Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS

Z podróży

wtorek, 09 maja 2017

...z piernika paź, królewna z marcepana, tak to jakoś szło w starej kołysance (raczej jej słuchałem niż ją śpiewałem). Zastanawialiście się kiedyś czy ktoś naprawdę by zrobił takie słodkie postacie? No ja się, przyznam, nie zastanawiałem, choć słyszałem o głowach cukru (czyli na kształtną bryłę się nada) i widywałem piernikowe figurki (choć raczej w formie płaskiej). Co się zaś tyczy marcepana to każdy pewnie jakieś marcepanowe drobiazgi...

Właśnie: drobiazgi. Coś małego sobie wyobrazić nietrudno, a coś dużego? Więc przyznam, że tego co niedawno zobaczyłem, zupełnie się nie spodziewałem, może dlatego że (patrz wyżej) nigdy się nad tym nie zastanawiałem (i nie chodzi o coś do księgi rekordów Guinnessa).

michael jackson marcepan szentendre muzeum węgry hungary

Wiem: to król raczej niż królewna, jednak cały z marcepanu (za szybą, żeby nie lizać); z boku na szybie tabliczka informująca ile kilogramów masy marcepanowej zużyto do produkcji i ile to godzin trwało. Postaci kobiece też były (naturalnej wielkości), ale ten w centralnym miejscu był postawiony.

dino dinozaur marcepan szentendre muzeum węgry hungary

Ten dinozaur miał raczej metr niż trzy, nic większego niż postać ludzka nie pamiętam, niemniej i duże, i małe, budziły zachwyt.

kaktus cactus marcepan szentendre muzeum węgry hungary

Przy dinozaurze widać było i motywy roślinne, tutaj w całej okazałości. Najtrudniej było fotografować, bo przez szybę, odbić co niemiara (zresztą dostrzegalnych tu i tam).

101 dalmatyńczyków dalmatians marcepan szentendre muzeum węgry

A wszystko to w niewielkim (góra godzinka), acz przeuroczym Muzeum Marcepanu w niewielkim (i też niczego sobie) miasteczku Szentendre, jakieś 30 km na północ od Budapesztu, nad brzegiem Dunaju.

Tagi: fotka Węgry
18:57, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 lutego 2017

Podróżowałem dziś do stolicy województwa ościennego. Ponieważ legendarna "siódemka" (do powieści Szczerka odsyłam) okazała się być mocno w przebudowie, bardzo niechętnie podchodziłem do myśli o wracaniu nią (choć na odcinku już ukończonym uchodzi za ekspresówkę), pogrzebałem w nawigacji i postanowiłem znów pozwiedzać boczne drogi.

Ruszyłem na zachód. Droga wiodła między pagórkami, doprowadziła mnie do Wiernej Rzeki (zarejestrowałem miejscowość i stację kolejową, na strugę nie zwróciłem uwagi). Potem przyszła pora przebijać się na południe, a że nawigacja postanowiła wybrać wariant krótszy, lecz bardziej hardkorowy,* to droga poniosła mnie prosto w pagóry. Jechałem to wyżej, to niżej, spoglądałem na ośnieżone pasma wokół... Jedna rzecz jednak nie pozwalała cieszyć się tym krajobrazem - dominantą nie były lasy ni szczyty, ale wszechobecne linie przesyłowe, słupy i druty. No i taka mi się nieco złośliwa nazwa ułożyła (formalnie to chyba Pasmo Przedborsko-Małogoskie, ale głowy nie dam).

Co nawigacja wzięła, to nawigacja oddała.. Zaproponowała mi tak ni stąd, żebym odbił z drogi krajowej na południe. I kiedy tak ruszyłem z Pradły w kierunku Wolbromia, uradowała się dusza widokiem drogi wcinającej się w ośnieżone zbocza, i grzbietów pełnych lśniących od szadzi drzew, do tego zupełnie zaskakujący kościół w Dzwono-Sierbowicach. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze będę jechał drogą Pradła-Pilica-Złożeniec-Klucze, ale dziś było warto (może lepiej nie psuć wspomnienia).

Tylko zdjęć nie było jak robić.

*Mieronice-Żarczyce-Węgleszyn-Oksa

piątek, 09 grudnia 2016

Grudzień. Człowiek wstaje rano, a tu ciemno, jeszcze dobrze nie zdąży pracować, a tu znów ciemno, i nie jest to jeszcze noc polarna. Czasem się z tego powodu zastanawiam czy lepszy jest na taką porę roku czas letni, czy czas zimowy (póki co wygląda mi na to, że jednak zimowy, bo ważniejsze jest się dobrze obudzić, wieczorem łatwiej sobie poradzić z zaśnięciem), więc jeśli mamy zmieniać to w tę stronę.

