Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS

Bez

czwartek, 11 października 2018

W Formule 1 startowało w tym roku 20 kierowców, w tym 20 mężczyzn, w tym 1 niebiały (rasy czarnej).
W Formule 2 (serii bezpośrednio niższej) startowało w tym roku 24 kierowców, w tym 24 mężczyzn, w tym 5, powiedzmy, azjatyckiego pochodzenia (od Izraela po Japonię).
W serii GP3 (seria o jeszcze jeden szczebel niższa) startowało w tym roku 26 kierowców, w tym 25 mężczyzn, nie wydaje się, aby ktokolwiek był z odmiany niebiałej.
W najważniejszej, europejskiej serii wyścigów kategorii F3 (ma zostać połączona z GP3 od przyszłego sezonu) startowało w tym roku 28 kierowców, w tym 27 mężczyzn, w tym 5-6 azjatyckiego pochodzenia.
W amerykańskiej serii IndyCar startowało w tym roku 42 kierowców (przynajmniej w kwalifikacjach do jednego wyścigu), w tym 40 mężczyzn, w tym 1 Azjata.
Może gdzieś kogoś przegapiłem, bo nie przeglądałem masowo zdjęć.

Ogłoszono w tym tygodniu, że będzie specjalna seria wyścigowa dla kobiet (samochodami kategorii F3), mająca na celu łatwiejsze wyłowienie tych utalentowanych (bez gwarancji że znajdą później miejsce w wyższych seriach). Pod tekstami o tej serii znajdujemy liczne płacze białych heteroseksualnych mężczyzn, że są dyskryminowani kosztem kobiet (na potrzeby tej notki nie szukałem nieheteroseksualnych kierowców). Prawdopodobnie ci sami (a na pewno tacy sami) płaczą że we współczesnych Gwiezdnych Wojnach jest idiotyczna polityka promowania kobiet i mniejszości.

Wyjątkowo słabi są ci biali heteroseksualni mężczyźni.

PS Do wielu z tych kierowców wymienionych na wstępie zasadniczo lepiej pasowałoby określenie "chłopcy" niż "mężczyźni"

niedziela, 23 września 2018

W tę pierwszą jesienną niedzielę siedzę sobie na kanapie, bo chmurno i wietrznie, że aż się wszystkiego odechciewa, i tak sobie łapię wiadomości i komentarze nadchodzące ze wszystkich stron, na przeróżne tematy. A jako że wybory coraz bliżej, kampania w toku, to i przekazów związanych z wyborami nie brakuje.

Docierają między innymi informacje, że ten czy ów komitet gdzieś tam nie dał rady pozbierać wymaganej liczby podpisów i w wyborach do takiej czy innej rady nie wystartuje (lub nie we wszystkich okręgach). Jakoś tak się składa, że dotyczy to komitetów bardziej owych niż tych, co w kręgu moich znajomych budzi raczej satysfakcję, czy to na zasadzie nutki optymizmu, czy bardziej schadefreude. Mnie natomiast zastanowiło co innego...

W wyborach startują kandydaci z różnych komitetów, często identyfikujących się z Niebieskimi czy innymi Zielonymi. O wyniku wyborów decydują jednak - swoimi głosami - wyborcy. Jeżeli wyborcy Niebieskich nie znajdą na listach swoich kandydatów, to co zrobią - zrezygnują z głosowania, oddając walkowerem pole innym, czy poszukają sobie innej kandydatów z innej listy, doprowadzając do wyników niespodziewanych, lecz niekoniecznie lepszych?

To, co wydaje się być chwilowym sukcesem, nie musi wcale być sukcesem w dalszej perspektywie.

18:58, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (4) »
niedziela, 26 sierpnia 2018

Takie czasy, ciągle i wciąż ludzie coś o sobie deklarują. Czasem nawet oczekują od innych, żeby się zadeklarowali (co na mnie akurat nie działa). Od dłuższego już czasu przemyśliwałem zaś nad takim niby-wyznaniem...

