Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: windykacja

poniedziałek, 02 marca 2015

To już ponad dwa lata, odkąd wybuchła jak granat słynna sprawa pewnej emerytki z Sochaczewa, która (że od wtrętu historycznego zacznę) miała nieszczęście nazywać się tak samo jak poszukiwana przez kogoś dłużniczka. A że wierzyciel nie znając adresu swojej dłużniczki szukał jej bezsilnie, to był oczywiście szczęśliwy, że wreszcie trafił (komornik też był zadowolony, bo skasował opłatę egzekucyjną) i to na dodatek z zasobnym kontem (dzięki czemu odzyskał swoje pieniądze, które zaraz przeznaczył na spłatę swoich zaległości w ZUS). Tyle że pani emerytka oczywiście nie była szczęśliwa, że spłaciła przymusowo długi swojej imienniczki (bez widoków na odzyskanie utraconych pieniędzy) i rozpętało się medialne piekło.

Pisałem wtedy, niemal równo dwa lata temu, że (z wyjątkiem wypadków szczególnych) każdy taki niby-dłużnik ma wygodne, acz mało znane, narzędzie obronne - przepis art. 825 pkt 3 kpc, zgodnie z którym może wnioskować o umorzenie egzekucji z uwagi na fakt, że egzekucję skierowano przeciwko osobie, która według treści klauzuli nie jest dłużnikiem. Ponieważ parlamentarzyści tego przepisu też zdaje się nie znali, postanowili oczywiście zadbać o biednych niby-dłużników i znowelizowali przepisy kodeksu postępowania cywilnego, nakazując sądowi ustalanie w każdej sytuacji numeru PESEL* dłużnika, którego dotyczy wyrok, i wpisywanie tego numeru do klauzuli wykonalności. Spowodowało to oczywiście szereg nieznanych dotąd problemów z nadawaniem klauzul wykonalności, oraz... 

Był sobie pewien Piotr Mateusz Łapeć.** Żył sobie spokojnie, nie wadził nikomu, aż oto pewnego grudniowego dnia, gdy myślał o zbliżających się Świętach, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu dowiedział się o zajęciu jego wynagrodzenia przez komornika, na wniosek wierzyciela, o którym w życiu nie słyszał. W złowieszczo wyglądającym dokumencie komorniczym zgadzały się: imiona, nazwisko i Pesel pana Piotra - ale nie zgadzał się adres, który pochodził z odległej wsi, koło której pan Piotr nawet w życiu nie przejeżdżał. Niemniej problem był, gdyż (tu mała wycieczka w przyszłość, do orzeczenia sądowego) "przed nadaniem klauzuli wykonalności ustalono w bazie Pesel Sad nr Pesel Piotra Mateusza Łapeć. Po wskazaniu imion i nazwiska tej osoby jako wynik wyszukiwania wskazano iż zidentyfikowano w systemie jedną osobę o numerze XXXXXXXXXXX. Takie też dane dłużnika wskazano w klauzuli wykonalności". Pan Piotr z pomocą rodziny, przyjaciół i prawnika wystąpił do sądu i jeszcze przed Świętami odetchnął z ulgą, gdyż sąd uchylił postanowienie o nadaniu klauzuli wykonalności, stwierdzając iż "po ponownej weryfikacji i wprowadzeniu dodatkowych danych (nr dowodu osobistego wynikający z akt sprawy) ustalono iż faktycznie w bazie Pesel figuruje osoba o nazwisku Piotr Łapeć nr Pesel YYYYYYYYYYY i to ta osoba jest dłużnikiem w niniejszej sprawie" (zapewne pomogło nieco podanie sądowi informacji, że faktycznie istnieje inny Piotr Mateusz Łapeć o numerze PESEL YYYYYYYYYYY). Pieniądze ściągnięte z pensji wróciły do pana Piotra wprawdzie dopiero po Świętach, ale i tak nie był zmartwiony.

