Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: blogi

środa, 01 lutego 2017

Wyszło, co skrzętnie ukrywane: mimo wszelkich deklaracji o skromności i zgrywanych wyniośle obojętnych póz, gapię się w statystyki ruchu i rośnie mi od tego, jak rosną. Tak przynajmniej trzeba sobie tłumaczyć tę notkę...

Bo zacząć trzeba od tego, że niedawna notka pożegnalna dla Gordena Kaye, napisana wieczorem pod wpływem impulsu, spodobała się redaktorowi kontentu na głównej stronie i dobę całą Rene uśmiechał się na głównej w pożegnalnym toaście. Ja zaś zaglądałem w statystyki i zastanawiałem się jak skończy, poprzednio (mógłbym linki powrzucać, ale mi się nie chce) z głównej wpadło ze trzy tysiące ciekawskich, tym razem jakieś dziesięć procent mniej. I wtedy postanowiłem coś zanotować.

Statystyki odwiedzin (te dostarczane przez Bloksa, nie mam pojęcia jak je interpretować ani jak odnosić do innych statystyk, i całkiem mi z tym dobrze) za wcześniejszy tydzień mówiły o 219 wejściach, co dało 150 miejsce. Kiedy skończył się kolejny tydzień (ten tłusty w odwiedziny), Blox podsumował go na 3172 wejścia. Dało to pozycję w pierwszej setce, o niemal równo sto miejsc wyżej niż przed tygodniem (dokładnie o 99). 

Pomyślałem sobie: na Zapiskach... wcale się wiele nie dzieje, nie piszę tak często jak kiedyś, komentarzy też mniej (taka to ogólna tendencja na blogach), a miejsce w rankingu rośnie (kiedyś były w drugiej pięćsetce, potem w połowie tysiąca, w trzeciej setce... ostatnio w drugiej(a ruch, powtórzmy, nie rośnie). Przypuszczam, że te setki wklepanych przez lata notek często gęsto wyskakują w Góglu, to i potem jakiś stały ruch małozainteresowanych się pojawia. Natomiast wygenerowana incydentalnie różnica w liczbie wejść wyraźnie pokazała, o ile większy musi być ruch, żeby wskoczyć na miejsca bliższe czołówki (mają na to ładne określenie, krzywa coś tam), nie mówiąc o samym szczycie (pewnie i obecność przez tydzień na głównej stronie by nie wystarczyła, blogu dzięki).

sobota, 16 stycznia 2016

Aj. To było straszne przeżycie. Wszedłem sobie z głupia frant wczoraj do statystyk bloksowych, zobaczyć co tam ciekawego słychać. Interesuje mnie to bardziej w kategoriach, powiedziałbym, jakościowych niż ilościowych, bo mniejsze znaczenie ma ilość wejść (z której i tak nic mi nie wynika, i która - podejrzewam - jest na różne sposoby zafałszowana, ale mniejsza z tym, bo i tak z tego nic nie wynika), za to ciekawsze jest, skąd czasem ktoś zagląda. Przypomina to różne stare tematy i dyskusje, czasem przypomina o dawno niewidzianych (także: nieodwiedzanych) znajomych, przynajmniej internetowych, czasem pozwala zbłądzić w jakiś interesujący zakątek internetu, a czasem informuje, że jakaś Zapiskowa myśl zdobyła gdzieś popularność (została zalinkowana), zwykle w ten sposób dowiadywałem się, że administracja zrobiła mi kawał i podlinkowała Zapiski.. gdzieś na głównej stronie. Czasem też widzę, czego ludzie szukają w internecie czy na samym tylko Bloksie, w tym miesiącu na samym tylko Bloksie znaleziono mnie po hasłach "księgi wieczyste", "kurator sądowy"czy "wniosek do komornika".

No i właśnie. We wczorajszych statystykach jak byk widniało, że ktoś wyszukiwał na Bloksie hasła "tortury jąder" (nawet nie potrafię napisać tej frazy bez pomyłki, bo mi palce drżą). Przeraziłem się: jakim cudem wyszukiwarka u mnie coś takiego znalazła? Aż przeszedłem  do tej wyszukiwarki, wpisałem frazę - i nie było Zapisków.. w wynikach wyszukiwania. Co znalazłem, nie będę za bardzo relacjonował, ale jeden z wyników mnie bardzo zaskoczył, gdyż była to... recenzja filmu Gwiezdne Wojny - Zemsta Sithów, i nie chodziło o jakąś specjalną wersję reżyserską dostępną wyłącznie w trzecim obiegu, zawierającą ściśle tajną scenę 18+, tylko wyszukiwarka odnotowała występowanie obu słów kluczowych, choć w różnych zdaniach. 

