Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: przeczytane

niedziela, 07 stycznia 2018

Huknęło ostatnio (pun not intended) że nagle oto Rzeczpospolita Myśliwska jednogłośnie przyznała myśliwym szczególne uprawnienia. Według dominującej narracji (której głównym chyba reprezentantem jest Adam Wajrak, fakt, pewnie ma wiele kontaktów z myśliwymi) myśliwy na polowaniu może każdego przegonić z pola czy lasu, choćby to był prywatny las bądź prywatne pole. A jak jest naprawdę?

Zacznijmy od wyjaśnienia, co jest źródłem problemu. W grudniu ub. roku parlament procedował w trybie pilnym ustawę mającą na celu zwalczanie chorób zakaźnych zwierząt (pod wpływem szerzącej się wśród dzików choroby o wdzięcznej nazwie afrykański pomór świń), uchwalił ją w ciągu kilku dni (projekt wpłynął w piątek 8 grudnia, procedowano go od poniedziałku 11 grudnia, uchwalono jednogłośnie w czwartek 14 grudnia). W projekcie znalazły się drobne nowelizacje prawa łowieckiego, mające wspierać zwalczanie rzeczonego pomoru, przeszły przez Sejm i Senat w kształcie nietkniętym, tak zostały podpisane. Jednym z nowych przepisów jest wprowadzenie wykroczenia "kto umyślnie utrudnia lub uniemożliwia wykonywanie polowania, podlega karze grzywny"...

I właśnie. Na pewno ten przepis penalizuje wszystkie akcje świadomego protestu (w uzasadnieniu projektu zresztą piszą o tym czarno na białym). O ile jednak w uzasadnieniu mowa o "celowym utrudnianiu i uniemożliwianiu", z powołaniem na "kilkadziesiąt akcji osób,których celem było uniemożliwienie...", o tyle w samym przepisie nie użyto słowa "celowo" (zamiar bezpośredni), lecz "umyślnie", a to zgodnie z art. 6 paragraf 1 kodeksu wykroczeń oznacza, że karalne jest nie tylko celowe utrudnianie/uniemożliwianie, ale także dokonanie tego w zamiarze ewentualnym, czyli "przewidując możliwość utrudnienia/uniemożliwienia wykonania polowania się na to godzi". Cóż to może oznaczać w praktyce? Właśnie - hipotetycznie - sytuację, w której jesteśmy w lesie na grzybach czy na łące na spacerze (nie mówiąc o kopaniu ziemniaków na polu), kiedy woła na nas myśliwy, że on tu poluje i żeby mu nie przeszkadzać; od tego momentu potencjalnie mamy świadomość, że trwa polowanie i że obiektywnie możemy w nim przeszkodzić, a zatem jeśli nie przerwiemy tego co robimy, to "godzimy się z myślą, że..." 

I tu niektórzy stawiają kropkę, a ja postawię znak zapytania. Nie jestem wprawdzie ekspertem od prawa łowieckiego, ale nie znajduję w tej ustawie żadnych zasad określających, gdzie i kiedy następuje polowanie (wiadomo jedynie - jeżeli ktoś się postara i poszuka -  gdzie znajdują się obwody łowieckie, czyli obszary na których wolno polować, bo ich granice są ustalane przez sejmik wojewódzki), ani z jakiego powodu prawo myśliwego do polowania przeważa nad innymi prawami: prawem właściciela do korzystania ze swojej własności (Trybunał Konstytucyjny orzekł w wyroku z 10 lipca 2014 roku, że sam fakt, że właściciela gruntu leżącego na obszarze obwodu łowieckiego, nikt nie pyta o zdanie, jest już nadmiernym naruszeniem jego prawa własności), prawem obywatela do poruszania się, korzystania z przestrzeni publicznej czy wypoczynku i rekreacji. Taki wyraźny konflikt wartości będzie musiał być rozważony przez sąd rozpatrujący wniosek o ukaranie - czy piknik na leśnej polanie jest mniej wart od polowania w okolicy tej polany? Bo jeżeli obywatel nie wie (i nie ma jak się dowiedzieć), że koło danej polany planowane jest polowanie, to ma święte prawo sobie na niej ten piknik zaplanować, i to myśliwy w takiej sytuacji powinien dostosować swoje miejsce polowania do pikniku (jeśli przyjdzie później), a nie na odwrót. 

