Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: przeczytane

wtorek, 08 stycznia 2019

Nie bez zaskoczenia odnotowałem wczoraj pojawienie się w dyskusji (ponowne) tzw. zamku w Stobnicy, czyli 15-piętrowego budynku stylizowanego na średniowieczny zamek, wznoszonego na sztucznym stawie na skraju Puszczy Noteckiej.

Wokół tej budowy narosło wiele mitów, których wyjaśnianie nie jest celem tej notki - dla zainteresowanych powiem tylko, że miejsce budowy znajduje się na skraju Puszczy i obszaru ochrony ptaków w ramach sieci Natura 2000, kilometr dalej psa z kulawą nogą już by nie obchodziło, w jaki sposób taka sama inwestycja wpłynie na krajobraz ani na warunki bytowania ptaków chronionych (a z racji położenia w granicach Natura 2000 wymagane było przeprowadzenie specjalistycznych analiz). 

Zastanawiam się natomiast, co jest tak emocjonującego w formie tego budynku. Byłbym w stanie zrozumieć zaniepokojenie, gdyby miał mieć formę piramidy, pagody, Centrum Pompidou czy choćby banalnego wieżowca, nijak niepasującego do krajobrazu wiejsko-leśnego. Zamki (czy pałace) stały się jednak na swój sposób częścią krajobrazu od czasów średniowiecznych. Że nie będzie autentyczny? To przecież nie pretenduje do rangi zabytku (dzieła sztuki współczesnej, już być może).

A może problemem jest rozmiar? W najwyższym punkcie zamek ma nie osiągać 50 metrów, wiele bloków mieszkalnych jest wyższych, nie mówiąc o różnych biurowcach i hotelach. Że w miastach? A kto powiedział, że w miastach wolno, a poza miastami nie? Owszem, są plany zagospodarowania przestrzennego, akurat plan zagospodarowania tej konkretnej gminy pozwala na postawienie w tym miejscu budynku o wysokości 50 metrów. 

Do sedna przejdę. Temat wyskoczył mi, bo ktoś puścił w obieg tweeta redaktor Aleksandry J. (skazanej między innymi za aferę Rywina), który brzmiał: "Wielka przegrana państwa i mediów". W jaki sposób budowa tego zamku jest przegraną państwa, jeżeli przy realizacji inwestycji przestrzegano wszystkich przepisów (czy gdzieś nie ma jakiegoś mniejszego lub większego uchybienia, nie wiem, ale inwestor wiele lat wszystko przygotowywał, z tego co czytałem)? Czy państwo zakazuje budowy zamków ogólnie (nie o ile mi wiadomo)? Czy państwo powinno arbitralnie decydować co wolno, a co nie, inaczej niż stanowiąc prawo i je stosując w sposób przyjęty w demokratycznym państwie prawnym (mówimy państwo, myślimy władza)?

I teraz zostaje nam druga część rzeczonego tweeta: co do budowy zamków mają media? Oczywiście, media pełnią funkcję kontrolną, ale czy to znaczy, że rolą mediów jest ocena, co wolno robić? Zwłaszcza przenosząc to z poziomu oceny na poziom decydowania? Bo z tego tweeta bije przekonanie, że skoro media zajęły się tematem i uznały budowę za skandaliczną, to znaczy, że należało ją przerwać z uwagi na stanowisko "mediów", jako samozwańczego przedstawiciela opinii publicznej. 

Powstaje zatem pytanie: czy wolno w Polsce budować zamki, jeśli nie to dlaczego, względnie kto o tym decyduje? Słowo "zamki" można zastąpić oczywiście jakimkolwiek innym, "budować" zresztą też.

sobota, 22 grudnia 2018

Taką mamy burzliwą rzeczywistość, że wiecznie się ktoś o coś oburza. W tym tygodniu najbardziej zapadła mi w pamięć burza wokół urzędniczo-sędziowskiej samowoli w kontekście blokowania kont podatników. Sam nie jestem pewien czy bardziej złorzeczono urzędnikom skarbowym (zawsze się nawiną), czy sędziom (wiecie: kasta i te sprawy), padały słowa o konstytucji i brzydsze. A ponieważ nie każdy musi się wyznawać na niuansach (z dużą częścią prawników włącznie), to postanowiłem coś sobie o tym skrobnąć.

