Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi
Kategorie: Wszystkie | Bez | Eko | F1 | Junior | Język | Kult-ura | Milionerzy | Prawo | Sport | Z podróży
RSS

Eko

sobota, 14 października 2017

Szósta piętnaście (w tygodniu). Spokojnie, bez zbędnego pośpiechu poruszam się po kuchni przygotowując śniadanie. Słyszę za oknem hurgot, sekunda namysłu i uświadamiam sobie, że to dzień wywozu śmieci, śmieciarze właśnie przyszli przyciągnąć pojemniki w to miejsce osiedlowej uliczki, w którym zatrzyma się śmieciarka. Uświadamiam sobie, ponieważ nie mogę tego zobaczyć, jeszcze noc, za oknem czarno, dopiero za jakieś 10-15 minut zacznie przechodzić w granat i coraz bardziej się rozjaśniać, wschód słońca o siódmej.

Przesuwanie się godziny wschodu i zachodu słońca nie dziwi, oczywiście, choć wszyscy znacznie lepiej widzą godzinę zachodu niż wschodu. Stąd się bierze popularność postulatu, żeby zaniechać zmiany czasu z letniego na zimowy i z powrotem - i pozostać na stałe w letnim (bo wtedy popołudnia jesienne i zimowe mniej posępne). Ma to jakiś sens, jesteśmy na wschodniej rubieży czasu środkowoeuropejskiego, stosowanego od Galicji Zachodniej (tej z Krakowem i Rzeszowem) po Galicję hiszpańską na zachodnim brzegu Półwyspu Iberyjskiego. Wzdychający do "wiecznego lata" najwyraźniej jednak albo nie wstają rano, albo nie są świadomi jak to będzie o poranku wyglądało.

Dziś wschód słońca o siódmej pięć (czasu letniego), za miesiąc będzie za cztery siódma (czasu zimowego). Gdyby utrzymać czas letni, to w połowie listopada dzieci będą wchodziły do szkoły z pierwszymi promieniami słońca (przyjmując ósmą rano jako symboliczną, tradycyjną godzinę rozpoczęcia lekcji), a w zimie słońce będzie wschodziło w trakcie pierwszej lekcji. Kiepską rekompensatą jest przesunięcie zachodu słońca z czwartej na piątą...

Oczywiście, każdy może mieć swoje preferencje, ale ja wolę jasność o poranku, niż wieczorem (zwłaszcza że i tak zimą z pracy wychodzę i wychodziłbym po ciemku). 

PS Zwrócono mi uwagę, że notka nie uwzględnia (to oczywiste uproszczenie) różnic czasu w obrębie kraju. Uzupełniam więc, że w czasie wiecznie letnim nad morzem słońce zimą może wstawać w trakcie drugiej lekcji...

Tagi: lato zima
11:00, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 02 października 2017

"Byłam dzisiaj w sklepie, jak wielu, którzy wychodzą z rodziną w niedziele do centr. handl." /Katarzyna Lubnauer, .Nowoczesna/

"Z tym, że pracujący w niedziele w handlu raczej nie mogą tego dnia wychodzić z rodziną"
/Michał Protaziuk/

Ten mini-dialog to kwintesencja sporu o dopuszczalność handlu w niedziele. Argumenty padają w nim różne, częściej emocjonalno-infantylne niż poważne. Ja niezmiennie stoję na stanowisku braku zdania, sam zakupów w niedziele unikam, pisałem już o tym zresztą. Godzę się zresztą z tym, że pomimo swego nastawienia zostanę uznany za bezwzględnego wyzyskiwacza, bo rozważam "symetryczne" myśli:

"Pracujący w niedzielę w handlu raczej nie mogą tego dnia wyjść z rodziną do kina"

"Pracujący w niedzielę w kinie raczej nie mogą tego dnia wyjść z rodziną do restauracji"

"Pracujący w niedzielę w restauracji raczej nie mogą tego dnia wyjść z rodziną do wesołego miasteczka"

"Pracujący w niedzielę w wesołym miasteczku raczej nie mogą tego dnia wyjść z rodziną do centrum handlowego"

W idealnym świecie nie byłoby z tym problemów. Co zrobić z tym, że żyjemy w niedoskonałym? To jest chyba to właściwe pytanie.

sobota, 30 września 2017

Notki o genezie i smaczkach koncepcji 50% kosztów uzyskania przychodów dla twórców wciąż nie napisałem i zebrać się nie mogę, ale wkurzyła mnie wiadomość, że planowane jest podwyższenie (podwojenie) twórcom limitu kwoty, do którego mogą z tej możliwości skorzystać. Postanowiłem zobrazować to w formie prostych obliczeń. Dla uproszczenia przyjmiemy, że twórczość jest jedynym źródłem dochodu.