We wzmiankowanym wyroku Trybunał dał wyraźnie do zrozumienia, że problemu konstytucyjności przepisów łowieckich ledwie musnął i że parlament ma wiele do zrobienia w tej kwestii. Jutro zdaje się ma być głosowana nowelizacja prawa łowieckiego... ale nie wiem, na ile ta nowelizacja wpłynie na powyższe rozważania. Sądy w każdym razie mogą mieć co robić, ale nie dajmy się zwariować. Myśliwi nie stali się suwerenami pola i lasu.

17:02, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (5) »
sobota, 30 grudnia 2017

Wstałem rano, wyglądało na ładny dzień, zacząłem się zbierać do sklepu, bo świeży chleb z rana jak śmietana (a długi weekend za pasem). Zerknąłem jakoś z głupia frant na termometr i aż zesztywniałem, bo zobaczyłem słupek na wysokości minus osiem. Poszedłem, a jakże, lecz później nader niechętny byłem myślom o wychodzeniu, póki za parę godzin nie zoczyłem co najmniej zera. A mimo że dzionek słoneczny, to do czternastej szron na szybach auta nie puścił i musiałem drapać.

Za Oceanem też zimno, a nawet bardziej. W Fargo (gdzie wszystko się może zdarzyć) przewidują minus trzydzieści, tylko patrzeć czy Niagara zamarznie. Na razie zamarzają rekiny, tzn. tracą rozum w nazbyt zimnej wodzie, dają się wyrzucić na brzeg i tam... na kość (nie kupujcie w najbliższym czasie okazyjnie tanich mrożonych rekinów atlantyckich).

Nawet nad Zatoką Meksykańską zimno, na szczęście nie aż tak jak rekinom, ale żółwie się odławia do basenów z ciepłą wodą. Ludzie będą musieli jakoś przetrwać w domach, Nowy Rok powita mieszkańców Houston nocnymi mrozami.

Trzymajcie cię ciepło w Nowym Roku.

23:31, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 października 2017

Opisując projekt nowej ustawy o "jawności" życia publicznego, Wojciech Klicki z Fundacji Panoptykon odniósł się między innymi do planowanej instytucji "uporczywego żądania udzielenia informacji" (mającej uzasadniać odmowę udzielenia informacji) i napisał na Twitterze, że to jak utrudnianie przez chorowitego pracy lekarzom, co miałoby uzasadniać odmowę leczenia go. Nawet poglądowy obrazek zamieścił:

Wojciech Klicki Panoptykon jawność uporczywie porównanie

Ponieważ dostrzegłem wadliwość tego porównania, jako patentowany upierdliwiec podjąłem dyskusję, w toku której padł argument, że udzielanie informacji publicznej jest takim samym obowiązkiem jak inne. A że dyskusja na TT z racji na limity znaków (nawet jak ktoś ma podwójny limit 280, ja nie korzystam) jest wysoce utrudniona, to postanowiłem rozwinąć to już poza Twitterem. Zaznaczmy z góry, że nie będzie to analiza, czy takie ograniczenie z powodu "uporczywości" powinno istnieć ani jaki mieć kształt, bo to temat na zupełnie inną analizę (dość powiedzieć, że można śmiało sobie instytucji dostępu do informacji publicznej ponadużywać - jakkolwiek niektórzy twierdzą że takie nadużywanie to trochę żelazny wilk - ale każde zabezpieczenie przed takim nadużyciem może zostać nadużyte w celu niegodnym i wyjdzie jak z zarządzeniem pułkownika Korna, że zadawać pytania mogą tylko ci, co nigdy nie zadają pytań, if you know what I mean).

