Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: Amber Gold

poniedziałek, 19 listopada 2012

Przeczytałem właśnie tekst o tym, jak to na Pomorzu strach blady padł na prezesów spółek, z powodu akcji kierowania do prokuratury zawiadomień o niezłożeniu w sądzie rejestrowym sprawozdań finansowych za lata ubiegłe, co - jak wiadomo - jest jednym z cięższych zarzutów wytoczonych w aferze Amber Gold, a przynajmniej pod adresem prokuratorów. Czytam i głowa mi aż ciąży od poziomu niekompetencji. 

Już najmniej się można czepiać, że niby wszystkim grozi odpowiedzialność karna z art. 77 ustawy o rachunkowości, czyli (w tym przypadku) za niesporządzenie sprawozdania finansowego. Mimo wszystko idę o zakład, że w spółkach posiadających osobowość prawną, prowadzących pełną księgowość, ludzie odpowiedzialni za księgi zwyczajnie wiedzą, że raz do roku trzeba takie sprawozdanie finansowe sporządzić. Owszem, być może leży gdzieś w szufladzie prezesa, nawet może i podpisane (brak podpisów to często spotykane uchybienie, aczkolwiek odpowiedzialności karnej już raczej nie rodzi, litera ustawy tak wskazuje), pewnie się nie wysłało albo żal było akurat wydać 280 zł na opłatę od złożenia tego sprawozdania. Jeżeli do sądu nie dotarło, to istotnie jest powód, żeby kogoś tam pogonić, ale tak naprawdę dopiero dochodzenie wykaże, czy faktycznie to sprawozdanie nie zostało sporządzone. Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że popełniono tylko mniej ważące przestępstwo z art. 79 pkt 4 ustawy o rachunkowości (kto nie składa sprawozdania finansowego... we właściwym sądzie rejestrowym... podlega karze grzywny lub ograniczenia wolności), przy czym kto raz złoży, choćby z rocznym opóźnieniem, przestępcą być przestaje. 

Znacznie bardziej przeraziła mnie mrożąca krew w żyłach opowieść, jak to skazanie za takie przestępstwo może wykluczyć z biznesu (czytaj: z zasiadania w zarządzie). Widzę w tym echo wielkiego pytania, dlaczego Marcin P. mógł zasiadać w zarządzie swoich spółek, skoro "popełnił przestępstwo przeciwko obrotowi gospodarczemu"? Więc tu należy czarno na białym wyjaśnić, że po pierwsze, przestępstwa z ustawy o rachunkowości nie są przestępstwami przeciwko obrotowi gospodarczemu - te nie są wprost zdefiniowane (w sensie zwrotu "za przestępstwa przeciwko obrotowi uznaje się...") oprócz tego, że rozdział XXXVI kodeksu karnego (artykuły 296-309) taki właśnie nosi tytuł. Po drugie i ważniejsze nawet, przepis określający zakaz zasiadania w zarządach spółek nie odwołuje się do tego pojęcia w sposób ogólnym tylko precyzyjnie wymienia przestępstwa, który taki skutek za sobą pociągają w razie skazania; jest tam wymieniony rozdział XXXVI kodeksu karnego (i szereg innych) ale przepisy ustawy o rachunkowości - już nie. Już prędzej karierę utrudniłoby pełnienie funkcji w spółce ubiegającej się o jakiekolwiek zamówienie publiczne (zgodnie z art. 24 ustawy prawo zamówień publicznych skazanie za wiele przestępstw, w tym tych przeciwko obrotowi gospodarczemu, uniemożliwia spółce zarządzanej przez taką osobę udział w przetargach), ale znów przestępstwa przewidziane w ustawie o rachunkowości się tam nie pojawiają.