Dziś artysta, który na swojej twórczości zarabia rocznie 85.528 zł, ma prawo od tej kwoty wyliczyć sobie 50% kosztów uzyskania przychodu (wirtualnych, choć ładniej się mówi "zryczałtowanych"). W rezultacie do opodatkowania jego roczny dochód wynosi 42764 zł. 18% z tej kwoty wynosi 7.697,52 zł, co należy pomniejszyć o 556,02 zł kwoty wolnej od podatku - ostatecznie (po zaokrągleniu w górę) artysta od swoich 85.528 zł płaci 7142 zł podatku, zatem "na czysto" zostaje mu 78.386 zł.

Gdyby zaś rzeczony artysta nie korzystał z przywileju, tylko był traktowany jak zwykły śmieciówkarz na umowach o dzieło, to mógłby sobie odliczyć wirtualne 20% kosztów uzyskania przychodu i podatek płaciłby od kwoty 68.422,40 zł. Podatek wyniesie wtedy 11.761 zł, a na rękę zostanie 73.767 zł. 

Gdyby zaś ten artysta chałturzył na umowach o pracę (pamiętamy, że wtedy oprócz kwoty dochodu płyną jeszcze znaczne kwoty składek na ZUS), to w skali roku mógłby odliczyć nie więcej niż 2.502,56 zł kosztów, a wtedy jego podatek wynosi 14.389 zł i "na rękę" pozostanie mu 71139 zł. Różnica to kilka tysięcy w tę lub wewtę, które my, pozostali podatnicy, dajemy twórcy zarabiającemu miesięcznie na czysto sześć tysięcy złotych (z haczykiem lub bez).

Co więc się stanie, kiedy "opresyjny" limit kosztów uzyskania przychodu zostanie podwojony? Wtedy artysta, który zarobi rocznie "na twórczości" 171.056 zł, dzięki "złagodzeniu krzywdy" zapłaci 14.840 zł podatku i pozostanie mu 156.216 zł, czyli trzynaście tysięcy miesięcznie (dziś zapłaciłby 29080 zł i zostałoby mu 141.976 zł, czyli niespełna dwanaście na miesiąc). 

Powtórzmy zatem dobitnie: "przywrócenie sprawiedliwości" artystom oznacza wypłacenie przez innych podatników trzynastej pensji ludziom, którzy zarabiają kilka średnich krajowych. Możecie zgadywać, dla kogo takie nagrody.

13:44, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 czerwca 2017

Wspominałem kiedyś, że w moim sklepie opodal przybywa różnych oryginalnych gatunków piwa. Zadeklarowałem również, że z uwagi na uwarunkowania polityczne rosyjskiego piwa póki co kupować nie będę, ale ukraińskie - czemu nie. Pozostawała kwestia możliwości...

No i w tym tygodniu jakoś stanąłem znów przed ladą chłodniczą, i patrzę: znów nowości jakieś. Wśród nich lager "Stare Misto" z browaru w Odwiecznie Polskim, Lecz Jednak Ukraińskim Lwowie (bez rewelacji, ujdzie). Ten sam browar wyprodukował również półciemne piwo według autorskiej reguły jakiegoś Andrzeja (lub Andrija raczej, po podpisie sądząc), znacznie bardziej zacne. Nazwa "Awtorskie" nawet trafiona.

Tylko czemu szef sklepu, baranek jeden, kazał to Awtorskie jako rosyjskie opisać? 

