Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: mundial 2010

niedziela, 11 lipca 2010

Mecze o trzecie miejsce na Mundialu zazwyczaj są piękne, bo motywacja spora, choć stawka już nie tak wielka. Te mecze często wygrywa się atakiem, a nie obroną. Nie inaczej było i w tym roku - piękny, dynamiczny mecz, udekorowany dodatkowo najpiękniejszą bramką Mundialu; nigdy nie miałem bowiem przekonania do podobno precyzyjnie mierzonych strzałów z Pele wie ilu metrów.

Nie wyobrażam sobie jedenastki Mundialu bez Jorge Fucile (bogowie i sędziowie, czemuż wykluczyliście go z półfinału) i Sami Khediry, najlepszego zawodnika tego meczu, nagrodzonego już wprawdzie decydującym golem. No, przynajmniej drugiej jedenastki.

A pożegnalny strzał Forlana w poprzeczkę w 92 minucie był idealnym podsumowaniem występu Urugwaju (i całej Ameryki Południowej) na tym Mundialu: jak wiele było można, jak niewiele zabrakło. Wszystkie laury dla Europy.

wtorek, 06 lipca 2010

Znawcy na widok tego tytułu zapewne się zastanawiają, co to za wyznanie uczuć, albo jakie statystyki olejowe skłoniły mnie do postawienia takiego nieco ryzykownego wniosku. Otóż przeanalizowałem sobie w pewnej chwili aktualny stan mundialowej rywalizacji Europy z Ameryką Południową, w której reprezentanci Ameryki mają następujące rezultaty (alfabetycznie):

Argentyna: 2 mecze, 1 zwycięstwo-0 remisów-1 porażka, bramki 2-4
Brazylia: 2, 0-1-1, 1-2
Chile: 2, 1-0-1. 2-2
Paragwaj: 3, 1-1-1, 3-2
Urugwaj: 1, 0-1-0, 0-0.

Oczywiście ostateczny kształt tej tabelki poznamy dopiero pod koniec tygodnia, bo Urugwaj ma jeszcze dwa mecze z drużynami europejskimi. I może równie dobrze wspiąć się na szczyt, co spaść na dno.

niedziela, 04 lipca 2010

W dyskusji o błędach sędziowskich i potrzebie ich korygowania powtórkami wideo napisano i powiedziano już chyba wszystko, więc nie będę powtarzał wszystkich możliwych argumentów. Powtórzę tylko, że nie jestem entuzjastą wideo, i zwrócę uwagę na dwie kwestie. Pierwsza to ta, że technika nie dość że też nie jest niezawodna, to daje możliwość manipulacji (nawet niezamierzonej). W niejednej spornej sytuacji widzieliśmy wszak, że pomimo wielu powtórek nie dawało się ustalić jednoznacznie prawidłowego werdyktu (do tej pory nie wiadomo, czy Villa w meczu z Portugalią był na spalonym), a decyzja sędziego mogłaby w tej sytuacji być uzależniona od tego, jaką powtórkę akurat puści mu operator; wszak w meczu Paragwaju z Hiszpanią, w pierwszym ujęciu byłem przekonany że Valdez przyjmował piłkę ręką, później zobaczyłem, że jednak nie, natomiast zadaniem sędziego było ocenić, czy przed celnym strzałem Valdeza będący na ewidentnym spalonym Cardozo brał udział w akcji, czy też nie. Trudno zaś wyobrazić sobie, żeby sędzia domagał się powtórki z wszystkich możliwych kamer, bo a nuż któraś pokaże zdarzenie inaczej. Druga zaś - ściśle związana z pierwszą - jest taka, że decyzję ostateczną i tak musi podjąć sędzia, a nie cały stadion, który widział sytuację z odległości trybun, nawet na telebimie (ba, cały świat widzący sytuację na swoich TV HD czy 3D, zasugerowany jeszcze wypowiedzią komentatora; jakież głupoty potrafią wypowiadać sprawozdawcy, próbując dokonywać samodzielnych interpretacji tego, co widzą...), a jeśli potrzebuje technologii kosmiczno-rakietowej (tak jak badano po fakcie gola Luisa Garcii w półfinale Ligi Mistrzów), to tak naprawdę może decyzję podjąć na podstawie swojego wzroku i sumienia (ewentualnie wzroku sędziów mu pomagających). Ja raczej jestem zwolennikiem dopuszczenia sędziów bramkowych (w najbardziej spornych sytuacjach tego Mundialu powinni byli wystarczyć).

