Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS

Bez

niedziela, 16 grudnia 2018

Jak co roku w grudniu przychodzi pora, kiedy człowiek rzuca wszystko, biega po sklepach z listą, a potem stawia to wszystko na blacie wzdychając ciężko: "trzeba to przerobić..." I właśnie tak od wczoraj marudzę sobie pod nosem na ten temat, skupiając się na problemie ilości.

Problem ilości polega na tym, czy ciasto zagniatać jednorazowo z kilograma mąki, czy jednak z pół kilograma. Każde rozwiązanie ma swoje dobre i złe strony. Przy zagniataniu kilograma na raz potrzeba odpowiednio więcej miejsca na stolnicy (i większe mogą być ubytki), ręce bardziej cierpią w walce z materią, i większe jest ryzyko niedokładnego zagniecenia, pozostawienia jakiegoś kawałka tłuszczu. Z kolei przy zagniataniu po pół kilo na raz z jednej strony trudniej czasem utrafić dokładnie w proporcje wypracowane dla całego kilograma, i pojawia się deja vu, że ledwo się zagniotło, a już trzeba od nowa, i najpierw by trzeba nieco wyczyścić...

Dodajmy dla pełnego obrazu, że rozsądne minimum przedświąteczne wymaga przygotowania ciasta z dwóch kilogramów mąki (bo inaczej nie wystarczy do Nowego Roku...), a zagniecenie jest najmniej czasochłonną częścią procesu produkcji... W tym roku dwa razy zagniatałem po 1 kg, na razie przynajmniej.

PS Skoro już marudzę to przynajmniej sobie proporcje zapiszę:
1000 g mąki
250 g margaryny
1 szklanka cukru
3/4 szklanki maku
2 jajka
150 g jogurtu
1-2 filmy na czas przerabiania ciasta na ciasteczka

wtorek, 04 grudnia 2018

Lubię odrobinę symetrii, więc relacjonując i przechowując dla potomności świętą łódzką wojnę na murach staram się dowalać raz jednym, raz drugim. 

łks widzew święta wojna na zakwasie dopalacze

Teraz rozglądamy się za czymś na ŁKS, najlepiej świeżym.

sobota, 01 grudnia 2018

Newsem tygodnia (a przynajmniej jego początku) było, że na zgniłym Zachodzie kobiety dla zachowania urody wcierają sobie w skórę serum robione z napletków niemowląt (pochodzących z obrzezania dzieci na pokornym Wschodzie, a konkretnie w Korei Południowej). 

Zadumałem się nad tym newsem. Po cóż ktoś miałby korzystać z czegoś tak obłąkanie brzmiącego, na dodatek w celu skutecznego działania poprzedzać to mikronakłuwaniem twarzy (podobno nieprzyjemnym) i płacić za to jednorazowo 500 funtów, odczekawszy dwa lata w kolejce?

A potem pomyślałem sobie, że jeśli dla kogoś uroda jest w pewien sposób narzędziem pracy - bo od wyglądu może zależeć, na jaki film uda się podpisać kontrakt i za jaką stawkę - to właściwie trochę nie dziwi, bo jeśli masz 45 lat i nadal chcesz wyglądać jak Kate Beckinsale w wieku 35 lat, to łatwo nie jest.

Nie wiem czy tym obrzezanym dzieciom współczuć, aczkolwiek jeśli i tak byłyby obrzezywane, to wykorzystanie tych napletków (zamiast ich utylizacji) już mnie szczególnie nie rusza.

niedziela, 25 listopada 2018

Jednego dnia na Twitterze pokręcona dyskusja na przeróżne tematy, obejmująca między innymi wyjaśnianie czym jest mazurek i czym się różni od wróbla (między innymi tym że nie jest ciastem).

A dziś na Facebooku wita mnie kolejna odsłona Świętej Wojny Widzewa z ŁKS-em.

łks widzew święta wojna mazurek dąbrowskiego

Aż się prosi o myśl, że wszyscy wszystkich szpiegują i wszyscy z wszystkich zrzynają.

niedziela, 11 listopada 2018

Wyłącznie słowami Mistrza Andrzeja.

