Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: dane osobowe

sobota, 05 marca 2016

Zostałem uprzejmie poproszony, by zagłosować w jakimś konkursie projektów obywatelskich, sąsiedzkich czy jakoś tak. Prośba była uprzejma, złożona przez osobę budzącą zaufanie, na dodatek towarzyszyła jej zachęta "przez Facebooka to dziecinnie proste"...

Krótka chwila namysłu, decyzja: a co mi szkodzi, jak ładnie proszą (sam może kiedyś poproszę). Klikam w podanego linka, przenosi mnie na stronę konkursu. Gdzieś z boku jest okienko logowania, rejestrować się nie będę (jestem zarejestrowany w zbyt wielu miejscach i szczerze mówiąc zaczyna mnie odrzucać, jeśli mam się gdzieś rejestrować dodatkowo, nawet jeśli nic mnie to nie kosztuje, a korzyść z tego bym mógł mieć), obok faktycznie jest przycisk "zaloguj się przez FB". Klikam, podejrzliwie oglądam okienko aplikacji, ale nie chce ona zbyt wiele ode mnie i nie deklaruje jakichś nachalnych praktyk, akceptuję i jestem zalogowany. Pora byłaby zagłosować, gdzie jest jakaś formatka głosowania...

I tu robi się problem. Po zalogowaniu się pojawia się bowiem strona zatytułowana "zaakceptuj warunki", na której są dwa okienka. Jedno to deklaracja, że wyrażam organizatorowi konkursu zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w związku z korzystaniem z serwisu, udziałem w konkursach i wydaniem nagród. Drugie to deklaracja, że wyrażam organizatorowi zgodę na przesyłanie informacji handlowych drogą elektroniczną. Ponieważ nie widzę związku takiej zgody z udziałem w konkursie, postanawiam wyrazić zgodę na pierwsze, ale nie na drugie. I co? I okazuje się, że dopóki nie wyrażę zgody i na jedno i na drugie, to dalej nie pójdę... I tak, nawet jest zaraz zastrzeżenie że w każdej chwili mogę zaprzestania przetwarzania moich danych - ale to oznacza, że muszę dodatkowo zrobić coś, czego mi się zwyczajnie nie chce. 

Przykro mi, ale nie zagłosowałem. Niech się organizator ***** i już, nic na mnie w taki sposób nie wymusi.

środa, 17 września 2014

Dzwoni telefon. Numer na wyświetlaczu jest mi nieznany, patrzę na niego z podejrzliwością, bo zalatuje podłódzkim zagłębiem call-center, ale z tej okolicy czasem do mnie dzwonią w moich sprawach, więc niechętnie odbieram. Z drugiej strony jakaś pani(enka) atakuje mnie słowotokiem wprost ze szkolenia, przedstawiając się jako Instytucja Finansowa Bez Nazwy. Przeczekuję dwie minuty prezentacji znakomitej i niepowtarzalnej oferty, aż padnie sakramentalne "I co Pan na TO?"

I wtedy nieprzyjaźnie pytam:
- A skąd Instytucja Finansowa ma mój numer telefonu?

Spodziewam się usłyszeć nazwę jakiejś firmy handlującej danymi (cóż, każdemu się czasem zdarzy zdeponować gdzieś własne dane osobowe, a wysyłanie pism o usunięcie danych z bazy jest zajęciem jałowym i nudnym) - ale nie, Instytucja ma dla mnie niespodziankę:
- Proszę Pana, nie mamy Pana numeru, system komputerowy losowo generuje numery telefonów, na które dzwonimy...

Na tym rozmowa z Instytucją się zakończyła, klient losowo wybrany przez System nie czuł się zmotywowany do kontynuowania znajomości. 

niedziela, 18 maja 2014

Wiadomością tygodnia był wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie Google przeciwko Gonzalez (w skrócie), uznający Google za administratora danych osobowych wyszukiwanych w Internecie (i udostępnianych w wynikach wyszukiwania) w rozumieniu dyrektywy unijnej i - co jest dość logicznym następstwem - dopuszczający prawo poszczególnych jednostek do żądania usunięcia ich danych z wyników wyszukiwania (dla ciekawych tu jest w całości). W mediach przedstawiono to jako "Trybunał dał prawo do bycia zapomnianym" - o prawie do zapomnienia wciąż zamierzam napisać (ale że chcę się do tego przyzwoicie przygotować, to zaczeka to na moment, kiedy będę mieć wystarczająco dużo czasu i zapału), więc tylko nieco refleksji precyzujących.

Otóż... zapomnienie w tym przypadku jest daleko idącym słowem, sam fakt uznania operatora wyszukiwarki za administratora danych aktywuje potencjalny obowiązek każdego administratora usunięcia przetwarzanych danych. W szczegółach sprawa robi się mocno skomplikowana. Zacząć można od prostej uwagi, że nawet jeżeli wystąpimy do konkretnego operatora, aby usunął dane dotyczące konkretnej osoby, a ten się zgodzi, to nie działa to względem żadnego innego operatora (w końcu jak nasze dane znalazły się w bazie firm X i Y, to musimy osobno żądać ich usunięcia przez każdą z firm z osobna); i nawet jeżeli dziś "mówimy wyszukiwarka, myślimy Google", to w przyszłości wcale tak być nie musi. Trudniej się robi kiedy się zastanowimy dlaczego Trybunał uznał Google za administratora - otóż w stosownym punkcie orzeczenia pojawiają się następujące czynności opisujące działalność wyszukiwarki: zlokalizowanie informacji, jej automatyczne zindeksowanie, czasowe przechowanie i udostępnianie w sposób uporządkowany. Natychmiast nasuwa się pytanie, co będzie jeżeli ten model ulegnie zmianie, w szczególności wskutek zaprzestania indeksowania konkretnego nazwiska (i przechowywania o nim danych na serwerach Google) - wyszukanie tych samych danych będzie znacznie trudniejsze (być może w sposób de facto uniemożliwiający ich odnalezienie), ale czy ich ponowne wyszukiwanie będzie ich przetwarzaniem, zwłaszcza jeżeli legalnie egzystują w Internecie (sprawę przeciwko redakcji, która na swojej stronie zamieściła informacje sprawiające panu Gonzalezowi przykrość, pan Gonzalez akurat przegrał), względnie czy będzie objęte dotychczasowym żądaniem usunięcia (wyrok zdaje się sugerować, że tak, ale póki nie ma konkretnej sprawy...)? 