Wszystko dobrze się skończyło, więc w czym problem? Otóż problem jest i to poważny. Pan Piotr miał szczęście bo zdążył podjąć właściwe kroki w odpowiednim czasie i nie padł ofiarą nowych przepisów. Po nowelizacji - kiedy w klauzuli wykonalności znalazł się numer Pesel, wprawdzie niewłaściwy ale jednoznacznie na niego wskazujący - przestał mieć możliwość powoływania się na art. 825 pkt 3 kpc! Jedyne co mu zostało to zażalenie na postanowienie o nadaniu klauzuli wykonalności (lub skarga, jeśli postanowienie wydał referendarz). A różnice są poważne:
- wniosek o umorzenie postępowania można złożyć w każdym czasie, natomiast zażalenie (skargę) wnosi się w terminie 7 dni od momentu, kiedy zainteresowany dowiedział się o prowadzeniu egzekucji,***
- wniosek o umorzenie postępowania nie wymaga spełnienia szczególnych warunków, natomiast zażalenie/skarga musi spełniać wymogi formalne pisma procesowego,
- wniosek o umorzenie postępowania składa się do komornika, natomiast zażalenie/skargę do sądu (fakt, na zawiadomieniu od komornika powinno być pouczenie drobnym druczkiem),
- wniosek do komornika nie wymaga opłaty, zażalenie/skargę trzeba opłacić (niby niewiele, ale zawsze)
- i co najważniejsze - uchybienie przepisom postępowania (także niewykonanie w terminie wezwania do uzupełnienia braków) może spowodować, że w tytule wykonawczym na wieki wieków nasz niby-dłużnik będzie już określany jako dłużnik, bez żadnych już możliwości obrony...

Pisząc te słowa, jestem w strachu. W następstwie kolejnych głośnych spraw medialnych (tym razem asesor komorniczy z Łodzi, który - jak się zdaje - zadał się z czymś w rodzaju zorganizowanej grupy przestępczej zajmującej rzeczy i w te pędy sprzedającej je podstawionym osobom w zaprzyjaźnionym komisie) zapowiadają się kolejne zmiany w procedurze, które może utrudnią przestępstwo w jednej sprawie na tysiąc, ale za to skomplikują i wydłużą co piątą "normalną" sprawę...

*oczywiście w przypadku spółek czy instytucji używa się innego numeru
**dane oczywiście zmyślone, ale z grubsza odzwierciedlają poziom "typowości" personaliów, nie chodziło o Jana Nowaka
***tu należy oddać parlamentowi, że dodał jeden drobiazg na korzyść niby-dłużnika, a konkretnie wniosek o sporządzenie uzasadnienia postanowienia o nadaniu klauzuli wykonalności, który składa się również w terminie 7 dni od dowiedzenia się o wszczęciu egzekucji (formalnie: od doręczenia zawiadomienia), co wydłuża termin na wniesienie zażalenia/skargi (7 dni, ale od otrzymania pisemnego uzasadnienia postanowienia o nadaniu klauzuli) i daje niby-dłużnikowi potencjalne punkty zaczepienia 

21:42, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 marca 2013

Temat być może będzie później też kontynuowany, bo jest złożony, a poprzednia notka na pewno go nie wyczerpała (i dzisiejsza też tego nie zrobi). 

Słynna emerytka z Sochaczewa - jak wiadomo - odzyskała swoje 28 tysięcy złotych (zdaje się aktualnie pokryła je w geście dobrej woli Krajowa Rada Komornicza, ale mniejsza o to). Trochę jej pomógł w organizowaniu protestów sąsiad prowadzący firmę, niejaki Pietrzak Mikołaj, przyzwoity człowiek. Jakiś czas potem przyszedł do niej i zapytał, czy ona nie pomogłaby jemu, bo czeka na spływ pieniędzy z dużego kontraktu, a jako porządny przedsiębiorca nie chciałby zalegać ludziom z płatnościami. Emerytka zgodziła się, i pożyczyła mu 20 tysięcy, sąsiad przyniósł odpowiednią umowę.. a tydzień później jakiś pijany w niego wjechał samochodem. 

Kiedy emerytka odżałowała chłopa, uświadomiła sobie nagle, że skoro sąsiad przeniósł się na lepszy świat, to pożyczki jej nie odda (a jego firma zamknęła podwoje i sama się dalej nie prowadziła). Sąsiad mieszkał sam, na pogrzebie pojawiła się jakaś rodzina, w tym była żona sąsiada z synem. Emerytka poczytała, pomyślała i zaczęła działać - skoro zmarły miał majątek, to prawo przewiduje, że tenże majątek ktoś musi odziedziczyć, a wraz z nim i obowiązek zwrotu pożyczki. Dzielna wierzycielka - nie wiedząc gdzie rodzina zmarłego mieszka - napisała więc do Ministerstwa o udzielenie jej informacji z bazy PESEL, i po paru miesiącach otrzymała informację, że pan Jan Pietrzak jako spadkobierca Pietrzaka Mikołaja, mieszka sobie w mieście X przy ulicy Y. 

