Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS

Kult-ura

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Pisałem swego czasu przy okazji śmierci Wajdy, że ludzie wzdychają na wieść o śmierci kogoś znanego, właściwie nie wiadomo z jakiego powodu - bo niekoniecznie ten zmarły mógł dawać coś więcej niż wspomnienie (Wajda wciąż kręcił). Przychodzą takie wiadomości o śmierci kogoś tam (dziś rano np. legendarnego amerykańskiego kierowcy Dana Gurneya) i człowiek kwituje je skinieniem głowy. A czasem jednak wiadomość o czyjejś śmierci robi jednak wrażenie na człowieku (ostatnio tak miałem przy fałszywej wiadomości o śmierci Arethy Franklin), w końcu nieco ponad roku temu informacja o śmierci Carrie Fisher głęboko przeorała mnie w środku, sam nie wiedziałem jak wiele dla mnie znaczyła jako Księżniczka Leia (i nie dlatego, że ominął - mnie i Ją - Epizod Dziewiąty, gdzie miała być jedną z głównych bohaterek).

Dolores O'Riordan poznałem pewnie w 1994 roku, nie będę udawał eksperta który zapamiętał ją wcześniej. "Zombie" gryzło do kości i zostało ze mną na zawsze (pojawiało się zresztą w moich głosowaniach w Topach), ale byłoby krzywdzące dla Dolores i zespołu The Cranberries sprowadzanie ich do wykonawcy tej jednej tylko piosenki. Zespół tworzył klimat w swoich piosenkach, a Dolores zachwycała głosem. I co z tego, że dziś nie byli w stanie wykrzesać z siebie tyle co 20+ lat temu?

Na pożegnanie zmarłej dziś nieoczekiwanie Dolores jej (ich) utwór o najbardziej adekwatnym tytule - "Kiedy odeszłaś" (nawet jeśli nie wiemy czy rodzaj był prawidłowy). When You're Gone. Choć mogłoby ich być wiele. 

RIP Dolores.

wtorek, 26 grudnia 2017

Złamałem się. Miałem nie brać udziału w kolejnej edycji tradycyjnego Topu Wszech Czasów, ale kolega gdzieś tam pisnął że zagłosował mimo wszystko, a że świąteczna atmosfera lenistwa to pomyślałem sobie: a czemu nie...

Pisałem jakiś czas temu, że przestało mi robić różnicę, czy Dire Zeppelin będzie tym razem przed Purple Floyd, czy nie (tak naprawdę jedyne co mnie w ostatnich wydaniach w miarę interesowało, to czy dalej będzie pchane w górę przereklamowane Archive). Ponieważ w mechanizmie głosowania nie nastąpiły zmiany (100 piosenek z długiej listy z ostatnich 100 lat, no może o parę latek przesadziłem), to wynik jest z grubsza przewidywalny - postanowiłem jednak w ramach zupełnie niezauważalnego trollingu realizować swoją koncepcję Topu XXI wieku. 

Ależ sobie w związku z tym nawymyślałem. O ile wszystkie Wielkie Hity zasadniczo odciąłem w ten sposób jednym cięciem, to przy setkach innych piosenek musiałem się głowić, czy spełniają podstawowy warunek (który ostatecznie wewnętrznie określiłem sobie jako publikacja najwcześniej 1 stycznia 2000 roku). Zapewne wiele osób pamięta, czy X zaśpiewał Y w roku 2001 czy 1998, ja jednak nie obciążam pamięci takimi drobiazgami (a niestety, z samych 1990s dałoby się ułożyć osobny plebiscycik). Ostatecznie po przejrzeniu danych iluś tam piosenek (i odsłuchaniu niektórych, bo przecież tytuł niekoniecznie mi coś mówi) padło na 50, i wcale nie było tak że zagłosowałem na wszystkie bez wyjątku. Przy wszystkich wcieleniach Kazika nawet mi się nie chciało sprawdzać roczników... 

