Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: Liga Mistrzów

środa, 25 lipca 2012

Pucharowy mecz Kelemena Wrocław oglądałem kątem oka na marginesie ważniejszych zajęć, takich jak prasowanie i spoglądanie na fejsa. Tego, co zobaczyłem, wystarczyło na obrażenie pod nosem mieszkańców obszarów niemiejskich, roślin okopowych i idei futbolu amatorskiego, więc o samym meczu już może nie będę próbował pisać. Trochę mnie tylko strach ogarnia, że jeśli dzięki zestawowi fuks+Kelemen uda się drużynie z Wrocławia awansować do właściwej Ligi Mistrzów, to odegra tam taką rolę, jak niedawno Żilina

niedziela, 20 maja 2012

To zawsze był ulubiony zawodnik redaktora Szpakowskiego - im bliżej było końca meczu, tym częściej jak zjawa pojawiał się na boisku i uczestniczył w coraz większej ilości akcji, zwłaszcza defensywnych. W finale Ligi Mistrzów najwyraźniej się sklonował, nawet jeśli komentatorzy go nie dostrzegali, w każdym razie w akcjach obronnych londyńczyków był po prostu niezastąpiony - w desperackim przyjmowaniu strzałów na ciało, w rzucaniu się na tor piłki, w pogoniach za uciekającymi rywalami, żeby jeszcze dać radę przeciąć próbę dośrodkowania. Ofiarności w tym meczu było pod dostatkiem, umiejętności czysto piłkarskich mniej (symboliczny będzie ten debiutant, który zagrał ofiarnie, odważnie i pewnie, lecz w akcjach ofensywnych pokazał, że nie dorósł do gry na tym poziomie). 

W kółko kręci się też myśl (i to nie tylko mnie), że sprawa ma wymiar ponadludzki, może nawet boski. Im bardziej patrzę na przebieg meczu, tym bardziej myślę, że Chelsea (lub niektórzy jej piłkarze) musiała przed meczem złożyć sute ofiary na rzecz Pani Fortuny (i innych bogów), zmienność losów Drogby w tym meczu najlepszym tego przykładem. Można mieć zresztą niemal pewność, że chełpliwi Bawarczycy o złożeniu jakichkolwiek ofiar nawet nie pomyśleli, będąc pewnymi wszystkich swoich atutów. A londyńczycy, cóż, pewnie zawarliby i kontrakt z diabłem, żeby tylko zapewnić sobie wygraną, zwłaszcza że Abramowicz mógłby coś do tego kontraktu dorzucić.

Bo właśnie to jest tak irytująco gryzące w tym finale: że ten piękny sportowy scenariusz napisany dla kopciuszka, kupiła sobie banda podstarzałych milionerów. Gratulacje dla zwycięzców, chwała dla zwyciężonych, my czekamy na kolejny sezon.

środa, 25 kwietnia 2012

Przeglądam nagłówki po wczorajszym meczu Barcelona-Chelsea. Prawie wszędzie zdjęcia Fernando Torresa, nazwisko Torres - względnie Messi jako winowajca. 

Zostawmy Messiego, bo nie o to mi chodzi, czy pudłował bardziej niż inni. Gol Torresa był niewątpliwie wydarzeniem sezonu dla niego samego, ale był jedynie coup de grace, co najwyżej pozbawił znaczenia ewentualny strzał rozpaczy z ostatniej minuty (którego nie było). 

Przyćmił ten gol natomiast prawdziwego bohatera meczu i dwumeczu (nic nie ujmując wszystkim walczącym w obronie). Jakże rzadko eksponowany jest strzelec kluczowej, pierwszej bramki Chelsea (wystarczającej do awansu), jego zdjęć praktycznie nie widzimy. A to on w pierwszym meczu przeprowadził kluczową akcję i kapitalnym podaniem wyłożył piłkę Drogbie, ustawiając cały dwumecz. 