Znalazłem jednak dobrą stronę. Człowiek wstaje rano, jeszcze ciemno, i chwilę potem widzi jak się świat rozjaśnia, jak ma okna dobrze ustawione to i na wschód słońca się załapie ("pierwszy raz w życiu jutrzenkę obaczył...") Pod koniec pracy zaś można zoczyć zachód słońca nie czekając Ra wie ilu godzin. A zachody słońca w grudniu też potrafią być niezmiernie efektowne, zwłaszcza kiedy zachodzące słońce z chmurami się bawi.

Wczoraj tak miałem, że w porze zachodu słońca wychodziłem. Niezmiernie to urokliwie wszystko wyglądało, te chmury słońcem pokolorowane. Tylko potem nagle musiałem mocno zahamować, bo jeden pan w czapce zapraszał mnie do zjazdu na pobocze gestem nieznoszącym sprzeciwu, kosztował mnie ten zachód słońca 50 zł i dwa punkty (bo ograniczenie przegapiłem).

Tagi: bzdury zima
17:10, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (3) »
wtorek, 08 listopada 2016

Ach, te dawne miasteczka i klimat XIX wieku (wczesnego dwudziestego też)... Bywało więc sobie miasteczko, a nieopodal biegła linia kolejowa, nie za blisko, bo kto by tam tory do miasta wpychał. Kto był chętny na pociąg, jechał sobie na stacyjkę bryczką... jak nie miał bryczki albo jeśli po niego nikt na stację nie wyjechał, to zostawało mu z buta odległość do miasteczka pokonać.

Mierzę się z koniecznością wyjazdu służbowego na Szkieletczyznę, dwie godziny podróży z hakiem (wielkość haka zależy od przyjętego środka transportu). Kręcąc nosem poszukuję alternatywy dla jazdy samochodem (ani droga interesująca, ani pora dnia, ani roku, a poza tym lubię odpoczywać w drodze raczej niż się męczyć). Bezpośrednie połączenie kolejowe wprawdzie jest, ale oznacza bardzo wczesne wyjście, i dużo czasu na miejscu... Przelatuje przez głowę myśl: hmm, a może się da zrobić przesiadkę przez słynną Stację Włoszczowa Północ? Zaczynam grzebać w wyszukiwarce połączeń, trochę oczom nie dowierzam, sięgam po Google Maps...

Stacja Włoszczowa Północ jest - powiedzmy - o jakieś półtora kilometra na zachód od włoszczowskiego rynku (który oficjalnie nie nazywa się rynkiem, ale patrząc na mapę, taką powinien mieć genezę), przy Centralnej Magistrali Kolejowej biegnącej z południa na północ. W sumie nie wydaje się bardzo daleko, powiedzmy że w granicach spaceru. Nie przyszło mi jednak do głowy, że "właściwa" stacja Włoszczowa znajduje się od tegoż rynku o jakieś cztery kilometry w przeciwną stronę, na południowo-wschodnich obrzeżach miasta (przy linii kolejowej z zachodu na wschód)... Połączenie kolejowe między jedną a drugą Włoszczową odbywa się poprzez stacyjkę we wsi położonej  o 10 km na południowy zachód.

Wygląda na to, że nie będę się przesiadał we Włoszczowej, bo nikt po mnie bryczką nie wyjedzie.

Tagi: bzdury
21:15, bartoszcze , Z podróży
Link Komentarze (12) »
niedziela, 30 października 2016

Kiedy wcześniej wygłosiłem podobną myśl na fejsie, spotkałem się z kontrą: a nie szary? Fakt, szary też się mocno z jesienią kojarzy. Bo to ciężkie szare  chmury. I szary deszcz zachlapujący świat. I szare błoto pod nogami. I szare drzewa pozbawione już liści. I zieleń poszarzała. I nawet mgła jesienią szaro wygląda. Fakt, składa się to na szarobury obraz (czy koty są jesienne?), nawet przecież jest takie słowo jak szaruga (jesienna).

Ale to jednak w listopadzie. W październiku (nie mówiąc o wrześniu) jednak mamy inną kolorystykę (zwłaszcza jeśli słoneczko świeci, jak jeszcze pół godziny temu). W tym roku długo (mimo że podobno wszystko jest wcześniej...) utrzymywały się barwy letnie (nawet jeśli słońca mniej), zwłaszcza kolega Stradovius w swoich licznych podróżach dziwował się, gdzie ta jesień. Ja też się dziwiłem, że zupełnie nie-jesiennie świat wygląda, bo nawet jeśli gdzieniegdzie drzewa zaczynały czerwienieć lub brązowieć, to niknęło to w głębokiej zieleni. Aż wreszcie...