Owszem, bycie skazanym za cokolwiek miłe nie jest, ale bardziej to strachy na lachy. Dziennikarze powinni jednak konsultować swoje teksty - jeśli sami nie próbują zgłębiać prawa - z prawnikami redakcyjnymi, a nie z przygodnie napotkanymi politykami, choćby i pretendującymi do miana prawników. A prokuratorzy.. cóż, będą mieli furę dodatkowej roboty, która zapewne nawet nie poprawi im statystyk, a za to utrudni terminowe załatwianie normalnych spraw, w tym tych przeciwko parabankom...

poniedziałek, 03 września 2012

Wczorajszy wyścig F1 o Grand Prix Belgii na legendarnym torze Spa-Francorchamps zaczął się jak u Hitchcocka od trzęsienia ziemi: dynamiczny manewr Romaina Grosjeana w Lotusie zakończył się zetknięciem opon z McLarenem Lewisa Hamiltona, utratą kontroli przez tego ostatniego i karambolem, po którym czterech czołowych zawodników zakończyło jazdę. Szczególne wrażenie robił widok bolidu przelatującego - najzupełniej dosłownie - w odległości pół metra od fotela i głowy lidera cyklu Fernando Alonso (w ósmej sekundzie tego filmu, jeżeli zniknie z YouTube to trudno, może znajdę inny).

Nikomu na szczęście nic się nie stało (wbrew pozorom Formuła1 w ostatnich latach jest dość bezpiecznym sportem), ale widok był na tyle wstrząsający, że winnego postanowiono przykładnie ukarać i uznany za sprawcę Grosjean został zawieszony na jeden wyścig (dla uzmysłowienia surowości kary powiem, że nie wymierzono takiej od 1994 roku). W uzasadnieniu jej wymiaru podano, że kierowca dopuścił się wyjątkowo poważnego naruszenia przepisów (nieoficjalnie zaś wszyscy zgodnie stwierdzają, że "zasłużył sobie" wcześniejszymi incydentami).

Czytam to uzasadnienie, przypominam sobie rozmaite wypadki i potrafię sobie przypomnieć niejeden taki incydent, w który kierowca wykazał się dużo większą lekkomyślnością, nieostrożnością czy brawurą, jak i taki, w którym ręce składały się jak do modlitwy "oby nikomu tylko nic się nie stało". I mam nieodparte wrażenie, że jak w przypadku afery Amber Gold (nie w jej głównym nurcie, lecz we wszystkich odpryskach, typu dlaczego sędzia orzekł karę w zawieszeniu lub pozwolił na wyjście na przepustkę), mamy do czynienia z żądaniem ukarania za to, że ktoś nie był prorokiem i nie przewidział tych następstw swojego działania, których przewidzieć się zwyczajnie nie dało. 

Notka zamieszczona równolegle na blogu sportowym w serwisie śląsk.sport.pl

wtorek, 28 sierpnia 2012

Bum! Prokurator Generalny z wysokości swojego stanowiska zaczął grozić palcem i wytykać błędy prokuratorom, zapowiadać postępowania dyscyplinarne i odwołania ze stanowisk. Najwyraźniej presja na obronę dobrego imienia/stołka/czegoś jeszcze robi się coraz większa. Na tyle silna, że zdrowy rozsądek poszedł w odstawkę.

Przyjrzyjmy się bowiem niektórym zarzutom (na podstawie tego tekstu), patrząc z punktu widzenia prokuratora prowadzącego sprawę i podejmującego decyzje w określonym momencie. Mamy więc takie kwiatki jak:
- nie uznano, że konieczny jest osobisty  udział prokuratora w dochodzeniu - choć brak takiego udziału jest w dochodzeniu zasadą; jednocześnie nie ma zarzutu, że należało prowadzić śledztwo (w którym udział prokuratora jest zasadą), a nie dochodzenie; a zatem zarzut sprowadza się do tego, że prokuratorzy nie byli jasnowidzami (co się wdzięcznie kamufluje pod określeniem "wykazali brak wyobraźni"),
- bez determinacji niezbędnej w tej sprawie gromadzono dokumenty spółki - i znów jest to zarzut braku zdolności profetycznych, niezbędnych do ustalenia, że jest to ta sprawa, sprawa największego oszustwa dekady, a nie tylko ewentualnego prowadzenia działalności bankowej bez zezwolenia,
- z naruszeniem procedury karnej, prokurator wydał decyzję o zawieszeniu tego postępowania - postępowaniami karnymi zajmuję się sporadycznie i z daleka, ale znam w kpk przepis, zgodnie z którym postępowanie karne się zawiesza w razie wystąpienia długotrwałej przeszkody; nie zamierzam się habilitować nad teoretyczną analizą co taką przeszkodą może być, ale widziałem postanowienia "z powodu konieczności oczekiwania na opinię biegłego grafologa, której przewidywany czas sporządzenia wynosi 3 lata z uwagi na natłok spraw"; być może pan Prokurator Generalny ma zawsze jakiegoś dodatkowego biegłego na podorędziu, który opinię w dowolnej sprawie sporządzi w ciągu trzech tygodni, szeregowi prokuratorzy takiego luksusu nie mają,
- nie wykorzystał procesowo informacji o niezłożeniu przez spółkę sprawozdania finansowego za lata 2010 i 2011, co mogło naruszać ustawę o rachunkowości - zaczynamy przecierać oczy; zgodnie z ustawą o rachunkowości właśnie, sprawozdania finansowe za te lata należało złożyć najpóźniej - odpowiednio - w lipcu 2011 i lipcu 2012; zakładając nawet, że ta informacja jakoś by do prokuratora dotarła (a zupełnie nie musiała, skoro nawet sąd przyjmujący te sprawozdania nie miał czasu się nad tym bardziej pochylić), to jaki miałaby wpływ na czynności dokonywane w latach 2009-2010? wygląda to na czepialstwo dla zasady, szukanie jakiegokolwiek haka, żeby ostatecznie z litanii "znieważył, okradł, pobił, zgwałcił i nielegalnie ściągnął z sieci dwie piosenki", mieć rację przynajmniej w zakresie w zakresie ściągnięcia piosenek.

Ale najładniejsze wciąż przed nami. Mamy więc zarzut "nie przesłuchano żadnego z klientów spółki". Po co - to pytanie krzyczy wielkimi wołami. Po to, żeby się w roku 2010 dowiedzieć, że spółka wypłaca im pieniądze w terminie? Po to, żeby się dowiedzieć, że faktycznie wpłacili do spółki pieniądze, tak jak spółka twierdzi? Po to żeby się dowiedzieć, że zgodnie z podpisaną umową nie dostawali do ręki żadnego złota? Po to, żeby tych klientów wystraszyć? Żaden przecież z klientów nie byłby w stanie powiedzieć ani czy spółka ma zamiar kogokolwiek w przyszłości oszukać (co pozostawało poza czyjąkolwiek wtedy świadomością, może poza niejakim Marcinem z domu Stefańskim), ani w jaki sposób zarządza powierzonymi im - jako ceną za sprzedane złoto - pieniędzmi, czy przypadkiem nie obciąża ich ryzykiem (co byłoby kluczowe dla ustalenia, czy faktycznie zachodzą przesłanki ustawowe przestępstwa) bo samo gromadzenie środków bez obciążania ich ryzykiem, przestępstwem nie jest i nie zanosi się, aby miało być.

Nie, nie chodzi mi o uznanie prokuratorów za anioły bez skazy w tej sprawie, zapewne można było zrobić więcej, bardziej się przyłożyć do wykonania zaleceń sądu; zwłaszcza kwestia nadzoru jest tu mocno niejasna (aczkolwiek tu zarzuty są zaskakująco tonowane wobec prokuratorów z wyższych szczebli), ale dla mnie cała organizacja prokuratury pod względem funkcjonalnym jest mocno niejasna. Oczekiwałbym jednak, aby pan Prokurator Generalny nie robił z siebie Katona, ale jednocześnie udzielił odpowiedzi na parę innych interesujących pytań:
- ile postępowań karnych średnio w danym okresie prowadziła/nadzorowała prokurator zajmująca się sprawą Amber Gold, 
- ile postępowań karnych średnio w danym okresie nadzorował prokurator rejonowy będący przełożonym pani prokurator j/w, 
- ile postępowań karnych w poważnych sprawach gospodarczych średnio w danym okresie prokurator okręgowy nadzorujący sprawę Amber Gold,
- do jakiego czasu można rozsądnie przedłużyć dochodzenie?

