Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: podatki

środa, 22 listopada 2017

Pojęcie nieruchomości jest znane każdemu prawnikowi i studentowi prawa, który liznął już nieco prawa cywilnego. Dokładna definicja tego pojęcia to już zupełnie inna historia, bo i zmieniała się na przestrzeni dziejów, można dla porządku wspomnieć, że kiedyś był to sam grunt, kiedyś przestrzeń wyznaczona granicami działki i biegnąca w dół do środka ziemi, a w górę - aż do gwiazd, tworząc taką stożkopodobną bryłę. Dziś w naszym prawie to zasadniczo grunt w granicach z pewną częścią przestrzeni nad i pod powierzchnią, jak również w pewnych sytuacjach budynek, a w pewnych - lokal...

Wszystko jest bowiem sprawą konwencji, umowy. Swego czasu pasjonujący był prowadzony przed sądami administracyjnymi spór, czy podziemne wyrobisko górnicze jest... nie tyle nieruchomością, ile czymś co można opodatkować podatkiem od nieruchomości (ten podatek nie ogranicza się bowiem do nieruchomości sensu stricto, definiowanych przez prawo cywilne). Mnie w tym miejscu wspominają się czasy studenckie, kiedy wśród wesołej zabawy sformułowaliśmy najzupełniej merytoryczną zagadkę:

Jak unieruchomić dziesięć koni?

Ta notka jest zainspirowana napotkanym dziś orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który miał rozstrzygnąć, czy w rozumieniu przepisów unijnych barka może być nieruchomością, a nie środkiem transportu (chodziło o poprawność zwolnienia dzierżawy z podatku VAT). Trybunał stwierdził, że jeśli barka jest od lat na stałe przycumowana i zakotwiczona, podłączona do brzegu rurami i kablami (a nawet posiada własny adres!), pozbawiona napędu i stale wykorzystywana jako kawiarnia - to jej funkcja przesądza, że w rozumieniu unijnych dyrektyw o VAT (w których użyte pojęcia są oderwane od ich krajowych definicji) taka barka jest nieruchomością ("skoro się nie rusza jak kaczka i nie kwacze jak kaczka, to nie jest to kaczka"). Dla zainteresowanych - wyrok w ciekawej pod wieloma względami sprawie Leichenich

Powróćmy do naszej zagadki, zapewne odgadliście, że odpowiedź jest związana z pojęciem nieruchomości. W dawnym prawie nieruchomością mogły bowiem być i różne inne rzeczy, jak np. w prawie francuskim ryby w stawie (do momentu ich wyłowienia). W myśl zaś prawa mazowieckiego koń był ruchomością, ale stado powyżej 10 koni - już nieruchomością, zatem prawidłowe rozwiązanie zagadki brzmiało: kupić jedenastego konia.

19:34, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 listopada 2017

Opowiem Wam bajkę. Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, a może znacznie bliżej, była sobie gmina. Gmina, jak to gmina, miała swojego wójta, którą nią kierował bardziej lub mniej mądrze i gospodarnie, a jednocześnie jako tak zwany organ wydawał decyzje i interpretacje prawa. I oto któregoś dnia...

Gmina, reprezentowana przez Wójta-gospodarza, zwróciła się do Wójta-organu o wydanie indywidualnej interpretacji prawa podatkowego w zakresie podatku od nieruchomości.

Wójt uznał własne stanowisko przedstawione w powyższym wniosku za nieprawidłowe.

W wezwaniu do usunięcia naruszenia prawa skierowanym do organu - Wójta Gminy - tenże Wójt (działający jako wnioskodawca) podtrzymał stanowisko prezentowane we wniosku i zażądał zmiany stanowiska zawartego w interpretacji indywidualnej.

Wójt Gminy (jako organ) uznał, że brak jest podstaw do zmiany stanowiska zaprezentowanego w udzielonej interpretacji indywidualnej.

W skardze do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego Wójt wniósł o uchylenie w całości zaskarżonej interpretacji indywidualnej z powodu jej niezgodności z prawem, podtrzymując swoje stanowisko zawarte we wniosku.