Nie da się bowiem ukryć, że kontrowersje sędziowskie na afrykańskim Mundialu bywają mniejsze i większe, ale najwięcej emocji budzą oczywiście błędne rozstrzygnięcia z 1/8 finału: spalony przy golu Teveza z Meksykiem oraz nieuznany gol Franka Lamparda w meczu z Niemcami. I akurat oba te przypadki są dowodem na to, że sędziowie się zwyczajnie zagapili. Niedopuszczalne, lecz ludzkie. Tutaj przywołam zdarzenie jakże podobne, a ileż bardziej niesprawiedliwe. 3 sierpnia 1932 roku, Igrzyska Olimpijskie w Los Angeles, konkurs rzutu dyskiem. Rzuca Francuz Jules Noel, zawodnik niekoniecznie będący faworytem (siódme miejsce na Mistrzostwach Europy). Sędziowie patrzą nań kątem oka, przyglądając się trwającemu równolegle konkursowi skoku o tyczce. Tak bardzo kątem oka, że kiedy dysk dotyka ziemi, nie potrafią ustalić miejsca, w którym upadł; wiadomo jednak, że upadł poza linią 50 metrów, za znakiem lidera, poza linią rekordu olimpijskiego. Ten rzut dałby Noelowi laur mistrza olimpijskiego. Sędziowie decydują: proszę powtórzyć rzut.. Noel zajął w tym konkursie czwarte miejsce, 12 cm od medalu, za jedyną pociechę mając pokonanie rekordzisty świata Paula Jessupa.

Mr Lampard, would you like to have another shot?

sobota, 03 lipca 2010

Nie, nie sądzę, żeby miał osobistą urazę, ani nawet nie chodzi o tradycyjną rywalizację albicelestes z canarinhos.

W stosunku do Dungi podstawowy zarzut brzmiał: jak śmiał zbudować drużynę zaczynając od obrony, o defensywnym nastawieniu, zostawiając w domu błyskotliwe gwiazdy napadu, skupiając się na taktyce, którą miażdżyli przeciwnika? Maradona zrobił dokładnie odwrotnie: zbudował drużynę zaczynając od ataku, zostawiając w domu supersolidnych defensorów, taktykę wrzucając do teczki z napisem "do załatwienia po powrocie do domu".

Teraz Dunga może pokazać palcem na Diego i powiedzieć "on zrobił tak jak wy byście chcieli". Nie wiem, czyja klęska zostanie przyjęta boleśniej.

piątek, 02 lipca 2010

Byłem właściwie pewien, że Brazylijczycy wyrównają. Dobrze wyczułem, że w drugiej połowie Holandia strzeli, i sądziłem, że dojdzie do dogrywki. W sumie przecież wiele nie brakowało, ale przewaga liczebna Holendrów chyba zaważyła. O Melo nie będę pisał, bo w sumie wszystko zdążył już napisać Rafał Stec.

Sekret Holendrów chyba się odkrywa - to jest jednak niesamowicie ekonomiczna, wyrachowana gra, połączona z arogancją: oni wiedzą, że w drugiej połowie dadzą radę zmusić przeciwnika do błędu (pierwsz połowa to dla nich czas solidnego rozgrzania mięśni - oraz rozpoznania i podmęczenia przeciwnika), nawet joga bonita w ich wykonaniu jest tak nonszalancka, że jak sama nie wyjdzie, to nic to, może za chwilę. Jakże znamienna była ta akcja w doliczonym czasie gry, kiedy Huntelaar stał z piłką w polu karnym przy linii końcowej i zastanawiał się, co zrobić, by w końcu leniwie podać partnerowi na strzał, na tyle leniwie, że partnera dogonił obrońca. Na dodatek mają Robbena, który robi różnicę - nawet jeżeli sam nie strzela (bo wiąże dwóch-trzech-czterech rywali, jak Messi), to wykartkuje rywali, a potem i tak błyśnie; nawet jeżeli to był mecz Sneijdera.

