Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: góry

niedziela, 16 października 2016

Czternaście wilków. Czyli tyle, ilu było uczestników wyprawy Thorina pod Samotną Górę (choć więcej niż członków drużyny Pierścienia). Dużo? Nie wydaje się. A tyle właśnie wypuszczono tych sympatycznych zwierząt w Yellowstone, żeby żyły i rozmnażały się (o czynieniu sobie tej ziemi poddaną mowy nie było).

Wilki zaczęły polować na wszechobecne jelenie. Jelenie szybko nauczyły się, że park przestał być bezpieczną przystanią, i zaczęły się trzymać bezpiecznych miejsc, zamiast obżerać całą zieleń w dolinach rzek. Kiedy jelenie się wycofały, zieleń zaczęła odrastać, a wśród tej zieleni pojawiły się ptaki, bobry, wydry, ryby i liczna inna zwierzyna. Pojawiło się też więcej niedźwiedzi, skoro przybyło jagód.

Wilki przegoniły kojoty. Gdy kojotów było mniej, pojawiły się króliki i myszy, a w ślad za nimi przyszły ptaki drapieżne, łasice, lisy (jak w Puchatku...) czy borsuki.

A kiedy z dolin znikły trawożerne i na zboczach i brzegach wyrósł las, nawet rzeki się ustabilizowały. 

Czternaście wilków (dziś już o wiele więcej, oczywiście) spowodowało tę rewolucję w raptem 20 lat. A o tym wszystkim w tym krótkim filmie.

13:51, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (5) »
niedziela, 06 lipca 2014

Wybraliśmy się na sobotni spacer w terenach górskich. Zostawiliśmy samochód w centrum miasta, ruszyliśmy. Pogoda nas początkowo straszyła, wyraźnie chciała nas zatrzymać w miasteczku, byśmy jak prawdziwi niedzielni turyści zasiedli przy kawie... ciastku (kremówce prosto z Wadowic)... kiełbasie z rusztu/grilla/paleniska... kebabie z oscypkiem ("ja przepraszam że pan hrabia w tym miejscu zwymiotował")... herbatce góralskiej... kolejnej herbatce góralskiej... a potem wykupili kwaterę i od rana powtarzali. Cóż, nie tym razem, zresztą wiatr raźno przegnał chmury straszące deszczykiem i niebo zrobiło się błękitne.

Przyjechaliśmy bowiem pobyć na świeżym powietrzu i rozruszać się przed nadchodzącymi wakacjami. Ludzi mimo słonecznej soboty na szlakach niewielu, także obecność jagód na krzakach wzdłuż szlaku wskazywała na to, że potencjalnych chętnych na buszowanie w krzakach wielu dotąd nie było. Zaskoczyły mnie natomiast - i to kompletnie - borówki (nawet jeśli tylko w jednym nasłonecznionym miejscu), przecież dopiero początek lipca, powariowała to przyroda zupełnie (choć jeżyny wciąż jeszcze cierpliwie czekają na swoją porę). 

Na Orłowej wiatr wiał wciąż w najlepsze. Stanąłem na zboczu patrząc na góry przed sobą, słońce przygrzewało. Rozłożyłem szeroko ręce, zamknąłem oczy. "Chrzań się, Leo", pomyślałem.

sobota, 21 września 2013

Czytam w dzisiejszej Wyborczej wywiad z Krzysztofem Wielickim (będzie płatny, więc nie linkuję), dotyczący właściwie wyłącznie słynnej wyprawy na Broad Peak, zarazem tragicznej i pomyślnej. Dziennikarz w kółko krąży wokół kwestii podejmowania właściwych decyzji o ataku szczytowym - czy powinni byli iść wszyscy, czy nie należało lepiej zadbać o łączność, czy nie należało wyznaczyć godziny powrotu, czy nie powinno być bardziej twardych zasad, ścisłych procedur postępowania.

Sięgam na półkę, po starą książkę Boningtona o brytyjskiej wyprawie na Everest z 1975 roku. Bonington odgrywał w niej podobną rolę jak Wielicki pod Broad Peakiem - był kierownikiem, niczym dowódca i szef sztabu zarazem planował nieustająco, kto w jakim dniu ma jaką pracę wykonywać, z którego obozu przejść do którego i w czyim towarzystwie (które to plany z dnia na dzień trzeba było dostosowywać do bieżących osiągnięć i trudności pogodowych czy ludzkich), przy czym brytyjska wyprawa liczyła znacznie więcej ludzi, niż ta polska. I podobnie jak w przypadku Broad Peaku, wyprawa osiągnęła smutny sukces - pięciu ludzi weszło na szczyt (nową drogą), jeden z nich (Mick Burke) z tego szczytu nie wrócił, nawet można powiedzieć: nie nadążył za dwójką idącą przed nim, choć dobrą chwilę na niego czekali na zejściu (latem, lecz kilkaset metrów wyżej), zanim ruszyli w dół ratować życie w załamującej się pogodzie. 

Znamienny jest ten fragment:
"Bardzo stanowczo powiedziałem Martinowi [lider drugiego zespołu atakującego szczyt, musiał się wycofać z przyczyn sprzętowych], iż absolutnie się nie zgadzam, aby następnego dnia Mick szedł na szczyt. I chcę, aby wrócił na dół. (..) gdy zakończyła się łączność, zdałem sobie sprawę, że wydałem rozkaz zapewne niemożliwy do wykonania. Kiedy alpiniści docierają na Evereście do obozu szczytowego, stają się całkowicie niezależni, jeśli idzie o podejmowanie decyzji. Do tego momentu są członkami zespołu uzależnionymi od siebie nawzajem i podlegającymi ogólnej kontroli ze strony kierownika wyprawy, natomiast w przypadku ataku szczytowego jest inaczej. Jest to kwestia ich życia, za które sami odpowiadają, i tylko sami mogą podejmować decyzje co do sposobu działania."*

Nigdy się nie dowiemy, czy w innej rzeczywistości, Berbeka z Wielickim kierowaliby atakiem jak wycieczką szkolną, Kowalski ruszyłby dalej z Rocky Summit, a Bielecki z Małkiem czekaliby na kolegów, być może w innej rzeczywistości nawet nie byłoby warunków żeby wyruszyć.

Bonington za wyprawę na Everest otrzymał tytuł Komandora Orderu Imperium Brytyjskiego (CBE). Mick Burke w obozie szczytowym, słysząc że Bonington chce z nim rozmawiać przez radio na temat ataku na szczyt, miał odpowiedzieć "może się wypchać".

*Chris Bonington, Everest- najtrudniejsza droga, tł. W.Adamiecki, Warszawa 1987