Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS

Kult-ura

czwartek, 05 października 2017

Koniec roku zbliża się nieubłaganie,tylko patrzeć jak rozpocznie się tradycyjne coroczne głosowanie na Trójkowy Top Wszech Czasów, tylekroć już wzmiankowany na blogu. Uważni czytelnicy może nawet pamiętają, że ostatnio Top prawie że manifestacyjnie olałem, co to będzie w tym roku? Pewne zmęczenie materiału wyczuwam, bo i ze "sportowego" punktu widzenia wkradła się nuda, wciąż te same kawałki jak w Rejsie, nawet jeśli tu czy tam się coś zmieni ("z piątego na siódme" brzmi jak "na Bugu we Włodawie przybyło pięć").

Prowadziliśmy sobie czasem różne dyskusje, że przydałoby się coś w tym Topie zmienić, żeby go urozmaicić (wolno prowadzić niewiążące dyskusje, format określą i tak redaktorzy), prowadziłem sobie i ja prywatne rozmyślania. I tak jakoś zupełnie niedawno uświadomiłem sobie że czas leci jak szalony, i mamy już oto co najmniej siedemnasty rok bieżącego stulecia. I tak ciągnąc tę myśl uświadomiłem sobie, że puszczałem przecież wiele zacnych kawałków, które niewątpliwie powstały już w tym stuleciu (nawet zacząłem sobie notować na pulpicie...). I wtedy już całkiem gotowa była myśl, że fajnym pomysłem byłoby głosowanie na najlepsze piosenki XXI wieku. 

Ciekawe, czy ktoś takie głosowanie już robi.

23:09, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (4) »
wtorek, 05 września 2017

Idę na łatwiznę, prawda? Nie chciało mi się wrzucać porannych kawałków dość często, żeby notowanie miesięczne jakoś wyglądało, to zbieram w dwa, a teraz nawet w trzy miesiące (i wygląda jakby było Dużo). Zastosuję się jednak do Bablowskiego "gra mało, ale za to gra smacznie" i zaraz wyrzuty sumienia jak ręką odjął.

A letnia muzyka... Chwaliłem się już że byłem na Woodstocku? (#wężykiem). Właściwie to gdybym mógł, to od drugiego tygodnia sierpnia tylko bym w kółko puszczał to co tam słyszałem (z tych co mi się podobały). Ale że monokultura nie jest zdrowa (a kawior jedzony chochlą to po prostu rybie jaja), to ciut więcej różnorodności się pojawi.

Jethro Tull - We Used To Know
Clutch - Electric Worry
Beth Hart - Tell Her You Belong To Me
Bułat Okudżawa - Paka Ziemla jeścio wiertitsia
The Clash - London's Burning
Meredith Brooks - Bitch
The Cyrkle - Kites
Ensiferum - Iron
John Lennon - Whatever Gets You Through The Night
R.E.M. - The Outsiders
Nina Persson - Charlie

Wojciech Młynarski - Diatryba
Wojciech Młynarski - Przetrwamy
Kult - Hej Czy Nie Wiecie
Jacek Kaczmarski - Powrót sentymentalnej panny S
Pointer Sisters - I'm so excited
Duane Allman & Aretha Franklin - The Weight
Manu Chao - Me Gustas Tu

The Qemists - Run You
Dub Inc - koncert na Woodstock
Dub Inc - Revolution
Lady Pank - Pokręciło mi się w głowie
Guru feat. MC Solaar - Le Bien, Le Mal
Franz Ferdinand - Take Me Out
Queen - Killer Queen
Manfred Mann - Doo Wah Diddy
Klaus Mitffoch - O głowie
Junkie XL, Elvis Presley - A Little Less Conversation
Ska Cubano - Babalu 

Oczywiście, gdybym miał puścić teraz co mi Najbardziej W Duszy Gra, to odpaliłbym The Qemists, ale ten Run You tyle co było prezentowane. Puszczę więc jedyny kawałek, którego tytułu obecnie nie znam, bo pojawił się w cyklu porannikowym jako po prostu Woodstockowe wspomnienie, wyszperane naprędce. Z drugiej strony nieważne do końca jak to się oficjalnie nazywa, po prostu pobujajcie się z Dub Inc i poczujcie tę atmosferę.