Punktem wyjścia powinno być pytanie: a co właściwie lewicowiec znaczy? Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Mówi się o co najmniej dwóch wymiarach lewicowości, "obyczajowym" i społeczno-gospodarczym; mój znakomity, stuprocentowo lewicowy, znajomy rozpisał to kiedyś nawet na trzy wymiary (dodając stosunek do naukowości), troszkę nie chce mi się szukać właściwej notki, jak kto chętny, to proszę samemu. Ile by tych wymiarów nie było, w pewnej chwili pojawia się kwestia, że osoba zaliczana do lewicy powinna w każdym wymiarze zmieścić się w mniej więcej odpowiednim zakresie - tak aby aktywista na rzecz aborcji nie był jednocześnie zwolennikiem podatku pogłównego, a zwolennik rad pracowniczych i nacjonalizacji przemysłu nie popierał kryminalizacji homoseksualizmu. 

Ze trzy lata temu (nie pamiętam, czy już z haczykiem, czy jeszcze nie) dostałem propozycję przystąpienia do nowotworzonej partii lewicowej (tak, wiecie jakiej). Mój namysł był bardzo krótki - abstrahując od wielu różnych pomniejszych przyczyn, o których nie napiszę, wiedziałem już wtedy, że nie jestem dostatecznie lewicowy pod każdym względem (kto czytywał Zapiski... wcześniej, raczej nie będzie tym zdziwiony). Z wielu dyskusji fejsowych wiedziałem już wtedy, jakie jest nastawienie wśród aktywistów, jak będzie szła interpretacja deklaracji programowej (tak, o niej już pisałem) - i  widziałem, że zwyczajnie bym nie pasował, więc po co wchodzić w coś, z czego potem bym się wypisywał lub, co gorsza, był wyrzucany za odchylenie konserwatywne...

Nie aspiruję do dumnych określeń, w końcu to tylko metki. Źle mi ze swoją wrażliwością nie jest, a jak mi ktoś chce nawrzucać, to dużo już w życiu usłyszałem:)

12:45, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 sierpnia 2018

Wyjeżdżając na morze rejestrowałem kolejne okruchy i odpryski narodowej debaty o parawanach, słuchając argumentów o ich niepodważalnej polskości na tle świata, o ich niepodważalnej praktyczności nad polskim morzem, o tym jak... A potem chodziłem plażą, w dni spokojne i bardzo wietrzne, obserwowałem jak ludzie tę plażę zaludniają w mniejszym lub większym stopniu (w zależności od dnia i miejsca). I obserwując (zamiast mijać tylko), dostrzegałem coraz więcej i więcej.

Zacząć trzeba od truizmu, że parawan parawanowi nierówny, zwłaszcza jeśli chodzi o długość. Są parawaniki na trzy segmenty, widziałem jednak i monstra obejmujące segmentów dziewięć, z takim wielkim to aż trudno nie zająć sporego fragmentu plaży lub nie grodzić się wielostronnie. Nie mam pojęcia (w sklepach nie patrzyłem), na ile wybór wielkości jest pochodną świadomej decyzji, a na ile akurat dostępnego asortymentu i wyłapanej promocji. Rozważania o rozmiarze stają się jednak bezprzedmiotowe, kiedy ktoś buduje swoją palisadę z trzech parawanów (różnobarwnych), bo i takie przypadki widziałem.

Podobnoż główną funkcją parawanu na polskiej plaży jest ochrona przed wiatrem. Przyznam, że czasem nawet widziałem parawany stawiane w poprzek wiatru (zwykle takie mniejsze) i ludzi chowających się za parawanem. Uczciwie przyznam też, że nie widziałem, aby ktoś osłonił się od wszystkich stron z wyjątkiem nawietrznej... ale też byłoby to rzadkiej wody osiągnięcie. W praktyce dominowało osłanianie się z trzech stron, a nawet z trzech i pół, pozostawiając tylko wąskie wejście od strony morza (wiatr wbrew pozorom najczęściej wiał wzdłuż brzegu, nie od morza).

Za parawanowym ogrodzeniem można było znaleźć wiele: koce/ręczniki, namiociki do chowania się przed słońcem/wiatrem, pustą przestrzeń... Pamiętam nawet fascynujące przypadki, kiedy parawan służył do starannego ogrodzenia (z wszystkich możliwych stron) jednoosobowego ręcznika plażowego, tworząc swoistą izolatkę. O dziwo, niekoniecznie parawany były od spodu starannie zabezpieczane nadsypaniem piasku na materiał, przez co nie chroniły od piasku naniesionego przez wiatr lub przechodzącego plażowicza.

