Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS

Eko

piątek, 16 czerwca 2017

Wspominałem kiedyś, że w moim sklepie opodal przybywa różnych oryginalnych gatunków piwa. Zadeklarowałem również, że z uwagi na uwarunkowania polityczne rosyjskiego piwa póki co kupować nie będę, ale ukraińskie - czemu nie. Pozostawała kwestia możliwości...

No i w tym tygodniu jakoś stanąłem znów przed ladą chłodniczą, i patrzę: znów nowości jakieś. Wśród nich lager "Stare Misto" z browaru w Odwiecznie Polskim, Lecz Jednak Ukraińskim Lwowie (bez rewelacji, ujdzie). Ten sam browar wyprodukował również półciemne piwo według autorskiej reguły jakiegoś Andrzeja (lub Andrija raczej, po podpisie sądząc), znacznie bardziej zacne. Nazwa "Awtorskie" nawet trafiona.

Tylko czemu szef sklepu, baranek jeden, kazał to Awtorskie jako rosyjskie opisać? 

Tagi: bzdury sklep
23:13, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 maja 2017

Lubię karmić swojego żółwia. Lubię patrzeć jak je. Lubię widzieć, że je. Kiedyś wystarczyło mu żarcie wrzucać w określonych porach, później stało się to bardziej skomplikowane. Przestał akceptować to czy tamto, potem ograniczył się do jedzenia tylko tego co świeżo wrzucone, jak nasiąknie wodą, to już właściwie niejadalne. (Nie pomógł też fakt, że wyrósł na tyle, że przestał się bezpiecznie mieścić w starym akwarium, do którego był wkładany na czas karmienia, i zaczął jadać w swoim dużym akwarium, gdzie lepiej, żeby resztki nie zostawały). Zaczął okresowo lubić to bardziej, a to wcale, potem na odwrót...

Z czasem postarzał się (według niepewnej rachuby, jaką prowadzimy, jest już pełnoletni). Owszem, kiedy ma wrażenie, że kawałek ryby zaraz mu z nieba spadnie, to wyciąga się jak młodziak z otwartą szeroko paszczą i chciałby tę rybę złapać w powietrzu, a najlepiej od razu w ręce. Wykonuje ku tej rybie skoki niczym Dennis Rodman za piłką... i właśnie. Czasem by może i trafił, ale często wykonuje wspaniały ruch przez powietrze, by złapać tylko powietrze. Zwaliłbym to na problemy z percepcją w ośrodku innym niż wodny czy wręcz z refrakcją na granicy wody i powietrza, ale obserwacja pozwala dostrzec podobne sytuacje także w samej wodzie - raczej to ruch "na wyczucie", powodowany niecierpliwością (i, podejrzewam, słabnącym nieco widzeniem czołowym). A ileż razy ta ryba spadnie mu koło pyska na dno i tam leży i czeka, stwarzając wyzwanie dla karmiącego "jak temu zwierzęciu podpowiedzieć, że wystarczy w dół popatrzeć"). Całkiem ślepy nie jest, kiedy w końcu dostrzeże, rzuca się całkiem efektownie (stanowczo zapomnijcie opowieści o powolnych żółwiach, one się po prostu nie spieszą bez potrzeby). Karmienie z ręki nie jest atrakcyjne, bo uścisk żółwiej paszczy - nawet bezzębnej - jest do nie do zapomnienia i stanowczo zniechęca do powtórek, a szybkość tej paszczy czyniłaby niemal gwarantowanym co najmniej jedno chapsnięcie w tygodniu. Zdarzało mi się już używać patyczka do szaszłyka, żeby zwierzęciu bezpiecznie pod sam nos podtykać...

Marudzę? Może, ale z sympatii. W każdym razie, z okazji Międzynarodowego Dnia Żółwia idę coś temu wybrednemu niczym francuski piesek stworzeniu podrzucić...