Zacznijmy więc od tego, że administracja skarbowa ma od kilku miesięcy system o złowrogo brzmiącej nazwie STIR (co rozwija się banalnie jako System Teleinformatyczny Izby Rozliczeniowej), do którego codziennie trafiają informacje o rachunkach wszystkich firm działających w Polsce (tak dla uproszczenia) i o wszystkich operacjach na tych rachunkach (jeśli chcieliście zakrzyknąć "permanentna inwigilacja!" to jest to całkiem niezły moment). Wszystkie te dane system analizuje szukając w operacjach bankowych, czy ktoś nie próbuje zorganizować jakiegoś wyłudzenia podatku - jakiejś karuzeli VAT czy co tam ostatnio jest modne.

Wyobraźmy sobie teraz, że system STIR zasygnalizował coś podejrzanego. W takiej sytuacji upoważniony urzędnik skarbowy (formalnie sam szef, w praktyce pracownik z odpowiednim upoważnieniem) analizuje posiadane dane czy ktoś nie organizuje wyłudzenia podatku. Jeśli dojdzie do wniosku, że faktycznie istnieje takie podejrzenie, to zadaje sobie kolejne pytanie - czy dla powstrzymania takiego wyłudzenia trzeba zablokować konto podejrzanej firmy (lub firm)? Jeżeli i ta odpowiedź jest twierdząca, wydaje postanowienie o zablokowaniu konta i przekazuje je bankowi. Aha - taka blokada może trwać 72 godziny...

Powiecie: i takie larum o 72 godziny? (bo oczywiście litania obejmowała "firmy padną od kont odcięte") Powiedzmy więc od razu dalej, że taka blokada może być oczywiście przedłużona, jeżeli przed upływem tych 72 godzin do banku wpłynie kolejne postanowienie - tym razem o przedłużeniu blokady nie dłużej niż na 3 miesiące. Tym razem jednak urzędnik skarbowy musi już mieć "uzasadnioną obawę" że firma spróbuje uciec z zapłatą podatku na kwotę co najmniej 10 tysięcy euro (nie wystarczy ta ogólna "możliwość wyłudzenia podatku"), i tę obawę opisać w postanowieniu. Aha - od obu postanowień przysługuje odwołanie, a potem skarga do sądu administracyjnego, i to w przyspieszonej ścieżce...

Zapewne i tak ktoś powie: ale co to za porządki żeby konta blokować, jak firma potrzebuje żyć! Otóż wbrew pozorom taka blokada (nawet trzymiesięczna) nie musi być przesadnie uciążliwa. Można bowiem złożyć wniosek o zgodę na zapłatę z zablokowanego konta pensji wraz ze składkami i zaliczkami na podatek od nich, lub - jeśli akurat taka jest potrzeba - podatku lub cła. Gwarancji otrzymania zgody nie ma, ale teoretycznie możliwości większe niż blokadzie konta w postępowaniu egzekucyjnym, a już na pewno jeszcze większe niż gdyby konto zostało zablokowane w związku z podejrzeniem przestępstwa. Ale, ale - czy wiedzieliście, że na 72 godziny to sam bank może zablokować konto jak będzie mieć uzasadnione podejrzenie że pieniądze na koncie mają związek z przestępstwem? A prokurator na podstawie "uzasadnionego podejrzenia" może konto zablokować na pół roku? 

Wróćmy teraz do naszego oburzenia. Jakaś firma, którą spotkała nieprzyjemność blokady, odwołała się do sądu* i twierdziła, że urzędnicy skarbowi powinni mieć dowody w postaci dokumentów lub świadków. Powyżej wspominaliśmy, że niezbędna jest "uzasadniona obawa" (wykazywalna jakimikolwiek dowodami), a nie twarde dowody jak w akcie oskarżenia (taka jest istota środków zabezpieczających, że uruchamia się je na podstawie podejrzeń, czy to w postępowaniu karnym, cywilnym czy podatkowym). Cóż, nikogo nie dziwi że prawnicy próbują przeforsować interes klienta na "kruczkach" proceduralnych.

A czy to narzędzie STIR stanowi zagrożenie dla "przysłowiowego" uczciwego podatnika? Spośród milionów kont polskich firm, urzędnicy skarbowi blokują... jedno na tydzień.

PS Dla ciekawych polecam: art. 119zv do 119zzc ordynacji podatkowej. Choć nie jest to porywająca lektura.

*PPS Jak się pisze po nocy i długo, to potem się nie zauważy zgubienia ważnej informacji - sąd potwierdził, że nie są potrzebne twarde dowody na konieczność blokady, co właśnie było źródłem oburzenia...

sobota, 01 grudnia 2018

Newsem tygodnia (a przynajmniej jego początku) było, że na zgniłym Zachodzie kobiety dla zachowania urody wcierają sobie w skórę serum robione z napletków niemowląt (pochodzących z obrzezania dzieci na pokornym Wschodzie, a konkretnie w Korei Południowej). 