W odpowiedzi na skargę tenże Wójt, jako organ interpretacyjny, wniósł o jej oddalenie.

(tu przerwał, lecz róg trzymał) Jesteście bardziej rozbawieni czy zdezorientowani? Ja jestem przede wszystkim rozbawiony tą sekwencją działań opisaną w orzeczeniu Naczelnego Sądu Administracyjnego* (sześć powyższych akapitów to cytaty, z minimalnymi korektami), którą przypadkowym zbiegiem okoliczności dziś sobie odświeżyłem (bo sprawa jest sprzed paru lat). Zdezorientowanym podpowiadam, że był to całkiem zmyślny plan wójta (i jego prawników), ponieważ w wydanej interpretacji musieli się powołać na wiążące zalecenia pokontrolne, które uważali za niekorzystne - i w taki sposób postanowili je podważyć. No, ale dokończmy póki co bajkę...

Wojewódzki Sąd Administracyjny przyjął, że Wójt, reprezentując Gminę, nie był uprawniony do wniesienia skargi do sądu administracyjnego na interpretację indywidualną wydaną przez tegoż Wójta, działającego w charakterze organu podatkowego - i skargę Gminy odrzucił (z przyczyn formalnych - jako niedopuszczalną).

Gmina złożyła skargę do Naczelnego Sądu Administracyjnego - wniosła o uchylenie zaskarżonego postanowienia w całości i przekazanie sprawy do ponownego rozpoznania Wojewódzkiemu Sądowi Administracyjnemu.

Naczelny Sąd Administracyjny uchylił postanowienie o odrzuceniu skargi i nakazał Wojewódzkiemu Sądowi Administracyjnemu merytoryczne jej rozpatrzenie.

Dwie dziurki w nosie i skończyło się (dla nas, bo co dalej z tą interpretacją to nie wiem i już mnie za bardzo nie interesuje, my tu o dialogu wójta z wójtem, a nie interpretacji prawa podatkowego).

*kto ciekaw: II FSK 542/14

 

18:26, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 września 2017

Notki o genezie i smaczkach koncepcji 50% kosztów uzyskania przychodów dla twórców wciąż nie napisałem i zebrać się nie mogę, ale wkurzyła mnie wiadomość, że planowane jest podwyższenie (podwojenie) twórcom limitu kwoty, do którego mogą z tej możliwości skorzystać. Postanowiłem zobrazować to w formie prostych obliczeń. Dla uproszczenia przyjmiemy, że twórczość jest jedynym źródłem dochodu.

Dziś artysta, który na swojej twórczości zarabia rocznie 85.528 zł, ma prawo od tej kwoty wyliczyć sobie 50% kosztów uzyskania przychodu (wirtualnych, choć ładniej się mówi "zryczałtowanych"). W rezultacie do opodatkowania jego roczny dochód wynosi 42764 zł. 18% z tej kwoty wynosi 7.697,52 zł, co należy pomniejszyć o 556,02 zł kwoty wolnej od podatku - ostatecznie (po zaokrągleniu w górę) artysta od swoich 85.528 zł płaci 7142 zł podatku, zatem "na czysto" zostaje mu 78.386 zł.

Gdyby zaś rzeczony artysta nie korzystał z przywileju, tylko był traktowany jak zwykły śmieciówkarz na umowach o dzieło, to mógłby sobie odliczyć wirtualne 20% kosztów uzyskania przychodu i podatek płaciłby od kwoty 68.422,40 zł. Podatek wyniesie wtedy 11.761 zł, a na rękę zostanie 73.767 zł. 

Gdyby zaś ten artysta chałturzył na umowach o pracę (pamiętamy, że wtedy oprócz kwoty dochodu płyną jeszcze znaczne kwoty składek na ZUS), to w skali roku mógłby odliczyć nie więcej niż 2.502,56 zł kosztów, a wtedy jego podatek wynosi 14.389 zł i "na rękę" pozostanie mu 71139 zł. Różnica to kilka tysięcy w tę lub wewtę, które my, pozostali podatnicy, dajemy twórcy zarabiającemu miesięcznie na czysto sześć tysięcy złotych (z haczykiem lub bez).

Co więc się stanie, kiedy "opresyjny" limit kosztów uzyskania przychodu zostanie podwojony? Wtedy artysta, który zarobi rocznie "na twórczości" 171.056 zł, dzięki "złagodzeniu krzywdy" zapłaci 14.840 zł podatku i pozostanie mu 156.216 zł, czyli trzynaście tysięcy miesięcznie (dziś zapłaciłby 29080 zł i zostałoby mu 141.976 zł, czyli niespełna dwanaście na miesiąc). 

Powtórzmy zatem dobitnie: "przywrócenie sprawiedliwości" artystom oznacza wypłacenie przez innych podatników trzynastej pensji ludziom, którzy zarabiają kilka średnich krajowych. Możecie zgadywać, dla kogo takie nagrody.

13:44, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 maja 2017

Krzywa Laffera to taki konstrukt z okolic ekonomii, wyrażający z grubsza pogląd, że przy pewnej wysokości stóp podatkowych ich dalsze podnoszenie przestaje się suwerenowi opłacać, bo wpływy z podatków zaczną maleć. Nikt - także ekonomiści - nie wie do końca, kiedy ten moment następuje, ale w mentalności współczesnych liberałów ekonomicznych zakodowało się to jako hasło "obniżanie podatków jest dobre, także dla budżetu, bo tak stanowi święta Krzywa Laffera" (nawet jeśli jest niemal pewne że jesteśmy po tej stronie krzywej, gdzie wzrost stawek podatkowych powoduje wzrost dochodów budżetowych).

Wpadł mi ostatnio w oczy tekścik na portaliku (nazwę wspominać hadko), z tezą taką, że jest sobie w Polsce gmina, która ma arcyniskie podatki, a rekordowe dochody podatkowe (czytaj: św. Krzywa działa!) Generalnie każdy zorientowany w finansach komunalnych na taki widok śmiechnie sobie, gdyż ma świadomość, że gmina w umiarkowany sposób kształtuje swoje stawki podatkowe, a dochody podatkowe ma zasadniczo z innych tytułów, ale nikt nie powiedział, że teksty o realiach podatkowych piszą osoby zorientowane... Tekst dotyczył sympatycznej (oczywiście) gminy Radomyśl Wielki (województwo podkarpackie przy granicy z małopolskim, w sąsiedztwie Mielca i w bliskości Tarnowa, Dębicy oraz autostrady A4). Podobnoż ma w skali kraju jedne z niższych (wg jakichś rankingów) podatków lokalnych, nie sprawdzałem. Jeśli zaś chodzi o dochody podatkowe...

Fakt: są rekordowe. To znaczy zaplanowano je w tym roku na rekordową kwotę 10,38 mln złotych, wobec 9,83 mln zł w roku poprzednim. Oznacza to wzrost o 5,6% lub o 550 tysięcy złotych. Od razu wyjaśnijmy też, że gminie tak dobrze się powodzi, że planuje 3 mln złotych deficytu (w zeszłym roku niecałe 2,5 mln), a gros budżetu to dotacje na oświatę i 500+. Jeżeli zaś chodzi o same sukcesy podatkowe, to ponad połowa wzrostu przypada na podatek dochodowy od osób fizycznych - przypadającą gminie część podatku pobieranego od dochodów mieszkańców gminy; dla porządku wypada w tym miejscu przypomnieć, że od 1 stycznia z przyczyn od gminy niezależnych znacząco wzrosła pensja minimalna... Oprócz tego wzrastają planowane dochody z podatku od środków transportowych (głównie samochody ciężarowe) oraz od nieruchomości - gruntów, budynków i budowli. Zwiększenie się floty transportowej może być oczywiście wynikiem polityki gminy, gruntów raczej zbytnio z roku na rok nie przybyło (choć można było coś odrolnić i odlesić), jakieś budynki mogły zostać wybudowane czy rozbudowane, mogła wzrosnąć wartość budowli (stawka procentowa)...