Nos Kościuszki,
pierwszy, drugi akt z Moniuszki
piórko z orła
Wernyhora
i Chopina
i Chopina
toż on tyle pozamieniał
nut ludowych na klasyczne
Bum, Zygmuntem, bum
o, ślicznie
von Jungingen zbieżnym zezem
złe tatarstwo hordą lezie
a Batory, to pod Pskowem
a Sobieski, to pod Wiedniem
Szczerbiec komu
Akcja "Chochoł w każdym domu"
Niech przy spodniach, kurtkach, swetrach
będą zamki typu "Reytan"
niech w spodenkach kąpielowych
typ "Elstera"ktoś z użyciem krytej żabki
laury zbiera
Tylko jeśli w moim wierszu
znajdzie się zaimek ONA
to mnie potem nie pytajcie
poklepując familiarnie
czy na myśli miałem
Polskę czy Bułgarię

/Andrzej Poniedzielski, "Nos Kościuszki"/

09:21, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 listopada 2018

Odwiedzanie cmentarzy przy pięknej pogodzie ma tę zaletę, że człowiek nie ucieka w popłochu przed zimnem, wiatrem czy deszczem, ale ma czas (i ochotę) rozglądać się wokoło, a i świat zdaje się być bardziej atrakcyjny do oglądania.

Ludzie na cmentarzach mają przeróżne groby. Od zwykłych ziemnych, ledwie czymś zaznaczonych, przez proste płyty, po widoczne z daleka bryły, niektóre będące dziełami sztuki, inne ledwie próbujące do tego miana aspirować. W zasadzie w jakiś ładny dzień (choćby taki jak dziś) przeszedłbym się po cmentarzach robiąc zdjęcia co bardziej oryginalnych tworów cmentarnych, ale zawsze są ważniejsze rzeczy... więc zostawię tylko jeden przykład.

nagrobek

Na cmentarzach można zobaczyć różnych ludzi: starych i młodych, zwykłych, brzydkich i wyglądających jak milion dolarów. Przynoszą na groby kwiaty sztuczne, cięte lub doniczkowe. Przynoszą proste znicze z dyskontu, wymienne wkłady do dużych zniczy-latarni, lub przedziwne produkty dowodzące specyficznej kreatywności raczej niż poczucia smaku.

znicz (c) Maciek Jarzębiński / Photohooligan
(c) Maciek Jarzębiński - nie kopiować bez zezwolenia

A potem wszyscy ci ludzie tak samo tłoczą się w wąskich alejkach cmentarnych lub na chodnikach przed bramami. I tak samo tkwią w korkach, żeby podjechać, zaparkować i wyjechać.

Ci w grobach zaś wszyscy są tak samo nieżywi.

Tagi: fotka
16:51, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 października 2018

Czekamy od wczoraj na wyniki wyborów (w niedzielę były jedynie prognozy), a dziś od rana irytują mnie dochodzące z różnych stron jęki, jak to zły Walon D'Hondt komuś mandaty pozabierał, bo gdyby nie ta ordynacja D'Hondta... I aż mnie to nakręciło.

Wziąłem sobie więc kompletne wyniki głosowania do rady dzielnicy na warszawskim Mokotowie (bo stamtąd dobiegł jeden z głośniejszych wrzasków), i zacząłem się im przyglądać. Na początku zaznaczmy, że cały Mokotów jest podzielony na pięć okręgów wyborczych, w których można zdobyć od 5 do 7 mandatów, razem 28, i wyniki ustala się na poziomie każdego okręgu z osobna. Dla zobrazowania weźmiemy sobie rzeczywiste wyniki z okręgu drugiego. Listy kandydatów zarejestrowało siedem komitetów, a do zdobycia było pięć mandatów. Wyniki głosowania na listy były następujące:
Bezpartyjni Samorządowcy - 963 głosy (4,96%)
Koalicja Obywatelska - 8.948 głosów (46,13%)
SLD Lewica Razem - 1.638 głosów (8,44%)
Kukiz'15 - 911 głosów (4,7%)
Prawo i Sprawiedliwość - 4.430 głosów (22,84%)
Miasto Jest Nasze - 1.572 głosy (8,1%)
Wygra Warszawa - 935 głosów (4,82%)

Oddane głosy należy przełożyć na mandaty zdobyte w okręgu. Nie można tego robić intuicyjnie ani po uważaniu, tylko według ściśle określonego algorytmu zapisanego w ordynacji wyborczej. W aktualnym kodeksie wyborczym stosuje się metodę D'Hondta (belgijski matematyk, jak reszta obcych nazwisk pojawiających się w tekście), która polega na dzieleniu wyników uzyskanych przez poszczególne komitety przez kolejne liczby (1,2,3,4.. etc), a uzyskane rezultaty układa według wielkości. Spróbujmy tego na naszych danych, widząc z daleka, że niektóre wyniki będziemy dzielić więcej razy, a inne mniej... Będziemy mieć tak:

