Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: Śląsk

sobota, 10 października 2015

To pojęcie przebija się do świadomości publicznej. Odchodzący właśnie sejm przyjął wiosną uchwałę w sprawie upamiętnienia Tragedii (pełna nazwa to "uchwała w sprawie uczczenia ofiar Tragedii Górnośląskiej z 1945r."), przy okazji w gmachu sejmowym przez tydzień funkcjonowała specjalna wystawa historyczna, odbyła się w Sejmie konferencja naukowa transmitowana przez telewizję sejmową, zapis jest dostępny na stronie sejmowej

Nie będę tu opisywał czym Tragedia była. Po prostu odnotowuję pro memoriam, właśnie kończę czytać materiały z konferencji (dostępne dla każdego, wystarczy ściągnąć), niech każdy wybierze w jaki sposób będzie się zapoznawał z tym kawałkiem naszej historii, jednym z mniej chlubnych.

10:37, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 sierpnia 2013

Na fali emocji związanych z przyjazdem polskiego kolejowego dreamlinera (aka Pendolino) przypomniano nieomal legendarny polski szybki pociąg z międzywojnia, zwany Lux Torpedą, który potrafił pokonać trasę z Krakowa do Zakopanego w ciągu 2 godzin i 18 minut, szybciej niż współczesne ekspresy (nikt na razie nie przypomniał sobie o jeszcze szybszym pociągu tego okresu, poruszającym się po "polskich" torach Latającym Ślązaku). Jak szybko zauważył WO, to ówczesne TGV było przeznaczone wyłącznie dla bogatych pasażerów pierwszej klasy i swoje rekordowe czasy zawdzięczało priorytetowi na torach. Z czystej ciekawości postanowiłem się temu przyjrzeć.

Zacząłem od sprawdzenia rozkładu jazdy. Istotnie, w tej chwili jakikolwiek pociąg do Zakopanego z dworca Kraków Główny z trudem schodzi na tej trasie poniżej 3,5 godziny. Warto jednak zauważyć, że najszybszy z ekspresów, "Tatry", ze swoich 3 godzin i 25 minut planowo spędza 44 minuty na przystankach, a Lux Torpeda zatrzymywała się tylko po to, żeby zmienić kierunek jazdy (bez możliwości wsiadania i wysiadania na stacjach pośrednich); warto też nadmienić, że na większości trasy linia kolejowa jest jednotorowa, więc pociągi nie mogą się minąć tak ot, po prostu. Jeśli chodzi o czyste tempo jazdy, to odcinek Chabówka-Zakopane (po ostatniej zmianie kierunku) Lux Torpeda pokonywała w prawie półtorej godziny, pół godziny wolniej niż dzisiejsze pociągi PKP, mało prawdopodobne, żeby potrafiła poruszać się szybciej na mniej ekstremalnych odcinkach. 

Przy okazji dokonałem zadziwiającego odkrycia: otóż na trasie do Zakopanego wcale najszybsze nie są ekspresy. O dwie minuty szybciej trasę tę pokonuje pociąg "Janosik", złożony z - nie bójmy się tego powiedzieć - ordynarnych elektrycznych zespołów trakcyjnych drugiej klasy, ze znaczkami Przewozów Regionalnych. PKP potrafi jednak zadziwić - otóż bezwzględnie najszybszym sposobem na pokonanie tej trasy jest.. pojechanie Tanimi Liniami Kolejowymi, wprawdzie niedaleko, tylko jedną stację, żeby w Płaszowie przesiąść się na tegoż Janosika, który z Głównego odjechał dziesięć minut wcześniej (są tylko trzy minuty na przesiadkę, ale jeśli się uda, to planowy czas jazdy do Zakopanego wyniesie 3 godziny 13 minut). Z wieloma przystankami po drodze. 

I na zakończenie wrócimy do włoskich pociągów. Popołudniowe połączenie w dzień roboczy na trasie Civitavecchia-Rzym, obsługiwane przez lokalną wersję PR czy KŚ. Pociąg rusza ze stacji, z głupia frant zaczynam obserwować duży cyfrowy wyświetlacz. Na pierwszym odcinku (mniej więcej sześciominutowym) pociąg przez większość czasu utrzymuje prędkość 120 km/h, na którymś z następnych (kiedy mniej się już skupiałem na obserwowaniu wyświetlacza) w pewnej chwili odnotowałem 147 km/h. Pociągi na rodzimych liniach też potrafią szybko, ale chyba jednak w dużej mierze zależy to od stanu torów.

13:30, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (4) »
niedziela, 14 października 2012

Wzburzenie w regionie budzi dokonany przez centralę NFZ podział środków z fundusz zapasowego. Przyczyną wzburzenia jest - jak zwykle - że (jako województwo) dostaliśmy oczywiście za mało, mniej niż by można, znacznie mniej niż oddział mazowiecki (czytaj Warszawa!) mniej niż inni i w ogóle że jesteśmy w ogonie. 