I jeden smaczek zauważony, taki malutki ale kochany: w 81 minucie Ooijer (zaskakująco dobry, nawet mimo debilnej żółtej kartki) blokując dośrodkowanie z prawego skrzydła, jak wspaniale schował ręce za plecami.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Nie, to nie będzie o sportach walki, tylko znów o Mundialu. Ja powiem szczerze: rozumiem sympatię do Jana Muchy, jako do najlepszego reprezentanta polskiej Ekstraklasy na mistrzostwach świata, jako do podmiotu niemal najważniejszego transferu z polskiej Ekstraklasy, ba, nawet do bohatera warszawocentrycznie nastawionej części dziennikarzy. W dzisiejszym meczu z Holandią też się nieźle pokazał - bo nawet jeśli sposób, w jaki ograł go Kuyt przy drugim golu, będzie przedmiotem chwały Kuyta i kpin konkurentów, to przy golu Robbena nie miał nic do powiedzenia, a przed drugim takim golem (i paroma innymi) na pewno Słowaków uchronił. Była jednak taka sytuacja w drugiej połowie, kiedy Robben przedarł się z lewej strony i wyłożył piłkę Kuytowi pod nos. Gol nie padł, komentatorzy zachwycali się instynktowną paradą Muchy. Prawda jest jednak taka, że Mucha nie kiwnął przy tym palcem ni inną częścią ciała - Kuyt po prostu mając całą bramkę do wyboru trafił Muchę idealnie w nos. Wiem, że bramkarz potrzebuje być czasem we właściwym miejscu we właściwym czasie (Schumacher mawiał, że może obronić i tyłkiem, jeśli trzeba, byle skutecznie), ale naprawdę nie mylmy tego z umiejętnościami.

A z Holandią to mam problem. Na razie grają, jakby im się nie chciało, i doprawdy nie wiem - czy jest to do granic posunięta strategia turniejowa, czy jest to gra z takim poczuciem wyższości, że na jednej nodze i tak dadzą radę (przeciwników mieli dotąd nienajsłabszych, choć niekoniecznie też tuzy), czy też może taka jest Holandia AD 2010? W tym ostatnim przypadku, jeśli faktycznie nie mają rezerw, to o medal może być ciężko.

Mają jednak Oranje jeden atut niezaprzeczalny, z numerem 11 na koszulce. Zagrał dzisiaj pierwszy raz od początku, i już pokazał Messiemu, że lider gole strzela. Wczoraj pytałem na Czadoblogu, czy na Złotą Piłkę zasłuży bardziej Mueller lub Schweinsteiger, czy jednak Robben. Po dzisiejszym nie mam wątpliwości (miłośnikom Messiego, Milito czy Maicona odpowiadam ponadto: jestem ortodoksyjnym zwolennikiem starej formuły Ballon d'Or).

 

sobota, 26 czerwca 2010

Skończyła się faza grupowa Mundialu, można podsumować wyniki rywalizacji międzykontynentalnej (faza pucharowa rządzi się swoimi prawami i dlatego trudniej będzie dalsze mecze przekładać na takie wyliczanki). Zamierzałem to zrobić w szerszej notce, ale cóż, sprowokował mnie do przyspieszenia tekst Rafała Steca.

Zwycięzca rywalizacji jest oczywisty pod każdym względem, podobnie jak czerwona latarnia. A w szczegółach wygląda to tak:
1. Ameryka Płd: 5 drużyn, 5 awansuje (tylko jedna porażka), średnio 2,27 pkt na mecz, różnica średnia bramek +1,07 (zaledwie 6 straconych goli!);
2. Europa: 13 drużyn (29 meczów z innymi kontynentami), 6 awansuje, średnio 1,38 pkt na mecz, średnia różnica bramek +0,21;
3-4. Azja: 4 drużyny, 2 awansują, średnio 1,17 pkt na mecz, ale średnia różnica goli aż -1,08 gola na mecz (trzy porażki z co najmniej czterema straconymi golami)
CONCACAF: 3 drużyny, 2 awansują, średnio 1,11 pkt na mecz, średnia różnica goli -0,11
5. Oceania: 1 drużyna, 0 awansuje, średnia 1 pkt na mecz, różnica goli 0,0 (same remisy)
6. Afryka: 6 drużyn, 1 awansuje, średnia 0,78 pkt na mecz (aż 10 porażek), średnia różnica goli -0,44 na mecz

