Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS

F1

niedziela, 15 października 2017

W Formule 1 zabawne zamieszanie z kierowcami. Wcześniej Renault ogłosiło, że na sezon 2018 zatrudni dotychczasowego kierowcę Toro Rosso - Carlosa Sainza (to wynik skomplikowanej operacji, której podstawowym skutkiem była zamiana dostawców silników w zespołach Toro Rosso i McLaren). Pojawiła się wtedy również plotka, że Renault chce ściągnąć Sainza do siebie jeszcze w trakcie sezonu (a Toro Rosso miało się zgodzić), przy czym jedyną przeszkodą był ważny kontrakt drugiego kierowcy Renault, Anglika Jolyona Palmera. Ten zaś nie wyraził entuzjazmu dla takiego rozwiązania - pomimo iż jest kierowcą uznawanym powszechnie za słabszego (i ma niewielkie szanse na dalszą karierę w F1), to jednak wolał korzystać z faktu, że ciężka praca, korzystne zbiegi okoliczności i odrobina ojcowskich pieniędzy pozwoliły mu cieszyć się jazdą w najważniejszej serii wyścigowej (nawet jeśli nieco odstające umiejętności i niekoniecznie znakomity samochód nieraz taką radość utrudniały). I tak oto minęły trzy kolejne wyścigi, aż tu nagle Palmer ogłosił że jednak skorzysta z propozycji prawie nie do odrzucenia i zrobi jednak miejsce dla Sainza...

I niby nic w tym takiego - poza telenowelowatością sytuacji - gdyby nie drobiazg, że przejście Sainza do Renault następuje ze skutkiem od nadchodzącego GP USA (za tydzień). Przygotowany już przez Toro Rosso zastępca - ostatni mistrz serii GP2 Pierre Gasly - miał zaś w ten właśnie weekend startować w finałowych wyścigach japońskiej serii Super Formula i walczyć o tytuł w tej serii. Wydawałoby się, że mógłby sobie tę serię odpuścić, ale nowym dostawcą silników dla zespołu Toro Rosso będzie Honda, a Gasly jest jedynym jasnym punktem Hondy w tej serii, pośród dominujących kierowców Toyoty. W sytuacji Japończycy wyrazili życzenie, aby Gasly dopełnił swoich obowiązków w Japonii, a Toro Rosso rozpoczęło nieomal łapankę na kierowcę, który jest w stanie wystartować dla nich w Austin...

Tu należy bowiem przypomnieć, że do startu w wyścigu Formuły 1 niezbędna jest tzw. superlicencja. Może ją otrzymać ktoś, kto już w F1 startował, lub ktoś, kto w ciągu poprzednich trzech sezonów sprawował się w różnych niższych seriach wyścigowych na tyle dobrze, że uzbierał 40 tzw. punktów do superlicencji (w zależności od rodzaju serii za miejsca w czołowej dziesiątce przyznaje się od 1 do nawet 40 punktów) - co w ostatnich czasach skutecznie ogranicza możliwość wstępu kierowcom nazbyt przypadkowym (dość powiedzieć, że wśród plotek pojawiały się nazwiska czy to szukającego swojej drogi powrotnej do F1 Kubicy, czy to nieszczęsnego Palmera). Mnie natomiast zaciekawił jeden słabo widoczny aspekt - samo spełnianie warunków do uzyskania superlicencji nie jest tożsame z jej posiadaniem, procedura przewiduje, że należy złożyć wniosek o jej wydanie najpóźniej na 14 dni przed sprawdzaniem samochodów (scrutineering) przed weekendem wyścigowym, w którym ma nastąpić start. Wyścig w Austin jest wyznaczony na niedzielę 22 października, sprawdzanie samochodów nastąpi w czwartek 19 października - zatem wniosek o wydanie superlicencji powinien był zostać złożony najpóźniej 5 października. O rozstaniu z Palmerem i przejściu Sainza ogłoszono 7 października... Jedyną furtką zostaje klauzula siły wyższej, która pozwala na złożenie wniosku o wydanie superlicencji na 48 godzin przed rozpoczęciem sprawdzania samochodów, czyli do wtorku, godzina 15.00 czasu Greenwich. 

W piątek ogłoszono, że za kierownicą Toro Rosso zasiądzie Nowozelandczyk Brendon Hartley, urzędujący zwycięzca Le Mans 24h, w poprzedniej dekadzie kierowca testowy zespołu. Z superlicencją jako mistrz WEC problemów mieć nie będzie, jeżeli najpóźniej we wtorek o odpowiedniej porze wpłynie odpowiedni, kompletny wniosek (a potrzebna jest między innymi opinia nowozelandzkiego związku motorowego) - i o ile FIA uzna, że nagłe odejście Palmera można uznać za siłę wyższą. No, chyba że wszystko było umawiane dużo wcześniej...

Tagi: prawo
17:22, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 października 2017

Panta rhei, powiedział Heraklit. W myśl tej maksymy nawet jak wrócimy w to samo miejsce, to będzie ono już inne, nawet jak spróbujemy odtworzyć jakąś sytuację, to nigdy nie będzie ona tą samą.

Siedem lat temu podczas weekendu F1 w Japonii mieliśmy potężną ulewę w porze przewidzianej na kwalifikacje. Lało (w Japonii jesienią potrafi mocno, nawet bez tajfunów) tak mocno, że żaden samochód nie wyściubił nosa z garażu, musiałby być zresztą bardziej łódką niż samochodem (samochód Pana Samochodzika też mógłby nie dać rady w tych warunkach). Jedyną formą ścigania tego dnia było puszczanie łódeczek majstrowanych przez mechaników...

Dziś zanosiło się podobnie - struga płynęła przez pitlane, nawet któryś garaż chciała zalać. I znów zespoły zabrały się do puszczania małych obiektów pływających.

Haas F1 Steiner boat Suzuka 2017 Japan
Nie ma to jak kazać szefowi spływać...

Haas F1 Steiner boat Suzuka 2017 Japan
...a potem pokażą to w telewizji.

Renault F1 Hulk boat Suzuka 2017 Japan
Puszczenie z prądem monstrum można jeszcze zrozumieć...

Renault F1 banana boat Suzuka 2017 Japan
...ale tego już nie bardzo...

Wygląda podobnie? Może, ale jednak inne łódeczki, inne zespoły i przede wszystkim inny dzień tygodnia. A poza tym po trzech kwadransach ulewa dała sobie spokój i samochody wyjechały.

Panta rhei.

21:24, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 września 2017

Mówi się, że w Formule 1 każdy element się liczy, bo każdy może dać setne czy dziesiąte części sekundy różnicy, lub wpłynąć na lepsze lub gorsze działanie innych elementów dających setne czy dziesiąte. Jednym z najważniejszych elementów pozostaje jednak zawsze silnik, który musi samochody rozpędzać do ponad 300 km/h i wytrzymywać setki kilometrów jazdy na wysokich obrotach, a im lepiej wykonuje to zadanie, tym większe szanse jego użytkownik ma w rywalizacji.

W aktualnej formule silnikowej, obowiązującej od 2014 roku (przewidywany okres do 2020 włącznie), silniki odgrywają nawet większą rolę niż kiedyś (choć Mercedes nie samym silnikiem dominował przez trzy lata). Nie jest więc żadnym zdziwieniem, że każdy zespół z ambicjami stara się mieć raczej lepszy silnik jak gorszy, przy czym wobec ograniczeń ilościowych (zasadniczo żaden producent nie powinien aktualnie obsługiwać więcej niż trzech zespołów), handlowych i konkurencyjnych nie jest to łatwe do osiągnięcia (ktoś musi wszak korzystać także z tych ciut słabszych silników). Malownicze spory wokół dostaw dla silników dla Red Bulla nadają się na długą opowieść, której nowy rozdział zaraz może zostać napisany. Podczas trwającego weekendu w Singapurze ogłoszono bowiem oficjalne potwierdzenie, że McLaren rozwiązuje wieloletnią umowę o współpracy z Hondą i podpisuje trzyletnią umowę z Renault, co stało się możliwe dzięki ogłoszonemu równocześnie przejściu Toro Rosso z jednostek Renault na Hondę. Jednocześnie pojawił się sygnał, że Renault nie przedłuży współpracy z Red Bullem poza rok 2018.

