile czymś co można opodatkować podatkiem od nieruchomości (ten podatek nie ogranicza się bowiem do nieruchomości sensu stricto, definiowanych przez prawo cywilne). Mnie w tym miejscu wspominają się czasy studenckie, kiedy wśród wesołej zabawy sformułowaliśmy najzupełniej merytoryczną zagadkę:

Jak unieruchomić dziesięć koni?

Ta notka jest zainspirowana napotkanym dziś orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który miał rozstrzygnąć, czy w rozumieniu przepisów unijnych barka może być nieruchomością, a nie środkiem transportu (chodziło o poprawność zwolnienia dzierżawy z podatku VAT). Trybunał stwierdził, że jeśli barka jest od lat na stałe przycumowana i zakotwiczona, podłączona do brzegu rurami i kablami (a nawet posiada własny adres!), pozbawiona napędu i stale wykorzystywana jako kawiarnia - to jej funkcja przesądza, że w rozumieniu unijnych dyrektyw o VAT (w których użyte pojęcia są oderwane od ich krajowych definicji) taka barka jest nieruchomością ("skoro się nie rusza jak kaczka i nie kwacze jak kaczka, to nie jest to kaczka"). Dla zainteresowanych - wyrok w ciekawej pod wieloma względami sprawie Leichenich

Powróćmy do naszej zagadki, zapewne odgadliście, że odpowiedź jest związana z pojęciem nieruchomości. W dawnym prawie nieruchomością mogły bowiem być i różne inne rzeczy, jak np. w prawie francuskim ryby w stawie (do momentu ich wyłowienia). W myśl zaś prawa mazowieckiego koń był ruchomością, ale stado powyżej 10 koni - już nieruchomością, zatem prawidłowe rozwiązanie zagadki brzmiało: kupić jedenastego konia.

19:34, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 listopada 2017

Opowiem Wam bajkę. Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, a może znacznie bliżej, była sobie gmina. Gmina, jak to gmina, miała swojego wójta, którą nią kierował bardziej lub mniej mądrze i gospodarnie, a jednocześnie jako tak zwany organ wydawał decyzje i interpretacje prawa. I oto któregoś dnia...

Gmina, reprezentowana przez Wójta-gospodarza, zwróciła się do Wójta-organu o wydanie indywidualnej interpretacji prawa podatkowego w zakresie podatku od nieruchomości.

Wójt uznał własne stanowisko przedstawione w powyższym wniosku za nieprawidłowe.

W wezwaniu do usunięcia naruszenia prawa skierowanym do organu - Wójta Gminy - tenże Wójt (działający jako wnioskodawca) podtrzymał stanowisko prezentowane we wniosku i zażądał zmiany stanowiska zawartego w interpretacji indywidualnej.

Wójt Gminy (jako organ) uznał, że brak jest podstaw do zmiany stanowiska zaprezentowanego w udzielonej interpretacji indywidualnej.

W skardze do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego Wójt wniósł o uchylenie w całości zaskarżonej interpretacji indywidualnej z powodu jej niezgodności z prawem, podtrzymując swoje stanowisko zawarte we wniosku.

W odpowiedzi na skargę tenże Wójt, jako organ interpretacyjny, wniósł o jej oddalenie.

(tu przerwał, lecz róg trzymał) Jesteście bardziej rozbawieni czy zdezorientowani? Ja jestem przede wszystkim rozbawiony tą sekwencją działań opisaną w orzeczeniu Naczelnego Sądu Administracyjnego* (sześć powyższych akapitów to cytaty, z minimalnymi korektami), którą przypadkowym zbiegiem okoliczności dziś sobie odświeżyłem (bo sprawa jest sprzed paru lat). Zdezorientowanym podpowiadam, że był to całkiem zmyślny plan wójta (i jego prawników), ponieważ w wydanej interpretacji musieli się powołać na wiążące zalecenia pokontrolne, które uważali za niekorzystne - i w taki sposób postanowili je podważyć. No, ale dokończmy póki co bajkę...

Wojewódzki Sąd Administracyjny przyjął, że Wójt, reprezentując Gminę, nie był uprawniony do wniesienia skargi do sądu administracyjnego na interpretację indywidualną wydaną przez tegoż Wójta, działającego w charakterze organu podatkowego - i skargę Gminy odrzucił (z przyczyn formalnych - jako niedopuszczalną).

