Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: Londyn 2012

piątek, 07 września 2012

Na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl piszę w takim tempie, że wrzucanie na bieżąco zajawek do notek zaburzyłoby tradycyjny porządek na tym blogu, zakładający w miarę możliwości regularny płodozmian i unikanie powtarzania kategorii. Dlatego teraz zajawka zbiorcza do trzech nowych notek:
- z Londynu o powrotach sportowców w sporcie paraolimpijskim,
- ze Szkocji o tym, jak śnić na granatowo, 
- i o tym, jak najlepiej jechać do Francji na Euro.  

Komentarze wyłącznie pod właściwymi notkami.

wtorek, 04 września 2012

O paraolimpijskich przewagach w ping-pongu na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl, tam też możliwość komentowania.

16:06, bartoszcze , Sport
Link
niedziela, 02 września 2012

Notka pochodzi z bloga sportowego w serwisie śląsk.sport.pl - komentarze tylko tam są możliwe.

---

Wielkie święto się dawno skończyło, o Igrzyskach Olimpijskich w Londynie zaczynamy pomału zapominać, bo wpadamy w tradycyjny rytm innych zawodów: ligi, puchary, reprezentacje, inne cykle mistrzowskie. A na obiektach olimpijskich ruch w najlepsze, bo rywalizują tam sportowcy niepełnosprawni. 

Nie mogą liczyć na wielogodzinne (całodobowe!) transmisje i tłum specjalnych wysłanników, co najwyżej jakieś skróty gdzieś ktoś pokaże albo dekoracje medalistów. W tak zwanej prasie* pojawiają się informacje o medalach, czasem o rekordach, najchętniej chyba o skandalach. A nawet jak się pokażą, to - niestety - są to informacje mocno niepełne, uniemożliwiające prawidłowy odbiór tego co właściwie na arenach olimpijskich się zdarzyło. Weźmy ot, ostatni radosny komunikat o polskich wynikach na Igrzyskach Paraolimpijskich - wiemy, że mamy w jeden dzień pięć medali; o ich zdobywcach nie wiemy prawie nic. 

Jak to nic, obruszy się ktoś może, jest informacja o wieku i mieście. Ale gdzie informacja, która przy zdrowych nie występuje: na czym polega niepełnosprawność danego zawodnika? Na zawodach dla niepełnosprawnych - zarówno tych olimpijskich, jak i innych - występują bowiem różne kategorie zawodników, ze względu na rodzaj ich niepełnosprawności, i każda kategoria ma właściwie swoje zawody, swoje medale, swoje rekordy. Nasza świeżo upieczona mistrzyni i rekordzistka świata w rzucie oszczepem Katarzyna Piekart, startuje w kategorii "zawodnicy z jedną niesprawną ręką", podobnie jak wicemistrzyni na 200 metrów Alicja Fiodorow. Srebrny medalista w pchnięciu kulą Karol Kozuń jeździ z kolei na wózku, i z wózka kulą pcha. Nie będę próbował, szczerze mówiąc, opisać szczegółowo czym się różnią od siebie niedostatki zdrowotne naszych medalistek w pływaniu, Oliwii Jabłońskiej i Pauliny Woźniak, bo nie chcę nikomu w głowie namieszać, powiem tylko że jedna startuje w kategorii S8, a druga S10, kto mądrzejszy niech podpowie, kto ciekaw niech wertuje choćby  wikipedię. O cyklistce Annie Harkowskiej wiem tyle (z innego tekstu), że miała nogę solidnie pogruchotaną, ale nawet ze strony Igrzysk nie doczytałem, jak się tam zawodników w tej konkurencji kategoryzuje. 

Uprzejmie więc proszę drogich dziennikarzy o pełnosprawną informację o naszych niepełnosprawnych zawodnikach. 

*to nie obelga tylko brak na podorędziu dobrego określenia na media papierowe i internetowe łącznie

12:41, bartoszcze , Sport
Link
poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Ta notka stanowi zakończenie (początek przerwy?) w kategorii Sport - jak już pisałem, o sporcie będę pisać na osobnym blogu. Do dyskusji o tej notce zapraszam już na nowy blog.

Klasyfikacja medalowa - bez względu na to, czy liczona bezwzględną liczbą medali, czy z uwzględnieniem ich koloru - często staje się dziś ważniejsza od samej idei olimpijskiej rywalizacji poszczególnych zawodników (ba, znam nawet takich, którzy uważają za naiwność myśl, że sportowy aspekt Igrzysk jest ważny). W takim ujęciu nieważni stają się Phelps, Bolt czy Azarenka, liczy się tylko, czyje będzie na wierzchu w tabeli medalowej (i czy ktokolwiek wyprzedzi USA, kiedyś Sowietskij Sojuz, teraz socjalistyczne Chiny). 

A przecież - jak to pracowicie wyliczałem co najmniej przez pierwszy tydzień Igrzysk - w tabeli medalowej Igrzysk bez cienia wątpliwości prowadzi.. Unia Europejska,:) w sumie ponad trzysta medali, złotych dwa razy tyle co Amerykanie. Hegemon taki, że właściwie inni mogą ścigać się tylko o drugie miejsce. Kiedyś, panie dziejku, było ciekawiej, kiedy potęg było więcej. Stąd też i myśl, która mi się zrodziła, żeby w czasie się nieco cofnąć (zarazem zostają w teraźniejszości). Rosja sama już nie tak silna, ale zebrane siły ZSRR znacznie więcej poważą. A przy tym - specjalnie dla gospodarzy Igrzysk - policzmy, ile to medali zdobyć mogła Brytyjska Wspólnota Narodów, jako spadkobierca Imperium Brytyjskiego? Oczywiście pojawia się problem, że pewne państwa będą występowały jednocześnie "w dwóch barwach" - zaciskając więc zęby, wliczamy państwa bałtyckie "z powrotem" do ZSRR (protesty dyplomatyczne i groźby zerwania stosunków wliczone w cenę), a Wielką Brytanię i Cypr chwilowo z Unii wyłączamy (Brytyjczycy i tak są w Unii jak poza Unią). Żeby jednocześnie wyrównać trochę szanse, doliczymy Chinom dwie inne chińskie reprezentacje czyli Hongkong i Tajwan, a Amerykanom - Portoryko (jak o czymś zapomniałem, dajcie znać). 

I teraz głęboki oddech i spoglądamy na tabelę:

Unia Europejska: 60 złotych / 84 srebrne / 86 brązowych (razem 230 medali)
Wspólnota Brytyjska:  56 złotych / 55 srebrnych / 68 brązowych (razem 179)
Związek Radziecki: 46 złotych / 45 srebrnych / (razem 163)
Stany Zjednoczone: 46 złotych / 30 srebrnych / 30 brązowych (razem 106)
Chiny Zjednoczone*: 38 złotych / 28 srebrnych / 25 brązowych (razem 91)

Skąd ta brytyjska potęga? Oczywiście gospodarze przyłożyli się bardzo mocno, w konwencjonalnej klasyfikacji zajęli przecież trzecie miejsce, ale do Wspólnoty Narodów zgłosiło się ponad 50 państw (w Igrzyskach brało udział zdaje się 204, medale zdobywało 85), w tym takie potęgi (globalne lub w wybranych dziedzinach) jak Australia, Jamajka czy Kenia, jak również wiele państw-niespodzianek (że należą lub że zdobywają medale), jak Botswana, Singapur, Uganda czy Grenada). No i tak ziarnko do ziarnka...

W ramach poszukiwań innych potęg, wzrok odruchowo pada na Koreę, która jednak nawet po papierowym zjednoczeniu ma raptem 34 medale, w tym aż 17 złotych. Rodzi się pokusa połączenia koreańskich sił z Japonią (w sumie 72 medale, w tym 24 złote), ale to dopiero byłby afront historyczny na miarę casus belli, którego łączne miejsce w rankingu niczym nie rekompensuje (bo i tak za Chińczykami). Lepiej już spojrzeć nostalgicznie na własne podwórko i pomyśleć, że Rzeczpospolita Obojga Narodów miałaby 47 medali, w tym 12 złotych.. (no i bracia Litwini lepiej by się chyba z nami czuli niż w barwach Sojuza mimo wszystko, Ukraińcy.. być może też). 

Następne Igrzyska już za cztery lata. Pardon, lada moment Igrzyska Paraolimpijskie. 