jesień Katowice Kostuchna Murcki

Przyszedł dzień, kiedy coś się zmieniło w wyglądzie świata. Liście na drzewach zaczęły żółknąć. Im więcej drzew wyglądało żółto, żółtobrązowo, pomarańczowo i złociście (proszę mi się tu nie czepiać że się nie znam na nazwach kolorów), tym bardziej chciało się powiedzieć: jesieni, przyszłaś! Nawet jeśli nie trwało to bardzo długo, bo przymrozki i wiatry zrzuciły większość tej żółtości na ziemię.

jesień liście

 

wtorek, 25 października 2016

Zima. Człowiek wychodzi przed dom z zamiarem wsiadania do samochodu i z niechęcią spogląda na to co się nagromadziło na powierzchniach płaskich. Potem wyciąga miotełkę i pracowicie odgarnia śnieg z szyb, maski i dachu - pomny, że to czego nie odgarnie, będzie zwiewane pędem powietrza. Owszem, jest wielu takich, którzy ograniczają się do uruchomienia wycieraczek "bo widać do przodu" i jeżdżą z pokrywą tu i ówdzie (oraz charakterystycznym wzorem na przedniej szybie), częstując innych wokoło śnieżnym podmuchem w najmniej spodziewanym momencie.

Być może się zastanawiacie, skąd mi się takie zimowe klimaty wzięły, albo w jaką śnieżną okolicę mnie wywiało (za oknem wszak złoty polski wtorek). No... śniegu faktycznie od dawna nie widziałem (październikowa chwila chłodów aż tak daleko nie sięgnęła), dziś jedynie uparta mgła mi w jeździe przeszkadzała osiadając na szybach. Zobaczyłem jednak coś, co mną wstrząsnęło. Na poboczu stał zaparkowany samochód, który miał na przedniej szybie charakterystyczny wzór powstający wskutek odgarniania jedynie wycieraczkami. Cały był obsypany liśćmi, i nie, nie stał pod drzewem...

Co sobie o kierowcy pomyślałem, to sobie pomyślałem. Sam natomiast dwie godziny później, po trzech kwadransach parkowania pod drzewem, wyciągnąłem miotełkę i...

jesień liście

..jak w zimie.

piątek, 14 października 2016

Jesień zaczyna gryźć coraz bardziej, dni coraz krótsze, wieczory coraz chłodniejsze... Tęsknota za ciepłymi dniami i krajami coraz silniejsza, zwłaszcza jak Italia by Natalia podrzuca co rano na fejsie irytująco urocze obrazki z Włoch. W takich chwilach otwiera się albumy i foldery ze zdjęciami...

Kiedy byłem w Ventimiglii, notowałem na bieżąco drobne uwagi, dzięki czemu miałem potem praktycznie gotową notkę. Co innego jednak drobne zapiski, a co innego przegląd dziesiątek zdjęć z każdego miejsca i mozolne wybieranie między nimi - dlatego wtedy obrazki lądowały w osobnych, często odległych notkach. Tu - jak widać - przerwa była szczególnie długa, ale za to mamy trochę ciepłych obrazków w czas chłodny (może nie będzie takich protestów jak wtedy, bo jednak jeszcze nie zima).

Więc, jak już było wspominane, Ventimiglia "leży na riwierzy", czyli między górami...
Ventimiglia Vintimille Włochy Italia rzeka fiume Roia
...a morzem.
Ventimiglia Vintimille Włochy Italia morze mare

Góry z morzem łączy rzeka, która zarazem dzieli miejscowość na część starą i nową. Wspominałem już, że nowa taka bardzo zwyczajna, a stara pełna średniowiecznego uroku, składająca się głównie z uliczek i zaułków.

Ventimiglia Vintimille Włochy Italia starówka zaułek

Ventimiglia Vintimille Włochy Italia starówka zaułek

Nad starymi domami dumnie góruje wieża...
Ventimiglia Vintimille Włochy Italia wieża kościelna chiesa 

A kotu to i tak wszystko jedno.

Ventimiglia Vintimille Włochy Italia kot

Lata, lata, lata dajcie...

czwartek, 25 sierpnia 2016

Kiedy przyszła wiadomość o trzęsieniu ziemi we Włoszech, w pierwszej chwili pomyślałem o mieszkającej w tej części Italii znajomej (na jej szczęście chwilowo w Polsce, na co dzień jednak w bezpiecznej odległości od epicentrum). Potem - rejestrując informacje o ofiarach i zniszczeniach - odnotowałem, że w relatywnie niedużej odległości widnieje nazwa masywu górskiego i parku narodowego Gran Sasso. Później przyjrzałem się dokładniej...