Zadumałem się nad tym newsem. Po cóż ktoś miałby korzystać z czegoś tak obłąkanie brzmiącego, na dodatek w celu skutecznego działania poprzedzać to mikronakłuwaniem twarzy (podobno nieprzyjemnym) i płacić za to jednorazowo 500 funtów, odczekawszy dwa lata w kolejce?

A potem pomyślałem sobie, że jeśli dla kogoś uroda jest w pewien sposób narzędziem pracy - bo od wyglądu może zależeć, na jaki film uda się podpisać kontrakt i za jaką stawkę - to właściwie trochę nie dziwi, bo jeśli masz 45 lat i nadal chcesz wyglądać jak Kate Beckinsale w wieku 35 lat, to łatwo nie jest.

Nie wiem czy tym obrzezanym dzieciom współczuć, aczkolwiek jeśli i tak byłyby obrzezywane, to wykorzystanie tych napletków (zamiast ich utylizacji) już mnie szczególnie nie rusza.

czwartek, 06 września 2018

...a byłoby dobrze, żebyście wiedzieli.

1. Rejestr pedofilów nie istnieje.

Tak naprawdę istnieje Rejestr Sprawców Przestępstw na Tle Seksualnym. Mogą tam trafić sprawcy przestępstw zdefiniowanych w kodeksie karnym w rozdziale "Przestępstwa przeciwko wolności seksualnej i obyczajności". A i to nie wszystkich, choć chyba wszystkich tych, które popełniono ze szkodą dla "dziecka", czyli osoby niepełnoletniej (choć już niekoniecznie za posiadanie czy oglądanie pornografii dziecięcej). 

2. Dlaczego kogoś nie ma w rejestrze przestępców seksualnych?

Przede wszystkim rejestr składa się z dwóch części, nazwijmy je roboczo jawną i ukrytą. To, co można znaleźć na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości, stanowi tylko część jawną, do której w założeniu trafiają "najgorsi" przestępcy. Dla potrzeb tego wpisu określmy ich jako "pedofilów", czyli sprawców zgwałcenia (ach, ten język prawniczy - ale czasem trzeba) na osobach poniżej 15 roku, "brutalnych gwałcicieli", czyli takich, którzy działali ze szczególnym okrucieństwem, oraz "recydywistów", którzy raz siedzieli w więzieniu za przestępstwo seksualne i popełnili kolejne, a co najmniej raz dotyczyło to osoby niepełnoletniej (czyli może to być nawet handlarz pornografią z nastolatkami). Cała reszta natomiast trafia do części ukrytej, dostępnej m.in. dla sądów, ale także np. dla dyrektorów szkół czy szpitali dla dzieci, żeby wiedzieli czy nie zatrudnią osoby skazanej za przestępstwa seksualne.

3. Dlaczego jakiegoś pedofila czy gwałciciela nie ma w tym rejestrze?

Dochodzimy do punktu dającego podstawę do teorii spiskowych (one zresztą sprowokowały mnie do tej notki). Autorzy ustawy tworzącej rejestr przyjęli bowiem bardzo... statystyczną metodę rozstrzygania, czy ktoś powinien się w tym rejestrze (jawnym) znaleźć - poprzez odwołanie się do bardzo ściśle określonych przepisów kodeksu karnego. W przypadku "pedofilów" (rozumianych jak w pkt 2) jest to przepis artykułu 197, paragraf 3, punkt drugi. Nie każdy jednak wie, że paragraf trzeci został podzielony na punkty dopiero z dniem 8 czerwca 2010 roku, i dopiero od tego momentu istnieje szczególna kategoria "zgwałcenia pedofilskiego". Jeżeli więc przed tym dniem ktoś dopuszczał się nawet seryjnych gwałtów na dzieciach, w rejestrze (jawnym) się nie znajdzie. Co do "brutalnych gwałtów" (ze szczególnym okrucieństwem) - tu z kolei decyduje przepis paragrafu 4, który w artykule 197 wprowadzono 26 września 2005 roku, choć taka odmiana zgwałcenia jest znana kodeksowi od momentu jego uchwalenia (ale wcześniej była w innym paragrafie). Co ciekawe, można trafić do rejestru za gwałt ze szczególnym okrucieństwem popełniony w okresie obowiązywania poprzedniego kodeksu, czyli przed 1 września 1998 roku... 