I tu pojawia się konieczność zerknięcia na przepisy dotyczące sytuacji silnikowej. Mamy czterech dostępnych producentów silników. Mercedes poza własnym zespołem ma umowy na zaopatrywanie Williamsa i Force India do roku 2020. Ferrari poza własnym zespołem zaopatruje Haasa (nie wiadomo dokładnie do kiedy) i podpisało umowę z Sauberem do roku 2020. Renault poza własnym zespołem ma po 2018 zaopatrywać tylko McLarena. Honda na razie jest dostawcą tylko dla Toro Rosso (podobno wieloletnim), i możliwości ich silnika są na razie delikatnie mówiąc niesatysfakcjonujące... Co zatem może zrobić Red Bull? Ani Mercedesa, ani Ferrari za bardzo nie zmusi do współpracy (zresztą już im się to nie udało w 2015). Jeśli nie zawierzy "w ciemno" Hondzie (a takie zawierzenie może spowodować, że uciekną mu kierowcy, pożądający samochodu z silnikiem pozwalającym na walkę o mistrzostwo), to może jedynie złożyć oficjalne żądanie do FIA, żeby skorzystała z mechanizmu przymusowego przydziału silników. Istnieją bowiem specjalne reguły, zgodnie z którymi każdy producent jest zobowiązany do obsługi określonej liczby zespołów, jeśli będzie to konieczne (na dziś - przy 10 zespołach i 4 dostawcach - z wzoru wynika, że ta liczba wynosi 3). Jeżeli więc do 15 maja 2018 roku żaden z producentów nie poinformuje FIA o podpisaniu umowy z Red Bullem, to FIA będzie uprawniona do skorzystania z tego mechanizmu - tyle że w sytuacji jak opisanej wyżej, będzie to oznaczało że dostawcą dla Red Bulla zostanie Honda, jako producent z najmniejszą liczbą klientów...

Ciekawiej byłoby, gdyby Honda się znienacka wycofała i zostało tylko 3 producentów. Zgodnie z tymi samymi regułami, w pierwszej kolejności Renault zostałoby zobowiązane do przyjęcia trzeciego klienta - przy czym o tym, który to byłby z zespołów sponsorowanych przez koncern Red Bull, decydowałoby losowanie. Dla drugiego zespołu konieczne byłoby losowanie spośród wszystkich trzech producentów... Wyobrażacie sobie w sezonie 2019 zespoły Red Bull-Renault i Toro Rosso-Mercedes?

Jak będzie, tak będzie, wizja Red Bull-Honda na 2019 jest niesamowicie realistyczna, z jakimi kierowcami i możliwościami? Boję się przewidywać... Poza tym, ewentualne wielopiętrowe negocjacje handlowe mogą doprowadzić do zupełnie nieprzewidywalnych rozstrzygnięć.

Tagi: prawo
14:59, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 czerwca 2017

Powinienem w zasadzie pracować. Powinienem w zasadzie pracować, ale znajduję się w stanie rozchwiano-euforycznym (ocierającym się o histeryczny), więc trochę trudno jest przymusić umysł do skupienia się na jakichś nudnych problemach zawodowych (a poza tym burza niedawno czasowo zerwała mi prąd, więc to Znak). Dlatego zrobię przerwę i odreaguję.

Przyczyną tego stanu ducha (co ma pewien wpływ na ciało) jest oczywiście test Kubicy w starym poczciwym Lotusie E20 (przemalowanym dla niepoznaki na Renault AD 2017, ale to oczywiście cudny czarno-złoty bolid Raikkonena). 115 okrążeń toru Ricardo Tormo w Walencji, tego samego na którym ostatni raz jeździł jako pełnoprawny kierowca F1 w testach przedsezonowych... Stan taki nie dotyczy tylko mnie, euforia wśród kibiców jest wielka, nie tylko polscy kibice niedwuznacznie machają chusteczkami Jolyonowi Palmerowi, zachęcając go do jak najszybszego zwolnienia miejsca w kokpicie RS17... I niektórzy czasem w tym miejscu zadają pytania o formalności.