Na swojej nadmorskiej kwaterze znalazłem w kącie parawan. Do dziś nie wiem z ilu segmentów się składał.

11:25, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 sierpnia 2018

Unikam pisania o polityce (bo działa na nerwy). Unikam pisania o powstaniu warszawskim (bo - z całym szacunkiem dla bohaterstwa i cierpienia zainteresowanych - jest to zdarzenie lokalne, któremu na siłę przypisuje się Znaczenie Symboliczne). Ostatnio trudno jednak było się poruszać po internecie tak, żeby nie natrafić na jakieś wypowiedzi dotyczące powstania, czy to gloryfikujące, czy to demitologizujące.

Przyznam, że historię powstania przestałem zgłębiać po przeczytaniu w zamierzchłych czasach monografii Bartelskiego (beletrystyki nie liczę) i dlatego ten tekst przyciągnął mnie swoim nagłówkiem (może też zirytował podtytuł o "pięciu latach przygotowania", będący dość ordynarnym skrótem myślowym). Przeczytałem i popadłem w namysł: dlaczego dowództwo wepchało swoich podwładnych w najgorszy bajzel? Głupota, czy prowokacja?

A potem zaczęła mnie kłuć myśl, że dokładnie to samo odczuwam obecnie: aktualna władza prawie wszystko robi tak, żeby wepchać nas w najgorszy bajzel. Stan armii jest taki, że wkrótce oddziały powstańcze będą jej dorównywać. Geopolitycznie pogrążamy się w bagnie, z którego sami się nie wyciągniemy (wiara w barona Munchhausena nie jest mądra). O sytuacji ustrojowej i podziałach w społeczeństwie nawet nie chcę wspominać...

Nie chcę wyciągać wniosków. Pchają mi się do głowy rozmaite tropy kulturowe, ale optymizm Zorby nie pasuje do władzy absolutnie. Raczej mam wrażenie że to tkwiące w zakamarkach łbów zachwyty nad samobójczymi szarżami kawaleryjskimi (które posiadacze łbów będą oczywiście śledzić z Zaleszczyk).

11:41, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 lipca 2018

Obywatelu! Polaku!! Patrioto!!!

Co Ty zrobiłeś dla powstrzymania demontażu i demolki demokratycznego państwa prawnego, urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej?

Jeśli nie wiesz, co to takiego, przeczytaj artykuł 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Do końca.

Tagi: prawo
08:40, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 23 lipca 2018

Powinienem zacząć od tego, że niezapomniany jest smak wiejskiego chleba zjadanego na wakacjach, ale ta retoryczna figura byłaby zwyczajnie nieprawdziwa. Nie pamiętam bowiem w zasadzie* smaku tego chleba, niezależnie od tego w jakiej wsi był kupowany i jedzony. 

Zdecydowanie lepiej pamiętam - z lat 80-tych i co najmniej wczesnych 90-tych - zawsze istotny problem, czy ten chleb uda się dostać. Będąc w trasie chleb kupowało się nieco na zapas i intensywnie zastanawiało, czy w następnej wsi będzie sklep, w jakich godzinach będzie czynny i czy tego chleba w sklepie wystarczy, żeby go kupić wtedy gdy dotrzemy. Na wakacjach pobytowych problem był nieco mniejszy, sprowadzał się głównie do tego, czy i o której ten chleb przywiozą (nie zawsze we wsi była/jest piekarnia), przy czym przyznam szczerze, że nie pamiętam, jak ten problem był rozwiązywany, kiedy w deszczowe lato zerwało most na rzece poniżej sklepu, za młody byłem.

Pamiętam natomiast, jak się po ten chleb chadzało do sklepu i stawało w kolejce. Kolejki stały wtedy dwie - jedna po chleb, druga dla tych co tylko coś innego, ta po chleb stała po ścianą, a potem po schodach i na zewnątrz. Aż w końcu pod sklep podjeżdżała furgonetka z piekarni, i nastawał najfajniejszy moment: starannie odliczona ilość bochenków wędrowała żywym łańcuchem z rąk do rąk, zwykle po dwa naraz złożone spodem. I nikomu, panie, nie przeszkadzało, że ręce podających nie były w rękawiczkach jednorazowych, zdezynfekowane czy w inny sposób zgodne z HACCP (a jeśli komuś nawet, to jakoś to musiał przeżyć, albo jechać do sąsiedniej wsi do piekarni), sam czasem się łapałem do takiego łańcucha.