4. To kto właściwie jest w tym rejestrze?

Dochodzimy do miejsca, w którym w pewien sposób robi się smutno (choć dziwnie może wyglądać smutek nad skazanymi za przestępstwa seksualne). W rejestrze są bowiem po prostu osoby, które w wyroku skazującym mają wymienione określone przepisy kodeksu (wyrok karny wymienia wszystkie przepisy, które stanowiły podstawę skazania). W poprzednim punkcie wyjaśniliśmy, że utrafienie w odpowiednią kombinację numerków może kogoś z rejestru wykluczyć. Inna "pechowa" kombinacja może kogoś do rejestru wtrącić. Kiedy przeglądałem różne wpisy w rejestrze, wielokrotnie widziałem osoby, które w chwili przestępstwa były w wieku najwyżej licealnym (jeden chłopak nie miał chyba nawet 16 lat), ofiara mogła chodzić do tej samej szkoły, ale nie miała 15 lat - i tak oto sprawca stawał się sprawcą szczególnej kategorii, "pedofilem".

5. Czy to znaczy, że ktoś w rejestrze pedofilów i gwałcicieli w ogóle nie jest pedofilem lub gwałcicielem?

Było już wyjaśnione, że dla rejestru liczą się numerki przepisów. W rejestrze można znaleźć między innymi kobiety oraz osoby z niewielkimi wyrokami (także w zawieszeniu) - ale mające w podstawie prawnej skazania bardzo określone przepisy. Może się to zdarzyć, jeżeli ktoś np. w jakiś sposób pomagał tylko innym w gwałcie.

6. Czy mimo wszystko można kogoś do rejestru nie wpisać?

Teoretycznie tak. Decyduje o tym sąd, który sądził daną sprawę. W przypadkach przestępców wpisywanych do rejestru jawnego można tak zdecydować tylko w wyjątkowym przypadku dla dobra małoletniego pokrzywdzonego.

7. A czy kogoś można z rejestru wykreślić?

Z rejestru jawnego w zasadzie tylko po śmierci.

8. A tak właściwie to po co jest ten jawny rejestr?

A tak właściwie to nie wiem.

23:34, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 sierpnia 2018

Wyjeżdżając na morze rejestrowałem kolejne okruchy i odpryski narodowej debaty o parawanach, słuchając argumentów o ich niepodważalnej polskości na tle świata, o ich niepodważalnej praktyczności nad polskim morzem, o tym jak... A potem chodziłem plażą, w dni spokojne i bardzo wietrzne, obserwowałem jak ludzie tę plażę zaludniają w mniejszym lub większym stopniu (w zależności od dnia i miejsca). I obserwując (zamiast mijać tylko), dostrzegałem coraz więcej i więcej.

Zacząć trzeba od truizmu, że parawan parawanowi nierówny, zwłaszcza jeśli chodzi o długość. Są parawaniki na trzy segmenty, widziałem jednak i monstra obejmujące segmentów dziewięć, z takim wielkim to aż trudno nie zająć sporego fragmentu plaży lub nie grodzić się wielostronnie. Nie mam pojęcia (w sklepach nie patrzyłem), na ile wybór wielkości jest pochodną świadomej decyzji, a na ile akurat dostępnego asortymentu i wyłapanej promocji. Rozważania o rozmiarze stają się jednak bezprzedmiotowe, kiedy ktoś buduje swoją palisadę z trzech parawanów (różnobarwnych), bo i takie przypadki widziałem.

Podobnoż główną funkcją parawanu na polskiej plaży jest ochrona przed wiatrem. Przyznam, że czasem nawet widziałem parawany stawiane w poprzek wiatru (zwykle takie mniejsze) i ludzi chowających się za parawanem. Uczciwie przyznam też, że nie widziałem, aby ktoś osłonił się od wszystkich stron z wyjątkiem nawietrznej... ale też byłoby to rzadkiej wody osiągnięcie. W praktyce dominowało osłanianie się z trzech stron, a nawet z trzech i pół, pozostawiając tylko wąskie wejście od strony morza (wiatr wbrew pozorom najczęściej wiał wzdłuż brzegu, nie od morza).

Za parawanowym ogrodzeniem można było znaleźć wiele: koce/ręczniki, namiociki do chowania się przed słońcem/wiatrem, pustą przestrzeń... Pamiętam nawet fascynujące przypadki, kiedy parawan służył do starannego ogrodzenia (z wszystkich możliwych stron) jednoosobowego ręcznika plażowego, tworząc swoistą izolatkę. O dziwo, niekoniecznie parawany były od spodu starannie zabezpieczane nadsypaniem piasku na materiał, przez co nie chroniły od piasku naniesionego przez wiatr lub przechodzącego plażowicza.

Na swojej nadmorskiej kwaterze znalazłem w kącie parawan. Do dziś nie wiem z ilu segmentów się składał.