Adele, Alicia Keys, Amy McDonald, Amy Winehouse, Arctic Monkeys, Basia Stępniak-Wilk, Brainstorm, Brodka, Chemical Brothers, Coldplay, Daft Punk, Dave Matthews Band, Dido, Duffy, Evanescence, Florence And The Machine, Franz Ferdinand, Gnarls Barkley, Gorillaz, Green Day, Happysad, Hey, Hurt, James Blunt, Kaiser Chiefs, Katie Melua, Kayah, Killers, Lao Che, Janerka, Moby, Outkast, PJ Harvey, R.E.M., Raz Dwa Trzy, Reamonn, Robbie Williams z Nicole Kidman, Royksopp, Stereophonics, Strachy na Lachy, Tori Amos, White Stripes.. Sam tę listę uważam za niekompletną, ale tak to jest jak się wybiera a la carte, a nie podsuwa własne propozycje, niektórych wykonawców zabrakło w ogóle, niektórzy mieli akurat zupełnie nieprzekonujące kawałki (tytuły możecie zgadywać, albo nie). 

A na do widzenia zagramy kawałek, który w moim głosowaniu już się pojawiał po prostu. Adelo, prosimy.

14:53, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (2) »
sobota, 02 grudnia 2017

Jeśli ktoś miał wrażenie, że ostatnie Listy Poranników były tworzone w sposób dość wysilony, to ma sporo racji, głównie dlatego, że mniej ostatnio puszczam muzyki o poranku. Nadal trochę, nadal taguję, ale dochodzę do wniosku, że spisywanie tego traci sens, więc już tylko zamkniemy rok (z lekkim zapasem) i będziemy kończyć ten projekt.

The Qemists - Iron Shirt
Alvaro Soler ft. Jennifer Lopez - El Mismo Sol
Lech Janerka - Lola
Jesus Christ Superstar - What's the buzz 
The Rolling Stones - Paint It Black
Foo Fighters x Rick Astley - Never Gonna Give You Up
Souljazz Orchestra - Bull's Eye
Meena Cryle - It Make You Scream
George Michael - Jesus to a Child
Virna Lindt - Underwater Boy
Ella Fitzgerald - These Boots Are Made For Walkin
Tori Amos - Famous Blue Raincoat
The Adolescents - House of the rising sun 
Ebo Taylor - Love&Death
Joss Stone ft. Yes Sir boss - Come Together
Jain - Come
Guns'N'Roses - Paradise City
PRL - A ty maszeruj
Will Smith - Gettin' Jiggy With It
Smokie - Mr. Tambourine Man
Republika - Telefony
Teddybears - Cobrastyle
As Tears Go By - Vitamin String Quartet
Przebudzenie - Przemysław Gintrowski
Charlotte Gainsbourg - Hey Joe

Oczywiście, jeśli kiedyś w przyszłości dostanę przypływu energii i będę porannej muzyki wrzucać dużo, to może któregoś dnia jakaś lista się znowu pojawi, a może tylko będą pojedyncze piosenki z porannych odkryć i eksperymentów. Na koniec pierwszego sezonu Listy Poranników - Cobrastyle.

piątek, 24 listopada 2017

Muszę się przyznać, że oryginalnego Blade runnera pamiętam głównie doznaniami: muzyką Vangelisa, obrazami nocnego miasta, monologiem Hauera, klimatem... Sama fabuła przechodzi jakoś obok mnie, nie mówiąc o znaczeniach, tropach i interpretacjach, w szczególności zupełnie mnie nie obchodzi czy Deckard...

Obecnie w kinach miłościwie panuje sequel Blade runnera, opatrzony liczbą 2049 niczym Chateaux Villeneuve. Warstwa wizualna po prostu cudowna (audio bez zachwytów), klimat wspaniały. Do tego mamy i łowców androidów, i androidy pomiędzy ludźmi (choć mógłbym się zastanawiać czy "ludzi między androidami" nie byłoby właściwsze, ale nie dam głowy), i postarzałego Deckarda, i Rachel (o niej nic Wam nie powiem, kto widział ten wie, kto nie widział - niech ma niespodziankę), mamy też akcję kręcącą się wokół odsyłania na emeryturę, z różnymi zagadkami i zwrotami akcji... I wiecie co? Tak jak w oryginalnym Blade runnerze, tak naprawdę mało mnie cała ta akcja obchodzi (nie powiem, że nie wciągała).