Ten ostatni fakt doprowadził mnie w końcu do ustalenia, w jaki sposób komuś innemu wyszukiwarka mogła podpowiedzieć akurat Zapiski.. - oba słowa kluczowe faktycznie występują w jednej niewinnej w zasadzie notce (chyba muszę być w przyszłości ostrożniejszy w poetyce czy co). Ale skoro już można w taki sposób Zapiski.. znaleźć w wyszukiwarce, to właściwie co szkodzi, niech teraz po wieczne czasy różne gugle prowadzą do nich prosto (skoro i tak wynik jest nie na temat). W zasadzie już coś podobnego kiedyś robiłem ;-)

Aczkolwiek rozglądam się za jakimś ochraniaczem, na wszelki wypadek.

poniedziałek, 04 stycznia 2016

Na wstępie tak zwany disclaimer, czyli ostrzeżenie dla tych, których zwiódł tytuł lub Gugiel źle skierował: TO NIE JEST BLOG KUCHNIARSKI, nie pretenduję do bycia Brillat-Savarinem czy choćby absolwentem Akademii Cordon Bleu - cokolwiek znajdziecie poniżej, może przez kogokolwiek zostać wykorzystane na własną odpowiedzialność, lecz nie stanowi Sprawdzonej Tajemnej Receptury. Jeżeli więc szukacie Niezawodnego Sposobu Na, to idźcie szukać gdzie indziej.

A teraz wracając do naszej kaczki (nie, to także nie blog polityczny!). Jak zdawnabywalcy może zauważyli, od czasu do czasu zdarza mi się piec kaczkę. Pieczenie kaczki powoduje nieraz powstanie tak zwanych produktów ubocznych, a wobec powtarzalności pewnych zjawisk kuchenny eksperymentator próbuje je rozwijać celem lepszego wykorzystania.

Punktem wyjścia w naszych czarach-marach będzie więc upieczenie kaczki. Nie mam i na to żadnej superreceptury, czasem po prostu nabywam zestaw "kaczka gotowa do upieczenia", w przyprawach, a nawet z jabłkiem w środku (jak kupuję zwykłą patroszoną, to wtedy jakaś tam sól, pieprz, czosnek, majeranek, co tam komu pasuje). Kaczkę ładuję do sporego naczynia żaroodpornego (kaczka większa od naczynia piecze się moim zdaniem tak sobie, sprawdzone info), szczelnie przykrywam, wstawiam do piekarnika na jakieś 160 stopni (może być na początku nagrzany bardziej) i trzymam zgodnie z zasadą 1 kg na 1 godzinę lub trochę dłużej. Ostatnio tak mi zwykle wychodzi, że ta kaczka nieomal pływa mi w sosie własnym (pytania, czy ona jest wtedy upieczona, uduszona czy ugotowana uważam za niestosowne, bo i tak jest pyszna). 

I teraz następuje clou. Jeśli tegoż sosu własnego jest dużo (jak jest mało to szkoda zachodu...), to kaczkę ostrożnie wyjmujemy, odkładamy (można na przykrywkę). Następnie bierzemy odpowiedniej wielkości miskę, i ostrożnie zlewamy cały sos (jak ktoś lubi kaczkę podlaną sosem, może oczywiście trochę odlać osobno). Sos odstawiamy do wystudzenia, a następnie schłodzenia (w międzyczasie kaczce oddajemy naczynie żaroodporne, chyba że idzie od razu na stół), im mocniej tym lepiej (choć niekoniecznie w zamrażalniku). Efektem schłodzenia powinno być rozdzielenie się sosu na frakcje - na wierzchu zostanie pyszny smalec (a.k.a. confit), a pod spodem - galareta, jednakowoż taka... jałowa. Pora więc powrócić do kaczki. Zakładam, że w jakimś momencie dokonujemy aktu jej porcjowania, zwłaszcza jeśli o pierś chodzi. Po wycięciu uroczych porcji do nałożenia na talerz, na pewno zostaną rozmaite drobne ścinki, jakieś małe kawałki trzymające się kośćca - wszystko to skrzętnie zbieramy, można do tego jeszcze dorzucić drobno posiekane skóry. Smalec odłożyliśmy już na bok, teraz możemy całą "galaretę" podgrzać, by się rozpuściła (oczywiście jak ktoś zdążył rozporcjować kaczkę przed pierwszym wystudzeniem, to może pominąć etap podgrzewania, ale wtedy może się okazać, że część drobnicy przyczepi się do tłustego), wrzucamy wtedy wszystko co pozbieraliśmy w poprzednim zdaniu, mieszamy, doprawiamy co łaska, schładzamy na powrót... Rrrany, wiecie ile się tym obżarłem w Święta?