Gmina złożyła skargę do Naczelnego Sądu Administracyjnego - wniosła o uchylenie zaskarżonego postanowienia w całości i przekazanie sprawy do ponownego rozpoznania Wojewódzkiemu Sądowi Administracyjnemu.

Naczelny Sąd Administracyjny uchylił postanowienie o odrzuceniu skargi i nakazał Wojewódzkiemu Sądowi Administracyjnemu merytoryczne jej rozpatrzenie.

Dwie dziurki w nosie i skończyło się (dla nas, bo co dalej z tą interpretacją to nie wiem i już mnie za bardzo nie interesuje, my tu o dialogu wójta z wójtem, a nie interpretacji prawa podatkowego).

*kto ciekaw: II FSK 542/14

 

18:26, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 października 2017

Opisując projekt nowej ustawy o "jawności" życia publicznego, Wojciech Klicki z Fundacji Panoptykon odniósł się między innymi do planowanej instytucji "uporczywego żądania udzielenia informacji" (mającej uzasadniać odmowę udzielenia informacji) i napisał na Twitterze, że to jak utrudnianie przez chorowitego pracy lekarzom, co miałoby uzasadniać odmowę leczenia go. Nawet poglądowy obrazek zamieścił:

Wojciech Klicki Panoptykon jawność uporczywie porównanie

Ponieważ dostrzegłem wadliwość tego porównania, jako patentowany upierdliwiec podjąłem dyskusję, w toku której padł argument, że udzielanie informacji publicznej jest takim samym obowiązkiem jak inne. A że dyskusja na TT z racji na limity znaków (nawet jak ktoś ma podwójny limit 280, ja nie korzystam) jest wysoce utrudniona, to postanowiłem rozwinąć to już poza Twitterem. Zaznaczmy z góry, że nie będzie to analiza, czy takie ograniczenie z powodu "uporczywości" powinno istnieć ani jaki mieć kształt, bo to temat na zupełnie inną analizę (dość powiedzieć, że można śmiało sobie instytucji dostępu do informacji publicznej ponadużywać - jakkolwiek niektórzy twierdzą że takie nadużywanie to trochę żelazny wilk - ale każde zabezpieczenie przed takim nadużyciem może zostać nadużyte w celu niegodnym i wyjdzie jak z zarządzeniem pułkownika Korna, że zadawać pytania mogą tylko ci, co nigdy nie zadają pytań, if you know what I mean).

Zasadniczym celem służby zdrowia jest leczenie pacjentów. Zasadniczym celem administracji jest załatwianie spraw obywateli. Przy okazji leczenia pacjentów służba zdrowia ma też inne obowiązki, takie jak np. prowadzenie sprawozdawczości dla NFZ czy udostępnianie pacjentom prowadzonej przez siebie dokumentacji medycznej dotyczącej ich leczenia. Przy okazji załatwiania spraw obywateli administracja ma też inne obowiązki, takie jak archiwizowanie dokumentacji związanej z załatwianymi sprawami oraz udostępnianie obywatelom informacji publicznej. W porównaniu Klickiego te materie zostały wyraźnie pomieszane (może dlatego, że zajmujący się głównie jawnością widzą dostęp do informacji publicznej jako zadanie bardziej główne, niż uboczne). Porównując, co jest obowiązkiem podstawowym, a co dodatkowym (niepomijalnym, oczywiście), dochodzimy bowiem do logicznego wniosku, że w porównaniu do służby zdrowia odpowiednikiem "poważnie chorego" w urzędzie jest petent ze skomplikowaną, wielowątkową sprawą. Odpowiednikiem zaś człowieka, który miałby "uporczywie" składać wnioski o dostęp do informacji publicznej, będzie pacjent, który raz za razem przychodzi, żeby skopiować mu fragment jego dokumentacji medycznej (do czego ma pełne prawo) - angażując w ten sposób czas pracowników szpitala czy przychodni. Czy to wpływa na sprawność leczenia pacjentów - to oczywiście zależy od częstotliwości przychodzenia i zakresu kopiowanej dokumentacji, może w sposób pomijalny, a może znaczący...

Oczywiście można było zamiast pacjenta próbować podstawić NFZ z jego żądaniami, ale to też byłoby chybione porównanie, bo odpowiednikiem NFZ byłby jednak dowolny organ kontrolujący.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12