00:07, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (7) »
piątek, 19 maja 2017

Krzywa Laffera to taki konstrukt z okolic ekonomii, wyrażający z grubsza pogląd, że przy pewnej wysokości stóp podatkowych ich dalsze podnoszenie przestaje się suwerenowi opłacać, bo wpływy z podatków zaczną maleć. Nikt - także ekonomiści - nie wie do końca, kiedy ten moment następuje, ale w mentalności współczesnych liberałów ekonomicznych zakodowało się to jako hasło "obniżanie podatków jest dobre, także dla budżetu, bo tak stanowi święta Krzywa Laffera" (nawet jeśli jest niemal pewne że jesteśmy po tej stronie krzywej, gdzie wzrost stawek podatkowych powoduje wzrost dochodów budżetowych).

Wpadł mi ostatnio w oczy tekścik na portaliku (nazwę wspominać hadko), z tezą taką, że jest sobie w Polsce gmina, która ma arcyniskie podatki, a rekordowe dochody podatkowe (czytaj: św. Krzywa działa!) Generalnie każdy zorientowany w finansach komunalnych na taki widok śmiechnie sobie, gdyż ma świadomość, że gmina w umiarkowany sposób kształtuje swoje stawki podatkowe, a dochody podatkowe ma zasadniczo z innych tytułów, ale nikt nie powiedział, że teksty o realiach podatkowych piszą osoby zorientowane... Tekst dotyczył sympatycznej (oczywiście) gminy Radomyśl Wielki (województwo podkarpackie przy granicy z małopolskim, w sąsiedztwie Mielca i w bliskości Tarnowa, Dębicy oraz autostrady A4). Podobnoż ma w skali kraju jedne z niższych (wg jakichś rankingów) podatków lokalnych, nie sprawdzałem. Jeśli zaś chodzi o dochody podatkowe...

Fakt: są rekordowe. To znaczy zaplanowano je w tym roku na rekordową kwotę 10,38 mln złotych, wobec 9,83 mln zł w roku poprzednim. Oznacza to wzrost o 5,6% lub o 550 tysięcy złotych. Od razu wyjaśnijmy też, że gminie tak dobrze się powodzi, że planuje 3 mln złotych deficytu (w zeszłym roku niecałe 2,5 mln), a gros budżetu to dotacje na oświatę i 500+. Jeżeli zaś chodzi o same sukcesy podatkowe, to ponad połowa wzrostu przypada na podatek dochodowy od osób fizycznych - przypadającą gminie część podatku pobieranego od dochodów mieszkańców gminy; dla porządku wypada w tym miejscu przypomnieć, że od 1 stycznia z przyczyn od gminy niezależnych znacząco wzrosła pensja minimalna... Oprócz tego wzrastają planowane dochody z podatku od środków transportowych (głównie samochody ciężarowe) oraz od nieruchomości - gruntów, budynków i budowli. Zwiększenie się floty transportowej może być oczywiście wynikiem polityki gminy, gruntów raczej zbytnio z roku na rok nie przybyło (choć można było coś odrolnić i odlesić), jakieś budynki mogły zostać wybudowane czy rozbudowane, mogła wzrosnąć wartość budowli (stawka procentowa)...

Zajrzyjmy więc do uchwał określających wysokość stawek podatkowych. Kto jest zdziwiony, że stawki dla samochodów poniżej 12 ton, gruntów i budynków (w tym wykorzystywanych na działalność gospodarczą) - WZROSŁY względem 2016? Święta Krzywa Laffera płacze w kąciku.