Tagi: bzdury sklep
23:13, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (2) »
środa, 24 maja 2017

Lubię karmić swojego żółwia. Lubię patrzeć jak je. Lubię widzieć, że je. Kiedyś wystarczyło mu żarcie wrzucać w określonych porach, później stało się to bardziej skomplikowane. Przestał akceptować to czy tamto, potem ograniczył się do jedzenia tylko tego co świeżo wrzucone, jak nasiąknie wodą, to już właściwie niejadalne. (Nie pomógł też fakt, że wyrósł na tyle, że przestał się bezpiecznie mieścić w starym akwarium, do którego był wkładany na czas karmienia, i zaczął jadać w swoim dużym akwarium, gdzie lepiej, żeby resztki nie zostawały). Zaczął okresowo lubić to bardziej, a to wcale, potem na odwrót...

Z czasem postarzał się (według niepewnej rachuby, jaką prowadzimy, jest już pełnoletni). Owszem, kiedy ma wrażenie, że kawałek ryby zaraz mu z nieba spadnie, to wyciąga się jak młodziak z otwartą szeroko paszczą i chciałby tę rybę złapać w powietrzu, a najlepiej od razu w ręce. Wykonuje ku tej rybie skoki niczym Dennis Rodman za piłką... i właśnie. Czasem by może i trafił, ale często wykonuje wspaniały ruch przez powietrze, by złapać tylko powietrze. Zwaliłbym to na problemy z percepcją w ośrodku innym niż wodny czy wręcz z refrakcją na granicy wody i powietrza, ale obserwacja pozwala dostrzec podobne sytuacje także w samej wodzie - raczej to ruch "na wyczucie", powodowany niecierpliwością (i, podejrzewam, słabnącym nieco widzeniem czołowym). A ileż razy ta ryba spadnie mu koło pyska na dno i tam leży i czeka, stwarzając wyzwanie dla karmiącego "jak temu zwierzęciu podpowiedzieć, że wystarczy w dół popatrzeć"). Całkiem ślepy nie jest, kiedy w końcu dostrzeże, rzuca się całkiem efektownie (stanowczo zapomnijcie opowieści o powolnych żółwiach, one się po prostu nie spieszą bez potrzeby). Karmienie z ręki nie jest atrakcyjne, bo uścisk żółwiej paszczy - nawet bezzębnej - jest do nie do zapomnienia i stanowczo zniechęca do powtórek, a szybkość tej paszczy czyniłaby niemal gwarantowanym co najmniej jedno chapsnięcie w tygodniu. Zdarzało mi się już używać patyczka do szaszłyka, żeby zwierzęciu bezpiecznie pod sam nos podtykać...

Marudzę? Może, ale z sympatii. W każdym razie, z okazji Międzynarodowego Dnia Żółwia idę coś temu wybrednemu niczym francuski piesek stworzeniu podrzucić...

00:07, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (7) »
piątek, 19 maja 2017

Krzywa Laffera to taki konstrukt z okolic ekonomii, wyrażający z grubsza pogląd, że przy pewnej wysokości stóp podatkowych ich dalsze podnoszenie przestaje się suwerenowi opłacać, bo wpływy z podatków zaczną maleć. Nikt - także ekonomiści - nie wie do końca, kiedy ten moment następuje, ale w mentalności współczesnych liberałów ekonomicznych zakodowało się to jako hasło "obniżanie podatków jest dobre, także dla budżetu, bo tak stanowi święta Krzywa Laffera" (nawet jeśli jest niemal pewne że jesteśmy po tej stronie krzywej, gdzie wzrost stawek podatkowych powoduje wzrost dochodów budżetowych).

Wpadł mi ostatnio w oczy tekścik na portaliku (nazwę wspominać hadko), z tezą taką, że jest sobie w Polsce gmina, która ma arcyniskie podatki, a rekordowe dochody podatkowe (czytaj: św. Krzywa działa!) Generalnie każdy zorientowany w finansach komunalnych na taki widok śmiechnie sobie, gdyż ma świadomość, że gmina w umiarkowany sposób kształtuje swoje stawki podatkowe, a dochody podatkowe ma zasadniczo z innych tytułów, ale nikt nie powiedział, że teksty o realiach podatkowych piszą osoby zorientowane... Tekst dotyczył sympatycznej (oczywiście) gminy Radomyśl Wielki (województwo podkarpackie przy granicy z małopolskim, w sąsiedztwie Mielca i w bliskości Tarnowa, Dębicy oraz autostrady A4). Podobnoż ma w skali kraju jedne z niższych (wg jakichś rankingów) podatków lokalnych, nie sprawdzałem. Jeśli zaś chodzi o dochody podatkowe...