Ramires Chelsea Barcelona Champions League Liga Mistrzów  
(fot. Josep Llago / AFP/East News)

Ramires Santos do Nascimento. Bez niego nic się nie stało, co się stało.

piątek, 16 grudnia 2011

W tegorocznych eliminacjach Ligi Mistrzów, modne było wyliczanie, przez ile minut Wisła "była" w tych najważniejszych rozgrywkach klubowych Europy (czyli przez ile minut rewanżu na Cyprze, wynik promował drużynę z Krakowa). Ostatecznie na trzy minuty przed końcem meczu (bez czasu doliczonego) straciła decydującego gola. 

Co się działo w ostatniej kolejce Ligi Europejskiej, "widzieli wszyscy". Wisła "była" w kolejnej fazie rozgrywek przez 15 minut (prowadziła, a Fulham remisował), po czym zakończyła mecz z wynikiem wprawdzie zwycięskim, ale dającym jedynie punkty i poczucie rewanżu. Nie wiem, jak liczyć minuty po zakończeniu meczu, skoro wtedy właśnie w Londynie padł gol dający Wiśle awans.

W ogóle w tych rozgrywkach pucharowych ostatnie minuty były już raczej pomyślne, niż pechowe. W czerwcu możemy wygrywać w ostatnich minutach, bo liczenie minut do końca meczu  w nadziei na utrzymanie korzystnego wyniku, jakoś nam słabo wychodzi.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Rafał Stec wrzucił przed godziną na Facebooka informację zaczytaną w La Gazzetta dello Sport, że są pomysły na reorganizację (kolejną) futbolowych rozgrywek pucharowych. Jeden z rozważanych wariantów przewiduje połączenie Ligi Mistrzów z Ligą Europejską, rozegranie fazy grupowej 64-drużynowej i później 32-drużynową fazę pucharową. 

Właściwie to im bardziej o tym myślę, tym bardziej chcę klaskać. Skończyłyby się problemy z prestiżem (wszyscy grają w Lidze Mistrzów), dziwne przechodzenie z jednego pucharu do drugiego, ba, nawet tak "złośliwy" problem jak "konieczność" gry zwycięzcy LE w LE. No i przede wszystkim - faza pucharowa będzie miała rozmiary, jak niegdysiejszy poczciwy Puchar Mistrzów Krajowych z lat zimnej wojny, kiedy w Europie mieliśmy znacznie mniej państw i przez to mniej nawet "prawdziwych" mistrzów. 

Licząc na szybko - jeżeli dziś 4 polskie drużyny startują do łącznie 80 miejsc w 2 różnych pucharach, to po reformie co najmniej 3 (jestem optymistą) polskie drużyny powinny startować do 64 miejsc w jednym pucharze. Nie wiem, jak wyglądałyby kwalifikacje, ale 1-2 powinny się być w stanie zakwalifikować (choć smutna jest refleksja, że tylko tak możemy osiągnąć Ligę Mistrzów). I - jak pokazuje tegoroczna LM - w takim szerokim składzie, przy 16 grupach o nieprzewidywalnym składzie, może się okazać, że ktoś z papierowych faworytów nie postara się, zlekceważy i... 

Wygląda fajnie. A gdyby komuś się zrobiło całkiem nostalgicznie, to tylko kwestią czasu będzie, aż zwycięzcy najsilniejszych lig zorganizują sobie dodatkowy, mniej lub bardziej prywatny turniej w gronie 4- lub 8-drużynowym, odtwarzając PEMK. Niech robią, co im będę żałował.

wtorek, 18 października 2011

Posiadacze n-ek i fani oglądania transmisji internetowych mogą śledzić już dzisiejsze mecze, reszta musi zaczekać na jutrzejszy mecz w kanale otwartym. Ja się ograniczam do kanału otwartego, więc mam czas na odpowiednie przygotowanie. Na przykład na wyskoczenie do sklepu po odpowiednią przekąskę:

serowa liga mistrzów

Niech to będzie ta, prawdziwa uczta piłkarska.

środa, 24 sierpnia 2011

Grała Wisła. Oglądałem. Zobaczyłem wszystkie stare grzechy polskiego futbolu: bojaźń, niedostatki techniczne, błędy taktyczne, braki kondycyjne, wszystko to nadrabiane obroną Częstochowy (nie było tylko zawodnika "ofiarnie", ale to nie wina Wisły że Szpakowski nie komentował), która tradycyjnie w ważnych momentach udaje się tylko czasami, i wczoraj tego czasu było za mało.