Osobną kwestią (w sprawie Gonzaleza akurat rozstrzygniętą) jest, że sam fakt żądania usunięcia nie musi być wystarczający, każda sprawa będzie rozpatrywana indywidualnie - o tyle też to prawo do "bycia zapomnianym" wydaje się iluzoryczne (i przesadne są napotkane już przeze mnie komentarze, że oto np. przestępca będzie mógł się "ukryć" w wynikach i bezkarnie planować nowe przestępstwa, przed którymi zwykli ludzie nie będą ostrzeżeni). 

Skończę myślą, która mnie w kontekście tego orzeczenia bawi. Otóż senor Gonzalez wszczął całą sprawę, ponieważ czuł się dyskomfortowo, że w wynikach wyszukiwania dotyczących jego nazwiska pojawiało się ogłoszenie sprzed wielu lat o licytacji należącego do niego nieruchomości na poczet jego długów publicznoprawnych. Samo ogłoszenie być może zniknie z wyników wyszukiwania Google, ale jednocześnie zostało unieśmiertelnione (i pan Gonzalez również), gdyż będzie wzmiankowane w każdym zbiorze orzeczeń ETS (w tym internetowej bazie orzeczeń) oraz we wszystkich tekstach prasowych traktujących o tym orzeczeniu. Ciekawe, czy Google będzie mogło wyszukując po nazwisku pana Gonzaleza podawać linki do tego orzeczenia?

wtorek, 26 października 2010

Naczelną zasadą systemu ksiąg wieczystych jest ich jawność. Oznacza ona, że treść księgi jest dostępna dla każdego, przez co nikt nie może się zasłaniać twierdzeniem, że treści księgi nie znał. Na początku poznawanie treści księgi wieczystej polegało na tym, że szło się do właściwego sądu, uprzejmie prosiło o okazanie właściwej księgi i czytało, czytało, czytało. Później za sprawą wprowadzenia elektronicznych ksiąg wieczystych (proces wciąż niezakończony) stało się to o tyle prostsze, że zamiast poszukiwać gorączkowo sposobu, w jaki księgę prowadzoną przez sąd w Słupsku* przejrzeć będąc w Gorlicach, wystarczyło pójść do sądu w Gorlicach* i skorzystać w wydziale ksiąg wieczystych z elektronicznej przeglądarki treści księgi wprowadzonej do systemu informatycznego (tzw. zmigrowanej).

Od kilku miesięcy jesteśmy o krok do przodu - Ministerstwo Sprawiedliwości uruchomiło (wreszcie!) system elektronicznego dostępu do ksiąg wieczystych przez internet. Teraz nie odchodząc od komputera, każdy może w każdej chwili sprawdzić, czy w księdze wszystko jest zgodne z tym, co twierdzi druga strona, w szczególności notariusz może na minutę przed podpisaniem aktu notarialnego upewnić się, że nic podejrzanego się w ostatniej chwili w księdze nie pojawiło (a wystarczy wzmianka datowana minutę przed aktem, żeby kupujący został zrobiony w balona). Upraszcza się też przygotowanie wszelkich transakcji, jak również - co nie mniej istotne - poszukiwanie, co rozmaite typy zrobiły ze swoim majątkiem zamiast grzecznie spłacić swoje zobowiązania. Jedyne, czego brakuje mi jako praktykowi, to umieszczenia w treści księgi adresu wszystkich, których prawa zostały ujawnione w księdze - później boleśnie odczuwa się brak tej informacji w toku niektórych procedur, kiedy bez adresów wszystkich zainteresowanych (od właściciela po niegdyś uprawnionego do przepędzania bydła skrajem działki) nie da się pójść do przodu.

Jakież wielkie było więc moje zdziwienie, kiedy Gazeta Wyborcza wystrzeliła nagle z rozpaczliwym tekstem "Hipoteka jak na dłoni. Każdy może wiedzieć, ile masz kredytu". Odpowiadam: tak, właśnie po to jest księga wieczysta - żeby można się było dowiedzieć wszystkiego o nieruchomości i jej właścicielu, wszystkiego tego, co jest potrzebne słusznie zainteresowanym (co sobie ktoś będzie dopowiadał do danych zawartych w księdze, to już jego wyobraźnia). A że ktoś może na tym dodatkowo skorzystać? Złodziej wykorzysta Google Earthy i metody obserwacji bezpośredniej, akwizytorów finansowych odprawia się z kwitkiem po drugim zdaniu (nie wspomnę, że gromadzenie danych z ksiąg wieczystych jest już ich dalszym przetwarzaniem, wymagającym zgody zainteresowanego). Windykator? A windykator ma jak najbardziej słuszny interes, żeby się wszystkiego dowiedzieć, bo jak ktoś nie płaci długów, to niech nie wrzeszczy o ochronie danych osobowych. 

*sądy wybrane losowo, nawet nie wiem czy i od kiedy przemigrowane