Fakt: są rekordowe. To znaczy zaplanowano je w tym roku na rekordową kwotę 10,38 mln złotych, wobec 9,83 mln zł w roku poprzednim. Oznacza to wzrost o 5,6% lub o 550 tysięcy złotych. Od razu wyjaśnijmy też, że gminie tak dobrze się powodzi, że planuje 3 mln złotych deficytu (w zeszłym roku niecałe 2,5 mln), a gros budżetu to dotacje na oświatę i 500+. Jeżeli zaś chodzi o same sukcesy podatkowe, to ponad połowa wzrostu przypada na podatek dochodowy od osób fizycznych - przypadającą gminie część podatku pobieranego od dochodów mieszkańców gminy; dla porządku wypada w tym miejscu przypomnieć, że od 1 stycznia z przyczyn od gminy niezależnych znacząco wzrosła pensja minimalna... Oprócz tego wzrastają planowane dochody z podatku od środków transportowych (głównie samochody ciężarowe) oraz od nieruchomości - gruntów, budynków i budowli. Zwiększenie się floty transportowej może być oczywiście wynikiem polityki gminy, gruntów raczej zbytnio z roku na rok nie przybyło (choć można było coś odrolnić i odlesić), jakieś budynki mogły zostać wybudowane czy rozbudowane, mogła wzrosnąć wartość budowli (stawka procentowa)...

Zajrzyjmy więc do uchwał określających wysokość stawek podatkowych. Kto jest zdziwiony, że stawki dla samochodów poniżej 12 ton, gruntów i budynków (w tym wykorzystywanych na działalność gospodarczą) - WZROSŁY względem 2016? Święta Krzywa Laffera płacze w kąciku.

00:13, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (5) »
wtorek, 14 marca 2017

To jest zawsze ten moment, kiedy słyszysz jak telefon dzwoni, spoglądasz na wyświetlacz i widzisz nieznany numer (ach, gdzie te czasy, kiedy słyszało się tylko dzwonek, i nie było jak się przekonać kto dzwoni). Zazwyczaj się wtedy odbiera, bo nie wiadomo, czy któryś ze znajomych zmienił numer, czy też dzwoni ktoś w sprawie jakkolwiek dla nas istotnej, aczkolwiek często patrząc na numer ma się to przekonanie, że dzwoni tylko ktoś, kto koniecznie chce nam coś zaproponować, sprzedać, wcisnąć. Ludzie dzielą się wzajemnie sprawdzonymi sposobami, co można mniej lub bardziej grzecznie/asertywnie powiedzieć dzwoniącemu, noszącemu dumną nazwę telemarketera - na razie sobie w miarę radzę, pod tagiem marketing można parę historyjek o tym znaleźć.

Odebrałem w tym tygodniu dwa takie telefony, które w pewien sposób zasługiwały na uwagę. Wczoraj zadzwoniła pani, która dość niepewnym głosem miała za zadanie przekonać mnie do skorzystania z większej ilości usług telewizji cyfrowej oraz usług z tą telewizją powiązanych. Dała się przyjemnie zapamiętać, ponieważ po wstępnych frazach ze szkolenia, kulturalnie zaproponowała mi, żebym w sprawie szczegółów udał się do salonu sprzedaży i tam na pewno mi coś atrakcyjnego wybiorą (jaka miła odmiana po pewnym siebie panu z telefonii komórkowej, który buńczucznie przekonywał mnie, że na pewno da mi korzystniejszą ofertę - jeżeli mu tylko powiem, czego bym chciał). Grzecznie podziękowałem, pozostawiając panią w złudnym przekonaniu, że może się faktycznie do tego salonu wybiorę (kontroler powinien być zadowolony).

