Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: kolej

wtorek, 04 sierpnia 2015

Jadę TGV.
Spóźniony jak TLK.
Wciąż w tunelach jak cholerne metro.
I wifi nie ma.
Przez dziesiątki kilometrów wlecze się sto pięćdziesiąt jak jakiś produkt bydgoskiej Pesy. 
(ale kiedy wjeżdża na peron po krętym torze to wygląda całkiem jak wąż z tym swoim podłużnym pyskiem i parą ślepi)

Sobota, weekend wymiany turnusów. Wielu ludzi chce dojechać pociągiem, więc koleje francuskie puszczają na tory dodatkowe składy na popularnych kierunkach. A żeby je pomieścić na torach... wycinają część połączeń lokalnych, w tym to, które sobie pracowicie zaplanowałem jako część trasy wakacyjnej (co nie przeszkodziło francuskim kolejarzom w sprzedaniu mi dzień wcześniej w kasie biletu na to wycięte połączenie). W efekcie siedzę teraz przed dworcem (dworczykiem) bo czas, jaki nam pozostał na zwiedzanie Dol (z bagażami) jest o półtorej godziny krótszy (a bagaże są ciężkie), dobrze że słońce świeci i osładza chłodny wiatr. Pora* zabrać się za kupiony awaryjnie pate de campagne... 

Trzebaż mieć farta, by na podróż do fenomenu z listy UNESCO wybrać się (z przesiadką) w czasie kiedy francuscy rolnicy w ramach tradycyjnego protestu o Republika-wie-co (aujord'hui je ne comprends francais więc trochę zgaduję oglądając telewizję, że tym razem o ceny mleka) postawią blokadę dokładnie na twojej drodze. W efekcie autobus zatrzymuje się ze siedem kilometrów dalej w Pontorson (choć śmiało mógł skubany pociągnąć jeszcze z pięć kilometrów do wioski, blokada jest za nią) i zostaje drzeć piechty (z pewnych względów opcja z rowerami nie wchodzi w grę), a w dalszej perspektywie rozpieprza to nam cały harmonogram transportu (udaje się wrócić sprawnie całkiem alternatywną trasą, ale dziesięć euro wydane zapobiegliwie na bilety powrotne.. sami możecie sobie dopowiedzieć co). Tyle naszego, że w drodze powrotnej znosi nas do przydrożnego sklepu i po degustacji wychodzimy z butelką cidre rose. A w domu widzimy całą kolumnę traktorów z tej blokady i - odmiana syndromu sztokholmskiego - wesoło im machamy.

Patrzę na francuską telewizję i zastanawiam się: czy w polskiej telewizji (której nie oglądam) występują tacy sami bucowaci kretyni, czy francuscy są jednak gorsi?

*pisane było na gorąco, wtedy był czas teraźniejszy

poniedziałek, 24 marca 2014

Nie, nie chodzi mi o promocyjne bilety na samolot tanich linii ani na pociąg czy autobus długodystansowy. Mam na myśli najzupełniejszy bilet komunikacji miejskiej, pod warunkiem, że...

No właśnie, zacznijmy ab ovo. Podróżowałem dziś komunikacją zbiorową. Miałem ku temu bardzo dobry powód (zostawiałem samochód w warsztacie na przegląd), ale nie tylko taki - jechałem do centrum miasta na wiele godzin, a parkowanie wcale nie jest łatwe. Poza tym policzyłem kiedyś ile kosztuje mnie benzyna na tym odcinku i jest to więcej niż pojedynczy bilet na autobus.

No więc właśnie, pojedynczy. KZK GOP oferuje bilety na jeden przejazd (lub 15 minut) za 3,20 zł, co w moim przypadku oznacza konieczność skasowania dwóch biletów (lub piętnastominutowy spacer po 45-minutowej jeździe). Oferuje też jednak bilety godzinne z nieograniczoną możliwością przesiadek za 4,80 zł - i to mi się bardzo kalkuluje, bo na dworcu łapię szybką przesiadkę i jestem na miejscu po jakichś 57 minutach (rozkładowo, jak się spóźni to niech mają pretensje do samych siebie). Z powrotem jest gorzej, bo do dworca nie dojadę tak szybko (układ dróg plus korki) i nie mam tak zsynchronizowanej przesiadki, dlatego wybieram zwykle spacer na dworzec (w dół, to dodatkowa zachęta) i tam wsiadam do bezpośredniego autobusu, niestety w korkach rozkładowe 50 minut zwykle wydłuża się do godziny z haczykiem. 