Mamy w tym nowym Blade runnerze wątek, który wbił mnie w fotel i wypuścić nie chce. Jest sobie bohater, nazwijmy go Joe (kto widział, ten wie, kto nie widział... zorientuje się przy oglądaniu z tego co dalej zaspoiluję). Kiedy Joe pierwszy raz pojawia się w swoim mieszkaniu, ujawnia się jakaś jego towarzyszka, taka... mało obecna; przyznaję z pewną taką nieśmiałością, że w pierwszej chwili wziąłem ją za hologram kogoś będącego w innym miejscu świata, taką nowoczesną (2049!) formę związku na odległość, po dobrych paru chwilach dopiero dotarło do mnie, że to owszem, hologram - ale w całości stworzony przez program, taka Siri przyszłości dostarczana przez wszechobecną korporację Wallace, obdarzona sugestywnym imieniem Joi. I to właśnie cały sposób poprowadzenia relacji Joego i Joi, nakreślenia niemożliwej miłości pomiędzy Joem a bytem wirtualnym, niemożliwej lecz wręcz namacalnej (włącznie z niesamowitą sceną wirtualno-niewirtualnego seksu), czyni ten film - nie boję się tego napisać - Wielkim. I nie przeszkadza mi nawet kończąca ten związek sugestia, że ze strony Joi wszystko było jedynie procedurą starannie kontrolowaną przez korporację - bo to tylko sugestia, a nie pewnik, a nadto kocha się przecież niekoniecznie mając świadomość, że druga strona tylko "gra", Joe... wierzył do końca (i jeden dzień dłużej).

Nie mogę też nie wspomnieć o innej nie-ludzkiej bohaterce (w ogóle to film pełen kobiet, nadających bieg prawie wszystkiemu), o androidce imieniem Love* (chciałem użyć słowa "terminatorce", ale to mimo wszystko nie byłoby ścisłe, no i nie ta seria). Ona z kolei - wspaniała postać! - została poprowadzona jakby była dzieckiem, które za wszelką cenę chce zostać najwspanialszą córeczką tatusia, jakby chciała zostać - tak właśnie - pokochana. 

Czy androidy mają uczucia? W tym filmie na pewno. Zobaczcie koniecznie, chyba że nie lubicie klimatycznego sci-fi o uczuciach androidów.

*formalnie Luv, przekręciłem z miłości

Tagi: film
20:24, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 października 2017

Koniec roku zbliża się nieubłaganie,tylko patrzeć jak rozpocznie się tradycyjne coroczne głosowanie na Trójkowy Top Wszech Czasów, tylekroć już wzmiankowany na blogu. Uważni czytelnicy może nawet pamiętają, że ostatnio Top prawie że manifestacyjnie olałem, co to będzie w tym roku? Pewne zmęczenie materiału wyczuwam, bo i ze "sportowego" punktu widzenia wkradła się nuda, wciąż te same kawałki jak w Rejsie, nawet jeśli tu czy tam się coś zmieni ("z piątego na siódme" brzmi jak "na Bugu we Włodawie przybyło pięć").

Prowadziliśmy sobie czasem różne dyskusje, że przydałoby się coś w tym Topie zmienić, żeby go urozmaicić (wolno prowadzić niewiążące dyskusje, format określą i tak redaktorzy), prowadziłem sobie i ja prywatne rozmyślania. I tak jakoś zupełnie niedawno uświadomiłem sobie że czas leci jak szalony, i mamy już oto co najmniej siedemnasty rok bieżącego stulecia. I tak ciągnąc tę myśl uświadomiłem sobie, że puszczałem przecież wiele zacnych kawałków, które niewątpliwie powstały już w tym stuleciu (nawet zacząłem sobie notować na pulpicie...). I wtedy już całkiem gotowa była myśl, że fajnym pomysłem byłoby głosowanie na najlepsze piosenki XXI wieku. 

Ciekawe, czy ktoś takie głosowanie już robi.

23:09, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (4) »
wtorek, 05 września 2017

Idę na łatwiznę, prawda? Nie chciało mi się wrzucać porannych kawałków dość często, żeby notowanie miesięczne jakoś wyglądało, to zbieram w dwa, a teraz nawet w trzy miesiące (i wygląda jakby było Dużo). Zastosuję się jednak do Bablowskiego "gra mało, ale za to gra smacznie" i zaraz wyrzuty sumienia jak ręką odjął.