*pamiętam, że raz na obozie jak poszliśmy pomagać w gospodarstwie, to niesamowicie smakowały mi kanapki jakie dostaliśmy w zamian za tę pomoc, ale po pierwsze to było po robocie, a po drugie były z pomidorem; ale ich smaku, to tak naprawdę nie pamiętam  

Tagi: lato XX wiek
11:38, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »
sobota, 19 maja 2018

To jakoś trzy lata, odkąd rozczarowani lewicowcy powiedzieli sobie, że mają dość, i postanowili spróbować działać w polityce, zakładając nową partię. Od tej pory sporo się podziało, w tym wiele w trybie "nikt się nie spodziewał": szybko zgromadzili dość chętnych, by zgłosić się do rejestracji, po rejestracji sformowali listy wyborcze, zebrali dość podpisów, aby wystartować w całym kraju, pomimo zupełnego braku zaplecza i obecności w mediach zdobyli ponad pół miliona głosów w wyborach parlamentarnych, gdyby udało się zdobyć jeszcze dwieście, to z niczego staliby się ugrupowaniem parlamentarnym. Dziś "robią swoje" z lepszym lub gorszym skutkiem, mamy w perspektywie wybory samorządowe i do przemyślenia temat, czy i dlaczego znowu dać kreskę...

Pisałem już tutaj nieraz o swojej sympatii dla partii Razem, od początku jej istnienia. Przyniosłem im parę (na palcach można liczyć, jednego człowieka wystarczy) podpisów pod listami, nawet miałem propozycję wstąpienia na samym początku, o przyczynach dla których się nie zdecydowałem może kiedy indziej... Przyczyną sympatii była niewątpliwie deklaracja programowa - zawierająca z jednej strony szeroki i interesujący program socjalny, a z drugiej postulat równouprawnienia rodzin. I tutaj - nie ukrywam - mogło się zdarzyć, że dopisałem sobie do tej deklaracji zbyt wiele. Pomyślałem sobie, że w ramach tego postulatu byłaby możliwa zmiana sposobu patrzenia na rodzinę: nie jak dotychczas jako na grupę ludzi, których łączą określone więzy biologiczne, ale jako na grupy ludzi żyjących pod jednym dachem...

Z biegiem czasu - w miarę jak partia rosła i krzepła - krystalizowały się i stanowiska. Tam, gdzie wymyśliłem sobie nowatorskie pojmowanie rodziny, ostatecznie został przede wszystkim postulat wprowadzenia małżeństw jednopłciowych w pełni równych heteroseksualnym. W sumie nie powinienem się czuć szczególnie rozczarowany, bo to jeden z postulatów lewicowych, a partia konsekwentnie prezentuje się jako nowoczesna lewica pod każdym względem (zawsze mogę sobie przecież założyć własną partię dla własnych pomysłów). Ale jednak trochę żal, że zupełnie inne myślenie było możliwe.

15:51, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (1) »
piątek, 11 maja 2018

Kiedyś - dwa lata już zleciały - zastanawiałem się po co będzie mi Twitter. Odpowiedź jest ostatecznie taka sama jak przy Facebooku: to tylko narzędzie, dzięki któremu możemy miło zmarnować czas - ale też jeśli odpowiednio będziemy dobierać źródła (czyli obserwowane konta), to możemy się dowiedzieć sporo ciekawych rzeczy, na które w inny sposób byśmy nie trafili (nie mylić z tworzeniem bąbelków). A jeśli obserwuje się dziennikarzy przywiązanych do idei jawności wydatków publicznych, to można się dowiedzieć o tym na co się wydaje publiczne pieniądze.