00:13, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (5) »
wtorek, 14 marca 2017

To jest zawsze ten moment, kiedy słyszysz jak telefon dzwoni, spoglądasz na wyświetlacz i widzisz nieznany numer (ach, gdzie te czasy, kiedy słyszało się tylko dzwonek, i nie było jak się przekonać kto dzwoni). Zazwyczaj się wtedy odbiera, bo nie wiadomo, czy któryś ze znajomych zmienił numer, czy też dzwoni ktoś w sprawie jakkolwiek dla nas istotnej, aczkolwiek często patrząc na numer ma się to przekonanie, że dzwoni tylko ktoś, kto koniecznie chce nam coś zaproponować, sprzedać, wcisnąć. Ludzie dzielą się wzajemnie sprawdzonymi sposobami, co można mniej lub bardziej grzecznie/asertywnie powiedzieć dzwoniącemu, noszącemu dumną nazwę telemarketera - na razie sobie w miarę radzę, pod tagiem marketing można parę historyjek o tym znaleźć.

Odebrałem w tym tygodniu dwa takie telefony, które w pewien sposób zasługiwały na uwagę. Wczoraj zadzwoniła pani, która dość niepewnym głosem miała za zadanie przekonać mnie do skorzystania z większej ilości usług telewizji cyfrowej oraz usług z tą telewizją powiązanych. Dała się przyjemnie zapamiętać, ponieważ po wstępnych frazach ze szkolenia, kulturalnie zaproponowała mi, żebym w sprawie szczegółów udał się do salonu sprzedaży i tam na pewno mi coś atrakcyjnego wybiorą (jaka miła odmiana po pewnym siebie panu z telefonii komórkowej, który buńczucznie przekonywał mnie, że na pewno da mi korzystniejszą ofertę - jeżeli mu tylko powiem, czego bym chciał). Grzecznie podziękowałem, pozostawiając panią w złudnym przekonaniu, że może się faktycznie do tego salonu wybiorę (kontroler powinien być zadowolony).

Dziś natomiast dzwoniła inna pani z tendencją do zawieszania głosu (oczekując na aktywność rozmówcy), która oferowała bardzo atrakcyjną ofertę jakichś wielkich zniżek w znanych restauracjach (ja odnotowałem, że tych knajp jest tuzin, pani po wymienieniu trzech przeszła do frazy "i wiele innych", zastanawiałem się czy innych już nie zna, nie podali jej czy nie umiała przeczytać). Kiedy już skończyła mnie przekonywać, ile to zyskam na wspólnym wypadzie z rodziną do restauracji, i przeszła do sakramentalnego pytania, co sądzę o tak znakomitej ofercie, odrzekłem łamiącym się głosem, że nie mam rodziny i jestem na ścisłej diecie. Cóż, ci sprzedawcy którzy źle rozpoznają w słuchawce i mówią do mnie per "pani", narażają się na wyrafinowane złośliwości, ta pani mogła się poczuć źle po naszej rozmowie, w sumie rozważałem, czy mam powiedzieć, że mam raka żołądka (ale jeszcze zapeszę albo co).

Ach, gdzież ten pan, któremu było wszystko jedno czy mi coś sprzeda, co chciał tylko móc przekazać mi ofertę, żeby mu w wynikach dnia dobrze wyglądało, i gadał sobie do głośnika...

Tagi: marketing
19:26, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 stycznia 2017

Krąży po Polsce widmo, widmo w kretyńskiego mema ubrane...

Mema zasadniczo należałoby wkleić, ale że jest głupi to mi się nie chce, a że w zasadzie należałoby go przyedytować, to nie chce mi się tym bardziej - dlatego zrobimy to metodą XX-wieczną i przepiszemy, zwłaszcza że ten mem składa się głównie z tekstu. Tekst dotyczy straszliwych obciążeń fiskalnych związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej i brzmi tak:

Zarobiłem 2000 PLN 
Oddaję Państwu:
- 1121 PLN na ZUS
- 360 PLN na US (18%) 
Zostaje 519 PLN z czego 23% oddam w zakupach.
Na czysto mam 400 PLN.

Kiedy już kończymy płakać ze śmiechu, przeprowadzimy analizę krytyczną
1/ "zarobiłem 2000 PLN" - z kontekstu wynika, że chodzi o dochód; nie jest jedynie jasne, czy uciśniony byznesmen-bohater zarobił wszystkiego 2000 PLN przychodu i nie miał żadnych kosztów, czy też po odliczeniu kosztów zostało mu 2000 PLN; pierwszy wariant sugeruje de facto samozatrudnionego, najpewniej z jednym zleceniodawcą, czyli żadnego przedsiębiorcę, zapewne niepłacącego VAT; wariant drugi... zapewne też występuje w obrocie, na tym etapie to mało istotne
2/ "oddaję 1121 PLN na ZUS" - czyli dane za rok 2016 (dokładniej: 1121,52 zł); dla porządku wyjaśnijmy, że każdy przedsiębiorca wie, że kwotę tę należy rozbić co najmniej na NFZ (ubezpieczenie zdrowotne) w kwocie 288,95 zł i resztę, czyli ubezpieczenia społeczne (772,96 zł) i Fundusz Pracy (59,61 zł); wynika z tej informacji także, że nasz bohater prowadzi działalność od ponad 2 lat, bo nie korzysta z obniżonych składek dla początkujących
3/ "oddaję 360 PLN na US" - czyli podatku dochodowego; wynika z tego, że nasz przedsiębiorca nie korzysta ze stawki liniowej, ponieważ ta wynosi 19%, tylko ze stawki powszechnej 18% w pierwszym progu (co przy jego dochodach wcale nie jest głupie).

I teraz przerwiemy na chwilę interpretowanie, a pokażemy totalną głupotę autora mema. Otóż jeżeli nasz byznesmen ma dochód 2000 PLN, to jeżeli tylko kiedykolwiek widział na oczy dokument PIT (wcale się nie zdziwimy, jeśli nie), to zauważył tam pozycję "składki na ubezpieczenie społeczne do odliczenia" (te na FP też). Zatem podatek dochodowy płaci od kwoty 2000-(772,96+59,61)=2000-832,57=1167,43 zł. Przy wyliczaniu samego podatku powinien uwzględnić kwotę wolną od podatku, wynoszącą 3091 zł rocznie - co w praktyce oznacza zwolnienie z PIT w pierwszych miesiącach roku, ale policzmy to dla uproszczenia jako 257,58 zł miesięcznie (jako 1/12 kwoty rocznej). Mamy więc podatek miesięczny w wysokości 0,18 x (1167,43-257,58) = 0,18 x 909,85 zł = 163,77 zł (drobna różnica względem 360, nieprawdaż). Ale tutaj pojawia się jeszcze jeden drobiazg - a mianowicie brakująca część "ZUS", czyli składka zdrowotna, którą odlicza się od podatku. Fakt: nie całą (najtrudniejsze jest zawsze pamiętanie ile się dokładnie odlicza), ale w roku 2016 z płaconych "na NFZ" 288,95 zł odliczało się od podatku 248,82 zł (reszta to taki dodatkowy podatek...). Zatem mamy 163,77-248,82 zł=-85,05 zł, czyli tyleż do zwrotu na koniec roku (w sumie tysiączek z małym haczykiem). Jak zatem widać, nasz biedaczyna ma na życie efektywnie o 360 zł więcej w każdym miesiącu...

Powróćmy do naszych baranów:
4/ "519 zł z czego 23% oddam w zakupach" - nasz byznesmen musi mieć ciekawe nawyki żywieniowe, gdyż je wyłącznie żywność przetworzoną w taki sposób, że jest ona opodatkowana 23% stawką VAT, co wyklucza pieczywo, nabiał, warzywa (specjalnie zerknąłem właśnie na swój rachunek z marketu).. 
5/ "na czysto mam 400 PLN" - to doprawdy Schroedingerowskie pojmowanie "mam", skoro te 400 zł które "ma", musiał wydać w sklepie, żeby móc oddać państwu ten VAT... 