Zasadniczym celem służby zdrowia jest leczenie pacjentów. Zasadniczym celem administracji jest załatwianie spraw obywateli. Przy okazji leczenia pacjentów służba zdrowia ma też inne obowiązki, takie jak np. prowadzenie sprawozdawczości dla NFZ czy udostępnianie pacjentom prowadzonej przez siebie dokumentacji medycznej dotyczącej ich leczenia. Przy okazji załatwiania spraw obywateli administracja ma też inne obowiązki, takie jak archiwizowanie dokumentacji związanej z załatwianymi sprawami oraz udostępnianie obywatelom informacji publicznej. W porównaniu Klickiego te materie zostały wyraźnie pomieszane (może dlatego, że zajmujący się głównie jawnością widzą dostęp do informacji publicznej jako zadanie bardziej główne, niż uboczne). Porównując, co jest obowiązkiem podstawowym, a co dodatkowym (niepomijalnym, oczywiście), dochodzimy bowiem do logicznego wniosku, że w porównaniu do służby zdrowia odpowiednikiem "poważnie chorego" w urzędzie jest petent ze skomplikowaną, wielowątkową sprawą. Odpowiednikiem zaś człowieka, który miałby "uporczywie" składać wnioski o dostęp do informacji publicznej, będzie pacjent, który raz za razem przychodzi, żeby skopiować mu fragment jego dokumentacji medycznej (do czego ma pełne prawo) - angażując w ten sposób czas pracowników szpitala czy przychodni. Czy to wpływa na sprawność leczenia pacjentów - to oczywiście zależy od częstotliwości przychodzenia i zakresu kopiowanej dokumentacji, może w sposób pomijalny, a może znaczący...

Oczywiście można było zamiast pacjenta próbować podstawić NFZ z jego żądaniami, ale to też byłoby chybione porównanie, bo odpowiednikiem NFZ byłby jednak dowolny organ kontrolujący.

czwartek, 19 października 2017

Dzień bez skandalu lub skandaliku to dzień stracony, wydają się myśleć w mediach, więc każda sprawa się nada. Dziś rano huknęła sprawa "córki ministra", o której napisał "Fakt", snując narrację że "córka ministra przejęła kamienicę" (Polskie Radio zdążyło już do tego dorzucić, że "nielegalnie"). Chodzi o ministra sprawiedliwości z rządu Tuska, więc sami wicie, rozumicie...

Ponieważ tekst jest w szczegóły skąpy, natychmiast zacząłem z ciekawości rejestrować kluczowe pytania:
- skoro o zwrot kamienicy wystąpiło dwóch adwokatów, w tym "córka która została kuratorem", to w czyim imieniu składany był wniosek? 
- czy "córka" została zgłoszona jako kandydat na kuratora przez drugiego adwokata, czy została wybrana przez sąd samodzielnie?
- kiedy został złożony wniosek, kiedy został ustanowiony kurator (podobno w 2008), kiedy wydano decyzję zwrotową, kiedy zwrócono nieruchomość (podobno również w 2008, choć Alfa i Omega Śpiewak twierdził na Twitterze, że w 2010)?
- czy z akt sprawy lub z księgi wieczystej wynikał wiek byłego właściciela (urodzony w 1889, zmarł w 1958) połowy nieruchomości, któremu "córka" była kuratorem?
- co się dokładnie stało z byłym właścicielem, skoro zainteresowani mieszkańcy ustalili to dopiero po kilkuletnim śledztwie, czy w ogóle był z Warszawy?
- czy nieruchomość wydano "córce" skoro reprezentowała ona tylko właściciela połowy kamienicy?
- czy znaleźli się spadkobiercy byłego właściciela połowy reprezentowanego przez "córkę" (tak przynajmniej wynika z jej wypowiedzi) i jeśli tak, to kto został pokrzywdzony w tej sprawie? 