Mógłbym ciągnąć tę anegdotę dalej, doprowadzając ją do zajęcia rachunku Pietrzaka Jana, ale przejdę do jej puenty. Otóż na wysłane do Pietrzaka Jana pismo z prośbą o spłatę pożyczki, tenże odpisał w tonie dość zdziwionym, że nie bardzo rozumie, o co naszej bohaterce chodzi. Okazało się bowiem, że była żona sąsiada, Zofia Pietrzak, miała syna Jana - ale ze swoim pierwszym mężem Krzysztofem Pietrzakiem (zmarłym wiele lat wcześniej), niespokrewnionym z Mikołajem. I choć Pietrzak Mikołaj się Janem przez wiele lat opiekował jak ojciec, to formalnie nigdy go nie adoptował, więc Jan do spadku po ojczymie nie aspirował (i za długi ojczyma nie odpowiadał). I pomyśleć, co by było, gdyby to wyszło dopiero w egzekucji...

W tej anegdocie zmyślone są nazwiska i źródło długu (w tym oczywiście udział emerytki z Sochaczewa). Prawdziwa jest historia z poszukiwaniem spadkobierców dłużnika, ministerialną pomyłką i listem "syna" o przypadkowo zbieżnym nazwisku. Jak widać, mimo dołożenia dużej staranności, pomyłki są możliwe bez własnej winy.

Tagi: windykacja
10:35, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (2) »
sobota, 09 marca 2013

"John Hendrickson z Kalifornii miał sporo kłopotów z udowodnieniem miejscowej policji, że nie jest poszukiwanym przez władze defraudantem, noszącym również nazwisko John Hendrickson. Poza identycznością nazwisk obaj Hendricksonowie mieli żony Virginie, synów Jacków oraz córki o podwójnych imionach Mary Carol."*

Powyższą informację przytaczam oczywiście w związku z rozpętaną w mediach (przynajmniej niektórych, bo nie wszystkie śledzę, natomiast widzę zaangażowanie pewnej pani redaktor) mającą oznaki histerii akcją, dotyczącą pani emerytki z Sochaczewa. Gdyby ktoś zupełnym przypadkiem nie wiedział o co chodzi (choć mnie się tej sprawy zdaje równie wiele, co mamymadzi, majtek Dody i podobnych), to komornik prowadzący egzekucję otrzymał od wierzyciela wskazanie, że dłużnikiem jest pani XY, zamieszkała przy Y, o numerze PESEL ABC.., i skierował wobec tej pani egzekucję, ściągając jej z konta prawie 30 tysięcy złotych. Po fakcie się okazało, że pani XY nie jest tą samą panią XY, która była winna pieniądze, ale cóż - nie zareagowała na czas, komornik zgodnie z procedurą po kilku dniach przesłał pieniądze wierzycielowi, a ten (będąc właściwie bankrutem) radośnie spłacił nimi swoje długi w ZUS (więc i nie miał z czego oddać). Oczywiście stada internetowych fachowców od wszystkiego odsądzają komornika od czci i wiary (czy jest podstawa do uznania, że komornik popełnił jakiekolwiek uchybienie, to trzeba by przeanalizować szczegółowo akta), a przy okazji wyrażają niezachwiane przekonanie, że polskie prawo jest beznadziejne, skoro taka sytuacja jest możliwa, i jakże to możliwe, żeby w wyroku nie był wskazany PESEL.

Kodeks postępowania cywilnego lada moment będzie mieć pół wieku, jego kluczowe przepisy dotyczące identyfikacji nie uległy zmianie (tyle że kilka lat temu usunięto wymóg podawania zawodu stron, którego i tak od dawna nikt nie przestrzegał), liczba ludności wzrosła o jedną czwartą, więc eksplozją demograficzną trudności z identyfikacją tłumaczyć się nie da - a mimo to jakoś bez Peselu pokolenia dawały radę. Owszem, może wzrosła liczba spraw sądowych (co statystyczne zwiększa możliwość pomyłki, wszak errare humanum est), ale co do zasady problemem nie jest prawo. Kodeks zawiera bowiem mało znany przepis art. 825 pkt 3, zgodnie z którym komornik umorzy egzekucję na wniosek osoby zainteresowanej, jeżeli egzekucja została skierowana przeciwko osobie, która według klauzuli wykonalności nie jest dłużnikiem (i sprzeciwiła się prowadzeniu egzekucji). Na podstawie tego przepisu każdy, kto stanie w sytuacji pani z Sochaczewa, dowiedziawszy się o wszczęciu przeciw niemu egzekucji (choć nie jego wyrok dotyczy), powinien więc niezwłocznie złożyć sprzeciw wobec prowadzenia egzekucji i wniosek o jej umorzenie. Oczywiście, zawsze może się pojawić problem, czy zdąży - ale prawo nie jest w stanie uregulować wszystkich możliwych sytuacji, jakie się mogą zdarzyć. Dodajmy, że w niektórych państwach uznawanych powszechnie za cywilizowane w orzeczeniach nie podaje się żadnego odpowiednika Peselu, bo taki tam zwyczajnie nie istnieje. 