Tagi: muzyka
18:57, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 września 2017

Chwaliłem się już w zeszłym miesiącu, że byłem na Woodstocku, ale wtedy ograniczyłem się do najbardziej ogólnych obserwacji. Już sam fakt, że byłem, można uznać za pewne zaskoczenie, wyjaśnię od razu, że to wynik pewnego niecnego spisku. Spiskowcy nie tyle postawili mnie prze faktem dokonanym, ile zadali mi pytanie znienacka, na tydzień przed - a ja nie myślałem zbyt długo, tylko sprawdziłem jak mi kalendarz wygląda, no i kilka dni później...

Nie wnikając we wszystkie szczegóły logistyki, dotarliśmy na Przystanek jakoś po czternastej w sobotę. Ponieważ nie byłem inicjatorem, zdawałem się w całości na spiskowców - a ci mieli pewne plany, czego posłuchać. Ruszyliśmy więc przez leśne dróżki kostrzyńskiego Woodstocku, by na piętnastą dostać się pod Dużą Scenę, gdzie miał wystąpić Nocny Kochanek. Ze sceny łomotało, tłum radośnie śpiewał, wokalista ma duże możliwości głosowe - ale teksty w polskim metalu nie przekonują mnie zupełnie, więc tylko lekko poskakane towarzysko było. Później, niestety, ruszyliśmy na ogólne zwiedzanie i zakupy, rychło utkwiliśmy w kolejce do Siemasklepu (jak po dobra rzadkie za komuny, doświadczenie się przydało), i tam stojąc słyszeliśmy na szczęście, jak Dużą Scenę przejęli we władanie Dub Inc. O jak ładnie nóżka chodziła w tej kolejce... gdybym wiedział, to może olałbym Nocną Zmianę Miłości i odstał zawczasu, a potem reggae'owo bujał się w tłumie... Ale co się stało, to się nie odstanie. Po dokonaniu wielkiego obchodu (który i tak obejmował najwyżej połowę wszystkiego), powróciliśmy jeszcze na sesję wieczorną. Na 22-gą zaplanowany był koncert Nothing But Thieves. Mam wrażenie, że albo nie byli w formie, albo zwyczajnie nie pasowali do tego miejsca, może po prostu odczuwali skutki podróży - dotarli bez swoich instrumentów (pozdrawiamy linie lotnicze czy kto tam był odpowiedzialny), występowali ze sprzętem pożyczonym im przez inne zespoły. Jak dla mnie brakowało w tym kopa, jakiejś spójności, aczkolwiek interesująco patrzyło się na małolaty (nie wiem czy gimnazjalne, licealne czy studenckie) wyśpiewujące kolejne kawałki, dla nich ewidentnie było to spotkanie z Idolem. My natomiast zmyliśmy się przed końcem z powodu lekkiego zmęczenia, gdyż...

Ta nazwa nic zupełnie nam nie mówiła (a mnie na pewno). Przebywaliśmy sobie w sąsiedztwie sceny, dopijając piwo (w bezpośrednie sąsiedztwo wstęp z alkoholem był zakazany, pozdrowienia dla Pokojowego Patrolu), kiedy po kolejnej zmianie na Dużej Scenie zaczęli się produkować The Qemists (nawet nie wiedziałem jak się to pisze). Łomotało zacnie, piliśmy szybciej (zresztą się ściemniało), weszliśmy w tłum, zbliżyliśmy się do sceny. Oni się rozkręcali, my się rozkręcaliśmy, skakaliśmy, pod koniec to już był cudowny trans, przy którym zupełnie nie czuliśmy zmęczenia. Trzyma mnie do dziś.

Więc dla wszystkich Woodstockowiczów i tych, którzy nie byli - The Qemists, Run You, tu w wersji teledyskowej, kto ciekaw jak wyglądało na żywo, niech sprawdza na Kręcioła TV.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Spacerowałem sobie spokojnie ulicami centrum Brna, chłonąc nieznany mi dotąd urok tego miasta. Upał nie wpływał pozytywnie na zmysły, na dodatek tu i tam trzeba było zachować sporą czujność, by omijać tramwaje (deptak deptakiem, ale tramwaj ma swoje większe prawa, choćby z racji gabarytów), które czasem zgrzypiały, a czasem mniej. I kiedy tak dzieliłem uwagę między przyglądanie się zacnym kamienicom (Praga i Budapeszt nie mają po co zadzierać nosów) a wyglądanie zagrożeń na szynach, usłyszałem na swój sposób znajome dźwięki.