Zajrzyjmy więc do uchwał określających wysokość stawek podatkowych. Kto jest zdziwiony, że stawki dla samochodów poniżej 12 ton, gruntów i budynków (w tym wykorzystywanych na działalność gospodarczą) - WZROSŁY względem 2016? Święta Krzywa Laffera płacze w kąciku.

00:13, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (5) »
sobota, 06 maja 2017

Tytuł tego wpisu niewątpliwie wiele osób zdziwi (nie, nie miałem na myśli zwykłego clickbaitu). Jedni pomyślą, że zwariowałem, inni, że się nawróciłem - w każdym razie, że chcę zrobić hiperdobrze osobom prowadzącym działalność gospodarczą aka przedsiębiorcom (potencjalnie mogłoby nie dziwić skoro w taki sposób się od lat utrzymuję). 

Zacznijmy jednak ab ovo. "Jajkiem" w tym przypadku był wywiad z eks-premierem Belką, który znalazłem na portalu. Pan profesor wspomniał w tym wywiadzie, że jako prezes banku centralnego płacił podatki wg stopy 32% (nie wiem czy jako premier łapał się w podwyższony próg), natomiast obecnie jako individual contractor płaci 19% i jeszcze wrzuca sobie to i owo w koszty (choć się z tym dobrze nie czuje). Zrobiło mi się bardzo smutno, bo to przejaw takiej hipokryzji, że co się nam będą możliwości marnować (ani korzystanie ze stawki liniowej, ani odpisywanie kosztów nie jest obowiązkowe) - dokładnie na tej samej zasadzie bogaci biorą 500+, a dziennikarze na etatach korzystają z 50% kosztów uzyskania przychodu za swoje teksty (lata temu WO się za taką sugestię na mnie mocno obraził i nie przeszło mu aż do dziś, z grubsza). Napisałbym, że to polska mentalność, ale tak naprawdę działa na całym świecie...

I kiedy tak sobie nad tym dumałem o poranku, przyszło mi do głowy rozwiązanie, które można streścić tytułem tej notki. Nie, oczywiście nie chodzi w nim o zwolnienie z opodatkowania dochodów z działalności. Pomysł polega na usunięciu z ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych kategorii "przychody z działalności" - każda forma osobistego działania podlega opodatkowaniu na zasadach ogólnych (tzn. bez szerokiego odliczania kosztów). Jeżeli natomiast ktoś chce prowadzić działalność gospodarczą, niech przychody z niej opodatkowuje podatkiem od osób prawnych! Osiągamy wtedy następującą sytuację:
- wszyscy przedsiębiorcy są opodatkowani wg tych samych zasad (tak, oznacza to rozciągnięcie CIT na wszelkie spółki osobowe) - a jednym z uzasadnień wprowadzenia stawki ryczałtowej było "zrównanie szans" wobec obniżki stawki CIT,
- rozwiązuje się problem przepływów pomiędzy majątkiem "firmowym" i "prywatnym" - wszelkie transfery do majątku prywatnego stanowią przychód z majątku, także korzystanie z majątku firmowego do celów prywatnych, być może niezbędne będzie wprowadzenie wyraźnej kategorii prawnej "majątek przedsiębiorcy" (jakby co, to ten tekst stukam na laptopie stanowiącym formalnie majątek przedsiębiorcy...),
- likwiduje się masowo ostatnio nadużywane furtki do obniżania opodatkowania,
- upraszcza się system podatkowy.

Minusy? Nie widzę. Oczywiście, wszyscy oszczędzający na podatkach dzięki stawce liniowej zakrzykną veto... Chyba podrzucę to zaprzyjaźnionej partii.

niedziela, 08 stycznia 2017

Krąży po Polsce widmo, widmo w kretyńskiego mema ubrane...