Kiedy dziś docierałem na dworzec, myśl o korkach dręczyła mnie bardzo. Na tyle, że idąc przez dworzec zerknąłem na rozkład jazdy pociągów. I zamiast na podziemny peron autobusowy, skierowałem się do kasy kolejowej. Bilet kosztował 4 złote... ale też wiedziałem, że od pociągu mam prawie dwa kilometry, autobusem przejechałbym jeszcze dwa przystanki. Marsz do domu zajął mi blisko dwadzieścia minut, nad autobusem miałem mimo wszystko piętnaście minut przewagi (tyle że znacznie krótszy był czas na czytanie książki... za to na zwrotnicach tak uroczo stukało). Mogłem oczywiście kilka minut zaczekać, ale po pierwsze kosztowałoby mnie to dodatkowe 3,20 zł, a po drugie - spacer był zdrowszy, zwłaszcza w wiosenne popołudnie.

Tak sobie jednak cały czas myślałem: gdybym na jednym bilecie mógł się swobodnie przesiadać z autobusu na tramwaj, z tramwaju na pociąg, z pociągu na autobus czy busik - to mógłby on nawet kosztować więcej, choćby i te pięć złotych (lepiej mniej, jeśli władze samorządowe uznałyby za sensowne zwiększenie dotacji). Gdyby na dodatek połączenia były odpowiednio zsynchronizowane... kto wie, może i w inne trasy też bym ruszał komunikacją publiczną, zamiast samochodem. Gdyby i bilety łatwiej było nabyć... e, gdyby spełniły się te wcześniejsze warunki to i ŚKUP-owi bym może zaufał. 

sobota, 17 sierpnia 2013

Na fali emocji związanych z przyjazdem polskiego kolejowego dreamlinera (aka Pendolino) przypomniano nieomal legendarny polski szybki pociąg z międzywojnia, zwany Lux Torpedą, który potrafił pokonać trasę z Krakowa do Zakopanego w ciągu 2 godzin i 18 minut, szybciej niż współczesne ekspresy (nikt na razie nie przypomniał sobie o jeszcze szybszym pociągu tego okresu, poruszającym się po "polskich" torach Latającym Ślązaku). Jak szybko zauważył WO, to ówczesne TGV było przeznaczone wyłącznie dla bogatych pasażerów pierwszej klasy i swoje rekordowe czasy zawdzięczało priorytetowi na torach. Z czystej ciekawości postanowiłem się temu przyjrzeć.

Zacząłem od sprawdzenia rozkładu jazdy. Istotnie, w tej chwili jakikolwiek pociąg do Zakopanego z dworca Kraków Główny z trudem schodzi na tej trasie poniżej 3,5 godziny. Warto jednak zauważyć, że najszybszy z ekspresów, "Tatry", ze swoich 3 godzin i 25 minut planowo spędza 44 minuty na przystankach, a Lux Torpeda zatrzymywała się tylko po to, żeby zmienić kierunek jazdy (bez możliwości wsiadania i wysiadania na stacjach pośrednich); warto też nadmienić, że na większości trasy linia kolejowa jest jednotorowa, więc pociągi nie mogą się minąć tak ot, po prostu. Jeśli chodzi o czyste tempo jazdy, to odcinek Chabówka-Zakopane (po ostatniej zmianie kierunku) Lux Torpeda pokonywała w prawie półtorej godziny, pół godziny wolniej niż dzisiejsze pociągi PKP, mało prawdopodobne, żeby potrafiła poruszać się szybciej na mniej ekstremalnych odcinkach. 

Przy okazji dokonałem zadziwiającego odkrycia: otóż na trasie do Zakopanego wcale najszybsze nie są ekspresy. O dwie minuty szybciej trasę tę pokonuje pociąg "Janosik", złożony z - nie bójmy się tego powiedzieć - ordynarnych elektrycznych zespołów trakcyjnych drugiej klasy, ze znaczkami Przewozów Regionalnych. PKP potrafi jednak zadziwić - otóż bezwzględnie najszybszym sposobem na pokonanie tej trasy jest.. pojechanie Tanimi Liniami Kolejowymi, wprawdzie niedaleko, tylko jedną stację, żeby w Płaszowie przesiąść się na tegoż Janosika, który z Głównego odjechał dziesięć minut wcześniej (są tylko trzy minuty na przesiadkę, ale jeśli się uda, to planowy czas jazdy do Zakopanego wyniesie 3 godziny 13 minut). Z wieloma przystankami po drodze. 