A letnia muzyka... Chwaliłem się już że byłem na Woodstocku? (#wężykiem). Właściwie to gdybym mógł, to od drugiego tygodnia sierpnia tylko bym w kółko puszczał to co tam słyszałem (z tych co mi się podobały). Ale że monokultura nie jest zdrowa (a kawior jedzony chochlą to po prostu rybie jaja), to ciut więcej różnorodności się pojawi.

Jethro Tull - We Used To Know
Clutch - Electric Worry
Beth Hart - Tell Her You Belong To Me
Bułat Okudżawa - Paka Ziemla jeścio wiertitsia
The Clash - London's Burning
Meredith Brooks - Bitch
The Cyrkle - Kites
Ensiferum - Iron
John Lennon - Whatever Gets You Through The Night
R.E.M. - The Outsiders
Nina Persson - Charlie

Wojciech Młynarski - Diatryba
Wojciech Młynarski - Przetrwamy
Kult - Hej Czy Nie Wiecie
Jacek Kaczmarski - Powrót sentymentalnej panny S
Pointer Sisters - I'm so excited
Duane Allman & Aretha Franklin - The Weight
Manu Chao - Me Gustas Tu

The Qemists - Run You
Dub Inc - koncert na Woodstock
Dub Inc - Revolution
Lady Pank - Pokręciło mi się w głowie
Guru feat. MC Solaar - Le Bien, Le Mal
Franz Ferdinand - Take Me Out
Queen - Killer Queen
Manfred Mann - Doo Wah Diddy
Klaus Mitffoch - O głowie
Junkie XL, Elvis Presley - A Little Less Conversation
Ska Cubano - Babalu 

Oczywiście, gdybym miał puścić teraz co mi Najbardziej W Duszy Gra, to odpaliłbym The Qemists, ale ten Run You tyle co było prezentowane. Puszczę więc jedyny kawałek, którego tytułu obecnie nie znam, bo pojawił się w cyklu porannikowym jako po prostu Woodstockowe wspomnienie, wyszperane naprędce. Z drugiej strony nieważne do końca jak to się oficjalnie nazywa, po prostu pobujajcie się z Dub Inc i poczujcie tę atmosferę.

Tagi: muzyka
18:57, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 września 2017

Chwaliłem się już w zeszłym miesiącu, że byłem na Woodstocku, ale wtedy ograniczyłem się do najbardziej ogólnych obserwacji. Już sam fakt, że byłem, można uznać za pewne zaskoczenie, wyjaśnię od razu, że to wynik pewnego niecnego spisku. Spiskowcy nie tyle postawili mnie prze faktem dokonanym, ile zadali mi pytanie znienacka, na tydzień przed - a ja nie myślałem zbyt długo, tylko sprawdziłem jak mi kalendarz wygląda, no i kilka dni później...

Nie wnikając we wszystkie szczegóły logistyki, dotarliśmy na Przystanek jakoś po czternastej w sobotę. Ponieważ nie byłem inicjatorem, zdawałem się w całości na spiskowców - a ci mieli pewne plany, czego posłuchać. Ruszyliśmy więc przez leśne dróżki kostrzyńskiego Woodstocku, by na piętnastą dostać się pod Dużą Scenę, gdzie miał wystąpić Nocny Kochanek. Ze sceny łomotało, tłum radośnie śpiewał, wokalista ma duże możliwości głosowe - ale teksty w polskim metalu nie przekonują mnie zupełnie, więc tylko lekko poskakane towarzysko było. Później, niestety, ruszyliśmy na ogólne zwiedzanie i zakupy, rychło utkwiliśmy w kolejce do Siemasklepu (jak po dobra rzadkie za komuny, doświadczenie się przydało), i tam stojąc słyszeliśmy na szczęście, jak Dużą Scenę przejęli we władanie Dub Inc. O jak ładnie nóżka chodziła w tej kolejce... gdybym wiedział, to może olałbym Nocną Zmianę Miłości i odstał zawczasu, a potem reggae'owo bujał się w tłumie... Ale co się stało, to się nie odstanie. Po dokonaniu wielkiego obchodu (który i tak obejmował najwyżej połowę wszystkiego), powróciliśmy jeszcze na sesję wieczorną. Na 22-gą zaplanowany był koncert Nothing But Thieves. Mam wrażenie, że albo nie byli w formie, albo zwyczajnie nie pasowali do tego miejsca, może po prostu odczuwali skutki podróży - dotarli bez swoich instrumentów (pozdrawiamy linie lotnicze czy kto tam był odpowiedzialny), występowali ze sprzętem pożyczonym im przez inne zespoły. Jak dla mnie brakowało w tym kopa, jakiejś spójności, aczkolwiek interesująco patrzyło się na małolaty (nie wiem czy gimnazjalne, licealne czy studenckie) wyśpiewujące kolejne kawałki, dla nich ewidentnie było to spotkanie z Idolem. My natomiast zmyliśmy się przed końcem z powodu lekkiego zmęczenia, gdyż...