Mema zasadniczo należałoby wkleić, ale że jest głupi to mi się nie chce, a że w zasadzie należałoby go przyedytować, to nie chce mi się tym bardziej - dlatego zrobimy to metodą XX-wieczną i przepiszemy, zwłaszcza że ten mem składa się głównie z tekstu. Tekst dotyczy straszliwych obciążeń fiskalnych związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej i brzmi tak:

Zarobiłem 2000 PLN 
Oddaję Państwu:
- 1121 PLN na ZUS
- 360 PLN na US (18%) 
Zostaje 519 PLN z czego 23% oddam w zakupach.
Na czysto mam 400 PLN.

Kiedy już kończymy płakać ze śmiechu, przeprowadzimy analizę krytyczną
1/ "zarobiłem 2000 PLN" - z kontekstu wynika, że chodzi o dochód; nie jest jedynie jasne, czy uciśniony byznesmen-bohater zarobił wszystkiego 2000 PLN przychodu i nie miał żadnych kosztów, czy też po odliczeniu kosztów zostało mu 2000 PLN; pierwszy wariant sugeruje de facto samozatrudnionego, najpewniej z jednym zleceniodawcą, czyli żadnego przedsiębiorcę, zapewne niepłacącego VAT; wariant drugi... zapewne też występuje w obrocie, na tym etapie to mało istotne
2/ "oddaję 1121 PLN na ZUS" - czyli dane za rok 2016 (dokładniej: 1121,52 zł); dla porządku wyjaśnijmy, że każdy przedsiębiorca wie, że kwotę tę należy rozbić co najmniej na NFZ (ubezpieczenie zdrowotne) w kwocie 288,95 zł i resztę, czyli ubezpieczenia społeczne (772,96 zł) i Fundusz Pracy (59,61 zł); wynika z tej informacji także, że nasz bohater prowadzi działalność od ponad 2 lat, bo nie korzysta z obniżonych składek dla początkujących
3/ "oddaję 360 PLN na US" - czyli podatku dochodowego; wynika z tego, że nasz przedsiębiorca nie korzysta ze stawki liniowej, ponieważ ta wynosi 19%, tylko ze stawki powszechnej 18% w pierwszym progu (co przy jego dochodach wcale nie jest głupie).

I teraz przerwiemy na chwilę interpretowanie, a pokażemy totalną głupotę autora mema. Otóż jeżeli nasz byznesmen ma dochód 2000 PLN, to jeżeli tylko kiedykolwiek widział na oczy dokument PIT (wcale się nie zdziwimy, jeśli nie), to zauważył tam pozycję "składki na ubezpieczenie społeczne do odliczenia" (te na FP też). Zatem podatek dochodowy płaci od kwoty 2000-(772,96+59,61)=2000-832,57=1167,43 zł. Przy wyliczaniu samego podatku powinien uwzględnić kwotę wolną od podatku, wynoszącą 3091 zł rocznie - co w praktyce oznacza zwolnienie z PIT w pierwszych miesiącach roku, ale policzmy to dla uproszczenia jako 257,58 zł miesięcznie (jako 1/12 kwoty rocznej). Mamy więc podatek miesięczny w wysokości 0,18 x (1167,43-257,58) = 0,18 x 909,85 zł = 163,77 zł (drobna różnica względem 360, nieprawdaż). Ale tutaj pojawia się jeszcze jeden drobiazg - a mianowicie brakująca część "ZUS", czyli składka zdrowotna, którą odlicza się od podatku. Fakt: nie całą (najtrudniejsze jest zawsze pamiętanie ile się dokładnie odlicza), ale w roku 2016 z płaconych "na NFZ" 288,95 zł odliczało się od podatku 248,82 zł (reszta to taki dodatkowy podatek...). Zatem mamy 163,77-248,82 zł=-85,05 zł, czyli tyleż do zwrotu na koniec roku (w sumie tysiączek z małym haczykiem). Jak zatem widać, nasz biedaczyna ma na życie efektywnie o 360 zł więcej w każdym miesiącu...