Krótka kwerenda w Google udziela przynajmniej częściowych odpowiedzi:
- o zwrot wystąpili spadkobiercy drugiej współwłaścicielki tej nieruchomości, żydowskiego pochodzenia sądząc z nazwisk, reprezentowani przez adwokata z Krakowa,
- wniosek został złożony prawdopodobnie w roku 2008, w tym samym roku Samorządowe Kolegium Odwoławcze wydało decyzję o zwrocie (później w 2016 roku uchyloną przez sąd administracyjny), zatem do ustanowienia kuratora musiało dojść zapewne w tym samym roku 2008,
- nie wiadomo, czy kiedykolwiek doszło do fizycznego przekazania nieruchomości (figuruje w wykazie nieruchomości objętych roszczeniami, sporządzonym na koniec roku 2014, a w tekście GPC z roku 2016 lokatorzy wciąż się tego"obawiali")

Mamy więc dość przewidywalną sytuację, w której goni się króliczka, nie przejmując się zupełnie tym, że króliczek grzecznie siedzi i patrzy w osłupieniu na to co się dzieje.

Najciekawsze własne pytanie zostawiłem na koniec: skąd właściwie świeżo upieczona (egzamin i ślubowanie w 2007) krakowska adwokat wzięła się w sądzie warszawskim i została wyznaczona na kuratora? Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby postępowanie w sprawie kuratora dla nieobecnego właściciela było prowadzone w sądzie krakowskim, być może właściciele warszawskiej nieruchomości byli z Krakowa (same procedury zwrotowe już oczywiście w Warszawie). 

Niestety, pełnych odpowiedzi dla Państwa nie mam, ponieważ Fakt, Śpiewak czy Polskie Radio faktami są zainteresowani najmniej.

PS Rzymianie mawiali, by wysłuchać drugiej strony (w natemat)

17:30, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 października 2017

Zaglądam o poranku na twittera i czytam niezrównanego Piechocińskiego cytującego ministra Gowina: "obecne oczekiwania płacowe lekarzy rezydentów rozsadziłyby polski budżet".

Zadaję sobie pytanie: to znaczy jak bardzo by rozsadziły? Rozpoczynam szybkie poszukiwania (bo nawet nie wiem ilu tych rezydentów jest). Szybko znajduję materiał na tvn24bis.pl, wedle którego rezydentów jest około 16,8 tysięcy, a podwyższenie wszystkim pensji do zgłaszanej od lat (och, jest nawet podpisane przez ministra, przepraszam, wtedy prezesa Konstantego Radziwiłła stanowisko NRL z roku pańskiego 2006 z takim postulatem) wysokości dwóch średnich krajowych oznaczałoby łączny koszt na poziomie "prawie 2 miliardów złotych". Zakładając, że w tej chwili zarabiają poniżej połowy postulowanego wynagrodzenia (niebędącego głównym żądaniem protestu), oznaczałoby to konieczność znalezienia w budżecie dodatkowego miliarda (z którego, dodajmy około 30 procent byłoby przeznaczone na należności publicznoprawne, czyli zasiliłoby budżet NFZ, przysypywało dziurę w ZUS, wracało do budżetu państwa względnie zasilało budżety samorządów). 

W projekcie budżetu państwa na rok 2018 przewidziano (za B.Arłukowiczem) w dziale "Zdrowie" kwotę 7,791 mld zł, co oznacza o ponad 100 mln mniej niż w budżecie na rok 2017. Projekt budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia na rok 2018 pozytywnie zaopiniowany przez sejmową Komisję Zdrowia zamykał się kwotą 77,4 mld zł. 