11:25, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 sierpnia 2018

Unikam pisania o polityce (bo działa na nerwy). Unikam pisania o powstaniu warszawskim (bo - z całym szacunkiem dla bohaterstwa i cierpienia zainteresowanych - jest to zdarzenie lokalne, któremu na siłę przypisuje się Znaczenie Symboliczne). Ostatnio trudno jednak było się poruszać po internecie tak, żeby nie natrafić na jakieś wypowiedzi dotyczące powstania, czy to gloryfikujące, czy to demitologizujące.

Przyznam, że historię powstania przestałem zgłębiać po przeczytaniu w zamierzchłych czasach monografii Bartelskiego (beletrystyki nie liczę) i dlatego ten tekst przyciągnął mnie swoim nagłówkiem (może też zirytował podtytuł o "pięciu latach przygotowania", będący dość ordynarnym skrótem myślowym). Przeczytałem i popadłem w namysł: dlaczego dowództwo wepchało swoich podwładnych w najgorszy bajzel? Głupota, czy prowokacja?

A potem zaczęła mnie kłuć myśl, że dokładnie to samo odczuwam obecnie: aktualna władza prawie wszystko robi tak, żeby wepchać nas w najgorszy bajzel. Stan armii jest taki, że wkrótce oddziały powstańcze będą jej dorównywać. Geopolitycznie pogrążamy się w bagnie, z którego sami się nie wyciągniemy (wiara w barona Munchhausena nie jest mądra). O sytuacji ustrojowej i podziałach w społeczeństwie nawet nie chcę wspominać...

Nie chcę wyciągać wniosków. Pchają mi się do głowy rozmaite tropy kulturowe, ale optymizm Zorby nie pasuje do władzy absolutnie. Raczej mam wrażenie że to tkwiące w zakamarkach łbów zachwyty nad samobójczymi szarżami kawaleryjskimi (które posiadacze łbów będą oczywiście śledzić z Zaleszczyk).

11:41, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 lipca 2018

Wczoraj popołudniu doszło do tzw. zaciemnienia Wikipedii. Polega to na tym, że gdy otworzymy dowolne hasło, to po chwili następuje przekierowanie do strony zawierającej "Stanowisko wikipedystów w kwestii dyrektywy o prawach autorskich". A że temat ten śledzę od pewnego czasu, to załamałem nieco ręce i postanowiłem na tym przykładzie pokazać, w jak ślepe uliczki brnie dyskusja na ten temat. 

Ponieważ oświadczenie wkrótce zapewne zniknie, będę analizował jego tekst fragmentami.

"5 lipca 2018 Parlament Europejski zdecyduje w głosowaniu, czy propozycję dyrektywy dotyczącej praw autorskich wystarczy procedować przez odpowiednią komisję, czy należy ją przegłosować plenarnie. Jeżeli nastąpi to pierwsze, a proponowana dyrektywa zostanie przyjęta w brzmieniu zaakceptowanym przez komisję JURI, otwartość Internetu będzie poważnie zagrożona."

Oznacza to w pewnym skrócie: przez ostatnie 20 miesięcy komisje Parlamentu obradują nad projektem wniesionym przez Komisję Europejską. Komisją wiodącą jest komisja prawodawcza (JURI), swoje propozycje zgłosiły też inne komisje, 29 czerwca komisja JURI przekazała swój finalny projekt (ilość naniesionych poprawek liczy się w tysiącach), a zatem pytanie brzmi: czy półtora roku pracy miało znaczenie, czy zaczynamy od nowa. O "zagrożeniu otwartości Internetu później", bo na razie to tylko hasło.

"Aktualna treść dyrektywy nie aktualizuje prawa autorskiego w Europie i nie promuje uczestnictwa w społeczeństwie obywatelskim."

Gdyż - uwaga - dyrektywa dotyczy praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym i będzie jedną z wielu dyrektyw unijnych dotyczących prawa autorskiego. Czyli jest to zarzut typu "zmieniacie zasady opieki nad dziećmi, a nie wprowadzacie małżeństw jednopłciowych". 

"a zagraża wolności online i tworzy przeszkody w dostępie do Sieci. Wprowadza nowe ograniczenia, filtry i restrykcje."

Jest to co do zasady nieprawda, chyba że przez "wolność online" ktoś rozumie prawo do naruszania cudzych praw autorskich. Jest to dość intrygujące w świetle zasad Wikipedii, która przestrzega cudzych praw autorskich. Dyrektywa w ogóle nie zajmuje się dostępem do sieci, a "ograniczenia i restrykcje" jakie wprowadza, to zakaz zarabiania na cudzych tekstach prasowych bez zapłacenia wydawcom tych tekstów oraz środki mające zablokować zarabianie na cudzych utworach (w praktyce na piosenkach, filmach i serialach). O "filtrach" później.

