Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: Agnieszka Radwańska

sobota, 18 sierpnia 2012

Nie siedzę w głowie Agnieszki Radwańskiej, więc nie wiem, co czuła, co myślała, kiedy podczas Igrzysk rozegrała w trzech konkurencjach raptem cztery mecze. Nie byłem zachwycony jej wypowiedziami po porażce w mikście, nawet jeśli to było robienie dobrej miny do złej gry. Nie byłem przekonany do jej zacięcia, aby wystąpić na paradzie w charakterze chorążej reprezentacji (zwłaszcza że machanie flagą szło jej słabiej, niż machanie rakietą, jednak powinna było komuś mocniejszemu to oddać), tym bardziej że przy tej okazji odnosiło się wrażenie, że najważniejszą kwestią była długość sukienki (tak, wiem, to też bardzo ważna sprawa). 

Nie zmienia to jednak faktu, że nie ma powodów wieszać na niej psów. Nie wiem jak tam było z dyspozycją fizyczną, ale na pewno zaczynała ten turniej strasznie pechowo, losując jedną z najmocniejszych przeciwniczek, jakie mogły się trafić na tym etapie. Julia Goerges to solidna zawodniczka, wysoko w rankingu, gdyby w turnieju rozstawione były 32 zawodniczki a nie 16, to Goerges grałaby z numerem 21. W pierwszej rundzie silniejszą rankingowo parę tworzyły jedynie Serena Williams z Jeleną Jankovic (suma miejsc na liście ATP: 24, Radwańska z Goerges: 26), w "ósemce" Radwańskiej oprócz rozstawionej Kirilenko były jeszcze grające z dziką kartą Paragwajka (ATP 188) i Kolumbijka (ATP 119) oraz zawodniczki z piątej i siódmej dziesiątki rankingu. A Radwańska mając słabszy dzień, przegrała i tak nieznacznie. Medal i tak nie był oczywistością, bo na drodze stały stara znajoma Kirilenko (ciężki mecz na Wimbledonie), pechowa dla Radwańskiej Kvitova, Szarapowa i - w ewentualnym meczu o brąz - tegoroczna prześladowczyni Azarenka. Realnie rzecz biorąc, po ciężkich bojach jedynie srebro wydawało się ciut możliwe. 

W deblu, gdzie akurat poszło Radwańskiej najlepiej (choć nie wiadomo na ile w tym zasługa siostry), odpadła z faworyzowaną parą amerykańską (nr 1 było nie było), też nie sprzedając skóry zbyt tanio. Czy można było z Amerykankami powalczyć - cóż, ani Czeszki, ani Rosjanki się nie ugięły, ale jednak startowały z nr 3 i 4, a nie jako para stworzona mocno ad hoc. Miksta chyba szkoda najbardziej, wyglądało jakby został potraktowany bardziej jako przedłużenie Igrzysk niż jako ostatnia szansa na medal, szkoda, bo dzięki mikstowi Azarenka i Murray zostali multimedalistami (kudosy dla tych, którzy bez gugla powiedzą, jak się nazywa brytyjska medalistka w mikście). 

I cóż, pamiętać należy, że specyfika cyklu tenisowego jest taka, że trwa on niemal nieprzerwanie od stycznia do października, a czołowe zawodniczki są zmuszone regulaminowo do uczestniczenia w najważniejszych jego imprezach. Formę muszą więc utrzymywać przez wiele miesięcy, szlifując jej szczyty być może na turnieje wielkoszlemowe. Każdy dobry występ w turnieju, to większe nim zmęczenie, pozostawiające ślad na dalszych meczach. Radwańska tuż przed Igrzyskami doszła na tej samej londyńskiej trawie do finału, nikt nie wie jak wpłynęło to na jej formę. Teraz gra już w turniejach w Nowym Świecie, odpadła dwa razy w ćwierćfinale w słabym stylu. Aha, jej pogromczyni w tych turniejach.. na Igrzyskach odpadła w pierwszej rundzie, mimo że była rozstawiona...