Powróćmy do naszych baranów:
4/ "519 zł z czego 23% oddam w zakupach" - nasz byznesmen musi mieć ciekawe nawyki żywieniowe, gdyż je wyłącznie żywność przetworzoną w taki sposób, że jest ona opodatkowana 23% stawką VAT, co wyklucza pieczywo, nabiał, warzywa (specjalnie zerknąłem właśnie na swój rachunek z marketu).. 
5/ "na czysto mam 400 PLN" - to doprawdy Schroedingerowskie pojmowanie "mam", skoro te 400 zł które "ma", musiał wydać w sklepie, żeby móc oddać państwu ten VAT... 

Podsumowując: mem został popełniony przez kretyna, który w życiu nie stał obok prowadzenia działalności (każdy obdarzony minimum mózgu stara się zapłacić podatków najwyżej tyle ile trzeba). Ponadto należy stwierdzić brutalnie, że ktoś, kto osiąga z działalności dwa tysiące dochodu (nie mówiąc o wariancie osiągania dwóch tysięcy przychodu przy zerowych kosztach), nie jest przedsiębiorcą, tylko wyrobnikiem i bankrutem, i powinien zdecydowanie przemyśleć wybór drogi życiowej.

Bierzcie i pamiętajcie, jak ponownie zobaczycie.

wtorek, 31 maja 2016

Jak się już było wspominało, Dobra Zmiana pracuje w pocie czoła nad zmianami w prawie (i nie tylko, ale to inny temat), niekoniecznie sobie radząc z opracowaniem ich dobrze (pun intended), jak również z pojmowaniem skutków wprowadzanych regulacji (to takie trochę "zabijajcie jak leci, Bóg rozpozna swoich").

Odnotowałem dziś podpisanie przez Pana Prezydenta kolejnej ustawy. Ustawa jest krótka, obejmuje wszystkiego drobne (ilościowo) zmiany w trzech ustawach i trzy artykuły z przepisami przejściowymi. Zasadniczym celem ustawy jest ukrócenie obrotu gotówkowego poprzez wzmocnienie obowiązku dokonywania rozliczeń między przedsiębiorcami za pośrednictwem rachunku bankowego, poprzez z jednej strony obniżenie pułapu bezgotówkowego do 15 tysięcy złotych, z drugiej zaś poprzez wprowadzenie sankcji polegającej - w skrócie - na wyłączeniu możliwości zaliczania do kosztów uzyskania przychodu wydatków poniesionych z naruszeniem tego zakazu.

I tu niestety zaczynają się schody. Mądry Ustawodawca postanowił bowiem zabezpieczyć się przed ewentualnym obchodzeniem przepisu i nie tyle zakazał płatności gotówką, ile bezwzględnie nakazał rozliczanie się poprzez rachunek, bez wyjątku. Oznacza to - lege non distinguente - także przypadek, kiedy strony mają między sobą wzajemne rozliczenia, które mogłyby uregulować w formie potrącenia (("ja ci jestem winien, ty mi jesteś winien, jesteśmy kwita"), w epoce zatorów płatniczych rozliczenia takie były podnoszone do rangi sztuki, kiedy dokonywano wielostronnych rozliczeń; jeżeli jednak po 1 stycznia strony spróbowałyby takiego manewru, to ucierpią na tym dość poważnie, bo powstaną im zupełnie wirtualne przychody do opodatkowania. To tylko jeden przykład (chyba najbardziej oczywisty), na razie się luźno zastanawiam nad przypadkiem dokonywania zakupów finansowanych kredytem, który byłby uruchamiany bezpośrednio z rachunku kredytowego, który w rozumieniu ustawy nie będzie "rachunkiem płatniczym", bardziej zamożnym zapewne zdarzało się dokonywać czasem płatności takich kwot kartą kredytową - co również w świetle nowej ustawy będzie wątpliwe... Wiadomo, życie nie stoi w miejscu, może jeszcze przed końcem roku pojawią się specjalne rozwiązania, konstrukcje i oferty pozwalające (za drobną opłatą zapewne) na dokonanie rozliczeń w sposób zgodny z ustawą, ale znów będzie to marnowanie energii na rozwiązywanie problemów stworzonych przez głupotę.