Jak komuś to śmierdzi kuchnią kawalerską, to też go kocham.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

No co, muszę się pochwalić, zwłaszcza że to Macierzysta Platforma mi przysłała (podziękował). Jak ktoś jest oblatany, to niech powie, czy to już teraz splendory, wywiady, wizyty w zakładach pracy i w ogóle. 

Blox gratis nagroda blogerę jestem

Ale też uczciwość nakazuje przyznać, że nagroda jest za udział w konkursie na fanpejdżu Bloksa - wystarczyło napisać, co najbardziej przydałoby się blogerowi. Przyjąłem, że chodzi o to co by się przydało w blogowaniu (może to było wyraźnie napisane, nie pamiętam), coś tam napisałem niepretensjonalnego i nieroszczeniowego. Nagrody dostali wszyscy, nawet nas nie legitymowali czy posiadamy blogi i jakie.. Wobec tego mogę chyba po staremu zostać blogerem

A tak poza tym to mam dziś dzień na gratisy, bo jeszcze z dwóch zupełnie różnych źródeł (ale równie nieoczekiwanie) dostałem dziś dwa inne upominki, diametralnie różnego rodzaju, i też bez związku z blogiem. Chyba Święta idą, proszę państwa, więc tradycyjnie życzę Wesołych Świąt po raz pierwszy (nie ma że wcześnie, wczoraj Polsat Szklaną pułapkę puszczał). 

poniedziałek, 22 czerwca 2015

I znów będzie wsobnie. Znów, bo znów Wesoły Admin umieścił link do mojej notki na głównej stronie gazeta.pl. Tym razem spodobała mu się napisana na chybcika notka o uchodźcach (na chybcika bo sprowokowana impulsem, choć zasadnicze pytanie chodziło mi po głowie już od jakiegoś czasu), najwyraźniej takie notki wychodzą mi lepiej niż te starannie dopracowywane - a przynajmniej bardziej pasują do masowego czytelnika portalu. 

Link wisiał mniej więcej dobę (poprzednim razem kilka godzin), obserwowałem - nie bez fascynacji - jak rosną statystyki wejść z głównej strony. W sumie w ciągu tych dwóch dni (poniedziałkowy wieczór i wtorek aż do wieczora) kliknięto - jeśli wierzyć Bloksowym statystykom - około trzech tysięcy razy, z jakimś haczykiem. Fascynacja była tylko przy patrzeniu na statystyki, bo na samego linka wolałem nie patrzeć:

blog gazeta.pl strona główna tabloid link

Doprawdy, brakowało tylko żeby któreś słowa napisać wielkimi literami. Rozumiem specyficzne prawa rządzące pierwszymi stronami portali, ale mimo wszystko czułem się jak w tabloidzie. Skok do pierwszej setki najczęściej odwiedzanych blogów w tygodniu tego nie równoważy.

08:17, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
sobota, 25 kwietnia 2015

W ostatnich dniach zamieniliśmy parę słów z jednym przygodnie poznanym blogerem na temat blogów w ogólności, blogów kuchennych zwłaszcza (on nie jest blogerem kuchennym, tylko blogerem który będzie starał się przegonić w popularności blogerki kuchenne, używam rodzaju żeńskiego gdyż jednak większość blogujących o potrawach to panie). Pozwoliłem sobie przy tej okazji na żarcik, że na "poważnym" blogu kuchniarskim (analogia językowa od "szafiarski") to nie wrzuca się byle jajecznicy, tylko jak już, to jajecznicę z curry i grillowaną cukinią, ze skwarkami z topinambura

Odpalam sobie do porannej kawy Bloksa, i cóż widzę na głównej stronie (muszę się wszak zalogować)? Ano w sekcji "Najnowsze wpisy" pojawia się: Roladki drobiowe z jajecznicą.

No i teraz będzie zagadka (czy nawet sonda) - czy oznacza to:
a/ roladki z drobiu z jeszcze niezniesionymi jajami
b/ roladki nadziewane jajecznicą
c/ jajecznicę z roladkami?

Nagród za prawidłowe odpowiedzi nie przewiduje się.