Pytania, powiedzmy, absolutnie niegłupie. Każdy kierowca startujący w F1 musi się bowiem legitymować szczególnym rodzajem uprawnień, takim swoistym "prawem jazdy na samochód F1", nazywanym oficjalnie superlicencją. Taka superlicencja wydawana jest na okres do końca roku kalendarzowego i następnie wymaga odnowienia. W tym celu zawodnik musi spełniać liczne warunki określone w przepisach FIA (załącznik L do Kodeksu Sportowego FIA, gdyby ktoś był ciekaw), różniące się nieco w zależności od sytuacji kierowcy, a w przypadku Kubicy to: 

- musi być posiadaczem wydawanej przez krajowy związek motorowy międzynarodowej licencji A (na najmocniejsze samochody, w których na kilogram masy samochodu przypada co najmniej 1 koń mechaniczny),
- musi zaliczyć test ze znajomości przepisów Kodeksu Sportowego oraz Regulaminu Sportowego (gdyby nie miał tak długiej przerwy, wystarczyłoby ich omówienie z zespołem),
- musi przejechać samochodem Formuły 1 co najmniej 300 kilometrów (dystans wyścigu) w ciągu najwyżej 2 dni, utrzymując prędkości wyścigowe, przy czym taki test musi się odbyć nie wcześniej niż 180 dni przed złożeniem wniosku o wydanie superlicencji; niestety dzisiejszy test się nie kwalifikuje, ponieważ samochód z roku 2012 jest aktualnie uznawany za historyczny, a na potrzeby superlicencji trzeba wyjeździć kilometry w samochodzie uznawanym za "obecny" lub "poprzedni, co w roku 2017 oznacza samochód w specyfikacji z lat 2013-2018,
- ponieważ był w przeszłości posiadaczem superlicencji, lecz nie w ostatnich 3 sezonach - musi zostać oceniony przez FIA jako prezentujący niedawno w sposób stały znakomite zdolności w samochodach jednomiejscowych ("must be judged by the FIA to have recently and consistently demonstrated outstanding ability in single-seater formula cars"), wydaje się to być oczywistą oczywistością, ale formalnie wymóg jest; nie musi natomiast pracowicie gromadzić punktów w innych seriach, bo kto raz superlicencję dostanie, ten może się powołać na różne ścieżki,
- uiścić opłatę (od takich rzeczy nigdy nie ma ucieczki)
- złożyć w FIA kompletny wniosek - nie później niż 14 dni przed dniem sprawdzania przed pierwszym wyścigiem, w którym kierowca ma wziąć udział w danym sezonie (zwykle takie sprawdzenie odbywa się w czwartek - przed piątkowym treningiem - tylko w Monaco następuje w środę, bo tam pierwsze treningi są w czwartek); teoretycznie w razie konieczności zmiany kierowcy spowodowanej siłą wyższą wniosek taki można złożyć na 48 godzin przed rozpoczęciem sprawdzania, ale z oczywistych względów nie sposób się na coś takiego nastawiać.

Nie ma natomiast szczególnych wymagań medycznych do ubiegania się o superlicencję - w tym zakresie wystarczające są badania przeprowadzone na potrzeby licencji niższego szczebla (międzynarodowej), tej samej która uprawniała do startu we wszystkich innych wyścigach czy rajdach. Czym innym są przy tym wymogi do licencji, a czym innym dopuszczenie do samych zawodów, więc tu się tym zajmować nie będziemy. 

Da radę? Powinien. Skorzysta? A skąd ja mogę wiedzieć...

Tagi: Kubica prawo
23:18, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 maja 2017

O Formule 1 wielu mówi, że to nudne, bo tylko się w kółko kręcą (na owal niech pójdą...). Często jest to prawda, czasem nie dzieje się prawie nic, nikt nikogo nie wyprzedza (dwa tygodnie temu w Soczi podobno nikt), nawet nikomu się za bardzo samochód nie psuje... Bywają jednak na torach rzeczy zupełnie nieprzewidywane.