Cóż, znowu czwarta władza postanowiła się uznać za najważniejszą.

*Marian Kozłowski, "Lamus ciekawostek", Warszawa 1976

22:01, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (12) »
wtorek, 30 października 2012

Jadę sobie drogą jak wiele razy przedtem (i pewnie wiele razy potem). Na skraju lasu stoi duża tablica ogłoszeniowa. Droga prosta, prędkość nie za duża, rzucenie okiem nic nie kosztuje. Jakaś bliżej mi nieznana firma windykacyjna (lokowania produktu nie będzie) zachwala swoje usługi wielkim napisem:
SPRZEDAJ SWOJEGO DŁUŻNIKA

Gdybym nie wiedział, że jakieś formy (ukrytego) niewolnictwa i handlu ludźmi wciąż egzystują, to pewnie bym sobie nawet z tego i pożartował, z tego prymitywizmu językowego lub myślowego.

(100)

18:59, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 kwietnia 2010

Jedną z wielu nowości, jakie funduje nam ustawodawca, było wprowadzenie tzw. elektronicznego postępowania upominawczego. W największym skrócie polega ono na tym, że zamiast pracowicie kompletować stertę papierów, rejestrujemy się w odpowiednim serwisie i wypełniamy odpowiednie formularze elektroniczne, deklarując, że przysługuje nam określona niezapłacona w terminie należność, a jakby co, to posiadamy dokumenty i inne dowody i nie zawahamy się ich użyć. Po otrzymaniu formularza Sąd Rejonowy w Lublinie (nie wiem dlaczego ten właśnie, może losowanie było) wydaje nakaz zapłaty, który - jak dobrze pójdzie - poza jednym egzemplarzem nakazu dla przeciwnika nie będzie nawet musiał być więcej drukowany (bo i egzekucja ma się odbywać przez powiadomienie komornika, że taki elektroniczny nakaz istnieje).

Pomysł był przedstawiany jako cudowne panaceum na przewlekłość dochodzenia roszczeń (bo sąd wyda nakaz w 3-4 dni i koniec). Ja osobiście od początku byłem sceptyczny, bo instytucja jest stworzona generalnie do uproszczenia tzw. windykacji masowej, kiedy nie ma sporu o istnienie czy wysokość należności, a jedynie trzeba mozolnie odzyskać należność od kogoś, kto - chwilowo lub trwale - nie ma pieniędzy na zapłatę długu. Tego rodzaju windykacja i wcześniej funkcjonowała dość sprawnie, rutynowe pozwy były szybko rozpatrywane, a ponad 90% wydawanych nakazów zapłaty uprawomocniała się wobec braku sprzeciwu dłużnika. W tym zakresie różnica sprowadzi się do raptem kilkutygodniowego przyspieszenia procedury w samym sądzie, bo nie trzeba analizować i przetwarzać dokumentów do momentu wydania nakazu zapłaty (ale w tym zakresie też wystarczyło dopuścić możliwość powołania się na dokumenty bez ich załączania), no i korespondencja z powodem się skróciła, bo wystarczy wysłać maila zamiast pracowicie generować pismo i przebywać z nim cały tok kancelaryjny (to potrafi zajmować, oj potrafi). Później jednak terminy procesowe są takie same, jak w wersji "papierowej". Jeśli jednak dłużnik się czemukolwiek sprzeciwi, to akta będą musiały przewędrować do sądu właściwego, czyli nieraz pół Polski - a zatem będzie dłużej, niż gdyby skierować sprawę w trybie normalnym. A w samym postępowaniu egzekucyjnym, też - poza czasem doręczeń dla wierzyciela - żadnych zysków czasowych nie ma.

Tyle było moich obiekcji o charakterze teoretycznym. Stałem się natomiast dzisiaj świadkiem dyskusji moich kolegów po fachu na temat sprawności postępowania elektronicznego. Wynika z niej, że póki co czas załatwiania sprawy to od zakładanych kilku dni do nawet wielu tygodni. Niektórzy już się zastanawiają nad powrotem do normalnego postępowania. W sumie nie dziwi, bo sąd się zapewne zaczął zatykać, nieznana jest też sprawność systemu informatycznego (do dzisiaj pamiętam trudne początki KRS). Logicznie rzecz biorąc, powinny się "odtykać" teraz zwykłe sądy, w których należałoby się spodziewać zmniejszenia tzw. wpływu - ale w sądach nieobciążonych ponad miarę, EPU może nie być żadną alternatywą. Cóż, może z czasem się to wszystko dotrze i wszyscy będą szczęśliwi. Na pewno zyska środowisko, bo jednak oszczędność papieru będzie niemała.

20:48, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »