Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: Justyna Kowalczyk

piątek, 17 lutego 2012

Kiedy zobaczyłem wyniki ćwierćfinałów dzisiejszego sprintu na Polanie Jakuszyckiej, uniosłem ręce do góry w geście triumfu. Justyna Kowalczyk w swoim ćwierćfinale przybiegła na trzecim miejscu, niewiele jej brakło do awansu do ćwierćfinału (wśród przegranych miała trzeci czas, przy dwóch awansujących), a w tym samym ćwierćfinale Bjoergen przybiegła piąta. Wyglądało na to, że o włos może wyprzedzić Bjoergen w klasyfikacji generalnej PŚ.

Kiedy jednak opublikowano oficjalne wyniki zawodów, poczułem rozczarowanie. Mimo iż z zawodniczek na trzecich miejscach w ćwierćfinałach Kowalczyk miała drugi czas (a pierwszy wśród odpadających), to nie zajęła spodziewanego 13. miejsca, lecz dopiero 16. Zacząłem więc szukać zasad ustalania kolejności w sprincie, nie znalazłem ich jakoś na stronach FIS (może mi cierpliwości brakło), po czym odtworzyłem regułę na podstawie wyników. Pierwszą dwunastkę tworzą oczywiście zawodniczki, które awansowały do półfinałów (tu pomijalne). Pozostałe ćwierćfinalistki są klasyfikowane podług miejsc zajmowanych w swoich biegach, przy czym kluczem między zawodniczkami na tych samych miejscach nie jest czas biegu w ćwierćfinale. Jest nim natomiast czas biegu w eliminacjach (co w praktyce oznacza: im niższy numer startowy, tym wyższe miejsce w razie porównania miejsc); w sumie nie powinno dziwić, skoro w Tour de Ski też czas eliminacji ma istotne znaczenie.

Justyna Kowalczyk w eliminacjach uzyskała niestety dopiero 24. czas, i w konsekwencji będąc najszybszą z "trzecich odpadających", została wśród nich sklasyfikowana jako ostatnia. Bjoergen miała w eliminacjach dobry, czwarty czas, więc w grupie piątych zawodniczek została sklasyfikowana na miejscu drugim i w całej stawce na 22 (inna sprawa, że gdyby uwzględniać czas biegu, byłaby na tym samym, bo jej bieg był co najmniej równie szybki, jak zwyciężczyń trzech innych ćwierćfinałów). I tak strata do Bjoergen zmalała do sześciu tylko punktów, zamiast... zmaleć do jednego. W końcu, jutro też jest dzień.

czwartek, 24 lutego 2011

Wypadło mi dzisiaj popołudniową porą odebrać rzeczy z magla (tak, jeszcze istnieją i działają). Podjechałem pod kamienicę, wszedłem, stanąłem pod drzwiami. Zamknięte, ale na drzwiach jest przycisk z napisem "dzwonić", więc nacisnąłem. Po chwili na schodach rozległ się tupot (właścicielka ma mieszkanie piętro wyżej) i pojawiła się starsza pani, który usprawiedliwiającym tonem rzekła:

- A bo tam Justynka właśnie dobiegła na piątym miejscu..

No i sobie jeszcze miło pogawędziliśmy o biegach narciarskich (niestety nie byłem w stanie dopasować rozkładu dnia do rozkładu transmisji). Jak to w maglu:)

sobota, 19 lutego 2011

Prawdę mówiąc, zanosi się na to od początku sezonu: że Justyna Kowalczyk będzie nas zachwycać swoimi biegami i odbiegać rywalkom, a pierwsza na mecie będzie Marit Bjoergen. Tak było dzisiaj w Drammen, tak było zwykle w Vancouver, tak było przez większość biegów w tym sezonie i w końcówce ubiegłego.

Oczywiście, powiemy dumnie i zwierając szeregi, że to Justyna zdobędzie Puchar Świata i to Justyna pogromiła w Tour de Ski, a Bjoergen się pewnie jej wystraszyła/wiedziała, że nie starczy jej sił na cały sezon/cokolwiek. Ale twarde fakty są takie, że Kowalczyk w tym sezonie rządzi wtedy, kiedy Bjoergen nie ma na starcie, a z Bjoergen wygrała w bezpośredniej walce tylko raz - w sprincie w Otepae, który pobiegła dlatego, że akurat był.

Dlatego spodziewam się, że na trasach w Oslo scenariusz będzie się powtarzać: Kowalczyk będzie szaleć (a my razem z nią), a Bjoergen będzie stawać na najwyższym stopniu podium. Bo to ona jest w tej chwili największą gwiazdą wśród narciarek, czy nam się to podoba czy nie (a Kowalczyk - pożyczając sformułowanie od sprawnego inaczej komentatora - jest jedynie największą gwiazdą wśród pełnosprawnych narciarek).

niedziela, 23 stycznia 2011

Dzisiejsze sprinty w Otepaa oglądałem na TVP, bo Eurosport w tym czasie był w Melbourne. Ponieważ jednocześnie miałem w planie słuchanie dość interesującej audycji radiowej, wyłączyłem fonię w telewizorze i miałem "co innego widzisz, co innego słyszysz". Nie udało mi się więc usłyszeć, z kogo składało się zacne grono ekspertów, któremu oddano głos, gdy tylko zaczynały się ćwierćfinały i półfinały męskie. Zerknąwszy w pewnej chwili, rozpoznałem jednak jednego z nich - i tu zaczyna się historia mojego zdziwienia.

Ekspertem tym (a może gościem tylko) był mianowicie niezły skądinąd kierowca rajdowy Krzysztof Hołowczyc. Nie słyszałem, jak uzasadniano jego obecność, więc nie wiem, czy czuje się ekspertem od Estonii, czy też ma rozległe doświadczenie w rajdach zimowych (choć ostatnio startował w najzupełniej niezimowym Rajdzie Dakar), czy też może wreszcie biega dla relaksu na nartach. Ba, nawet jako prognostyk się nie nadawał, bo w ostatnim Dakarze zajął 5. miejsce, wyrównując swoje najlepsze osiągnięcie, a Justyna Kowalczyk poprawiła swoje najlepsze osiągnięcie w sprincie w Otepaa z miejsca 7. na 4.

A swoją drogą, taktyczne ogranie Bjoergen w półfinale było fantastyczne, choć niewiele brakowało, a byłoby czysto honorowe - gdyby nie szybkość tego biegu.

niedziela, 24 stycznia 2010

Opracowano stroje dla polskich sportowców udających się na Igrzyska w Vancouver. Co do zasady są one w barwach narodowych, biało-czerwonych, włącznie z kombinezonami startowymi. Justyna Kowalczyk już zdążyła zgłosić veto, ponieważ lubi swój czarny kombinezon i dobrze się jej w nim startuje, a w nowym - niekoniecznie.

Na razie jeszcze postawa Justyny Kowalczyk nie spotkała się z potępieniem strażników cnót narodowych (może dlatego, że to nasza największa nadzieja medalowa), niemniej przypomina się zaraz, że parę lat temu niektórzy politycy gardłowali za uchwalenie ustawy nakazującej naszym sportowcom występowanie wyłącznie w strojach w barwach narodowych. Można sobie wyobrazić Agnieszkę Radwańską występującą wyłącznie w białej bluzeczce i czerwonej spódniczce (kombinacja odwrotna mogłaby być uznana za niegodną); no dobra, zostają jeszcze sukienki:)

Takie refleksje mi się ponasuwały, kiedy patrzyłem, jak w Australian Open grały Belgijki Yanina Wickmayer i Justine Henin, obie zasadniczo na błękitno, jakże odlegle od czarno-czerwono-żółtych barw flagi belgijskiej. Zauważyłem w tym belgijskim pojedynku olbrzymie napięcie, jakby dla każdej z nich (i dla ich ekip) przeciwniczka była rywalką szczególną. Ale też przecież Justine Henin pochodzi z walońskiej części Belgii, a Yanina Wickmayer - z flamandzkiej, czyli reprezentują prawie że odrębne obozy, o niewielkiej wspólności barw.