Dziś natomiast dzwoniła inna pani z tendencją do zawieszania głosu (oczekując na aktywność rozmówcy), która oferowała bardzo atrakcyjną ofertę jakichś wielkich zniżek w znanych restauracjach (ja odnotowałem, że tych knajp jest tuzin, pani po wymienieniu trzech przeszła do frazy "i wiele innych", zastanawiałem się czy innych już nie zna, nie podali jej czy nie umiała przeczytać). Kiedy już skończyła mnie przekonywać, ile to zyskam na wspólnym wypadzie z rodziną do restauracji, i przeszła do sakramentalnego pytania, co sądzę o tak znakomitej ofercie, odrzekłem łamiącym się głosem, że nie mam rodziny i jestem na ścisłej diecie. Cóż, ci sprzedawcy którzy źle rozpoznają w słuchawce i mówią do mnie per "pani", narażają się na wyrafinowane złośliwości, ta pani mogła się poczuć źle po naszej rozmowie, w sumie rozważałem, czy mam powiedzieć, że mam raka żołądka (ale jeszcze zapeszę albo co).

Ach, gdzież ten pan, któremu było wszystko jedno czy mi coś sprzeda, co chciał tylko móc przekazać mi ofertę, żeby mu w wynikach dnia dobrze wyglądało, i gadał sobie do głośnika...

Tagi: marketing
19:26, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 stycznia 2017

Krąży po Polsce widmo, widmo w kretyńskiego mema ubrane...

Mema zasadniczo należałoby wkleić, ale że jest głupi to mi się nie chce, a że w zasadzie należałoby go przyedytować, to nie chce mi się tym bardziej - dlatego zrobimy to metodą XX-wieczną i przepiszemy, zwłaszcza że ten mem składa się głównie z tekstu. Tekst dotyczy straszliwych obciążeń fiskalnych związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej i brzmi tak:

Zarobiłem 2000 PLN 
Oddaję Państwu:
- 1121 PLN na ZUS
- 360 PLN na US (18%) 
Zostaje 519 PLN z czego 23% oddam w zakupach.
Na czysto mam 400 PLN.

Kiedy już kończymy płakać ze śmiechu, przeprowadzimy analizę krytyczną
1/ "zarobiłem 2000 PLN" - z kontekstu wynika, że chodzi o dochód; nie jest jedynie jasne, czy uciśniony byznesmen-bohater zarobił wszystkiego 2000 PLN przychodu i nie miał żadnych kosztów, czy też po odliczeniu kosztów zostało mu 2000 PLN; pierwszy wariant sugeruje de facto samozatrudnionego, najpewniej z jednym zleceniodawcą, czyli żadnego przedsiębiorcę, zapewne niepłacącego VAT; wariant drugi... zapewne też występuje w obrocie, na tym etapie to mało istotne
2/ "oddaję 1121 PLN na ZUS" - czyli dane za rok 2016 (dokładniej: 1121,52 zł); dla porządku wyjaśnijmy, że każdy przedsiębiorca wie, że kwotę tę należy rozbić co najmniej na NFZ (ubezpieczenie zdrowotne) w kwocie 288,95 zł i resztę, czyli ubezpieczenia społeczne (772,96 zł) i Fundusz Pracy (59,61 zł); wynika z tej informacji także, że nasz bohater prowadzi działalność od ponad 2 lat, bo nie korzysta z obniżonych składek dla początkujących
3/ "oddaję 360 PLN na US" - czyli podatku dochodowego; wynika z tego, że nasz przedsiębiorca nie korzysta ze stawki liniowej, ponieważ ta wynosi 19%, tylko ze stawki powszechnej 18% w pierwszym progu (co przy jego dochodach wcale nie jest głupie).