"Jeżeli propozycja zostanie przyjęta w obecnej formie, dzielenie się wiedzą encyklopedyczną w sieciach społecznościowych, czy znajdowanie artykułów w wyszukiwarkach może nie być możliwe. Wikipedia także będzie zagrożona."

Zapomnieli dodać, że encyklopedie internetowe (takie jak Wikipedia) i ogólnie projekty niekomercyjne (w tej wersji projektu, która została przekazana Parlamentowi pod głosowanie) są wyłączone spod dyrektywy, a przynajmniej spod tych postanowień, które najgłośniej zwalczają. Co mieli na myśli o znajdowaniu artykułów w wyszukiwarkach... dalibóg, ciężko zgadnąć.

"Przeciw propozycji już zdecydowanie sprzeciwiło się ponad 70 programistów, w tym także twórca sieci, Tim Berners-Lee, 169 naukowców i badaczy, 145 organizacji zajmujących się prawami człowieka, wolnością słowa, badaniami naukowymi, a także branża technologiczna, Wikimedia Foundation, organizacja non-profit, która opiekuje się, między innymi, tą darmową encyklopedią."

70 programistów to faktycznie ważny głos, przepraszam za ironię. Nawet jeśli wśród nich jest TBL, który ostatnio przyznał, że jest załamany tym, jak internet nie działa tak jak sobie wymyślił 30 lat temu. Ale wróćmy do meritum.

"Z tych powodów polskojęzyczna Wikipedia zdecydowała się na zaciemnienie wszystkich swoich stron na 24 godziny (do godz. 15.00 5 lipca 2018). Chcemy nadal oferować darmową, otwartą, społecznościową encyklopedię opartą na weryfikowalnych źródłach"

W czym nowa dyrektywa nijak nie przeszkadza: ani w części dotyczącej oferowania encyklopedii, ani oparcia jej na weryfikowalnych źródłach. 

"Wzywamy wszystkich członków i członkinie Parlamentu Europejskiego, aby głosowali przeciwko zawężeniu procedowania dyrektywy do dedykowanej komisji, aby w trakcie dyskusji plenarnej wrócono do rozmów i rozważono liczne propozycje zmian, pochodzących między innymi od organizacji ruchu Wikimedia"

Czyli aby wyrzucić do kosza półtora roku pracy, bo projekt po rozważeniu setek propozycji nie jest zgodny z oczekiwaniami jednej organizacji (w której działalności akurat dyrektywa nijak nie będzie przeszkadzać).

"aby usunięto artykuły 11 i 13"

I tu okazuje się być pies pogrzebany. Artykuł 11 wprowadza prawo wydawców do uczciwego i proporcjonalnego wynagrodzenia za używanie  w formie cyfrowej opublikowanych przez nich tekstów (jak wyżej - żeby ktoś za darmo nie zarabiał na cudzych prawach). Nikt nie wspomniał o tym, że zastosowanie będą mieć zasady dozwolonego użytku, ani że wyraźnie podkreślono prawo do prywatnego i niekomercyjnego korzystania z publikacji, ani wreszcie że (dla uniknięcia przesadzonych wątpliwości) wyraźnie zapisano w projekcie, że wynagrodzenie nie należy się za umieszczanie linków (powszechnie i myląco o artykule 11 pisano jako o wprowadzającym "podatek od linków" i wielu ludzi w to rzeczywiście uwierzyło, że będzie musiało płacić, jak chcą umieścić linka na stronie). Artykuł 13 z kolei nakazuje, że "platformy", na których użytkownicy umieszczają pliki zawierające treści chronione prawem autorskim (piosenki, filmiki, obrazki, teksty, programy...), mają obowiązek zapewnić, że nie będzie to naruszało praw autorskich osób uprawnionych (biorąc pod uwagę, że Wikipedia nie zamieszcza takich plików, to można sobie zadać pytanie jak to miałoby Wikipedii przeszkadzać). Nie ma jednak informacji, jak bardzo w finalnym projekcie zabezpieczono zwykłych użytkowników sieci przed ewentualnymi nadużyciami (bo nie pasowałoby do konceptu "zagrożeń", nieprawdaż?) - zakazano co do zasady filtrowania całości treści, nakazano ograniczenie mechanizmów ochronnych do tego, co zgłoszą osoby posiadające prawa autorskie, wprowadzono obowiązek wykazania przez zgłaszających, że posiadają prawa autorskie do utworów nielegalnie zamieszczonych, zagwarantowano kontrolę sądową... Wiedzieliście o tym? No właśnie, ciekawe dlaczego w komunikacie Wikipedii (pardon: wikipedystów) o tym nie napisano.