I nagle błysnęła mi myśl: tylko co to ma wspólnego z polskim futbolem? Wisła wyszła w 8 przedstawicieli innych krajów, w trakcie meczu dorzuciła jeszcze 3, większość z nich "nad Wisłą" gra od niedawna. Co zatem sprawia, że piłkarze wyedukowani, wychowani i większość kariery grający "w większym świecie" (bo nie w wielkim przecież), zachowywali jakby wyszli z LZS Jadowniki? Genius Ekstraklasae?

Nie chcę uciekać w tanią myśl, że te polskie grzechy to sobie przypisujemy, bo się do nich przyzwyczailiśmy, a gdzie indziej jest tak samo. Apoel był lepszy, bez dwóch zdań, nad przyczynami słabości Wisły jeszcze długo się będziemy zastanawiać.

sobota, 28 maja 2011

Kiedyś, w ubiegłym wieku, chyba jeszcze nawet w czasach komuny (głowy nie dam, może zaraz po), wybrałem się na do katowickiego Spodka na mecz sławnych Harlem Globetrotters. Wyczyniali oczywiście rozmaite sztuczki, ale - co znamienne - moją sympatię zyskali wtedy raczej ich przeciwnicy (zdaje się Washington Generals, choć pamięć uporczywie sugeruje drużynę z Bostonu). Grali ambitnie, solidnie, trafiali do kosza, nawet przez sporą część meczu prowadzili, dopóki ci drudzy nie włączyli na dobre trybu "showtime".

Coś podobnego poczułem dzisiaj na finale Ligi Mistrzów. Manchester grał momentami ambitnie, starał się jak mógł, ale na showtime Barcelony po prostu nie miał odpowiedzi. I mimo że bliżej mi do Katalończyków, zaczynałem trzymać kciuki za Czerwone Diabły jak kiedyś za Washington Generals. Choćby dlatego, żeby nie zrobiło się nudno.

O samym zaś meczu nie dam rady napisać nic lepszego, niż dwa lata temu.

środa, 06 kwietnia 2011

...a zawodników w drużynie jest jedenastu. O tej banalnej prawdzie zapomnieli chyba dzisiaj piłkarze Szachtara Donieck (ach, ta pierwsza połowa! prawie byłem gotów zostać ich fanem), bo ile Messiego kryli konsekwentnie i z determinacją aż do samego końca, o tyle wobec innych graczy Barcelony zachowywali się trochę, jakby byli zaskoczeni, że też mogą ich ukąsić. Przegrali w głowach, a i Pani Fortuna nie pomagała.

Powraca czasem dyskusja o tym, że w Lidze Mistrzów jest taka trochę monokultura tych samych klubów co zawsze, wypełniających szczelnie zestawy par ćwierć- i półinałowych. W tym roku w ćwierćfinałach trójka kopciuszków czy też nowicjuszy. W ich pierwszych meczach padło łącznie 17 goli, co daje średnią 5,67 gola na mecz. W czwartym ćwierćfinale, zawierającym "zestaw firmowy", padła raptem jedna bramka. Nasuwają się całkiem interesujące (acz tylko pozornie zasadne) wnioski.

Ciekawostką jest natomiast, że w tych trzech parach ze świeżą krwią, do odmiany stanu rywalizacji potrzebny jest wynik 4:0. W czwartej parze oczywiście taki wynik też nie zawadzi:)

piątek, 29 października 2010

..bo nagwiżdżesz w dupę komu, mawiano mi w dzieciństwie (skreślone słowo wymawiając z lekkim takim niedomófieniem).

Nową wersję tego wychowawczego powiedzonka opracowano w futbolu. Brzmi ona "nie gwiżdż na boisku, sędzia nie lubi konkurencji".

A swoją drogą pamięć mi teraz natarczywie podpowiada epizod z zamierzchłej przeszłości, kiedy w jakimś meczu zawodnik został ukarany kartką za wzięcie znienacka piłki do ręki. Tłumaczył się, że usłyszał coś, co uznał za gwizdek. Teraz to już we wszystko można uwierzyć (chociaż wtedy gwizdać mógł raczej ktoś z trybun).

 
1 , 2