*przesadziłem z tą nazwą

18:35, bartoszcze , Sport
Link
sobota, 18 sierpnia 2012

Nie siedzę w głowie Agnieszki Radwańskiej, więc nie wiem, co czuła, co myślała, kiedy podczas Igrzysk rozegrała w trzech konkurencjach raptem cztery mecze. Nie byłem zachwycony jej wypowiedziami po porażce w mikście, nawet jeśli to było robienie dobrej miny do złej gry. Nie byłem przekonany do jej zacięcia, aby wystąpić na paradzie w charakterze chorążej reprezentacji (zwłaszcza że machanie flagą szło jej słabiej, niż machanie rakietą, jednak powinna było komuś mocniejszemu to oddać), tym bardziej że przy tej okazji odnosiło się wrażenie, że najważniejszą kwestią była długość sukienki (tak, wiem, to też bardzo ważna sprawa). 

Nie zmienia to jednak faktu, że nie ma powodów wieszać na niej psów. Nie wiem jak tam było z dyspozycją fizyczną, ale na pewno zaczynała ten turniej strasznie pechowo, losując jedną z najmocniejszych przeciwniczek, jakie mogły się trafić na tym etapie. Julia Goerges to solidna zawodniczka, wysoko w rankingu, gdyby w turnieju rozstawione były 32 zawodniczki a nie 16, to Goerges grałaby z numerem 21. W pierwszej rundzie silniejszą rankingowo parę tworzyły jedynie Serena Williams z Jeleną Jankovic (suma miejsc na liście ATP: 24, Radwańska z Goerges: 26), w "ósemce" Radwańskiej oprócz rozstawionej Kirilenko były jeszcze grające z dziką kartą Paragwajka (ATP 188) i Kolumbijka (ATP 119) oraz zawodniczki z piątej i siódmej dziesiątki rankingu. A Radwańska mając słabszy dzień, przegrała i tak nieznacznie. Medal i tak nie był oczywistością, bo na drodze stały stara znajoma Kirilenko (ciężki mecz na Wimbledonie), pechowa dla Radwańskiej Kvitova, Szarapowa i - w ewentualnym meczu o brąz - tegoroczna prześladowczyni Azarenka. Realnie rzecz biorąc, po ciężkich bojach jedynie srebro wydawało się ciut możliwe. 

W deblu, gdzie akurat poszło Radwańskiej najlepiej (choć nie wiadomo na ile w tym zasługa siostry), odpadła z faworyzowaną parą amerykańską (nr 1 było nie było), też nie sprzedając skóry zbyt tanio. Czy można było z Amerykankami powalczyć - cóż, ani Czeszki, ani Rosjanki się nie ugięły, ale jednak startowały z nr 3 i 4, a nie jako para stworzona mocno ad hoc. Miksta chyba szkoda najbardziej, wyglądało jakby został potraktowany bardziej jako przedłużenie Igrzysk niż jako ostatnia szansa na medal, szkoda, bo dzięki mikstowi Azarenka i Murray zostali multimedalistami (kudosy dla tych, którzy bez gugla powiedzą, jak się nazywa brytyjska medalistka w mikście). 

I cóż, pamiętać należy, że specyfika cyklu tenisowego jest taka, że trwa on niemal nieprzerwanie od stycznia do października, a czołowe zawodniczki są zmuszone regulaminowo do uczestniczenia w najważniejszych jego imprezach. Formę muszą więc utrzymywać przez wiele miesięcy, szlifując jej szczyty być może na turnieje wielkoszlemowe. Każdy dobry występ w turnieju, to większe nim zmęczenie, pozostawiające ślad na dalszych meczach. Radwańska tuż przed Igrzyskami doszła na tej samej londyńskiej trawie do finału, nikt nie wie jak wpłynęło to na jej formę. Teraz gra już w turniejach w Nowym Świecie, odpadła dwa razy w ćwierćfinale w słabym stylu. Aha, jej pogromczyni w tych turniejach.. na Igrzyskach odpadła w pierwszej rundzie, mimo że była rozstawiona...