Ta nazwa nic zupełnie nam nie mówiła (a mnie na pewno). Przebywaliśmy sobie w sąsiedztwie sceny, dopijając piwo (w bezpośrednie sąsiedztwo wstęp z alkoholem był zakazany, pozdrowienia dla Pokojowego Patrolu), kiedy po kolejnej zmianie na Dużej Scenie zaczęli się produkować The Qemists (nawet nie wiedziałem jak się to pisze). Łomotało zacnie, piliśmy szybciej (zresztą się ściemniało), weszliśmy w tłum, zbliżyliśmy się do sceny. Oni się rozkręcali, my się rozkręcaliśmy, skakaliśmy, pod koniec to już był cudowny trans, przy którym zupełnie nie czuliśmy zmęczenia. Trzyma mnie do dziś.

Więc dla wszystkich Woodstockowiczów i tych, którzy nie byli - The Qemists, Run You, tu w wersji teledyskowej, kto ciekaw jak wyglądało na żywo, niech sprawdza na Kręcioła TV.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Spacerowałem sobie spokojnie ulicami centrum Brna, chłonąc nieznany mi dotąd urok tego miasta. Upał nie wpływał pozytywnie na zmysły, na dodatek tu i tam trzeba było zachować sporą czujność, by omijać tramwaje (deptak deptakiem, ale tramwaj ma swoje większe prawa, choćby z racji gabarytów), które czasem zgrzypiały, a czasem mniej. I kiedy tak dzieliłem uwagę między przyglądanie się zacnym kamienicom (Praga i Budapeszt nie mają po co zadzierać nosów) a wyglądanie zagrożeń na szynach, usłyszałem na swój sposób znajome dźwięki.

Pisałem już kiedyś, że jednym z małych powodów założenia tego bloga było notowanie muzycznych odkryć i obsesji. Kiedy Blox udostępnił tagi, szybko pojawił się "przyczepiło się niech leci", zbierający wszystkie małe fascynacje, czasem trzymające dzień lub dwa, a czasem powracające latami, niezależnie od ich wartości muzycznej ("good or wrong, my ass"). Ta piosenka czepia się mnie od dawna, za każdym razem kiedy znienacka wyskoczy (nie mam jej nigdzie zapisanej podręcznie), choć to chyba taki one-shot zespołu, który poza tym z niczym mi się nie kojarzy.

Brneński grajek uliczny nie miał wielkiego talentu wokalnego ani gitarowego, zachowywał jednak minimum klimatu. Nawet przez moment zastanawiałem się czy nie rzucić mu paru koron (niczym Taco Hemingway w metrze) za sam dobór repertuaru i stworzenie odrobiny Hollywood na wzgórzach morawskiej stolicy. I pomyśleć że Sunrise Avenue jest kapelą fińską. 

Aha, gramy: Hollywood Hills

środa, 07 czerwca 2017

Nudno jest ciągle robić coś tak samo, prawda? Dlatego dla urozmaicenia zamiast co miesiąc wrzucać listę kawałków ogrywanych o poranku, postanowiłem połączyć dwa w jedno i opublikować listę od razu za dwa miesiące. Miało to też pewien związek z faktem, że na początku maja byłem na wyjeździe, bez komputra - ale jak widać, w czerwcu wcale się tak bardzo nie spieszyłem, spokojnie bym w maju z takim opóźnieniem opędził.

Niemniej przejdźmy powoli do muzyki. Lista... nie jest aż tak długa, jak mogłoby to wynikać z faktu połączenia plonów z dwóch miesięcy.