BS1: 963:1=963
KO1: 8948:1=8948
KO2: 8948:2=4474
KO3: 8948:3=2982,67
KO4: 8948:4=2237
SLD1: 1638:1=1638
K'15-1: 911:1=911
PiS1: 4430:1=4430
PiS2: 4430:2=2215
MJN1: 1572:1=1572
WW1: 935:1=935

Pamiętamy że do podziału mamy 5 mandatów, a dalsze ilorazy z wyników największych komitetów wychodzą wyższe niż pierwsze z tych mniejszych, więc nie próbujemy dalej. I tak widać, że największe liczby w tym gronie to kolejno: KO1, KO2, PiS1, KO3, KO4 (o 22 wyższa od PiS2, o ponad 600 od SLD1). Oznacza to, że w okręgu nr 2 4 mandaty (80%) zdobywa KO (46% głosów), a 1 mandat (20%) zdobywa PiS (22,84%). Widać pewien... rozjazd? Nie darmo mówi się, że system D'Hondta preferuje duże ugrupowania, zdobywające dużo głosów.

Są jednak też i inne systemy. Istnieje np. metoda Sainte-Lague, w której zamiast dzielić wyniki przez wszystkie kolejne liczby dzieli się je tylko przez liczby nieparzyste (1,3,5,7...), co preferuje komitety słabsze. Istnieją też odmiana metody Sainte-Lague, w której zamiast przez 1 dzieli się przez 1,4 (co z kolei ma być ukłonem w stronę silniejszych), nawet była stosowana między innymi w polskich wyborach gminnych w latach 1990 i 1994. Gdybyśmy te metody zastosowali do naszego okręgu, to wtedy w zmodyfikowanej metodzie Sainte-Lague mandaty byłyby rozdawane następująco:

KO1 (8948:1,4=6391,43), PiS1 (4430:1,4=3164,29), KO2 (8948:3=2982,67), KO3 (8948:5=1789,6), PiS2 (4430:3=1476,67);
ilorazy SLD1 i MJN1 są za niskie, żeby się tu zmieścić, nawet KO4 byłby od nich wyższy

Z kolei w "czystej" metodzie Sainte-Lague ilorazy układają się następująco:
KO1 (8948:1=8948), PiS1 (4430:1=4430), KO2 (8948:3=2982,67), KO3 (8948:5=1789,6), SLD1 (1638:1=1638); tym razem miejsca brakło dla MJN1 (1572:1=1572) i PiS2 (4430:3=1476,67)

Jeśli komuś w tym miejscu kręci się w głowie od cyferek, to niech sobie pomyśli o członkach okręgowych komisji wyborczych, oni to właśnie robią (choć tylko jednym systemem na raz). Tak czy owak, 46% głosów KO daje nam co najmniej 60% mandatów. Spróbujmy zatem jeszcze zupełnie innej metody Hare'a-Niemeyera, w której - powiedzmy to w sposób uproszczony - mnożymy uzyskany odsetek głosów przez liczbę mandatów do zdobycia. Otrzymujemy następujące wyniki:
BS: 0,0496*5=0,248
KO: 0,4613*5=2,307
SLD: 0,0844*5=0,422
K'15: 0,0470*5=0,235
PiS: 0,2284*5=1,142
MJN: 0,0810*5=0,405
WW: 0,0482*5=0,241

Z otrzymanych liczb zbieramy najpierw to co jest przed przecinkiem - oznacza to liczbę mandatów przyznanych w pierwszym podejściu (KO 2, PiS 1). Zostają nam dwa mandaty do rozdania - teraz patrzymy jakie są wartości po przecinku i wybieramy najwyższe. Szczęśliwcami zostają kolejno SLD (422) i MJN (405). Jak widać, ta metoda preferuje mniejszych zwłaszcza kosztem największych...

Nie będziemy zanudzać nikogo kompletną analizą wszystkich pięciu okręgów, rozkład wyników jest dość podobny, jedynie SLD i MJN zamieniają się miejscami. Niech wystarczy informacja, że rozkład mandatów między komitety jest następujący:
- w systemie D'Hondta (rzeczywisty) - KO 19, PiS 8, MJN 1
- w systemie Sainte-Lague - KO 15, PiS 7, SLD 4, MJN 2
- w zmodyfikowanym systemie Sainte-Lague - KO 16, PiS 10, MJN 2
- w systemie Hare-Niemeyera - KO 13*, PiS 6, SLD 5,MJN 4.