Po co to wszystko właściwie piszę? Bo przeczytałem ostatnio tekst o tym, jak to Radwańska czuje się niezrozumiana przez media. I wzburzyło mnie potężnie - nie, nie to niezrozumienie - jak Jego Ekscelencja Dziennikarz miał do Radwańskiej pretensje, że nie okazała "pokory, skruchy, żalu" za swój występ olimpijski. Cóż, jaśniepaństwo dziennikarskie rośnie w siłę, zdolność dostrzeżenia, że za nasze wybujałe oczekiwania odpowiadamy wyłącznie my, jest w zaniku, podobnie jak zrozumienia, że porażka jest dramatem sportowca dalece bardziej niż naszym. Nie wspominając już o tym, że Radwańska występ olimpijskich wypracowała sama przez lata, bez pomocy pieniędzy publicznych i nie dzięki okazjonalnej kwalifikacji, na pewno ni była "olimpijską turystką".

wtorek, 14 sierpnia 2012

Pawle, nasz rezerwowy dżudoko, nawet jeśli należał Ci się ten ippon, i także jeżeli się nie należał. 

Mateuszu, wyniósł Cię gdzieś ten kajak, nie Ciebie jednego.

Nadiu i Robercie, ostatnia lotka bywa najtrudniejsza. 

Grzegorzu i Mariuszu, byliście o piłkę od sensacji przeciwko starym mistrzom, ale linia Wam nie sprzyjała.

Moniko, nawet gdyby sędziowie mieli tę Rosjankę ostatecznie wycenić wyżej, gdyby się jej ta ostatnia szarża nie udała.

Piotrze, pewnie gdyby nie ta wcześniejsza kontuzja, to poprawiłbyś się aż na swój drugi medal, a nie tylko na piąte miejsce, nie nadrabiałbyś braków samą wolą, przez co spaliłeś połowę rzutów.

Za walkę, za emocje, za nadzieję, za wzruszenia - dziękuję. Chcę Wam powiedzieć: nic się nie stało, choć Wy sami uważacie, że się stało - straciliście medale. Może jeszcze kogoś tu mógłbym wymienić, ale Sylwia Bogacka i tak się nagrodziła medalem.

Katarzynie Kolendzie-Zaleskiej nie dziękuję, jedynie sprowokowała mnie do uwolnienia tej notki z głowy.

20:29, bartoszcze , Sport
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 sierpnia 2012

W chorobie Guillain-Barre najgorsze jest to, że człowiek nie może zrobić tego, co wydaje mu się oczywiste: siedzieć, złapać widelca, nawet ruszać szczękami i przełykać. Widzi świat, tak jak go widział zawsze, ale czuje się względem niego bezradny. (Sam na szczęście nie doświadczyłem, bazuję na wspomnieniach Josepha Hellera i reportażach na ten temat).

Kiedy wczoraj patrzyłem, jak ze sztangą walczył nieszczęsny Marcin Dołęga, początkowo miałem wrażenie, że się gdzieś spieszy, że dźwiga tę sztangę, jakby nie mógł się doczekać chwili, kiedy ją będzie miał nad głową, że wstaje nie dbając, czy sztanga jest prawidłowo ustabilizowana. Ale w późniejszych wypowiedziach nigdzie ten wątek pośpiechu się nie przewija (zresztą w trzeciej próbie wrażenia takiego już nie było), dominuje uczucie głębokiego niezrozumienia co się stało. Ot, ciężar nieledwie treningowy, jaki nie wymknął się z rąk od miesięcy, nagle stał się niekontrolowalny; jak wydusił z siebie Dołęga: nie miał czucia w rękach. 

Nie próbuję odgadnąć, co się dokładnie stało na londyńskim pomoście i z jakiej przyczyny, nie twierdzę, że sztangista zaczyna chorować (choć koncepcja, że w tym momencie organizm zaczął się "bronić" ma pewną atrakcyjność). Czuję podskórnie jego osłupienie, że nie potrafi sobie poradzić, mniej więcej tak jak czułbym się, gdybym nie potrafił podnieść i postawić na blacie baniaka z wodą. 

niedziela, 05 sierpnia 2012

Jak już nieraz pisałem, na igrzyskach olimpijskich uwielbiam obserwowanie przedstawicieli państw małych i/lub egzotycznych. Czasem tworzą oni jedynie barwne tło, jak Eric Moussambani czy sprinterzy z wysp Pacyfiku (okazujący się de facto kulomiotami), a czasem walczą w swoich konkurencjach jak równy z równym po olimpijską chwałę i nawet miejsce na podium.