Pisałem już kiedyś, że jednym z małych powodów założenia tego bloga było notowanie muzycznych odkryć i obsesji. Kiedy Blox udostępnił tagi, szybko pojawił się "przyczepiło się niech leci", zbierający wszystkie małe fascynacje, czasem trzymające dzień lub dwa, a czasem powracające latami, niezależnie od ich wartości muzycznej ("good or wrong, my ass"). Ta piosenka czepia się mnie od dawna, za każdym razem kiedy znienacka wyskoczy (nie mam jej nigdzie zapisanej podręcznie), choć to chyba taki one-shot zespołu, który poza tym z niczym mi się nie kojarzy.

Brneński grajek uliczny nie miał wielkiego talentu wokalnego ani gitarowego, zachowywał jednak minimum klimatu. Nawet przez moment zastanawiałem się czy nie rzucić mu paru koron (niczym Taco Hemingway w metrze) za sam dobór repertuaru i stworzenie odrobiny Hollywood na wzgórzach morawskiej stolicy. I pomyśleć że Sunrise Avenue jest kapelą fińską. 

Aha, gramy: Hollywood Hills

środa, 07 czerwca 2017

Nudno jest ciągle robić coś tak samo, prawda? Dlatego dla urozmaicenia zamiast co miesiąc wrzucać listę kawałków ogrywanych o poranku, postanowiłem połączyć dwa w jedno i opublikować listę od razu za dwa miesiące. Miało to też pewien związek z faktem, że na początku maja byłem na wyjeździe, bez komputra - ale jak widać, w czerwcu wcale się tak bardzo nie spieszyłem, spokojnie bym w maju z takim opóźnieniem opędził.

Niemniej przejdźmy powoli do muzyki. Lista... nie jest aż tak długa, jak mogłoby to wynikać z faktu połączenia plonów z dwóch miesięcy.

The Adolescents - She Walks Alone
Lech Janerka - Paragwaj
Kazik - Zgredzi
Grace Mitchell - Maneater
Omega - Gyongyhaju lany
Edyta Bartosiewicz - Jenny
Lionel Richie - Hello
F.R. David - Words Don't Come Easy
The Souljazz Orchestra - Mista President
Gorillaz - Andromeda
Sheryl Crow - Tomorrow Never Dies
Blondie - Call me
Maanam - Cykady na Cykladach
Siq - Oddech szczura
Grzegorz Tomczak - Fragment pewnego artykułu o Marku Hłasce
Phil Collins - Sussudio
Captain Beefhart - The Floppy Boot Stomp
U2 - Raised By The Wolves
Shakira - Whenever, wherever
Ewa Demarczyk - Karuzela z Madonnami
Karl Jenkins - Song of The Trinity
Wiktorija Jermoljewa - Black Hole Sun (Soundgarden cover)
Dubska - Avokado
Jamiroquai ft James Brown ft Gorillaz - Tallulah Feels Good (Tamar Mashup)
Stanisława Celińska - Uśmiechnij się
Stevie Wonder - Pastime Paradise
Przemysław Gintrowski - Przebudzenie

Czegóż tu nie ma... są klasycy i klasyki, covery i utwory coverowane, kawałki najpopularniejsze i najbardziej niszowe, od punk rocka po disco, od orkiestry i big bandu po solówki. Takie listy najbardziej lubię.

Dość gadania? No dość. Pora coś zagrać. Tym razem coś, co było dla mnie jednym z największych zaskoczeń - Captain Beefhart i The Floppy Boot Stomp, sądzę, że zupełnie się tego nie spodziewacie.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Wiem, że na świecie codziennie obchodzone są jakieś niezmiernie interesujące święta, ale żeby dziś był Międzynarodowy Dzień Szakala to nie (za to dziś jest Dzień Konia, gdybyście szukali okazji do świętowania). Wczoraj za to, gdym na PIT-em pochylon siedział i wieczór już dawno się zrobił głęboki (cichy ani ciepły niestety nie), doszedłem w pewnej chwili do wniosku, że starczy tego dobrego (?) na jeden dzień (zwłaszcza że jakieś 80% miałem zrobione) i może warto by relaksu zażyć.