Przypuszczam, że na forach prokuratorskich te pytania są stawiane, razem z dobitnymi odpowiedziami.  Prokurator Generalny albo tych odpowiedzi nie chce znać, albo udaje, że go nie dotyczą. Znacznie lepiej wychodzi ciskanie gromów na konferencjach prasowych, dziennikarze są prawie zachwyceni. 

Tagi: Amber Gold
21:53, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (6) »
czwartek, 16 sierpnia 2012

Ed McBain napisał kiedyś takie opowiadanie kryminalne o kręceniu pornola (jak ktoś dopiero chce je przeczytać, to SPOILER ALERT:-)), w Polsce chyba nie było drukowane, a przynajmniej nigdy nie natrafiłem (za każdy sygnał o McBainie wdzięcznym). 

W opowiadaniu reżyser wspomina, jak to z kolegami za tanie pieniądze kręcili pornola, a właściwie pornola ambitnego - film o kręceniu pornola (ta aktorka zażądała podwójnej gaży twierdząc że będzie występowała w dwóch filmach!). Ambitny scenariusz opisywał trudną drogę aktorki w biznesie, jak to musiała sypiać ze scenarzystą, operatorem, reżyserem.. (a że pieniędzy na obsadę nie było zbyt wiele, to we wszystkie te drugoplanowe role wcielali się odpowiedni członkowie i tak skromnej, kilkuosobowej ekipy, co produkcji dodawało wiarygodności). Pomimo trudności i ograniczeń, praca posuwała się do przodu, aż pewnego dnia nastąpił dramat. Aktor zakochał się w Aktorce i przyszedł do reżysera z pretensjami, że coś jest nie tak, by w końcu rzucić reżyserowi w twarz skrywaną prawdę:
- W tej kamerze nigdy nie było taśmy...

Jakoś mi się to opowiadanie przypomniało po ostatnich rewelacjach na temat Amber Gold, który nawet nie miał prawa sprzedawać klientom złota.  

środa, 15 sierpnia 2012

Jak to zwykle w medialnych sprawach, wszyscy dostali werbalnego rozwolnienia i opowiadają bzdury od lewej do prawej (pomijam tu tych, którzy gorączkowo sprawdzają czy i dlaczego ktoś może im się do sempiterny dobrać). Postanowiłem więc - częściowo dla zaspokojenia własnej ciekawości, częściowo w imię zasad - uporządkować co wiemy o szefie Amber Goldów przed Amber Goldami, z prawnego punktu widzenia. 

Wiadomo, że skazywany był siedmiokrotnie, dla lepszego zobrazowania pożyczę sobie od redaktora Samcika dość przejrzystą tabelkę:
wyroki Plichty Amber Gold Maciej Samcik
Przyjrzyjmy się, na ile układa się to w całość. Mamy więc na początek samotny wyrok za incydentalne podrobienie zaświadczenia o zarobkach (dla klienta), dokonane prawdopodobnie w latach 2003-04 (nie znalazłem szczegółów, ale nie będę się przed nimi bronił). Potem mamy trzy mniejsze lub większe wyroki za Multikasę, potraktowaną jako wypadek przy pracy, a nie przestępczy od początku pomysł, czyli dotyczące działalności z okresu 2004-05. I wreszcie wyroki za wyłudzenia kredytów, dokonane "na słupa" w latach 2005-06. Dlaczego tak podkreślam te daty? Bo mają one kluczowe znaczenie dla zrozumienia, co działo się później. 

Zacznijmy teraz od stwierdzenia, które w świetle choćby wypowiedzi pewnego eksministra może się wydać dziwne: otóż Plichta nie jest recydywistą. Nie jest, bo recydywistą stać się może tylko ten, kto popełnia przestępstwo po odbyciu przynajmniej określonego czasu trwania kary, i musi zachodzić tzw. podobieństwo przestępstw. Jeżeli spojrzymy teraz na moment popełniania kolejnych przestępstw, to jedynie wyłudzenia ostatnich kredytów miały miejsce po wyroku (acz nie było to wykonywanie kary więzienia sensu stricto), aczkolwiek nie były to przestępstwa podobne (fałszerstwo, ew. przywłaszczenie versus wyłudzenie). Jest więc Plichta wielokrotnym przestępcą, ale nie recydywistą, przynajmniej na razie. 