Po co to wszystko właściwie piszę? Bo przeczytałem ostatnio tekst o tym, jak to Radwańska czuje się niezrozumiana przez media. I wzburzyło mnie potężnie - nie, nie to niezrozumienie - jak Jego Ekscelencja Dziennikarz miał do Radwańskiej pretensje, że nie okazała "pokory, skruchy, żalu" za swój występ olimpijski. Cóż, jaśniepaństwo dziennikarskie rośnie w siłę, zdolność dostrzeżenia, że za nasze wybujałe oczekiwania odpowiadamy wyłącznie my, jest w zaniku, podobnie jak zrozumienia, że porażka jest dramatem sportowca dalece bardziej niż naszym. Nie wspominając już o tym, że Radwańska występ olimpijskich wypracowała sama przez lata, bez pomocy pieniędzy publicznych i nie dzięki okazjonalnej kwalifikacji, na pewno ni była "olimpijską turystką".

poniedziałek, 31 października 2011

Tenisowy sezon dobiega końca, właśnie zakończył się stambulski turniej Masters. Jeśli turniej ten miałby być obrazem sezonu, to moglibyśmy mówić o dominacji słowiańskiej w tenisie - na osiem zawodniczek, aż sześć to Słowianki (duńska liderka rankingu to wszak Słowianka z arcysłowiańskich rodziców, w Danii jedynie urodzona), a i w walce o ostatnie miejsca prawie do końca liczyła się tylko paszportem niemiecka Andrea Petkovic, córka Serba i Bośniaczki, w Jugosławii jeszcze rodzona. A gdzie do tego całe stado tłukących się po kortach Rosjanek czy jeszcze niedawno triumfujących Serbek, o innych słowiańskich nacjach nie wspominając.

Nie ma co wysnuwać żadnych daleko idących wniosków, bo sytuacja w damskim tenisie zmienia się nieustannie. Nie tak dawno potęgą (choć w szczupłym składzie) była Belgia, dzielnie stawały inne państwa Europy Zachodniej i Południowej; Amerykankom się jakby odechciało, co nie znaczy, że nie zechce im się z powrotem. A może za rok czy dwa rewelacją będą Rumunki lub Azjatki?

Miło niewątpliwie, że w tym roku nasza gałąź Słowiańszczyzny reprezentowana była już pełnoprawnie, a nie tylko rezerwą. Zabrakło niewiele, paru niepotrzebnie oddanych gemów, paru decydujących piłek z Terminatorovą, nie pomogło wspomnienie podwójnie wygranego przed laty w tymże mieście mniejszego turnieju. Krok po kroku, jutro będzie lepiej. 

Sława! I do przyszłego roku.

poniedziałek, 14 marca 2011

Mecz w III rundzie Indian Wells to był dziwny mecz. Agnieszka Radwańska z Marią Kirilenko postanowiły sobie urządzić konkurs, której bardziej się uda zadziwić publiczność. Na początek Radwańska od niechcenia wygrała 8 gemów z rzędu (prowadząc 1:0 w setach, oczywiśćie). Potem Kirilenko wygrała 6 gemów z rzędu, wyrównując stan meczu. Potem nastąpiła seria sześciu breaków. Dopiero w siódmym gemie Kirilenko wygrała swój serwis, i za chwilę zdobyła kolejnego breaka. I zamiast wygrać swoim serwisem awans do IV rundy, przegrała 4 ostatnie gemy po kolei ( w trzecim secie na 12 gemów było aż 9 breaków).

Gratulując Agnieszce, nie można nie zapytać "i po co ten cały thriller"? Wiem, już kiedyś o tym pisałem. Widocznie inaczej się nie da, oby później sił nie zabrakło.

W ramach akcji Gloria victis, uhonorujemy Marię Kirilenko jak można najładniej:

Maria Kirilenko in action - isn't she pretty?

poniedziałek, 20 września 2010

Sięgnąłem dzisiaj po poniedziałkowy sportowy dodatek Wyborczej. Przeczytałem prawie cały, dotarłem do dużego materiału o Agnieszce Radwańskiej i rozwoju jej kariery w porównaniu z Karoliną Woźniacką (wybaczcie, proszę, to patriotyczne spolszczanie, ale jakoś głupio mi się pisze wersję oryginalną, kiedy i tak czytam "Karoline Wozniacki"). Radwańska w tym sezonie spisuje się średnio, niby tu i tam punktów pozbiera, niby trochę poprawiła serwis, ale ani błysku, ani efektów za bardzo nie widać. Trochę rozczarowująco, zwłaszcza w porównaniu z rywalkami. Nie będę snuł efektownych analiz, bo fachowiec ze mnie żaden, ale już w zeszłym roku - kiedy ustanawiała rekord ilości osiągniętych i nieprzebytych ćwierćfinałów - zaczęło we mnie kiełkować odczucie, że Radwańska może zostać właśnie taką zawodniczką "ćwierćfinałową", na tyle dobrą, by w mocnym gronie dobić się gdzieś do ósemki, w słabszym czasem nawet i zabłysnąć, ale jakby niegotową (bojąc się powiedzieć: niezdolną) do zrobienia tego kroku na sam szczyt, bez względu na to, jaie byłyby tego przyczyny.