Czy wszystkie te systemy są sprawiedliwe? Nietrudno zauważyć, że wszystkie mandaty przypadają 4 z 7 komitetów, a pozostałe 3 (ponad 13% głosów) obchodzi się smakiem. Ich wyniki w poszczególnych okręgach są bowiem zbyt słabe, żeby wystarczyło na mandat (co innego gdyby ktoś w jednym okręgu miał dużo, a w innym prawie wcale). Gdyby natomiast przeliczyć wszystkie zdobyte głosy na mandaty w skali całego Mokotowa...
Metodą D'Hondta otrzymujemy:
KO 13 mandatów (46,43%), PiS 7 (25%), MJN 3 (10,71%), SLD 2 (7,14%), BS 1 (3,57%), K'15 1 (3,57%), WW 1 (3,57%)
Metodą Hare-Niemeyera otrzymujemy:
KO 13 mandatów (46,43%), PiS 7 (25%), MJN 3 (10,71%), SLD 2 (7,14%), BS 1 (3,57%), K'15 1 (3,57%), WW 1 (3,57%)
Rozkład głosów dla całego Mokotowa:
KO 46,16%, PiS 23,36%, MJN 8,54%, SLD 8,27%, BS 4,7%, WW 4,57%, K'15 4,4%.

Chyba dla wszystkich jest już jasne, że tym co "zniekształca" wyniki wyborów, jest wielkość okręgów - im mniejsze, tym bardziej podatne na wypaczenie. Sam sposób przeliczania w jakiś sposób też, a w jaki - to można mniej więcej z góry przewidzieć. Startujący w wyborach powinni to brać pod uwagę.

PS Przy okazji pisania tej notki dowiedziałem się, że nie pisze się d'Hondt tylko D'Hondt. A w tytule nie ma apostrofu bo Blox go zjada.

*było: 12, skutek literówki

19:37, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (47) »
piątek, 19 października 2018

Takie pytanie w przededniu wyborów prawie, tuż przed ciszą wyborczą, może dziwić. Nie, nie zniechęcam nikogo do pójścia, ani do tego nie zachęcam, po prostu będzie taka okołowyborcza refleksja, nieoczekiwana trochę nawet dla mnie samego. A wszystko zaczęło się od jednego wpisu na Twitterze...

Jest sobie taka gmina wiejska, mniejsza o nazwę ("jeśli nie Kuba, moje nazwisko pana nic nie powie"), być może jest ich więcej. Gmina obejmuje w sumie 12 wsi i wioseczek, nieco ponad sześć tysięcy mieszkańców, z tego pięć tysięcy uprawnionych do głosowania, do wyborów pójdzie pewnie ponad połowa (cztery lata temu frekwencja wyniosła 59%). Co w niej specjalnego? Otóż na 15 radnych (tyle zgodnie z ustawą wynosi minimalny skład rady) aż 12 zostanie wybranych... bez wybierania, bo w okręgu wyborczym zgłosił się tylko jeden kandydat.

Ktoś może pomyśleć, że to zaprzeczenie demokracji (tak w sumie brzmiał ten pierwotny tweet). Ja przyjrzałem się szczegółom i doszedłem do wniosku, że skoro jeden kandydat przypada (statystycznie) na 338 wyborców, z których 200 pójdzie na wybory... to czy naprawdę potrzebują do tego ceremoniału z komisją, kartami, urną (i zasłonką)? Co stoi na przeszkodzie, żeby wieś uzgodniła to sobie w zimowe wieczory czy niedzielne popołudnia, kto ma ją reprezentować w radzie gminy? W czym taki wybór będzie gorszy od oficjalnego i sformalizowanego?

Na wszelki wypadek rozważyłem jeszcze jedno pytanie: czy to nie jest aby jakaś osiadła w gminie klika? Cała dwunastka radnych, którzy zostaną wybrani "bez wyborów", pochodzi z listy lokalnego gminnego komitetu. Zerknąłem do wyników poprzednich wyborów - cztery lata temu tylko dwoje z kandydatów zostało wybranych już przed otwarciem lokali wyborczych. Z pozostałej dziesiątki jeden z kandydatów poprzednie wybory przegrał, drugi wygrał - ale przeciwko kandydatowi tego komitetu (czyli jakby z opozycji przeszedł do większości). Ale najciekawszy przypadek to radny in spe, który... w poprzednich wyborach nie brał udziału. Oznacza to więc, że 424 wyborców we wsi już przed wyborami uznało, że wie kto ma być ich nowym reprezentantem w radzie gminy. Czy na pewno potrzebowali do tego ogólnopolskiej procedury?