Byłem dwa tygodnie temu w Budapeszcie (przy okazji przegapiłem tam uliczne pokazy Mercedesa i Red Bulla, rozgrywane niemal przed naszymi oknami, pech - a może i nie). Wracając do domu zboczyliśmy na Hungaroring, bo jeszcze się nie zdarzyło. Tor był zamknięty dla publiczności, więc zrobiliśmy sobie tylko zdjęcia przed bramą, potem ugadaliśmy ciecia, żeby pozwolił nam zrobić zdjęcia przy rzeźbach stojących 20 metrów za bramą (cały czas stał i nas pilnował). Wróciliśmy na parking, zaczęliśmy się pakować do samochodu (zwłaszcza że w tę i z powrotem przechodziły kapuśniaczki i ulewy). Wtedy tuż obok nas zatrzymał się biały lexus, kierowca otworzył okno jakby chciał o coś zapytać, obróciłem się ku niemu, i faktycznie pyta - skąd jesteśmy. No to grzecznie odpowiadam że z Polski, a on na to pyta, czy nie chcielibyśmy się przejechać po torze. Zanim zdążyłem sobie zadać w duchu pytanie "jakim cudem", siedzieliśmy już w tym lexusie, cieć grzecznie otworzył bramę, przejechaliśmy tunelem pod trybunami, potem wzdłuż boksów, wjechaliśmy na pitlane... Z pitlane wyjechaliśmy na tor, kierowca cały czas fachowo komentował zakręty, opisywał prędkości osiągane w poszczególnych sekcjach, w zakręcie nr 11 specjalnie wyjechał na szerokie tarki (jak wszyscy kierowcy wyścigowi), żeby pokazać, z jakimi efektami specjalnymi się to wiąże. Na prostej startowej zatrzymał się na pole position, potem mocniej wcisnął gaz (ale chyba nie przekroczyliśmy limitu prędkości), potem za zakrętem nr 1 zjechał na pobocze i odwiózł nas technicznymi drogami z powrotem na parking. To był - nie ściemniam - szef kontroli wyścigu Hungaroringu, w dalszym ciągu trochę się szczypię, żeby uwierzyć, że to się zdarzyło naprawdę.

Ale to tak naprawdę jeszcze nic w porównaniu z tym, co się może zdarzyć na torze. Dziś podczas GP Hiszpanii po dynamicznym starcie doszło do kolizji w pierwszym zakręcie, po której bolidy Verstappena i Raikkonena nieszczególnie się nadawały do jazdy. To prawdziwy pech, jeśli jesteście kibicem Raikkonena i już po kilkunastu sekundach nie możecie mu kibicować w wyścigu. Jeśli do tego macie 5 lat i specjalnie w tym celu przejechaliście tysiąc kilometrów, to można się rozpłakać. Może się tak zdarzyć, że wasz płacz wychwyci kamerzysta i puści na cały świat...

boy crying GP Spain 2017 Catalunya Raikkonen

Może się zdarzyć i tak, że wkrótce potem zostaniecie zaproszeni do padoku, spotkacie się z Kimim, ekipą Ferrari i całą masą różnych innych osób, które dla zwykłego śmiertelnika są nieosiągalne. Jednym słowem: otrzymacie prezent, o jakim marzy każdy kibic Formuły 1 (chłopak będzie mógł się całe życie szczypać, żeby się upewnić, że to się wydarzyło). Zaraz poprawia nastrój!

GP Spain crying boy Raikkonen paddock 2017

A i sam dzisiejszy wyścig pełen przygód i mało przewidywalnych emocji.

niedziela, 09 kwietnia 2017

Właściwie to przymierzałem się do napisania o czym zupełnie innym - mam takich parę tematów co odkładam raz za razem bo albo mi się nie chce, albo znajduje się akurat co innego - ale po szanghajskim wyścigu (o którym innym razem albo wcale) rzuciło mi się to w oczy i puścić nie chce, więc kujmy póki gorące i szybkie.

Tytułowe trofeum - bo tak to należy określić - wymyślono... dla urozmaicenia nudnych wyścigów, ktoś złośliwy mógłby powiedzieć. Trzeba przyznać jednak, że rywalizacja "kto szybciej zmieni koła" ma nieraz znaczenie dla wyników wyścigu F1, nawet i o zwycięstwie może zdecydować (choć większe znaczenie ma chyba regularność dobrych wyników, niż ich jednorazowe wyśrubowanie). Postanowiono więc mierzyć precyzyjnie czas każdej zmiany opon, ustalać kto w danym wyścigu zrobił to najszybciej, i sprawdzić kto się okaże na dystansie całego sezonu.