Sięgnąłem do programu telewizyjnego i popadłem w rozterkę. Oto bowiem na jednym programie nadawano klasyczną ekranizację Dnia Szakala z Edwardem Foxem, a w tym samym czasie inna stacja pokazywała remake tegoż z Brucem Willisem. Jako że tego drugiego dzieła nigdy nie widziałem w całości, dylemat był poważny. Dałem "nowemu" szansę, z uśmiechem odnotowałem dość wierne powtórzenie paru wątków (wierne nie oznacza z pominięciem nowych realiów), nawet bawiło. Później jednak (nie bez pomocy przerwy reklamowej) przeskoczyłem do klasyka i tam już zostałem. Może tak podziałały zdjęcia przynoszące klimat Europy lat 60/70, zwłaszcza z wszystkimi paryskimi widoczkami, może znacznie większa (bo nie pełna) wierność powieści... A może ta zaskakująca bezgłośność, ograniczanie dźwięków i dialogów do minimum, operowanie niemal wyłącznie obrazem, ruchem, barwą. (Poza tym podejrzałem opis na wikipedii i stwierdziłem, że zmodyfikowana fabuła mnie znacznie mniej kręci, a Willis w przebierankach nie jest lepszy od Malkovicha w Na linii ognia). 

Nasunęła mi się przy tym refleksja inspirowana luźno rzuconą w jakiejś dyskusji myślą o książkach, filmach i wyobraźni. Patrzyłem na Szakala, Colette czy Jacqueline* i myślałem "zupełnie inaczej bym sobie ich wyobrażał" (nie jest to zarzut nietrafnej obsady czy słabego występu), nawet jeśli byli tylko nieokreślonymi bytami snującymi się w myślach. Co innego Lonsdale, którego Lebel jest wręcz archetypiczny (choć powieściowy był zdaje się skromniejszej postury).

*jej w ogóle jakieś inne imię dali

czwartek, 06 kwietnia 2017

Złapałem się właśnie na tym, że koniec miesiąca dawno za nami, a ja nawet nie spisałem fejsowych poranników z co najmniej dwóch tygodni. Czy to oznacza, że mi się znudziło? (notowanie, nie puszczanie przeróżnej mniej i bardziej dziwnej muzyki)

Tego jeszcze nie wiem, ale skoro wziąłem i spisałem, to co stoi na przeszkodzie, żeby wkleić. W marcu o tak zwanym poranku (czyli między ósmą a szesnastą, powiedzmy) było grane:

Preservation Hall Jazz Band - Santiago
Fred Wesley - Funk For Your Ass
Louis Armstrong & Duke Ellington -It Don't Mean a Thing
Duane Allman ft. King Curtis - Games People Play
Odjbox - Ebony Rhapsody 
Jacek Kaczmarski - Rejtan, czyli raport ambasadora
Skamot Roig - El Padrino
Wojciech Młynarski - Dzieci Kolumba
Frida - I Know There's Something Going On
Amel Bent - Eye Of The Tiger
The Overtones - Shake The Tail Feather
Wojciech Młynarski - Bynajmniej
Bonnie Tyler - If You Were A Woman (And I Was A Man)
Postmodern Jukebox feat. Caroline Baran - Nothing Else Matters
Scott Joplin - The Entertainer
Jacek Kaczmarski - Zmartwychwstanie Mandelsztama
Big Boss Man - Sea Groove
Caro Emerald - Tahitian Skies
Emilie-Claire Barlow - Raindrops Keep Fallin' On My Head
Preservation Hall Jazz Band - Summertime
Lech Janerka - Lola

Dopóki nie spisałem, to sam nie wiedziałem, jak wiele było w marcu powtórzeń! Młynarskiego i Kaczmarskiego można po trosze zwalić na okolicznościowe (zgon, rocznica urodzin), ale PHJB? Takoż nie miałem pojęcia, że aż tak bardzo coverami leciałem (chociaż fakt, nieraz jak mnie o świcie jakiś kawałek męczy, to lepiej znaleźć dobry cover niż oklepany oryginał). A zagramy... to coverem to trudno nazwać, raczej wariacją. El Padrino.

PS Jeśli chodzi o tytułowe pytanie, to przypominam o prawie Betteridge'a. Ale kto go tam wie.

Tagi: muzyka
22:29, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (2) »
wtorek, 28 marca 2017

To w gruncie rzeczy nie były trudne pytania, powiecie. Racja: pytanie o ilość Nobli Skłodowskiej-Curie czy o składnik sosu tatarskiego nie wydaje się trudne, każdy słyszał o Skłodowskiej (i o tym że może nawet była kobietą) w szkole lub poza nią, każdy dziabnął w życiu sosu tatarskiego (kto nie, ten pewnie mógł pomyśleć, że coś z tatarem ma on wspólnego). Pytanie o lurkera pewnie można było metodą eliminacji, Voldemort każdemu pewnie przeleciał przez oczy...