Teraz wypada poruszyć kwestię, ile tych wyroków właściwie jest. Powyżej padła liczba siedem, bo tyle razy Plichta usłyszał "uznaje za winnego", ale tu odzywa się nam instytucja zatarcia skazania. Zgodnie z kodeksem karnym, po określonym czasie skazanie ulega zatarciu, co oznacza fikcję, że nigdy go nie było (odzyskuje się "niekaralność", o ile oczywiście nie ma się wyroków więcej). Co ważne, w przypadku zawieszenia kary pozbawienia wolności, zatarcie skazania następuje co do zasady po upływie sześciu miesięcy od zakończenia okresu zawieszenia (oczywiście jeśli w tym czasie nie wysłano skazanego do więzienia). W przypadku Plichty oznacza to, że już w 2009 roku "pozbył się" z kartoteki co najmniej dwóch wyroków, a do dziś co najmniej dwóch kolejnych (dwa mu na pewno pozostały, bo nie upłynął okres próby). 

Nie znamy szczegółowej treści wszystkich wyroków, więc nie wiemy, w których sądy nałożyły na Plichtę obowiązek naprawienia szkody. W wyroku wskazuje się wtedy termin do którego szkoda powinna być naprawiona, a jego niedotrzymanie może być podstawą zarządzenia wykonania kary pozbawienia wolności (choć w praktyce wystarcza, żeby obowiązek został spełniony, zanim sąd pochyli się nad sprawą). Nie znając terminów nie powinniśmy się wypowiadać, doniesienia są niejasne, ja ze swojej strony powiem tylko, że skoro Plichta (jak się ponoć deklarował) zarabiał 100 tys. miesięcznie i potrafił tyleż dać na kościół, to byłby niemądry, gdyby nie spłacił tych wyłudzonych kredytów (choćby dla uniknięcia wizji powrotu za kraty, znane mu z paru traumatycznych miesięcy w areszcie).

Przejdźmy wreszcie do kluczowego pytania: a czemu w zawieszeniu? Zacznę od przypomnienia rzeczy podstawowej: sądzi, orzeka, skazuje sąd (w rozumieniu konkretnego składu), a nie prezes, nadprezes, minister, kontroler, dziennikarz czy opinia publiczna. Kto chce sądzić, powinien był wybrać określoną ścieżkę kariery i wtedy mierzyć się ze sprawą na podstawie całości jej akt, i tyko na tej. Każdemu chętnemu proponuję na początek prosty test: niech oceni Plichtę nie jako przyszłego sprawcę przekrętu dekady (jak sądzę) tylko jako dość młodego chłopaka, który parę lat temu wyraźnie pobłądził, a w danym momencie gorliwie współpracuje, przyznaje się do winy i obiecuje wszystko naprawić (ja się zastanawiam, czy w tych sprawach o wyłudzenie kredytów Plichta ściemniał, że to na spłatę starych wyroków potrzebował, pieniądze na spłatę kredytów miał, tylko wykazywalnej zdolności kredytowej nie). Będziecie surowi (co z drugiej strony oznacza dla sądu uciążliwy proces) czy odpuścicie młodziakowi? A jak nie odpuścicie, to gdzie w przyszłości wyznaczycie granicę między zawieszaniem i niezawieszaniem, jak będzie się różnić wyrok skazujący za wyłudzenie 10 tys. od wyroku skazującego za zorganizowanie całego Amber Golda?

Dyskusyjną kwestią kuratorów zajmę się kiedy indziej, jak chociaż będę znał jakieś szczegóły, ale daleki jestem od zwalania wszystkiego na nich, nawet bardzo.

00:06, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (5) »