W roku 2015 nawet przez moment była ciekawa rywalizacja - w poszczególnych wyścigach aż siedem zespołów triumfowało indywidualnie, w pewnym momencie o zwycięstwo w sezonie wydawały się walczyć aż trzy ekipy, w końcu Ferrari zapewniło sobie trofeum na wyścig przed końcem. W roku 2016 spięła się mocno ekipa Williamsa, która przeprowadziła arcyprecyzyjną analizę, opracowała rewelacyjne procedury i na początku sezonu okazała się najszybsza dziewięć razy z rzędu (mimo że rok wcześniej raczej odstawali w tym elemencie), czyniąc rywalizację iluzoryczną.

Dziś natomiast zauważyłem - każdemu może umknąć - że w trosce o "poprawę widowiska" (jakby się w boksach nie poprawiło od powiększenia opon, które w tak ekspresowym tempie zakładają na koła) zmieniono zasady rywalizacji. Teraz bowiem firma DHL (patron nagrody) odnotowuje 10 najlepszych wyników - przy czym, co może boleć tych "regularnych", liczy się każdemu zawodnikowi tylko najlepszy czas jego mechaników, a nie wszystkie najlepsze wyniki - i przyznaje punkty jak za miejsce w wyścigu. Zgadnijcie, kto ma najwięcej punktów? ...oczywiście Williams (choć podliczyć trzeba samemu póki co). Ale jeszcze dużo wyścigów do końca.

Tagi: statystyki
19:34, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 marca 2017

Ach, te ploteczki. Cały świat Formuły 1 plotkuje zawzięcie o tym, co się będzie dalej działo w relacji zespołu McLaren z producentem silników Honda. Jest to tzw. trudny związek, bo z dużymi ambicjami (zespołu zwłaszcza), a silniki dostarczane przez Japończyków na razie nie słyną ani z mocy, ani z niezawodności. Tak było przez całe dwa lata, a w tym roku...

W tym roku miało być inaczej, bo zmiana przepisów (o silnikach) pozwala na nieustanne poprawianie silników (w poprzednich latach rozwój był limitowany systemem tzw. tokenów). Na zimowe testy Honda przywiozła zupełnie nowe silniki. Efekt? Złośliwi nie umieli się doliczyć, ile ich trzeba było założyć do bolidów w ciągu ośmiu dni (ostatecznie stanęło oficjalnie na pięciu), a samochód nie dał rady jednorazowo przejechać nawet jednej piątej dystansu wyścigu. Kiepska to prognoza, zważywszy że za tydzień o tej porze powinno być już po pierwszym wyścigu sezonu. Frustracja, która dawała znać o sobie już w zeszłym roku, teraz już kipi, pojawiły się mniej lub bardziej oficjalne informacje o kontaktach zespołu z innym producentem silnika, poważni komentatorzy zaczęli analizować możliwość zerwania kontraktu już nawet nie na koniec sezonu, ale wręcz natychmiastowo...

Argumentów, dlaczego natychmiastowe zerwanie nie nastąpi, przedstawiono wiele, sam chcę zwrócić uwagę na jeden, którego nikt chyba specjalnie nie zauważył. Zajrzyjmy sobie na chwilę do przepisów. Artykuł 8.3 regulaminu sportowego zasadniczo pozwala zespołowi zmienić producenta silnika w każdym momencie sezonu. Jest jednak jeden kruczek: zdanie drugie tego artykułu przewiduje, że wszystkie punkty zdobyte z takim zmienionym silnikiem nie liczą się do klasyfikacji konstruktorów - co oznacza, że McLaren w tym momencie jeździłby głównie dla jeżdżenia, mając niemal gwarantowaną pewność oficjalnego zakończenia mistrzostw na ostatnim miejscu wśród zespołów (niemal, bo może przed zmianą udałoby się kogoś wyprzedzić i tę przewagę utrzymać); pozostając z Hondą i licząc na poprawę sytuacji, mają przynajmniej szansę... Dla uniknięcia wątpliwości: mogliby również zapracować wtedy na pieniądze z funduszu nagród (regulamin wyraźnie przewiduje, że zdobywane punkty liczą się akurat w tej klasyfikacji, powodując stan takiego rozdwojenia), ale przypuszczam, że koszty rozstania z Hondą byłyby dużo wyższe niż potencjalne nagrody za wyniki (pewnie by wystarczyło na opłacenie silników, które Honda daje za darmo).