Tytułem ciekawostki: wg danych Naczelnej Izby Lekarskiej na koniec września 2017 roku w Polsce było około 173 tysiące lekarzy i dentystów wykonujących zawód. Gdyby wszyscy mieli pracować w publicznej służbie zdrowia za postulowaną pensję w wysokości potrójnej średniej krajowej, to na zagwarantowanie wynagrodzeń lekarzom nie-rezydentom potrzeba by było około 27,7 mld zł (w tym narzuty publicznoprawne), razem z rezydentami niespełna 30 mld (tak, oczywiście w następnej kolejności trzeba policzyć pielęgniarki i inny personel, a potem pozostałe koszty). Jeżeli wziąć pod uwagę, że podstawowym żądaniem protestu medyków jest zwiększenie nakładów na służbę zdrowia o jakieś 2 procent PKB (czyli o tyle, ile wydajemy na wojsko), czyli o jakieś 9-10 miliardów dolarów - to ten wzrost nakładów w zupełności by wystarczył.

poniedziałek, 09 października 2017

Czytałem sobie dziś wywiad ze Śpiewakiem Janem, znanym warszawskim niezależnym kandydatem do urzędów i współtwórcą metody śledczej Śpiewaka-Piątka. Po raz kolejny zajmuje się on szerzeniem poglądu (ukutego pod wpływem swojej metody śledczej), że Hanna Gronkiewicz-Waltz (dalej dla oszczędności miejsca będę się posługiwać tym niesympatycznym skrótem HGW, bo i czemu nie) powinna stanąć przed sądem karnym, i dorzuca do tego zarzut wzbogacenia się na pożydowskim mieniu. A że nie chce mi się za każdym razem odtwarzać faktów w tej sprawie, to zrobię sobie kompendium.

1. Kamienica przy Noakowskiego 16 w Warszawie była własnością żydowskich rodzin Oppenheimów i Regirerów. 
2. W sierpniu 1945 roku Kalinowski (świeżo upieczony pracownik SB) fałszuje pełnomocnictwo do reprezentowania rodziny Oppenheimów i Regirerów, datowane na 30 sierpnia 1939 roku.
3. W grudniu 1945 roku Kalinowski na podstawie fałszywego pełnomocnictwa sprzedaje kamienicę Kępskiemu i Szczechowiczowi. Kępski i Szczechowicz zostają wpisani do księgi wieczystej (wówczas: do wykazu hipotecznego)
4. W 1946 w Warszawie pojawia się Maria Oppenheim, wdowa po zmarłym w 1940 Szlamie Oppenheimie, z dokumentami spadkowymi. Składa zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Kalinowskiego oraz wniosek o wykreślenie Kępskiego i Szczechowicz z wykazu hipotecznego. Kalinowski zostaje aresztowany, w październiku 1948 roku - skazany na 4 lata więzienia, wyrok skazujący uprawomocnił się w maju 1950 roku
5. Wniosek Marii Oppenheim o wykreślenie Kępskiego i Szczechowicza z wykazu hipotecznego zostaje oddalony w lipcu 1947 (nie wiadomo czy i kiedy się uprawomocniło orzeczenie).
6. W 1947 roku Skarb Państwa występuje do sądu o uznanie umowy sprzedaży kamienicy na rzecz Kępskiego i Szczechowicza za nieważną oraz o wykreślenie w/w panów z wykazu hipotecznego.
7. W lipcu 1948 roku sąd udziela zabezpieczenia powództwa Skarbu Państwa i nakazuje wpisanie do wykazu hipotecznego ostrzeżenia o toczącym się postępowaniu. Nie wiadomo czy i jak się sprawa zakończyła. Z wyjątkiem tego, że...
8. ..wydana została decyzja o przejęciu kamienicy przez Skarb Państwa. Odwołanie Kępskiego zostało oddalone 7 listopada 1953.
9. W 1997 roku Kępski składa w Urzędzie Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast wniosek o zwrot kamienicy. Siostrzeńcem jego żony jest Andrzej Waltz, którego żona pełni funkcję prezesa Narodowego Banku Polskiego. Wniosek Kępskiego jest pomyślnie procedowany w trzech różnych instytucjach: UMiRM, Samorządowym Kolegium Odwoławczym, Urzędzie Miasta (Kępski nie ujawnił sprawy z 1947)
10. W 1999 roku Kępski umiera. W 2002 roku sąd stwierdza nabycie spadku po nim między innymi przez jego żonę (najwyraźniej byli bezdzietni), która umiera w październiku tegoż roku 2002. Spadkobiercami Kępskiej zostaje między innymi rodzeństwo Waltzów (siostrzeńców Kępskiej). Żona Andrzeja Waltza jest wówczas (od stycznia 2001 roku) wiceprezesem Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie.
11. W sierpniu 2003 roku prezydent Warszawy Lech Kaczyński wydaje decyzję o zwrocie kamienicy spadkobiercom Kępskich (na Andrzeja Waltza przypada najprawdopodobniej 1/12 udziału w kamienicy). HGW w dalszym ciągu jest wiceprezesem EBOiR.
12. Jesienią 2006 roku kamienica zostaje przekazana spadkobiercom Kępskich. HGW jest wtedy posłanką Platformy i kandydatką w wyborach na prezydenta Warszawy, w których pokonuje zarządcę komisarycznego miasta Kazimierza Marcinkiewicza (który zwracał kamienicę). 
13. Spadkobiercy sprzedają kamienicę, podobno za 8 mln zł (co oznaczałoby, że Andrzej Waltz dostał - do majątku odrębnego - prawdopodobnie jakieś 670 tys. zł). 
14. HGW obejmuje funkcję prezydenta miasta 2 grudnia 2006.

