Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: PNA 2010

wtorek, 19 stycznia 2010

Kiedy dzisiaj na chwilę włączyłem transmisję z Pucharu Narodów Afryki (na Eurosporcie), uświadomiłem sobie po chwili, że na ekranie jest coś, czego chyba być nie powinno. Skupiłem się trochę i odnotowałem regularną czerwoną plamkę nad skrótem nazwy Burkina Faso. Plamka się nie przesuwała po ekranie, więc była zamierzona, na wadę telewizora też nie wyglądało. Nieśmiało zacząłem przypuszczać, że może to informacja o pokazanej jakiemuś zawodnikowi czerwonej kartce, i po paru minutach okazało się, że się nie pomyliłem, Burkina Faso grało w dziesiątkę. Ciekawy pomysł, natychmiast zaczęła drążyć myśl, jak by wyglądał ekran w jakimś zaciętym i brutalnym meczu, tak po ze trzech czerwonych kartkach. Jeśli się ta konwencja przyjmie, pewnie zobaczymy.

A swoją drogą, mecz był na tyle nudny, że czerwona karteczka była z tego wszystkiego najciekawsza. Nie pamiętałem układu tabeli, a po obrazie gry nie mogłem odgadnąć, czy na zmianie wyniku zależy Ghanie, Burkina Faso - czy nikomu (jak we wczorajszym meczu Algierii z Angolą). Ale to Burkina Faso po prostu nie miało armat, a jedynie zbędne już barykady.

Popatruję sobie trochę na mecze piłkarskiego Pucharu Narodów Afryki. Przed turniejem pamiętam głosy, że czeka nas dawka futbolu radosnego, swobodnego i nietaktycznego (w opozycji do wyrachowania drużyn europejskich). No i po trosze się to sprawdza -  w końcu wyrównanie z 4:0 w ciągu końcowych 20 minut to jednak trochę kosmos (jakże blednie wyczyn Liverpoolu z finału Ligi Mistrzów). Zupełnie radosna bywa też gra bramkarzy - już po dwóch kolejkach zebrała się pokaźna kolekcja bramkarskich wyczynów aspirujących do DVD "Futbolowe jaja 2010". Aż się nieraz ciśnie na usta jakaś złota myśl o poziomie rozwoju "tych z Czarnego Lądu".

Ta refleksja oparta jest na meczach z niedzieli. W meczu Kamerunu z Zambią, wyrównujący gol dla Kamerunu na pewno znajdzie się we wspomnianej wyżej kolekcji błędów bramkarskich. Bo i szczerze mówiąc, padł po ratunkowym kopnięciu piłki przy linii bocznej (nazwanie tego strzałem to obraza dla normalnych strzałów) - inaczej piłka uciekłaby na aut, a tak doleciała do pola karnego i pod brzuchem bramkarza wpadła do siatki. Palce lizać. Ale nie umiałem się oprzeć wrażeniu, że już to widziałem. Bo i prawdę mówiąc, miejsce uderzenia piłki było porównywalne z kopnięciem Nayima na 20 sekund przed końcem finału Pucharu Zdobywców Pucharów AD 1995 w kierunku Davida Seamana. A  zachowanie bramkarza na piłce do złudzenia przypominało "interwencję" Luisa Arconady w finale Euro'84, dającą prowadzenie Francuzom i wieczną chwałę Platiniemu.

A wcześniej, był mecz Gabon-Tunezja. Kiedy się włączyłem, wyglądało to na dość niezdarną kopaninę. Na tyle niezdarną, że po paru minutach pomyślałem sobie zgryźliwie, że z każdym z uczestników poradziłaby sobie nawet reprezentacja Majewskiego. Ale z czasem dostrzegłem Gabon, nie atakując zbyt frontalnie, miał niesamowitą lekkość rozpędzania akcji do przodu dwoma podaniami. I wcale już nie byłem pewien, czy dałaby mu radę którakolwiek polska reprezentacja - Majewskiego, Beenhakkera czy Smudy. W końcu symbolicznie Gabon już nas pokonał.

Ech, to postkolonialne poczucie wyższości.