W tym roku po ośmiu dniach, medale zdobyli przedstawiciele 58 państw.* Większość medali oczywiście zgarniają przedstawiciele potęg, wiele przypada państwom z aspiracjami (realistycznie zaliczam nas do tej właśnie kategorii), sporo jednak zostaje i dla maluczkich. W tabeli medalowej widzę takie mikrusy jak Singapur i Hongkong, czy niewiele większy Tajwan, Katar i Gwatemalę. 

Tym smutniej mi się zrobiło, kiedy wczoraj w strzelectwie, przedstawicielka San Marino wystrzelała drugi wynik, ale razem z dwiema innymi zawodniczkami - i dogrywkę o medale przegrała, zostając na czwartym miejscu. Tym smutniej, że uwierzyłem telewizji, iż ona ten srebrny medal już ma ex aequo. Tym smutniej, że z San Marino mam miłe wspomnienia, to fajne miejsce na ziemi, malutkie a urocze. 

*wiem, powinienem był zaczekać z tym końca Igrzysk, ale jakoś..

piątek, 03 sierpnia 2012

Tenis na Igrzyskach przeżywał różne koleje - najpierw był od samego początku, potem na długo zniknął, nieśmiało powracał jako sport pokazowy, by wreszcie dumnie stanąć znów obok wioślarstwa czy kolarstwa jako sport olimpijski. Za jego czasową nieobecność odpowiadało wiele przyczyn, ale jako jedną z nich wymienia się nieprzewidywalność czasu trwania meczów tenisowych - w 1920 roku Anglik Lowe i Grek Zerlandii grali ze sobą półtora dnia (wtedy w ogóle zdaje się nie było tie-breaków). 

Tenis powrócił, stare problemy nie znikły - pomimo iż organizatorzy zrobili co mogli, ograniczając wszystkie pojedynki do dwóch wygranych setów. Nie zdecydowali się jednak na wprowadzenie tie-breaków w trzecim secie i oczywiście stało się, co się mogło stać: zaczęły się sety prawie bez końca. Najpierw Tsonga grał z Raonicem prawie cztery godziny, wygrywając trzeciego seta 25-23. Dziś, w półfinale, osiągnięcie to przebili Federer i Del Potro - w sumie grali 4 godziny i 26 minut, końcowy set trwał 2 godziny 43 minuty, 36 gemów. Rozbili tym prawie całkowicie porządek gier tego popołudnia, doprawdy nie wiem, co organizatorzy następnych Igrzysk mogą chcieć z tym zrobić. Ale za to jak pięknie grali momentami.

Federer zwycięski (a jakże) poszedł odpocząć, Argentyńczyk natomiast tym meczem ukrzywdził się podwójnie: nie tylko o medal musi dopiero powalczyć z Djokoviciem, ale też tego samego popołudnia czekał go jeszcze ćwierćfinał miksta - i cudów nie było, gładko przegrał z wypoczętymi Amerykanami. Nie mógł niestety zbyt daleko przekładać, bo tak się dla niego pechowo złożyło, że inni też byli tuż po swoich meczach.

22:31, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »

Tytułem wstępu: światy się przenikają, człowiek się w nich gubi, a fejs na dodatek fatalnie archiwizuje. Parę bezcennych myśli sformułowanych podczas igrzysk postanowiłem w ten oto sposób uratować przed Zuckerbergiem dla potomności.
--------------------

nie żebym był rasistą, ale w widoku czarnoskórego angielskiego dżentelmena w cylindrze coś jednak nie pasuje (patrz: ceremonia otwarcia)

Królowa nie musiała skakać z helikoptera, żeby przebić Bonda. Ale to trzeba być królową brytyjską.

Boję się pomyśleć, co symbolizują piżamy chóru dziecięcego śpiewającego God Save The Queen. 

Muszę sobie ściągnąć dyskografię tego Johna Vangelisa. [tak, było już poruszane]

Czeskie kalosze rządzą. Nie wiem jak jest rządzą po czesku. [dzięki za podpowiedź gdzie je można kupić]

a nie mówiłem, że rządzą?

London Londyn 2012 otwarcie opening Czesi Czech


Czech rain boots czeskie kalosze London 2012

PS to właściwie dyskryminacja uważać, że ufoki nie mogą pooglądać otwarcia igrzysk

 
1 , 2