A poza tym kolejne plotki mówią, że największe problemy, jakie wyszły na testach, są wynikiem błędu projektowego w samochodzie, a nie w silniku (czyli rozwód byłby z winy zespołu, który uciekł do łatwiejszej).

10:38, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 marca 2017

Chwaliłem trzy tygodnie temu, że tak ładnie, kolorowo, jak na wiosennej łące będzie w tym sezonie na torach Formuły 1. Owszem, nie brakowało umiarkowanych zestawów szarości, srebra i czerni, choć mniej chyba niż w poprzednich sezonach. Ale że nic na tym świecie nie jest stałe...

Force India w ostatnich latach malowała swoje bolidy w schemacie biało-czarnym lub srebrno-czarnym mocniejszymi lub słabszymi akcentami pomarańczy i zieleni. W tym roku akcenty były wyjątkowo skromne, zielony wręcz śladowy, samochód wyglądał dość buro. I co? To była cisza przed burzą.

Force India 2017 pink BWT livery F1

Burzą w sensie burzy kolorów (znów naciągam środki stylistyczne), jak i gównoburzy jaka wybuchła po zaprezentowaniu nowych barw, będących wynikiem podpisania poważnej umowy sponsorskiej. Męscy kibice mają duży problem z "niemęskim" kolorem bolidów mknących 340 km/h. Mnie to bawi, cieszę się barwnością stawki, czekam na rzeczywisty wygląd na torze. A jak się komuś nie podoba... cóż. To jeszcze na deser:

pink Cadillac Fleetwood 59

Tagi: fotka
10:00, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lutego 2017

Zima się chyba powoli kończy (za tydzień ma być +15 podobno), pewnie za chwilę cały świat wokół będzie się stawał kolorowy. Zima się na pewno kończy w świecie F1, już jutro pierwsze przedsezonowe testy (w Barcelonie słonecznie i kolorowo), dziś zakończyły się prezentacje nowych bolidów. 

O walorach technicznych opowiadać tu nie będę - kto ciekaw, mogę podpowiedzieć parę serwisów - pomimo że w przepisach technicznych nastąpiła tzw. rewolucja i wszystkie samochody miały w założeniu wyglądać inaczej (to znaczy nadal mają po cztery koła etc., ale pewne różnice powinny być widoczne, przynajmniej jak postawić zeszłoroczny pojazd obok tegorocznego). Bardzo mnie bawiło natomiast oczekiwanie na szczegóły kolorystyki, bo w tym zakresie wszyscy spodziewali się wielu zmian. Na dziś wygląda to tak, że za miesiąc w Australii powinniśmy zobaczyć samochody: srebrno-turkusowe, czerwono-białe, granatowo-żółte, srebrno-czarne, żółto-czarne, niebiesko-srebrno-czerwone (a podobno miał być błękitno-srebrny...), pomarańczowo-czarne, białe, grafitowo-czerwone i niebiesko-biało-złote. Wydaje się, że z daleka będzie je można od siebie odróżniać!

F1 2017 cars bolidy malowania livery

F1 2017 cars bolidy malowania livery

(autorów zdjęć nie znam, zestawienie zostało sporządzone przez jednego z użytkowników forum F1WM)

Będzie kolorowo? No będzie. Rykiem niektórych fanów o to, że silniki za mało ryczą, zupełnie się nie przejmuję.

Tagi: bzdury fotka
20:22, bartoszcze , F1
Link Komentarze (1) »
piątek, 25 listopada 2016

Za 48 godzin będziemy wiedzieć na pewno, który z kierowców Mercedesa sięgnie po tegoroczny tytuł. Oceniając na zimno - jeżeli nic nieoczekiwanego się nie będzie działo, to świętować będzie Rosberg, któremu wystarczy dojechać w pierwszej trójce (i na razie nie widać, żeby ktoś miał go z trójki wyrzucić), zresztą przez trzy ostatnie wyścigi jedzie dokładnie tak, jak jest to potrzebne, niczym kolarski "czajnik", który ogranicza się do pilnowania rywali (i wygrywa, jeśli mu się to uda). Ponieważ rywalizacja o tytuł z tego powodu straciła na emocjach, podobnoż brytyjscy żurnaliści już szykują opowieści o tym kto na tytuł bardziej zasłużył...