Milionerzy nie są jednak i nigdy nie byli teleturniejem opartym na Czystej Wiedzy (TM). Pytania w Milionerach mogą dotyczyć wszystkiego, istotą tego programu jest wprowadzanie gracza w niepewność, wykorzystywanie napięcia nerwowego do stworzenia sytuacji, w której zawodnik będzie się wahał czy Pana Tadeusza na pewno napisał Słowacki. Wiedza zawsze się przyda, choć równie ważna jest odporność psychiczna oraz co najmniej odrobina szczęścia (co do doboru pytań, ale i w momencie, kiedy strzelasz co do hipisowskiego pseudonimu marszałka Kuchcińskiego). 

Dzisiejsza zawodniczka była wspaniałym prezentem dla programu. Jej emocje przy kolejnych pytaniach (a zwłaszcza poprawnych odpowiedziach) wyglądały tak autentycznie, sprawiała wrażenie, jakby sufit studia walił się na głowę, kiedy się orientowała ile właściwie wygrała (jakby w życiu się nie spodziewała, że będzie mieć takie pieniądz w ręce). Dziś skończyła na ćwierćmilionie, jutro gra dalej.

Na widowni siedział jej sześcioletni synek, któremu matka obiecała za wygraną wyjazd do Disneylandu (teraz to wystarczy już na ten na Florydzie). Po zakończonym programie Hubert powiedział doń, że "mama wygrała dużo pieniędzy - i to nie koniec", a ten charakterystycznym gestem zasłonił dłonią twarz. Będzie memem, czuję.

sobota, 04 marca 2017

Luty w tym roku to zaledwie 28 dni, więc i poranników nie mogło być więcej - przy czym oczywiście skoro tradycyjnie nie pojawiają się codziennie, to będzie ich jeszcze mniej, i nadal mniej niż w pozostałych miesiącach. Zwłaszcza że tendencja z miesiąca na miesiąc jest spadkowa...

A więc w lutym o poranku było grane:
Queen - You Don't Fool Me
The Cure - Boys Don't Cry
Jean-Pierre Sabar - Vai Vai
Wolna Grupa Bukowina - Nuta z Ponidzia
Adolescents - I Love You
The Crew Cuts - Sh Boom Sh Boom 
David Bowie - Valentine's Day
Pet Shop Boys - Heart
Isley Brothers feat. Casey Abrams - What Is Love
ZZ Top - Brown Sugar
Otis Redding - Cigarettes and Coffee
John Scatman - Scatman
Beth Hart - Am I The One
Westlife - Uptown Girl
LADY PANK / ELDO / MIUOSH / PYSKATY "Zamki na piasku" (Du-Rzy Remix)
Georges Bizet - Votre toast, je peux vous le rendre (Toreador/Carmen)

A że jest sobota, czytaj weekend, to zagramy sobie na wesoło. Ski-ba-bop-ba-dop-bop! John Scatman, czyli najwspanialszy śpiewający jąkała.

Tagi: muzyka
09:24, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 lutego 2017

Sięgnąłem o poranku po Wysokie Obcasy. Poczytałem list córki alimenciarza, pomyślałem sobie że ludzie w swojej krzywdzie jednak nie myślą co mówią (z czego można wysnuć istotne wnioski polityczno-społeczne). Parę stron dalej trafiłem na tekst o Renoirze i zabrałem się zań z zaciekawieniem.

Z tekstu dowiedziałem się, że zdaniem niektórych Renoir był kiepskim malarzem (na tyle, że domagają się usunięcia jego dzieł z muzeów), oraz że był zdecydowanym mizoginem. Puentą tekstu było "a gdyby do kolekcji obrazów Renoira dołączyć zbiór jego wypowiedzi o kobietach, to czy odbiór jego sztuki byłby odmienny?" Nie mam przy tym pewności, czy chodziło tylko o liczne u Renoira akty, czy także o pejzaże i sceny rodzajowe.

Oceną rozległej twórczości Renoira nie będę się tu zajmować, nie poczuwam się bowiem do kompetencji w tym zakresie (wystarcza mi że współcześni mu malarze oraz krytycy ówcześni i późniejsi cenili go wysoko). Przymus oceny twórczości przez pryzmat poglądów twórcy na taką czy inną kwestię przywiódł mi natomiast na myśl Leni Riefenstahl. Każdy może sobie we własnym zakresie oceniać jej postępowanie, natomiast czy to wpływa na ocenę jej talentu filmowego?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25