Czemuż tak narzekam? Bo czytałem też dziś o rodzącym się w bólach podatku od supermarketów, który ma w dużej mierze starać się zrekompensować budżetowi podatki dochodowe nieuzyskane m.in. w wyniku pewnych mniej lub bardziej prostych sztuczek optymalizacyjnych, poczynając od opłat licencyjnych na rzecz zagranicznych spółek-matek. I wzdycham: dlaczego nie zabierają się do sprawy od najbardziej oczywistej strony, czyli tnąc koszty niematerialne, tylko grzebią w tym, co wielkich zysków nie przyniesie?

Tylko koni, tylko koni, tylko koni żal...

niedziela, 01 maja 2016

Kwiecień to tradycyjnie miesiąc, w którym myśli się o rozliczeniu podatkowym za ubiegły rok (wiem, można wcześniej, zwłaszcza się jak ma podatek do zwrotu). Symbolicznie dniem wolności podatkowej jest więc ten dzień, w którym się podpisze zeznanie, spojrzy na podsumowanie i w zależności od okoliczności uśmiechnie na myśl o zwrocie (czasem fajnie dofinansowuje wakacje) lub ze skrzywioną miną wyśle przelew, a zeznanie złoży (klikając, drepcząc na pocztę lub do okienka w urzędzie skarbowym, jak kto lubi).

Ponieważ ostatnie detale w zeznaniu dopieszczałem do ostatniej chwili, z nadejściem Weekendu Majowego miałem pod ręką pozbierane wszystkie informacje. Zastanowiłem się, wykonałem jeszcze parę operacji w arkuszu kalkulacyjnym i wyszło mi, że od każdej zarobionej przeze mnie stuzłotówki* oddałem na rzecz dobra wspólnego 34 złote i 78 groszy (PIT, NFZ, ZUS, VAT). Zastanowiłem się raz jeszcze i przeliczyłem to na dni - wyszło mi, że do 7 maja 2015 roku pracowałem "na cudze", a od 8 maja "na swoje".

Każdy może sobie to w łatwy sposób policzyć - wystarczy policzyć łączny przychód, zsumować wszystkie zapłacone "podatki", podzielić odpowiednio, pomnożyć efekt przez 365 i sięgnąć po kalendarz.  Będziecie wtedy mieć porównanie do "oficjalnej" wersji, która jest liczona o bardziej abstrakcyjne wskaźniki - w zeszłym roku wyszło na 11 czerwca. 

Liczcie sobie, jak chcecie, a ja się tymczasem będę dalej zastanawiał, co zrobiłem z tymi 65,22% zarobionych pieniędzy, które zostały dla mnie...

*od złotówki 34,78 gr

Tagi: podatki
10:26, bartoszcze , Eko
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 września 2015

Wieczorna chwila odpoczynku, leniwie przeglądam co tam fejs przyniósł. Rzuca mi się w oczy link sponsorowany o tradycyjnie szokującym tytule, tym razem "FIRMA ZBANKRUTOWAŁA BO FISKUS UZNAŁ ŻE LODY TO NAPÓJ!" Oczywiście popadam w namysł, bo pierwsze prawo mediów mówi, że ważne żeby było chwytliwie, a drugie - że związek tekstu z rzeczywistością nie jest niezbędny. Dochodzę do wniosku, że trzeba to rozkminić, klikam, czytam notkę niewychodzącą w istocie poza komunikat reportera sądowego PAP (chyba). Postanawiam przeprowadzić Próbę Gugla. 

Trach, wyskakuje mi od razu parę linków, w tym strona rzeczonej firmy. Clou sprawy polegało na tym, że na lody prawo przewiduje obniżoną stawkę VAT, natomiast na napoje bezalkoholowe - normalną (wysoką). Ha ha ha, śmieją się wszyscy, jak to nie można odróżnić napoju od loda, włoskiego lub gałkowanego, prawda? Spoglądamy na stronę producenta - produkuje on lizaki lodowe, które kontrahentom dostarcza w formie... płynnej (Lody wodne GUT-MIX  przechowywać można w stanie płynnym, przez co nie wymagają specjalistycznych warunków przechowywania i transportu.Zamrażamy je przed spożyciem)?, czyli - można by rzecz - jakby nieszczególnie przypominającej lody. Śmieją się państwo nadal? 