Podsumowując: mem został popełniony przez kretyna, który w życiu nie stał obok prowadzenia działalności (każdy obdarzony minimum mózgu stara się zapłacić podatków najwyżej tyle ile trzeba). Ponadto należy stwierdzić brutalnie, że ktoś, kto osiąga z działalności dwa tysiące dochodu (nie mówiąc o wariancie osiągania dwóch tysięcy przychodu przy zerowych kosztach), nie jest przedsiębiorcą, tylko wyrobnikiem i bankrutem, i powinien zdecydowanie przemyśleć wybór drogi życiowej.

Bierzcie i pamiętajcie, jak ponownie zobaczycie.

sobota, 07 stycznia 2017

Nie, nie będzie nic związanego z Owsiakiem. Będzie o czymś dziwnym o czym przeczytałem na fejsie gdzieś w grudniu. Nawet nie pamiętam dokładnie u kogo, bo - jak to na fejsie - ktoś znajomy skomentował u kogoś innego i algorytmy fejsowe postanowiły akurat to mi pokazać (nawet nie pamiętam, czy z uwagi na ustawienia prywatności byłem w stanie wziąć udział w dyskusji, czy po prostu się na to nie zdecydowałem). A ponieważ chodzi o fejsa, to nawet nie próbuję tego odszukiwać, więc cała notka bazuje na tym co pamiętam.

A pamiętam... że pewna pani napisała sobie mocno emocjonalną wypowiedź na temat komunikatu meteorologicznego (w medium którego nie zapamiętałem), który brzmiał z grubsza "nie ma dobrych wiadomości dla amatorów białego szaleństwa". Pani się na to strasznie ulało, że co to w ogóle za porządki, żeby mówić o jakimś białym szaleństwie, kiedy biedni ludzie na wsi marzną, że to skandal że ktoś się w zimie spodziewa śniegu i mrozu.

No. Właśnie. Więc tak sobie w zimowy weekend zacząłem składać pewne rzeczy do kupy. O białym szaleństwie mówi się zwykle w odniesieniu do narciarstwa rekreacyjnego w wydaniu alpejskim - czyli wymagającego sporej ilości śniegu (oraz, nie zapominajmy, stoku do zjeżdżania w dół). Śnieg zaś... to przede wszystkim woda, bez której na wsi zdecydowanie ciężko (Steinbeck opisał to wystarczająco dobrze), a spadająca na ziemię w formie śniegu zostaje na znacznie dłużej i znacznie lepiej wsiąka w glebę, niż w formie intensywnego deszczu; w warunkach grożącej nam suszy hydrologicznej o śnieg należy się modlić (do kogo, to już sprawa indywidualna). Śnieg to także ochronna pierzynka dla gleby i roślin (a i zwierzęca drobnica nie pogardzi) - znacznie lepiej przetrwają mrozy pod śniegiem, niż kiedy mróz skuwa ziemię bezpośrednio (a ostatnio łatwiej o to było, niż o zimy śnieżne). Śnieg też jest wbrew pozorom egalitarny - zabawy na śniegu są dla wszystkich, i tych z jedną deską, i tych z dwiema (i do poruszania się z góry na dół, i po płaskim),i tych z sankami, i tych co po prostu bałwany lepią i śnieżkami rzucają; gdyby śniegu nie było, nie wychodziliby z domów na deszcz, czy nawet na bezśnieżne plus trzy, bo i po co.

W białym szaleństwie niewątpliwie może pomagać mróz, a właściwie mrozik (bo przy takim minus naście jak dziś to i narciarzom mniej się chce). Wątpię jednak, by parę stopni różnicy między minus dwa a plus dwa robiło zasadniczą różnicę, jeśli chodzi o ogrzewanie domostw. Rozprzestrzenianie się zaś wirusów i innych chorobotwórczych paskudztw jest zaś znacznie łatwiejsze przy temperaturach dodatnich niż ujemnych (a na wsi dostęp do opieki zdrowotnej jest jednak trudniejszy). 