I teraz przerwiemy na chwilę interpretowanie, a pokażemy totalną głupotę autora mema. Otóż jeżeli nasz byznesmen ma dochód 2000 PLN, to jeżeli tylko kiedykolwiek widział na oczy dokument PIT (wcale się nie zdziwimy, jeśli nie), to zauważył tam pozycję "składki na ubezpieczenie społeczne do odliczenia" (te na FP też). Zatem podatek dochodowy płaci od kwoty 2000-(772,96+59,61)=2000-832,57=1167,43 zł. Przy wyliczaniu samego podatku powinien uwzględnić kwotę wolną od podatku, wynoszącą 3091 zł rocznie - co w praktyce oznacza zwolnienie z PIT w pierwszych miesiącach roku, ale policzmy to dla uproszczenia jako 257,58 zł miesięcznie (jako 1/12 kwoty rocznej). Mamy więc podatek miesięczny w wysokości 0,18 x (1167,43-257,58) = 0,18 x 909,85 zł = 163,77 zł (drobna różnica względem 360, nieprawdaż). Ale tutaj pojawia się jeszcze jeden drobiazg - a mianowicie brakująca część "ZUS", czyli składka zdrowotna, którą odlicza się od podatku. Fakt: nie całą (najtrudniejsze jest zawsze pamiętanie ile się dokładnie odlicza), ale w roku 2016 z płaconych "na NFZ" 288,95 zł odliczało się od podatku 248,82 zł (reszta to taki dodatkowy podatek...). Zatem mamy 163,77-248,82 zł=-85,05 zł, czyli tyleż do zwrotu na koniec roku (w sumie tysiączek z małym haczykiem). Jak zatem widać, nasz biedaczyna ma na życie efektywnie o 360 zł więcej w każdym miesiącu...

Powróćmy do naszych baranów:
4/ "519 zł z czego 23% oddam w zakupach" - nasz byznesmen musi mieć ciekawe nawyki żywieniowe, gdyż je wyłącznie żywność przetworzoną w taki sposób, że jest ona opodatkowana 23% stawką VAT, co wyklucza pieczywo, nabiał, warzywa (specjalnie zerknąłem właśnie na swój rachunek z marketu).. 
5/ "na czysto mam 400 PLN" - to doprawdy Schroedingerowskie pojmowanie "mam", skoro te 400 zł które "ma", musiał wydać w sklepie, żeby móc oddać państwu ten VAT... 

Podsumowując: mem został popełniony przez kretyna, który w życiu nie stał obok prowadzenia działalności (każdy obdarzony minimum mózgu stara się zapłacić podatków najwyżej tyle ile trzeba). Ponadto należy stwierdzić brutalnie, że ktoś, kto osiąga z działalności dwa tysiące dochodu (nie mówiąc o wariancie osiągania dwóch tysięcy przychodu przy zerowych kosztach), nie jest przedsiębiorcą, tylko wyrobnikiem i bankrutem, i powinien zdecydowanie przemyśleć wybór drogi życiowej.

Bierzcie i pamiętajcie, jak ponownie zobaczycie.

sobota, 07 stycznia 2017

Nie, nie będzie nic związanego z Owsiakiem. Będzie o czymś dziwnym o czym przeczytałem na fejsie gdzieś w grudniu. Nawet nie pamiętam dokładnie u kogo, bo - jak to na fejsie - ktoś znajomy skomentował u kogoś innego i algorytmy fejsowe postanowiły akurat to mi pokazać (nawet nie pamiętam, czy z uwagi na ustawienia prywatności byłem w stanie wziąć udział w dyskusji, czy po prostu się na to nie zdecydowałem). A ponieważ chodzi o fejsa, to nawet nie próbuję tego odszukiwać, więc cała notka bazuje na tym co pamiętam.

A pamiętam... że pewna pani napisała sobie mocno emocjonalną wypowiedź na temat komunikatu meteorologicznego (w medium którego nie zapamiętałem), który brzmiał z grubsza "nie ma dobrych wiadomości dla amatorów białego szaleństwa". Pani się na to strasznie ulało, że co to w ogóle za porządki, żeby mówić o jakimś białym szaleństwie, kiedy biedni ludzie na wsi marzną, że to skandal że ktoś się w zimie spodziewa śniegu i mrozu.