Każdy może sobie samemu wyrobić własne zdanie. Zapewne Andrzej Waltz mógłby uzyskane ze sprzedaży pieniądze oddać (komu? to osobne pytanie), ale co ma do tego wszystkiego HGW? Ani to jej kamienica, ani to jej pieniądze, i nijak nie widać, co miała wspólnego z procesem zwrotu kamienicy (do października 2002 jej najbliższa rodzina nie miała nic wspólnego z tą sprawą). Śpiewak i tak będzie swoje.

Żródła:
HGW oddaj kamienicę - strona na FB
tekst Pińskiego i Trębskiego we Wprost
tekst Szpali i Zubik w Wyborczej
strona HGW na Wikipedii

18:37, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 października 2017

Czytam w Wyborczej, że WHO zaleca nam podjęcie działań w celu ograniczenia spożycia alkoholu (między innymi przez podniesienie cen, ograniczenie reklam i zmniejszenie dostępności, w szczególności przez wyeliminowanie jego sprzedaży na stacjach benzynowych). Zalecenia jak zalecenia, przeżyję, niemniej pojawiające się w tekście argumenty natychmiast nasunęły mi pewne pytania, które wyłuszczę poniżej:

Skoro istnieje zależność (stwierdzona w Los Angeles i Nowym Orleanie) pomiędzy ilością sklepów z alkoholem a przemocą i chorobami wenerycznymi, to czy mamy w Polsce plagę napadów (nie wyjaśniono co prawda, czy chodzi o napady ogółem, napady pod wpływem alkoholu czy napady na punkty z alkoholem) oraz czy mamy wysoki poziom zachorowań na choroby weneryczne?

Skoro istnieje zależność między reklamami piwa i wzrostem spożycia piwa (o jedną czwartą w ciągu dekady), to czy spowodowało to wzrost spożycia alkoholu ogółem?