The Adolescents - She Walks Alone
Lech Janerka - Paragwaj
Kazik - Zgredzi
Grace Mitchell - Maneater
Omega - Gyongyhaju lany
Edyta Bartosiewicz - Jenny
Lionel Richie - Hello
F.R. David - Words Don't Come Easy
The Souljazz Orchestra - Mista President
Gorillaz - Andromeda
Sheryl Crow - Tomorrow Never Dies
Blondie - Call me
Maanam - Cykady na Cykladach
Siq - Oddech szczura
Grzegorz Tomczak - Fragment pewnego artykułu o Marku Hłasce
Phil Collins - Sussudio
Captain Beefhart - The Floppy Boot Stomp
U2 - Raised By The Wolves
Shakira - Whenever, wherever
Ewa Demarczyk - Karuzela z Madonnami
Karl Jenkins - Song of The Trinity
Wiktorija Jermoljewa - Black Hole Sun (Soundgarden cover)
Dubska - Avokado
Jamiroquai ft James Brown ft Gorillaz - Tallulah Feels Good (Tamar Mashup)
Stanisława Celińska - Uśmiechnij się
Stevie Wonder - Pastime Paradise
Przemysław Gintrowski - Przebudzenie

Czegóż tu nie ma... są klasycy i klasyki, covery i utwory coverowane, kawałki najpopularniejsze i najbardziej niszowe, od punk rocka po disco, od orkiestry i big bandu po solówki. Takie listy najbardziej lubię.

Dość gadania? No dość. Pora coś zagrać. Tym razem coś, co było dla mnie jednym z największych zaskoczeń - Captain Beefhart i The Floppy Boot Stomp, sądzę, że zupełnie się tego nie spodziewacie.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Wiem, że na świecie codziennie obchodzone są jakieś niezmiernie interesujące święta, ale żeby dziś był Międzynarodowy Dzień Szakala to nie (za to dziś jest Dzień Konia, gdybyście szukali okazji do świętowania). Wczoraj za to, gdym na PIT-em pochylon siedział i wieczór już dawno się zrobił głęboki (cichy ani ciepły niestety nie), doszedłem w pewnej chwili do wniosku, że starczy tego dobrego (?) na jeden dzień (zwłaszcza że jakieś 80% miałem zrobione) i może warto by relaksu zażyć.

Sięgnąłem do programu telewizyjnego i popadłem w rozterkę. Oto bowiem na jednym programie nadawano klasyczną ekranizację Dnia Szakala z Edwardem Foxem, a w tym samym czasie inna stacja pokazywała remake tegoż z Brucem Willisem. Jako że tego drugiego dzieła nigdy nie widziałem w całości, dylemat był poważny. Dałem "nowemu" szansę, z uśmiechem odnotowałem dość wierne powtórzenie paru wątków (wierne nie oznacza z pominięciem nowych realiów), nawet bawiło. Później jednak (nie bez pomocy przerwy reklamowej) przeskoczyłem do klasyka i tam już zostałem. Może tak podziałały zdjęcia przynoszące klimat Europy lat 60/70, zwłaszcza z wszystkimi paryskimi widoczkami, może znacznie większa (bo nie pełna) wierność powieści... A może ta zaskakująca bezgłośność, ograniczanie dźwięków i dialogów do minimum, operowanie niemal wyłącznie obrazem, ruchem, barwą. (Poza tym podejrzałem opis na wikipedii i stwierdziłem, że zmodyfikowana fabuła mnie znacznie mniej kręci, a Willis w przebierankach nie jest lepszy od Malkovicha w Na linii ognia). 

Nasunęła mi się przy tym refleksja inspirowana luźno rzuconą w jakiejś dyskusji myślą o książkach, filmach i wyobraźni. Patrzyłem na Szakala, Colette czy Jacqueline* i myślałem "zupełnie inaczej bym sobie ich wyobrażał" (nie jest to zarzut nietrafnej obsady czy słabego występu), nawet jeśli byli tylko nieokreślonymi bytami snującymi się w myślach. Co innego Lonsdale, którego Lebel jest wręcz archetypiczny (choć powieściowy był zdaje się skromniejszej postury).

*jej w ogóle jakieś inne imię dali

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25