No. Właśnie. Więc tak sobie w zimowy weekend zacząłem składać pewne rzeczy do kupy. O białym szaleństwie mówi się zwykle w odniesieniu do narciarstwa rekreacyjnego w wydaniu alpejskim - czyli wymagającego sporej ilości śniegu (oraz, nie zapominajmy, stoku do zjeżdżania w dół). Śnieg zaś... to przede wszystkim woda, bez której na wsi zdecydowanie ciężko (Steinbeck opisał to wystarczająco dobrze), a spadająca na ziemię w formie śniegu zostaje na znacznie dłużej i znacznie lepiej wsiąka w glebę, niż w formie intensywnego deszczu; w warunkach grożącej nam suszy hydrologicznej o śnieg należy się modlić (do kogo, to już sprawa indywidualna). Śnieg to także ochronna pierzynka dla gleby i roślin (a i zwierzęca drobnica nie pogardzi) - znacznie lepiej przetrwają mrozy pod śniegiem, niż kiedy mróz skuwa ziemię bezpośrednio (a ostatnio łatwiej o to było, niż o zimy śnieżne). Śnieg też jest wbrew pozorom egalitarny - zabawy na śniegu są dla wszystkich, i tych z jedną deską, i tych z dwiema (i do poruszania się z góry na dół, i po płaskim),i tych z sankami, i tych co po prostu bałwany lepią i śnieżkami rzucają; gdyby śniegu nie było, nie wychodziliby z domów na deszcz, czy nawet na bezśnieżne plus trzy, bo i po co.

W białym szaleństwie niewątpliwie może pomagać mróz, a właściwie mrozik (bo przy takim minus naście jak dziś to i narciarzom mniej się chce). Wątpię jednak, by parę stopni różnicy między minus dwa a plus dwa robiło zasadniczą różnicę, jeśli chodzi o ogrzewanie domostw. Rozprzestrzenianie się zaś wirusów i innych chorobotwórczych paskudztw jest zaś znacznie łatwiejsze przy temperaturach dodatnich niż ujemnych (a na wsi dostęp do opieki zdrowotnej jest jednak trudniejszy). 

W pełni rozumiem niechęć do postrzegania rzeczywistości z punktu widzenia określonej klasy (zamożni narciarze uber alles), ale w tym przypadku jedynego czego można się czepiać, to prezenterskiej sztampy - bo zwyczajna zima nie jest żadnym złem klasowym (o niekorzystnych klasowo skutkach zmian klimatycznych wspomniano zresztą w tamtej dyskusji). A sam temat przypomniał mi się, kiedy pod wieczór wracałem do domu i miałem wyjechać na wiadukt na drodze ekspresowej. Na skarpie pod wiaduktem zauważyłem dzieci radośnie zjeżdżające na sankach (aż z odrobiną przestrachu zacząłem się zastanawiać, czy nie grozi im wyjechanie z tej skarpy na ulicę, ale odległość była spora). 

Tagi: Facebook zima
23:47, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (11) »
niedziela, 16 października 2016

Czternaście wilków. Czyli tyle, ilu było uczestników wyprawy Thorina pod Samotną Górę (choć więcej niż członków drużyny Pierścienia). Dużo? Nie wydaje się. A tyle właśnie wypuszczono tych sympatycznych zwierząt w Yellowstone, żeby żyły i rozmnażały się (o czynieniu sobie tej ziemi poddaną mowy nie było).

Wilki zaczęły polować na wszechobecne jelenie. Jelenie szybko nauczyły się, że park przestał być bezpieczną przystanią, i zaczęły się trzymać bezpiecznych miejsc, zamiast obżerać całą zieleń w dolinach rzek. Kiedy jelenie się wycofały, zieleń zaczęła odrastać, a wśród tej zieleni pojawiły się ptaki, bobry, wydry, ryby i liczna inna zwierzyna. Pojawiło się też więcej niedźwiedzi, skoro przybyło jagód.

Wilki przegoniły kojoty. Gdy kojotów było mniej, pojawiły się króliki i myszy, a w ślad za nimi przyszły ptaki drapieżne, łasice, lisy (jak w Puchatku...) czy borsuki.

A kiedy z dolin znikły trawożerne i na zboczach i brzegach wyrósł las, nawet rzeki się ustabilizowały. 

Czternaście wilków (dziś już o wiele więcej, oczywiście) spowodowało tę rewolucję w raptem 20 lat. A o tym wszystkim w tym krótkim filmie.

13:51, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19