Skoro zakaz reklamy alkoholu obowiązuje m.in. w Rosji, na Litwie i Ukrainie, to czy w państwach tych nastąpił spadek spożycia alkoholu? (tekst zawiera wskazówkę poziom spożycia w Rosji jest analogiczny jak u nas)

Czy istnieje zależność pomiędzy zakazem reklamy alkoholu a wskaźnikiem samobójstw? (w Rosji, na Litwie i Ukrainie jest on wyższy niż w Polsce)

Na większość pytań zapewne odpowiedź da się wyguglać (nie chce mi się na trzeźwo), nie spodziewam się żeby brał takie niuanse pod uwagę. Podziwiam schematyczność myślenia (w polskiej kulturze picia przemyt, bimbrownictwo i meliniarstwo są wystarczająco mocno osadzone, i proponowane środki tego nie zmienią), niemniej nie umiem się powstrzymać przed jeszcze jednym pytaniem:

Skoro za ograniczeniem picia alkoholu są organizacja międzynarodowa oraz biskupi, to jaką narrację zbudują przeciwnicy ograniczeń?

17:44, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 września 2017

Notki o genezie i smaczkach koncepcji 50% kosztów uzyskania przychodów dla twórców wciąż nie napisałem i zebrać się nie mogę, ale wkurzyła mnie wiadomość, że planowane jest podwyższenie (podwojenie) twórcom limitu kwoty, do którego mogą z tej możliwości skorzystać. Postanowiłem zobrazować to w formie prostych obliczeń. Dla uproszczenia przyjmiemy, że twórczość jest jedynym źródłem dochodu.

Dziś artysta, który na swojej twórczości zarabia rocznie 85.528 zł, ma prawo od tej kwoty wyliczyć sobie 50% kosztów uzyskania przychodu (wirtualnych, choć ładniej się mówi "zryczałtowanych"). W rezultacie do opodatkowania jego roczny dochód wynosi 42764 zł. 18% z tej kwoty wynosi 7.697,52 zł, co należy pomniejszyć o 556,02 zł kwoty wolnej od podatku - ostatecznie (po zaokrągleniu w górę) artysta od swoich 85.528 zł płaci 7142 zł podatku, zatem "na czysto" zostaje mu 78.386 zł.

Gdyby zaś rzeczony artysta nie korzystał z przywileju, tylko był traktowany jak zwykły śmieciówkarz na umowach o dzieło, to mógłby sobie odliczyć wirtualne 20% kosztów uzyskania przychodu i podatek płaciłby od kwoty 68.422,40 zł. Podatek wyniesie wtedy 11.761 zł, a na rękę zostanie 73.767 zł. 

Gdyby zaś ten artysta chałturzył na umowach o pracę (pamiętamy, że wtedy oprócz kwoty dochodu płyną jeszcze znaczne kwoty składek na ZUS), to w skali roku mógłby odliczyć nie więcej niż 2.502,56 zł kosztów, a wtedy jego podatek wynosi 14.389 zł i "na rękę" pozostanie mu 71139 zł. Różnica to kilka tysięcy w tę lub wewtę, które my, pozostali podatnicy, dajemy twórcy zarabiającemu miesięcznie na czysto sześć tysięcy złotych (z haczykiem lub bez).

Co więc się stanie, kiedy "opresyjny" limit kosztów uzyskania przychodu zostanie podwojony? Wtedy artysta, który zarobi rocznie "na twórczości" 171.056 zł, dzięki "złagodzeniu krzywdy" zapłaci 14.840 zł podatku i pozostanie mu 156.216 zł, czyli trzynaście tysięcy miesięcznie (dziś zapłaciłby 29080 zł i zostałoby mu 141.976 zł, czyli niespełna dwanaście na miesiąc). 

Powtórzmy zatem dobitnie: "przywrócenie sprawiedliwości" artystom oznacza wypłacenie przez innych podatników trzynastej pensji ludziom, którzy zarabiają kilka średnich krajowych. Możecie zgadywać, dla kogo takie nagrody.