Zróbmy więc szybki przegląd sezonu (ograniczony do czołowej dwójki).
W Australii Hamilton przegrał start z PP i cały wyścig (drugie miejsce uratowali mu stratedzy Ferrari).
W Bahrajnie znów przegrał start z PP, a kolizja w pierwszym zakręcie ograniczyła jego możliwości do P3.
W Chinach Rosberg wygrał z PP (choć kicha Ricciardo mogła trochę pomóc), a Hamilton po starcie z końca stawki zaliczył dodatkowo kolizję i skończył na siódmym.
W Rosji Hamilton znów miał awarię w kwalifikacjach, tym razem gonił z dziesiątego na drugie.
W Hiszpanii wyeliminowali się nawzajem na pierwszym okrążeniu po kolejnym przegranym starcie Lewisa z PP.
W Monaco Rosberg nie radził sobie w deszczu, a Hamiltonowi pomógł błąd mechaników Red Bulla.
W Kanadzie Lewis wygrał z PP (nieudana zagrywka Ferrari mogła pomóc), wypychając Rosberga w pierwszym zakręcie (przez co ten skończył na P5).
W Baku Lewis zahaczył w Q3 o barierę i z P10 nadgonił tylko na P5.
W Austrii manewr obronny Rosberga skończył się kolizją i tylko P4 dla Niemca (który zaliczył też karę za wymianę skrzyni).
W Anglii Rosberg padł ofiarą krótkożyjących ograniczeń komunikacji radiowej - kara za podpowiedź co do sposobu radzenia sobie z usterką skrzyni biegów oznaczała spadek z drugiego na trzecie.
Na Węgrzech Hamilton ograł kolegę w pierwszych zakrętach.
W Niemczech Rosberg zawalił start z PP, a kara za atak na Verstappena pozbawiła go podium.
W Belgii Hamilton strategicznie przyjął kary za dodatkowe silniki, a potem i tak z końca stawki dojechał na trzecie (safety car był pomocny).
We Włoszech Hamilton zawalił start z PP, nawet jeśli skończył ostatecznie na P2.
W Singapurze Hamilton startował dopiero z P3 i to miejsce ostatecznie uratował.
W Malezji... ach, te emocje. Hamilton prowadził, kiedy zapalił mu się silnik... Rosberg potrącony w pierwszym zakręcie, odrabiał straty aż po P3. 
W Japonii Hamilton z drugiego miejsca na starcie po pierwszym zakręcie spadł na ósme i uratował tylko trzecią lokatę.
W USA Rosberg przegrał start z P2, ale VSC spowodowany przez Verstappena pozwolił na przeskoczenie Ricciardo i powrót na swoją pozycję.
W Meksyku rozmaite zamieszania nijak nie przeszkodziły status quo (nawet jeśli ścięcie pierwszego zakrętu przez Hamiltona wciąż budzi kontrowersje).
W brazylijskim deszczu Rosberg utrzymał P2 po części dzięki nieudanym manewrom strategicznym Red Bulla...

Podkreślmy bardzo mocno jedną rzecz: w zasadzie w żadnym wyścigu bolidy Mercedesa nie miały sobie równych, więc obaj raczej mieli coś do przegrania niż do wygrania. Obaj miewali momenty pechowe (Hamilton chyba więcej), obaj miewali nieudane starty, obaj zyskiwali na błędach i problemach innych zespołów. Problemy techniczne to rzecz losowa, dwa lata temu Hamiltonowi pomógł kuriozalny problem zabrudzenia przewodów w Singapurze... Może się okazać, że o tytule zdecyduje betonowa bariera na wyjściu z wolnego zakrętu przy starówce w Baku.

Kto będzie miał w niedzielę wieczorem więcej punktów, w pełni zasłuży na mistrzostwo. Żadne wrażenia estetyczne nie mają tu znaczenia. Być może Lewis jest "szybszym kierowcą", ale nie to decyduje; poza tym, jak głosi Kohelet, "to nie chyżym bieg się udaje, i nie waleczni w walce zwyciężają (i dzięki temu można się zakładać", dodaje Murphy). Czy Hunt zasłużył na swój słynny tytuł, skoro Lauda wypadł na dwa wyścigi?

Tagi: statystyki
19:10, bartoszcze , F1
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14