I na zakończenie wrócimy do włoskich pociągów. Popołudniowe połączenie w dzień roboczy na trasie Civitavecchia-Rzym, obsługiwane przez lokalną wersję PR czy KŚ. Pociąg rusza ze stacji, z głupia frant zaczynam obserwować duży cyfrowy wyświetlacz. Na pierwszym odcinku (mniej więcej sześciominutowym) pociąg przez większość czasu utrzymuje prędkość 120 km/h, na którymś z następnych (kiedy mniej się już skupiałem na obserwowaniu wyświetlacza) w pewnej chwili odnotowałem 147 km/h. Pociągi na rodzimych liniach też potrafią szybko, ale chyba jednak w dużej mierze zależy to od stanu torów.

13:30, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (4) »
czwartek, 29 listopada 2012

Jadę sobie do Wrocławia. Wpadam na Dworzec Główny w Katowicach (od strony nieremontowanej) na piętnaście minut przed odjazdem, widząc brak (w zasadzie) kolejki do kasy oddycham z ulgą, że nie będę musiał szukać konduktora. Mówię "poproszę do Wrocławia na 9.20", wyjmuję od razu banknot stuzłotowy. Po chwili ze zdziwieniem widzę na wyświetlaczu kwotę przewyższającą setkę, myślę sobie: może jak zwykle kłamali na stronie PKP co do ceny biletu, dorzucam dwie dychy. Po chwili moje zdziwienie się podwaja, bo pani w kasie dziwnie na mnie patrzy i mówi "przecież pan dał stówę". Nie do końca rozumiem o co chodzi, odbieram bilet i resztę, dziwię się po raz trzeci, bo bilet kosztuje zaledwie 36 zet (przy czym kwota na wyświetlaczu tak ze sto pińdziesiąt), zaczynam się zastanawiać, czy to jakaś taryfa last minute. Wczytuję się w bilet i widzę, że pani radośnie sprzedała mi nie na ekspres 9.20, tylko na TLK 9.36 (którym - drobiazg - na miejscu nie zdążę). Wracam do okienka (wciskając się z boku komuś dziwiącemu się właśnie, że terminal do kart działa inaczej niż zwykle, nie wnikając w szczegóły), mówię że chciałem na 9.20, a pani patrzy na mnie złowrogo i mówi, że "takiego pociągu nie ma!" (w niczym jej nie przeszkadza fakt, że w międzyczasie zapowiedzieli go dwa razy). Do odjazdu tylko pięć minut, jestem podenerwowany, a pani wyprowadza Cios Ostateczny:
- Ale pan wie, że taki bilet na ekspres kosztuje prawie sto złotych?

Zadziwiony po raz szósty, odbieram po chwili zapłacone wcześniej 36 zł (i tak by chyba nie zdążyła już wystawić), pędzę na peron, wsiadam, wypatruję konduktorki, szczęśliwie wsiadła akurat tam, gdzie stałem. Kiedy pociąg ruszył, uprzejmie proszę o wystawienie biletu, a ta troskliwie pyta: 
- Ale pan wie, ile kosztuje bilet, miejscówka, opłata za wystawienie?

Noż kufla brać, nie rozumiem, skąd się bierze takie traktowanie ludzi jak ostatnich idiotów - że wsiadają do pociągu ekspresowego nie wiedząc ile kosztuje bilet. Chyba że obowiązuje domniemanie, że jak se znalazł w Internecie cenę, to kupi przez Internet albo weźmie auto...

PS Tylko idiota w PKP mógł wpaść na pomysł konieczności zarejestrowania się w systemie Intercity przed zakupem biletu (co chyba tłumaczy, dlaczego wyszukiwarka połączeń nie zawiera prostej opcji "kup bilet") . Powtarzam: tylko idiota, we Włoszech mogłem kupić bilety na ichniejsze Intercity w automacie na dworcu w pipidówie, skląć automat i siebie, a potem w automacie skorygować rezerwację. 

PS 2 Boję się, co będzie jak będę wracał. Nie wiem o której dokładnie będę wracał, więc nie bardzo mogę kupić z góry w ciemno, a stać potem w kolejce żeby zmienić bilet... dziękuję, tym bardziej nie. 

PS 3 Proszę docenić, że nie nabluzgałem pani w kasie Intercity, byłoby w pełni uzasadnione.