"jak i aby poszerzono wolność panoramy na całą Unię Europejską"

Abstrahując od zasadności postulatu, jest to znów żądanie "skoro zajmujemy się regulacją uprawy ziemniaków, to wprowadźmy wolność uprawiania konopi".

"i poddano domenę publiczną większej ochronie"

Oraz żeby było ogólnie fajnie (bo inaczej zamkniemy Wikipedię).

Generalnie zamiast przekazywać rzetelną informację, to tym komunikatem Wikipedia szerzy ciemnotę. Smutne.

PS Dla zaciekawionych faktami:
- ostatni projekt z 25 maja 2018 roku (tylko w formacie PDF)
https://eur-lex.europa.eu/legal-content/EN/TXT/?uri=consil:ST_9134_2018_INIT
- ostateczne propozycje poprawek z 29 czerwca 2018 roku, przedłożone Parlamentowi
http://www.europarl.europa.eu/sides/getDoc.do?type=REPORT&mode=XML&reference=A8-2018-0245&language=EN#title2

środa, 24 stycznia 2018

Odwiedzam regularnie pewne miejsce, średnio raz w tygodniu. Wchodzę po schodach, oglądając przy okazji wszystko co postanowi ogłosić znajdująca się obok instytucja publiczna, wywieszone w gablotach, na ścianach lub na rozległych szybach portierni, bo różne ciekawe rzeczy można tam natrafić, niekoniecznie urzędowe.

Od kilku co najmniej tygodni w oczy rzuca mi się - choć nienachalnie umieszczony - plakat z uśmiechniętą młodą kobietą w mundurze. Za pierwszym razem aż specjalnie podszedłem, żeby się upewnić, czy dobrze widzę - mundur jest wojskowy, z ciemnozielonym beretem (mam głębokie braki w zakresie współczesnej polskiej wojskowości, więc nie wiem czy to piechota czy inna formacja). W dolnej części zdjęcia duży napis "ZAPROJEKTUJ SWOJĄ PRZYSZŁOŚĆ" i link do strony reklamowej MON oraz króciutka informacja zachęcająca. 

plakat rekrutacyjny MON zaprojektuj swoją przyszłość

Samo zachęcanie do kariery wojskowej to nic złego ani nowego, nawet można przyklasnąć, że ten plakat jest skierowany jest do dziewczyn. Tyle że w czasie kiedy go pierwszy raz zobaczyłem, czytałem historie o tym jak wybrańcy Dobrej Zmiany blokują żołnierkom nie tylko kariery, ale nawet elementarną sprawiedliwość. I jakieś bardzo smutne słowa cisnęły mi się na usta o tym co może czekać dziewczyny, które w to hasło z plakatu uwierzą. Na szczęście dziś okazało się, że nowy minister (dobrozmianowy, oczywiście) zaczyna robić trochę porządku, więc i motywacja do napisania się znalazła. 

20:37, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »
niedziela, 07 stycznia 2018

Huknęło ostatnio (pun not intended) że nagle oto Rzeczpospolita Myśliwska jednogłośnie przyznała myśliwym szczególne uprawnienia. Według dominującej narracji (której głównym chyba reprezentantem jest Adam Wajrak, fakt, pewnie ma wiele kontaktów z myśliwymi) myśliwy na polowaniu może każdego przegonić z pola czy lasu, choćby to był prywatny las bądź prywatne pole. A jak jest naprawdę?

Zacznijmy od wyjaśnienia, co jest źródłem problemu. W grudniu ub. roku parlament procedował w trybie pilnym ustawę mającą na celu zwalczanie chorób zakaźnych zwierząt (pod wpływem szerzącej się wśród dzików choroby o wdzięcznej nazwie afrykański pomór świń), uchwalił ją w ciągu kilku dni (projekt wpłynął w piątek 8 grudnia, procedowano go od poniedziałku 11 grudnia, uchwalono jednogłośnie w czwartek 14 grudnia). W projekcie znalazły się drobne nowelizacje prawa łowieckiego, mające wspierać zwalczanie rzeczonego pomoru, przeszły przez Sejm i Senat w kształcie nietkniętym, tak zostały podpisane. Jednym z nowych przepisów jest wprowadzenie wykroczenia "kto umyślnie utrudnia lub uniemożliwia wykonywanie polowania, podlega karze grzywny"...