Jakoś tak popatrzyłem na liczby i wśród tego ogólnego lamentu postanowiłem policzyć. Mazowieckie dostało w sumie 256 mln zł, śląskie 64 mln zł. Do podziału było - będę trochę zaokrąglał dla uproszczenia - 417 mln zł (uważny czytelnik już zaczyna dostrzegać zapewne problem). Przyjmijmy, że sprawiedliwy podział byłby stosownie do liczby ludności, czyli wśród ca 38 mln mieszkańców (dla uproszczenia przyjmijmy, że liczba ubezpieczonych pokrywa się z liczbą mieszkańców) wypadałoby po 11 zł na głowę. W mazowieckim jest 5,2 mln ubezpieczonych, w śląskim 4,6 mln ubezpieczonych (wszystkie dane z linkowanego tekstu). Stosując prosty i sprawiedliwy przelicznik, mazowieckie powinno dostać około 57,2 mln zł zamiast 256 mln zł. Śląskie zaś powinno dostać zamiast 64 mln zł... 50,6 mln zł. 

Gwałtu, rety co się dzieje? Bolesna prawda jest taka, że owszem, dostaliśmy mniej niż Mazowsze (mityczna Cyntrala), że Mazowsze dostało znacznie więcej niż powinno, ale że poszkodowanymi nie jesteśmy my - tylko czternaście pozostałych województw. I że my także dostajemy więcej niż nam się należy, kosztem innych.

Oczywiście, ktoś może wytknąć, że tu takie a nie inne uwarunkowania w skomplikowanym systemie rozliczeń, ale na temat sprawiedliwości w tym podziale to powinniśmy milczeć, bo jest ku temu świetna okazja.  

Tagi: Śląsk
18:17, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (5) »
piątek, 31 sierpnia 2012

Krótka wyrywkowa refleksja po pucharowym czwartku na blogu sportowym w śląsk.sport.pl

08:27, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 kwietnia 2012

Bacznie śledzę debatę, wróć, zawieruchę, wokół spektaklu Villqista "Miłość w Koenigshuette". Dziś ktoś zarzucił linkiem do wypowiedzi Aleksandry Klich. Wypowiedź to trudna, nie ukrywa, że pisana aż z trzewi. 

Mnie ta wypowiedź kłuje (bo nie boli) z zupełnie innego powodu. Czytam ją wciąż i czytam, starając się nie przeinaczyć sensów, zastanawiam się, czy nie czepiam się słówek. Chodzi głównie o opozycję "Śląska morcinkowo-hadynowego" do dorosłości wyznaczonej świadomym przeżyciem bólu historycznej krzywdy. Brzmi to, jakby te dwie sfery się wzajemnie wykluczały, zamiast być dwiema stronami tej samej monety (w uproszczeniu, bo może lepiej byłoby powiedzieć: dwiema ściankami tej samej kostki). 

Nie mogę się oprzeć refleksji, że morcinkowo-hadynowość jest Śląska życiem codziennym, nawet jeśli w tym wycinku bliższym kręgom robotniczym i rolniczym. Skupienie się zaś na traumach historycznych, tych sprzed dziesiątek lat i tych świeższych, uruchamia we mnie obawę przed pojawieniem się postaci, która siedzi mi w samym środku mózgu, z której drwiłem w pracy maturalnej, lecz nieskutecznie. Postaci, która na salonach światowych jedyne, co ma do powiedzenia, to - wskazując na paszczę - "o, tu, panie, wybili, trzonowego wybili". To postać Polaka-emigranta z "Monizy Clavier" Mrożka, jakim chichotem byłoby, gdyby w taki sposób się śląska tożsamość spolonizowała. 

Ale mam świadomość, że to nie moje traumy będą, więc nie chcę się pchać ze szczewikami w duszę.

Tagi: Śląsk
22:48, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Przeczytałem podczas urlopu książkę reklamowaną jako pierwsza powieść Kazimierza Kutza. Kogoś, kto znak język pisany Kutza, nie zdziwi styl tej opowieści, choć sposób obrazowania słowem mimo wszystko może jednak zaskoczyć. Kutz maluje obraz swojego Śląska (ortodoksi powiedzą, że w języku poszedł na daleko idące kompromisy między godką, a klasyczną polszczyzną - poprzez zbytnie zbliżenie się do tej ostatniej), z jego zwyczajami, charakterami, przywołując cały rejestr sypiących się zewsząd krzywd. Czyta się to znakomicie.

Mam jednak ambiwalentny stosunek do dwóch rzeczy. Opisane to jest jako powieść, choć od początku czyta się to praktycznie jako autobiografię (w takim szerokim pojęciu, bo "auto-" nie ogranicza się do jednej tylko osoby, ale do całego własnego świata autora), aż w pewnej chwili przychodzi rodzaj otrzeźwienia "zaraz, to się przecież chyba Kutzowi nie zdarzyło!". Kutz balansuje na linie pomiędzy autobiografią, a powieścią, a nazbyt naiwny czytelnik potraktuje wszystko, co opisane - serio. Ten zabieg to niemal esencja pisarstwa uprawianego przez Johna Irvinga (którego pseudoautobiografizmowi od dawna zamierzam poświęcić obszerną notkę, ale zawsze są ważniejsze rzeczy), ale u Irvinga jesteśmy do tego przyzwyczajeni, ba! trochę tego nawet oczekujemy. U Kutza czujemy się trochę zrobieni w konia (a może ja po prostu nieopatrznie niedawno czytałem akurat biografię Kutza).

Przypuszczam, że Irving mocno skrytykowałby zakończenie (szczegółów, wybaczcie, nie zdradzę), sam uznałem je za dość wydumane, takie, które mogło się oczywiście zdarzyć, ale którego twórca winien się wystrzegać właśnie, jako zbyt mało prawdopodobnego. Ale historia Śląska jest tak porąbana, że naprawdę nie zdziwiłbym się, gdyby zdarzyło się to, co opisano.