Sporo lat temu spędzałem urlop we Włoszech, w mniej sztandarowych okolicach (tak wyszło raczej niż taki był nonkonformistyczny plan). Jednego dnia zrobiliśmy długą wycieczkę objazdową, której kulminacją była wizyta nad jeziorem Campotosto (sztucznym, jak Żywieckie, tylko znacznie wyżej), skąd kontemplowaliśmy widok na majestatyczny masyw Gran Sasso (miłośnicy historii II wojny światowej tu podnoszą paluszki, by wspomnieć o słynnej akcji Skorzeny'ego). Kontemplowaliśmy, robiliśmy zdjęcia (na przemian z aparatu tradycyjnego i pierwszej, posiadanej od paru miesięcy cyfrówki...)

Lago Campotosto Abruzzo Italia Włochy

Jezioro Campotosto - siedzieliśmy po jego zachodniej stronie - znajduje się w odległości góra dwudziestu kilometrów od zrujnowanego trzęsieniem Amatrice. Z pewnej mapy wnioskuję, że siła żywiołu szybko malała, być może nad jeziorem domami tylko zatrzęsło, nie powodując zniszczeń, w żadnych raportach lokalna wioska się nie pojawia. Górom nie zaszkodziło na pewno...

Gran Sasso Abruzzo Italia Włochy

niedziela, 08 maja 2016

Niektórzy, zwłaszcza starsi nieco, na pewno mają skojarzenie z panem, który wskakiwał na stacji i z dużą torbą przemierzał wagony recytując mantrę "piwo jasne, piwo jasne" (zwykle na większych stacjach, gdzie zdążył mimo wszystko wysiąść, albo na takich, gdzie następna była blisko). Dziś jednak nie o tym zupełnie. 

restauracja restaurace Vytopna Praha Praga Czechy

Jest sobie taka knajpa (restauracja oficjalnie), która pokryta jest siecią torów kolejki. Tory biegną koło każdego stołu (bo to adekwatniejsza nazwa niż stolik) i przy każdym stole jadące po torach pociągi mogą się zatrzymać, jeśli zajdzie taka potrzeba. Czyli - jeśli przy danym stole ktoś zamówił coś do picia. 

restauracja restaurace Vytopna Praha Praga Czechy

Pomysł został już zdaje się powielony w różnych miejscach (a może i tu był powieleniem, jakież to ma znaczenie), ale widoku na Vaclavske namesti powielić się nie da.

restauracja restaurace Vytopna Praha Praga Czechy

Jedzenie zaś przynoszą kelnerzy. Na talerze potrzebne byłyby zupełnie inne tory...

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

To było jakoś tak w zeszłym miesiącu. Jechałem sobie o poranku (tak w okolicach porannego szczytu, powiedzmy), i w pewnym miejscu zauważyłem stojącą koło drogi blondynkę. Nic z tego co mogliście sobie pomyśleć (jeśli pomyśleliście to co myślę, że mógłbym pomyśleć na Waszym miejscu, świnki jedne), ewidentnie wyglądała jakby się wybrała na poranne bieganie, w dresie i sportowych butach, nie pamiętam czy z jakąś opaską na czole. Stała koło przejścia i czekała, aż wreszcie skończy się ten sznur samochodów.

Tu nadeszła pora na poszerzenie didaskaliów. Było to w dość specyficznym miejscu - w środku lasu, za ślepym zakrętem. Fakt, przed tym zakrętem jest ograniczenie prędkości do 40 (na wjeździe w las jest dozwolone co najmniej 70), znak ostrzegający o ostrym zakręcie, a nawet delikatne prożki na asfalcie, sam zakręt niejednego kierowcę już wyrzucił w drzewa lub do rowu. Nie zmienia to jednak faktu, że wszyscy jeżdżą tam... jak przez las, "bo przecież nic tam nie wyskoczy" (choć słyszałem od znajomego, że w tym lesie od dzików się roi). Właściwie - po namyśle - to nawet nie jest to stricte przejście, tylko przejazd dla rowerów w ciągu leśnej ścieżki rowerowej (co tłumaczy, dlaczego ktoś tam jednak poszedł biegać o poranku, a potem nie mając roweru czekał). 

Pisałem nie tak dawno, że zrobiłem się uwrażliwiony na sytuację na światłach (przynajmniej niektórych), choćbym miał zielone, czujniej też obserwuję co się dzieje przy każdych pasach. Ta czekająca przy leśnym przejściu blondynka też będzie przyczyną większego odpuszczania przed tym zakrętem, bo a nuż... W końcu jakiś czas później w tymże miejscu (choć popołudniową porą i jadąc od przeciwnej strony) trafiłem na sznureczek samochodów wyhamowujących do zera, bo akurat przez przejazd jechali rowerzyści. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16