13:44, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 sierpnia 2017

Ludzie boją się rekinów. Od ataków tych bestii umiera na całym świecie średnio 5 osób rocznie
Ludzie nie boją się krów. Te sympatyczne zwierzęta w samej Wielkiej Brytanii zabijały ostatnio średnio 3 osoby rocznie

Ludzie boją się latać, bo katastrofy lotnicze są straszliwe (nawet jeśli nie są skutkiem zamachu). W zeszłym roku w katastrofach lotniczych na całym świecie zginęło 325 osób, w najgorszym roku 1972 zginęło ich 2373.
Ludzie nie boją się jeździć samochodami. Na polskich drogach w wypadkach samochodowych w zeszłym roku zginęły 2993 osoby.

Ludzie boją się islamskich zamachów. W ciągu ostatnich 38 lat zginęło w nich około 20 tysięcy osób (średnio ponad 550 rocznie). Głównie muzułmanów.
Powinienem dla równowagi wpisać dowolną inną statystykę, choćby statystykę morderstw w Polsce (502 w 2016 roku), ale z poprzednich przykładów wynika, że fakty przegrywają z emocjami.

Wpis jest zainspirowany fragmentem rozważań Galopującego Majora.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Dzisiejszy wpis jest zupełnie nieplanowany i niespodziewany, ponieważ jest w całości ściągnięty z Twittera - ktoś się podzielił o poranku, a ja się tylko zachwyciłem, przetłumaczyłem i dokonałem wyboru. Można się zgadzać albo nie.

KAPITALIZM
Twoja mama pierze twoje ubrania. Płacisz jej dolara. Narzeka. Wzywasz policję i i oskarżasz ją o bunt.

KOMUNIZM
Twoja mama pierze. Ty pierzesz. Co noc salutujecie portretowi zmarłego ojca.

SOCJALIZM
Twoja mama pierze. Ty gotujesz. Wszyscy są teoretycznie zadowoleni.

FASZYZM
Twoja mama pierze bojąc się o życie

NAZIZM 
Twoja mama pierze. Ty gazujesz pralnię.

FEUDALIZM
Twoja mama pierze i płaci ci podatek.

LIBERALIZM
Twoja mama pierze, a ty patrzysz i czujesz się źle. Mówisz, że coś trzeba z tym zrobić. Coś zostanie lub nie zostanie zrobione.

LIBERTARIANIZM
Twoja mama pierze. Ty wierzysz, że wyprałeś.

RELIGIA
Twoja mama pierze. Ty dziękujesz bogu.

ATEIZM
Twoja mama pierze. Ty w filmiku na YouTube żądasz zweryfikowanych naukowych dowodów, że wyprała.

MIZOGINIA
Nienawidzisz mamy niezależnie od tego, czy wyprała, czy nie.

PATRIARCHAT
Twoja mama nie istnieje. Pranie zrobiło się w magiczny sposób.

FEMINIZM
Twoja mama nalega, żebyś dorósł i sam zaczął prać swoje rzeczy.

BIAŁY FEMINIZM
Twoja mama zatrudniła do prania niebiałą kobietę

ANTYFEMINIZM
Mama cię zostawiła. Po roku piszesz "wredna zdzira" na stercie brudnych ciuchów.

RASIZM
Twoja mama pierze i obwinia czarnych.

NEOKAPITALIZM
Twoja mama pierze. Płacisz jej dolara. Nakłaniasz ją, żeby wyprała rzeczy twoich kolegów. Kolega płaci ci 50 dolarów.

SEKSIZM
Oczywiście, że mama pierze, pfff.

AMERYKANIZM
Twoja mama pierze. To jest w Konstytucji, KONIEC DYSKUSJI

To nie jest wcale nowe, ale kogo to obchodzi, skoro trafiłem dzisiaj. Oryginał (czyli wszystkie definicje w oryginalnych wersjach, w komplecie i z twórczością fanowską) jest tutaj.

A teraz do pracy, bo poniedziałek.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7