Osoby wypowiadające się do tego tekstu o Agnieszce Radwańskiej mówią: "Cały sukces Agnieszki jest oparty na jej niewątpliwym talencie. Ale nie da się polegać tylko na tym", "Agnieszka pracować nie lubi, była leniwa od dziecka, bo z tym wielkim talentem od zawsze z łatwością ogrywała dziewczyny. (..) Nie lubiła za to biegać, była przyzwyczajona, że wygrywa stosunkowo małym wysiłkiem. I tak jej zostało."

I nagle poczułem, że już coś takiego w tym samym dniu czytałem, w tym samym dodatku. Szybko przekartkowałem wstecz i znalazłem tekst o gwiazdce rodzimej ligi futbolowej Macieju Iwańskim, z bezlitosnym sformułowaniem: "Transfer do Legii był spełnieniem jego kariery. Nie ma ambicji grać w jeszcze lepszej drużynie."

Życzę Agnieszce,  - wcale nie bezinteresownie - aby została tenisowym Bońkiem, a nie Iwańskim.

środa, 23 czerwca 2010

W cieniu mundialowych emocji, spokojnie i po angielsku rozpoczął się kolejny turniej na wimbledońskiej trawie. I co tu dużo ukrywać, początek jest znakomity dla polskich reprezentantów - na przekór oczekiwaniom, cała trójka singlistów awansowała do drugiej rundy, tracąc zaledwie jednego seta. W turnieju męskim to chyba osiągnięcie bez precedensu w historii polskiego tenisa (panie błysnęły już dwa lata temu, kiedy w II rundzie grały trzy nasze zawodniczki). Apetyt rośnie w miarę jedzenia, zobaczymy dokąd Kubot i Przysiężny będą w stanie zawędrować (co do Radwańskiej mamy oczywiście większe oczekiwania).

A jeszcze przecież zostały deble, których w tym roku startuje aż sześć (pięć międzynarodowych oraz Fyrstenberg z Matkowskim). Jakby tak i one w komplecie awansowały do drugiej rundy.. ee, no bez przesady. Ale na przesadę się oczywiście nie pogniewam. I tak zanosi się na najlepszy polski Wimbledon en masse. (Mikstów nie sprawdzałem).

I tylko proszę, nie zaczynajmy od razu udawać Wielkiej Tenisowej Potęgi.

niedziela, 24 stycznia 2010

Opracowano stroje dla polskich sportowców udających się na Igrzyska w Vancouver. Co do zasady są one w barwach narodowych, biało-czerwonych, włącznie z kombinezonami startowymi. Justyna Kowalczyk już zdążyła zgłosić veto, ponieważ lubi swój czarny kombinezon i dobrze się jej w nim startuje, a w nowym - niekoniecznie.

Na razie jeszcze postawa Justyny Kowalczyk nie spotkała się z potępieniem strażników cnót narodowych (może dlatego, że to nasza największa nadzieja medalowa), niemniej przypomina się zaraz, że parę lat temu niektórzy politycy gardłowali za uchwalenie ustawy nakazującej naszym sportowcom występowanie wyłącznie w strojach w barwach narodowych. Można sobie wyobrazić Agnieszkę Radwańską występującą wyłącznie w białej bluzeczce i czerwonej spódniczce (kombinacja odwrotna mogłaby być uznana za niegodną); no dobra, zostają jeszcze sukienki:)

Takie refleksje mi się ponasuwały, kiedy patrzyłem, jak w Australian Open grały Belgijki Yanina Wickmayer i Justine Henin, obie zasadniczo na błękitno, jakże odlegle od czarno-czerwono-żółtych barw flagi belgijskiej. Zauważyłem w tym belgijskim pojedynku olbrzymie napięcie, jakby dla każdej z nich (i dla ich ekip) przeciwniczka była rywalką szczególną. Ale też przecież Justine Henin pochodzi z walońskiej części Belgii, a Yanina Wickmayer - z flamandzkiej, czyli reprezentują prawie że odrębne obozy, o niewielkiej wspólności barw.

sobota, 23 stycznia 2010

W pierwszych dwóch meczach tegorocznego Australian Open, Agnieszka Radwańska oddała tylko trzy gemy. W następnym meczu wygrała tylko cztery. Plany przed turniejem celowały w okolice czwartej rundy, skończyło się na trzeciej. Przynajmniej w singlu, w deblu już też jest w trzeciej.

Do czwartej rundy awansował za to Łukasz Kubot. Szczęśliwie, ale dodajmy, że szczęściu trzeba umieć pomóc. Zagra w czwartej rundzie z trzecią rakietą świata. Ciekawe do której rundy dojdzie w deblu, też jest już w trzeciej.

A w ogóle to mam wrażenie, że miałem dobre przeczucie, dając Kubotowi kreskę na koniec zeszłego roku:)