I właśnie. Na pewno ten przepis penalizuje wszystkie akcje świadomego protestu (w uzasadnieniu projektu zresztą piszą o tym czarno na białym). O ile jednak w uzasadnieniu mowa o "celowym utrudnianiu i uniemożliwianiu", z powołaniem na "kilkadziesiąt akcji osób,których celem było uniemożliwienie...", o tyle w samym przepisie nie użyto słowa "celowo" (zamiar bezpośredni), lecz "umyślnie", a to zgodnie z art. 6 paragraf 1 kodeksu wykroczeń oznacza, że karalne jest nie tylko celowe utrudnianie/uniemożliwianie, ale także dokonanie tego w zamiarze ewentualnym, czyli "przewidując możliwość utrudnienia/uniemożliwienia wykonania polowania się na to godzi". Cóż to może oznaczać w praktyce? Właśnie - hipotetycznie - sytuację, w której jesteśmy w lesie na grzybach czy na łące na spacerze (nie mówiąc o kopaniu ziemniaków na polu), kiedy woła na nas myśliwy, że on tu poluje i żeby mu nie przeszkadzać; od tego momentu potencjalnie mamy świadomość, że trwa polowanie i że obiektywnie możemy w nim przeszkodzić, a zatem jeśli nie przerwiemy tego co robimy, to "godzimy się z myślą, że..." 

I tu niektórzy stawiają kropkę, a ja postawię znak zapytania. Nie jestem wprawdzie ekspertem od prawa łowieckiego, ale nie znajduję w tej ustawie żadnych zasad określających, gdzie i kiedy następuje polowanie (wiadomo jedynie - jeżeli ktoś się postara i poszuka -  gdzie znajdują się obwody łowieckie, czyli obszary na których wolno polować, bo ich granice są ustalane przez sejmik wojewódzki), ani z jakiego powodu prawo myśliwego do polowania przeważa nad innymi prawami: prawem właściciela do korzystania ze swojej własności (Trybunał Konstytucyjny orzekł w wyroku z 10 lipca 2014 roku, że sam fakt, że właściciela gruntu leżącego na obszarze obwodu łowieckiego, nikt nie pyta o zdanie, jest już nadmiernym naruszeniem jego prawa własności), prawem obywatela do poruszania się, korzystania z przestrzeni publicznej czy wypoczynku i rekreacji. Taki wyraźny konflikt wartości będzie musiał być rozważony przez sąd rozpatrujący wniosek o ukaranie - czy piknik na leśnej polanie jest mniej wart od polowania w okolicy tej polany? Bo jeżeli obywatel nie wie (i nie ma jak się dowiedzieć), że koło danej polany planowane jest polowanie, to ma święte prawo sobie na niej ten piknik zaplanować, i to myśliwy w takiej sytuacji powinien dostosować swoje miejsce polowania do pikniku (jeśli przyjdzie później), a nie na odwrót. 

We wzmiankowanym wyroku Trybunał dał wyraźnie do zrozumienia, że problemu konstytucyjności przepisów łowieckich ledwie musnął i że parlament ma wiele do zrobienia w tej kwestii. Jutro zdaje się ma być głosowana nowelizacja prawa łowieckiego... ale nie wiem, na ile ta nowelizacja wpłynie na powyższe rozważania. Sądy w każdym razie mogą mieć co robić, ale nie dajmy się zwariować. Myśliwi nie stali się suwerenami pola i lasu.

17:02, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (5) »
sobota, 30 grudnia 2017

Wstałem rano, wyglądało na ładny dzień, zacząłem się zbierać do sklepu, bo świeży chleb z rana jak śmietana (a długi weekend za pasem). Zerknąłem jakoś z głupia frant na termometr i aż zesztywniałem, bo zobaczyłem słupek na wysokości minus osiem. Poszedłem, a jakże, lecz później nader niechętny byłem myślom o wychodzeniu, póki za parę godzin nie zoczyłem co najmniej zera. A mimo że dzionek słoneczny, to do czternastej szron na szybach auta nie puścił i musiałem drapać.

Za Oceanem też zimno, a nawet bardziej. W Fargo (gdzie wszystko się może zdarzyć) przewidują minus trzydzieści, tylko patrzeć czy Niagara zamarznie. Na razie zamarzają rekiny, tzn. tracą rozum w nazbyt zimnej wodzie, dają się wyrzucić na brzeg i tam... na kość (nie kupujcie w najbliższym czasie okazyjnie tanich mrożonych rekinów atlantyckich).

Nawet nad Zatoką Meksykańską zimno, na szczęście nie aż tak jak rekinom, ale żółwie się odławia do basenów z ciepłą wodą. Ludzie będą musieli jakoś przetrwać w domach, Nowy Rok powita mieszkańców Houston nocnymi mrozami.

Trzymajcie cię ciepło w Nowym Roku.

23:31, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8