W pełni rozumiem niechęć do postrzegania rzeczywistości z punktu widzenia określonej klasy (zamożni narciarze uber alles), ale w tym przypadku jedynego czego można się czepiać, to prezenterskiej sztampy - bo zwyczajna zima nie jest żadnym złem klasowym (o niekorzystnych klasowo skutkach zmian klimatycznych wspomniano zresztą w tamtej dyskusji). A sam temat przypomniał mi się, kiedy pod wieczór wracałem do domu i miałem wyjechać na wiadukt na drodze ekspresowej. Na skarpie pod wiaduktem zauważyłem dzieci radośnie zjeżdżające na sankach (aż z odrobiną przestrachu zacząłem się zastanawiać, czy nie grozi im wyjechanie z tej skarpy na ulicę, ale odległość była spora). 

Tagi: Facebook zima
23:47, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (11) »
niedziela, 16 października 2016

Czternaście wilków. Czyli tyle, ilu było uczestników wyprawy Thorina pod Samotną Górę (choć więcej niż członków drużyny Pierścienia). Dużo? Nie wydaje się. A tyle właśnie wypuszczono tych sympatycznych zwierząt w Yellowstone, żeby żyły i rozmnażały się (o czynieniu sobie tej ziemi poddaną mowy nie było).

Wilki zaczęły polować na wszechobecne jelenie. Jelenie szybko nauczyły się, że park przestał być bezpieczną przystanią, i zaczęły się trzymać bezpiecznych miejsc, zamiast obżerać całą zieleń w dolinach rzek. Kiedy jelenie się wycofały, zieleń zaczęła odrastać, a wśród tej zieleni pojawiły się ptaki, bobry, wydry, ryby i liczna inna zwierzyna. Pojawiło się też więcej niedźwiedzi, skoro przybyło jagód.

Wilki przegoniły kojoty. Gdy kojotów było mniej, pojawiły się króliki i myszy, a w ślad za nimi przyszły ptaki drapieżne, łasice, lisy (jak w Puchatku...) czy borsuki.

A kiedy z dolin znikły trawożerne i na zboczach i brzegach wyrósł las, nawet rzeki się ustabilizowały. 

Czternaście wilków (dziś już o wiele więcej, oczywiście) spowodowało tę rewolucję w raptem 20 lat. A o tym wszystkim w tym krótkim filmie.

13:51, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (5) »
środa, 12 października 2016

Kiedy dziś rano wyjeżdżałem z podwórka, musiałem się zatrzymać. Drogę zagradzała mi cofająca wąską uliczką osiedlową ciężarówka z wielkim logo hipermarketu, nie było ani sensu, ani szans prześliznąć się obok niej - żeby wydostać się z osiedla, i tak musiałem wolno jechać za nią. Najwyraźniej przywiozła komuś zakupy (nie był to hipermarket meblowy, budowlany czy inny sprzętowy), jej obecność szczególnie mnie nie dziwiła, bo widywałem ją wcześniej, choć pierwszy raz tak się zgraliśmy w czasie.

Przyglądałem się jej kiedy defilowała mi przed maską. Na drzwiach wypatrzyłem napis "nie wozimy gotówki", ewidentna zniechęta dla potencjalnych bandytów, zapewne - nie korzystałem nigdy z opcji zakupów z dowozem do domu (choć kojarzę parę osób, które...) - płaci się z góry po złożeniu zamówienia. 

Zastanowił mnie jej rozmiar. Była podobnej wielkości co kiedyś ciężarówki Family Frost i niewiele mniejsza od tych ze sklepów meblowych. Zacząłem się zastanawiać, czy jest takim obwoźnym magazynem, który ma jakiś zapas towarów stale na pokładzie, czy też zabiera tylko to, co ostatnio zamówiono - a jeśli tak, to ile zamówień zbiera na raz, czy też jeździ z każdym osobno. Pomyślało mi się, że to straszne marnotrawstwo byłoby, gdyby taki duży samochód puszczać z każdą przysłowiową suszoną śliwką (wiem, to nie przysłowie, tylko skecz Tey'a) - czemu nie używać do tego osobówek, szrotwageników jak w pizzeriach? Więc może jednak zbiera większe zamówienia, a w budzie ma odpowiednie lodówki i inne profesjonalne urządzenia do utrzymania zamówienia w stanie bezpiecznym? 