Nie twierdzę, oczywiście, że urząd skarbowy miał rację, zwłaszcza że sąd administracyjny przyznał rację firmie. Zwróciła jednak moją uwagę kategoryczność twierdzenia że firma nie wytrzymała i upadła - jakkolwiek jej strona wydaje się być w jak najlepszym stanie (jeśli kiedykolwiek była we wzorowym), a w jej rogu widać datę 2015. Cóż, przed mediami dobrze jest źle się prezentować, kiedy pretenduje się do bycia ofiarą.

Morał z tej historyjki jest taki, że nie należy ślepo wierzyć w to co się przeczyta w internecie, a także w to co się przeczyta w gazecie lub usłyszy w radio czy telewizji

sobota, 12 września 2015

Dziś konwencja Platformy, miały się ukazać szczegóły rewolucyjnego pomysłu o którym była mowa wczoraj - no i opad szczęki trwa. Według werbalizacji nie tylko bowiem ma nastąpić zniesienie składki ZUS i NFZ, ale także jednocześnie obniżenie stawki PIT do 10% (tak, w ten sposób wynagrodzenia wzrosną...) Pytanie skąd zatem państwo ma brać pieniądze na sfinansowanie wydatków, nasuwa się w sposób jeszcze bardziej oczywisty. 

Szczegółów w zasadzie brak, ale zastanawia informacja znaleziona u kogoś dobrze poinformowanego - czyli think tanku Platformy, zwanego Instytutem Obywatelskim. Niejaki Gmurczyk "analizuje" tam tę propozycję i serdecznie polecam pewien fragment:

W przypadku osób lepiej zarabiających korzyści byłyby mniejsze, ale również odczuwalne. Program przewiduje, że maksymalny wymiar zsumowanego opodatkowania i oskładkowania pracy zmalałby z dzisiejszego poziomu 43,5 proc. do 39,5 proc.

Tak, proszę przetrzeć oczy. Składki mają zniknąć, podatek ma spaść do 10%, co w sumie ma osiągnąć 39,5% dla lepiej zarabiających (poproszę od podpowiedź jakie liczby urojone mam wstawić w równaniu 10+i=39,5). Ponadto dzisiejsze opodatkowanie to 18-19%, więc samo obniżenie stawki podatku powinno dawać większe efekty (nie wspominając o 1,25% wynikających z likwidacji składki zdrowotnej). 

Zaczynam podejrzewać, że "likwidacja składek" sprowadza się do tego:
Ministerstwo Finansów samodzielnie przekazywałoby – w odpowiedniej części – fundusze na ubezpieczenia społecznego pracownika: począwszy od ubezpieczenia emerytalnego, po ubezpieczenie zdrowotne. Tym samym skończyłby się obowiązek oddzielnego odprowadzenia składek do ZUS i NFZ równolegle do podatku dochodowego. 

Czyli tak naprawdę zmieniłoby się tylko to, że do urzędu skarbowego wysyłany byłby jeden przelew, w wysokości mniej więcej takiej samej jak do tej pory. To akurat pomysł niegłupi, ale jego rewolucyjność wynosi mniej więcej zero.

Aha: jestem ciekaw co o tych genialnych pomysłach myślą samorządy, które w dużej części utrzymują się z udziału w PIT. Bo to samorządy płacą za utrzymanie dróg, komunikację publiczną, szkoły, przedszkola, żłobki i tysiące innych rzeczy...

PS [z ostatniej chwili] Pan minister wyjaśnił, że PIT ma wynosić od 10 do 39,5% (z tego będą pokrywane ubezpieczenia społeczne i służba zdrowia). Ale sprzedaje się to hasłem "PIT 10%"

16:25, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2