Na przykład, że sympatyczna zapewne Fundacja Republikańska dostała od Ministerstwa Spraw Zagranicznych kwotę złotych stu tysięcy* za opracowanie dokumentu pt. "Kierunki promocji Polski na lata 2017-2027". Dokument liczy sobie stron trzydzieści i pięć, w tym dziesięć zajmują spisy treści, bibliografie, strony tytułowe etc.; podobno do tego było jeszcze 300 stron ekspertyz, opracowanych przez absolwentów i specjalistów, podobno leżą w szafach Ministerstwa. Dokument wygląda jak według najlepszych wzorców śp. Arthura Andersena, zawiera ładne grafy obrazujące m.in. strumienie strategiczne promocji Polski, tudzież cenne sugestie typu: "interwencje polskich służb w przypadku katastrof naturalnych jako kamienie milowe", promowanie youtuberów czy Pyrkonu, oraz aktualizacja opisów polskich atrakcji turystycznych "w popularnych aplikacjach, np. Wikivoyage Offline Travel Book", nie mówiąc o ważnych i oryginalnych myślach takich jak "Polska to bezpieczny, duży, stabilny i intrygujący kraj".

Ale ja w sumie nie o tym. Otóż zafrapował mnie fragment, w którym sugeruje się promocję Polski poprzez wydarzenia flagowe. Nie wiecie co to? To poczytajcie:

"Flagowe wydarzenia są nośnikiem informacji o Polsce poprzez wykorzystanie istotnych i jednocześnie nośnych wydarzeń masowych/kulturalnych/sportowych oraz komercjalizację kultury i obyczajów.
Wydarzenie flagowe powinno mieć z założenia (1) charakter międzynarodowy, a (2) Polska powinna odgrywać w nim kluczową rolę (na przykład jako inicjator, gospodarz wydarzenia lub ich istotny uczestnik).
Wspierane wydarzenia flagowe powinny mieć (3) potencjał do zainteresowania grup docelowych komunikacji oraz być (4) nośnikiem kluczowych przekazów ustalonych dla promocji Polski."

Wiecie o co chodzi? Nie? No to Wam podpowiem, że przykładowo:
- zawody e-sport (ostatnio w Katowicach mistrzostwa świata nawet były) jako podkreślające innowacyjność polskiej gospodarki (akurat nie pamiętam, żeby w Wiedźmina grali) 
- rotacje wojsk amerykańskich, 
- oraz moje prywatne creme de la creme tego dokumentu: TŁUSTY CZWARTEK.

Ja się mogę oflagować w lutym nad pączkami i faworkami.

*bez bodaj tysiąca sześciuset złotych, nie chcielibyśmy jednakowoż sugerować, że Fundacja wzięła za dużo

Tagi: Twitter
22:55, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »
czwartek, 03 maja 2018

Kiedy byłem mały... powiedzmy, kiedy jeszcze chodziłem do szkoły, chrzanem można mnie było straszyć. Pamiętam, jakim dramatem były podawane od czasu do czasu na stołówce jajka na twardo w sosie chrzanowym (obficie lanym), robiłem na talerzu wały przeciwpowodziowy z ziemniaków puree, jajka jakoś zjadałem, ziemniaki tylko od tej strony, gdzie nie stykały się z sosem... Sam nie wiem, czy bardziej odrzucał mnie zapach, specyficzny smak czy ostrość (w przypadku sosu chyba akurat nie).

Lata mijały, smaki się zmieniały... z chrzanem wciąż nie było mi po drodze, jako dodatek wolałem inne rzeczy. Zwłaszcza musztardy testowałem z upodobaniem, krajowe, zagraniczne, łagodniejsze i ostrzejsze... Aż zaczęły się pojawiać musztardy reklamowane jako o rzeczywiście dużej mocy, takie absolutnie oryginalne Dijon i jeszcze mocniejsze. I kiedyś wziąłem sobie takiej mocnej sporą porcję na kawałek kiełbasy, wziąłem do ust - i z zaskoczeniem poczułem, jak impulsy nerwowe z języka płyną przez skórę głowy i powodują mrowienie cebulek włosowych. Nie ukrywam, było to pozytywne zaskoczenie :)

I wtedy stwierdziłem, że pora jeszcze raz zmierzyć się z chrzanem. Zapach ani specyficzność mi już nie przeszkadzały, a kiedy poczułem - przy ostrzejszym słoiczku - ponowne mrowienie cebulek, to wiedziałem, że odtąd się raczej polubimy (choć nie fanatycznie), niż będziemy omijać.

00:02, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47