Na szczęście wyjazd z osiedla nie trwał bardzo długo i mogłem skupić się na drodze.

Tagi: sklep
18:48, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (2) »
niedziela, 31 lipca 2016

Jechałem dziś samochodem. Wyjechałem na główną drogę, ruszyłem z kopyta (choć nieprzesadnie, bo upał panował sakramencki, a nie spieszyło mi się). W pewnej chwili zauważyłem, że tuż przed maską ląduje mi na asfalcie ptaszek (wróbelkopodobny jakiś), pomiędzy kołami, więc wiedziałem, że go nie potrącę tak ot, sekundę później zerknąłem w lusterko wsteczne i z ulgą zauważyłem, że odfruwa z asfaltu. 

I tak sobie za kierownicą popadłem w namysł. Ptak pozostał cały i zdrów, bo pod samochodem przejeżdżającym nad nim z prędkością 50 km/h wykazał się instynktem samozachowawczym i nie poderwał się do lotu. W przyrodzie nie występuje żadne naturalne zjawisko, które porusza się nad ziemią z taką prędkością, zostawiając raptem kilkanaście centymetrów przestrzeni. Czy to oznacza, że ptaki uczą się szybko, jak się dostosować do współczesnej rzeczywistości, czy po prostu ten jeden miał przebłysk? Patrząc na dziesiątki trucheł leżących na lub przy drogach - tych wszystkich jeży, kotów, zajęcy, jak i większych zwierząt - człowiek chciałby, żeby te zwierzęta nauczyły się oceny prędkości tych metalowych bestii kierowanych przez ludzi, i wiedziały, kiedy się wycofać i zaczekać z przedostaniem się przez drogę (w przypadku jeży trudno, wiem, w sumie jak się to zwinie w kulkę, a nie próbuje przedreptać, to łatwiej to chyba ominąć).

Ale chyba bardziej prawdopodobne, że to kwestia indywidualna, podobnie jak w tych przypadkach.

20:28, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (5) »
wtorek, 19 lipca 2016

W debacie "czy książki czytać w wersji papierowej, czy na czytniku" zasadniczo jestem po stronie wersji papierowej (i nie jest to notka o tym dlaczego, po prostu przyjmijmy że tak jest), ale uczciwie przyznaję, że są sytuacje, w których czytnik (dowolna wersja) sprawdza się znakomicie. Przede wszystkim oczywiście w podróży, kiedy waga i objętość tomów papierowych robi swoje, a zwłaszcza w tych coraz bardziej rozpowszechnionych podróżach, kiedy te parametry nabierają szczególnego znaczenia - podróżach lotniczych (te limity wagi zmuszające do precyzyjnego nią zarządzania, to układanie rzeczy w torbach tak aby torby z jednej strony dopięły się, a z drugiej zmieściły w limitach wymiarów).

Spojrzałem tyle co w świeże maile. W jednym z nich pewne wydawnictwo motoryzacyjne nakłaniało mnie do zaprenumerowania pisma (e-pisma nawet, mówiąc ściślej), kusząc korzystną ceną, interaktywnymi bajerami i dostępem do swoich archiwów. Koronnym argumentem było "nie musisz się przejmować limitem wagi i zabrać ze sobą 90 lat naszego pisma".

Tak, właśnie. Kto z Was wpadłby na pomysł, żeby jadąc na urlop zabrać ze sobą roczniki ulubionego tygodnika czy miesięcznika za 90 lat wstecz?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18