W demokracji chodzi o wolę większości i o gwarancję równych praw. Nie mam przekonania, że w ten sposób doszło do naruszeni tych zasad.

niedziela, 23 września 2018

W tę pierwszą jesienną niedzielę siedzę sobie na kanapie, bo chmurno i wietrznie, że aż się wszystkiego odechciewa, i tak sobie łapię wiadomości i komentarze nadchodzące ze wszystkich stron, na przeróżne tematy. A jako że wybory coraz bliżej, kampania w toku, to i przekazów związanych z wyborami nie brakuje.

Docierają między innymi informacje, że ten czy ów komitet gdzieś tam nie dał rady pozbierać wymaganej liczby podpisów i w wyborach do takiej czy innej rady nie wystartuje (lub nie we wszystkich okręgach). Jakoś tak się składa, że dotyczy to komitetów bardziej owych niż tych, co w kręgu moich znajomych budzi raczej satysfakcję, czy to na zasadzie nutki optymizmu, czy bardziej schadefreude. Mnie natomiast zastanowiło co innego...

W wyborach startują kandydaci z różnych komitetów, często identyfikujących się z Niebieskimi czy innymi Zielonymi. O wyniku wyborów decydują jednak - swoimi głosami - wyborcy. Jeżeli wyborcy Niebieskich nie znajdą na listach swoich kandydatów, to co zrobią - zrezygnują z głosowania, oddając walkowerem pole innym, czy poszukają sobie innej kandydatów z innej listy, doprowadzając do wyników niespodziewanych, lecz niekoniecznie lepszych?

To, co wydaje się być chwilowym sukcesem, nie musi wcale być sukcesem w dalszej perspektywie.

18:58, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (4) »
niedziela, 26 sierpnia 2018

Takie czasy, ciągle i wciąż ludzie coś o sobie deklarują. Czasem nawet oczekują od innych, żeby się zadeklarowali (co na mnie akurat nie działa). Od dłuższego już czasu przemyśliwałem zaś nad takim niby-wyznaniem...

Punktem wyjścia powinno być pytanie: a co właściwie lewicowiec znaczy? Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Mówi się o co najmniej dwóch wymiarach lewicowości, "obyczajowym" i społeczno-gospodarczym; mój znakomity, stuprocentowo lewicowy, znajomy rozpisał to kiedyś nawet na trzy wymiary (dodając stosunek do naukowości), troszkę nie chce mi się szukać właściwej notki, jak kto chętny, to proszę samemu. Ile by tych wymiarów nie było, w pewnej chwili pojawia się kwestia, że osoba zaliczana do lewicy powinna w każdym wymiarze zmieścić się w mniej więcej odpowiednim zakresie - tak aby aktywista na rzecz aborcji nie był jednocześnie zwolennikiem podatku pogłównego, a zwolennik rad pracowniczych i nacjonalizacji przemysłu nie popierał kryminalizacji homoseksualizmu. 

Ze trzy lata temu (nie pamiętam, czy już z haczykiem, czy jeszcze nie) dostałem propozycję przystąpienia do nowotworzonej partii lewicowej (tak, wiecie jakiej). Mój namysł był bardzo krótki - abstrahując od wielu różnych pomniejszych przyczyn, o których nie napiszę, wiedziałem już wtedy, że nie jestem dostatecznie lewicowy pod każdym względem (kto czytywał Zapiski... wcześniej, raczej nie będzie tym zdziwiony). Z wielu dyskusji fejsowych wiedziałem już wtedy, jakie jest nastawienie wśród aktywistów, jak będzie szła interpretacja deklaracji programowej (tak, o niej już pisałem) - i  widziałem, że zwyczajnie bym nie pasował, więc po co wchodzić w coś, z czego potem bym się wypisywał lub, co gorsza, był wyrzucany za odchylenie konserwatywne...

Nie aspiruję do dumnych określeń, w końcu to tylko metki. Źle mi ze swoją wrażliwością nie jest, a jak mi ktoś chce nawrzucać, to dużo już w życiu usłyszałem:)

12:45, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48