Oczywiście ustawienie wymaga małego komentarza. Jako wskaźnik podstawowy przyjąłem średnią punktową, ale na koniec fazy grupowej za celowe uznałem uwzględnienie także efektów, zwłaszcza że średnie liczone z różnej liczby spotkań są słabiej porównywalne. Dlatego zrównałem dwa kontynenty na miejscu 3-4, bo Azja miała nieco wyższy wskaźnik punktowy (ze znacznie większą liczbą porażek dla odmiany), ale z fatalnym bilansem bramkowym i procentowo gorszym wskaźnikiem drużyn awansujących. Co do Europy, co prawda mniej niż połowa drużyn gra dalej, ale też ilość przysyłanych ze Starego Kontynentu ekip sprawia, że ta reprezentacja kontynentalna jest nierówna, poza tym różnica wskaźnika punktowego i bramkowego jest wyraźna, a Europa poza liderem jako jedyna ma więcej zwycięstw, niż porażek.

Gdyby FIFA zamierzała zmieniać liczbę drużynna Mundialu, uwzględnienie tych liczb (lub podobnych) byłoby nie od rzeczy:) Ja osobiście byłbym jednak chyba za zmniejszeniem liczebności (ach, marzycielstwo), tyle ża 16 robi się mało, a 24 nie da się sensownie zorganizować systemu rozgrywek.

PS. Dla porównania: wyniki po I rundzie i po II rundzie.

W ostatnim meczu fazy grupowej (chronogicznie podobno zaczął się ciut później, niż Szwajcaria-Honduras), gdzieś koło 86 minuty del Bosque postanowił wpuścić na boisko Davida Silvę. Ten przygotowany stanął przy bocznej linii i czekał na sposobność do wejścia. Cóż, postał tam sobie biedak, bo przyjaciele z boiska utrzymywali taką płynność gry, że nie było okazji do wejścia. Trwał już bowiem w najlepsze mecz przyjaźni, zestaw wyników dawał obu drużynom awans, a podjęcie ryzyka, mogące zmienić status quo, mogło przy jednym przypadkowym strzale w drugim meczu całkowicie odmienić sytuację. Hiszpanie udawali więc, że rozgrywają akcję, szukając dziury w defensywie chilijskiej na wysokości linii środkowej, a Chilijczycy udawali, że stosują pressing na połowie boiska.

Nie był to zresztą jedyny taki mecz. Niezmiernie podobnie wyglądała końcówka meczu Brazylia-Portugalia (to też zresztą starcie kolonizatora z kolonią), przy czym tam krzywda Brazylii polegałaby jedynie na zajęciu drugiego miejsca, a Portugalia nawet przy porażce pozostawiałaby o kilka goli w tyle Wybrzeże Kości Słoniowej. Ba, nawet w meczu Niemcy-Ghana był taki moment, kiedy Ghanijczycy ewidentnie zaczęli szanować piłkę, bo już tylko dwa gole różnicy dzieliły Australię od awansu, a desperackie ataki na niemiecką bramkę równie dobrze mogły przynieść bezpieczne wyrównanie, co pogrążającą kontrę. Dopiero kiedy Serbowie zmienili wynik, gra przyjaźni zrobiła się niebezpieczna i nastąpiła próba powrotu do normalności.

David Silva nie wszedł na boisko. Nie mam pewności, czy całe pięć minut przestał przy linii, ale czekał długo.

 

piątek, 25 czerwca 2010

To oczywiście obraźliwa dla Brazylijczyków gdybanologia, o której canarinhos zapewne nawet nie pomyśleli, ale patrząc na rozkłady ćwiartek tak właśnie sobie pomyślałem i zacząłem na szybko liczyć. Oczywiście, Brazylii nie zaszkodzi porażka z Portugalią, awans mają pewny, pozostaje tylko kwestia miejsca, jeśli co najmniej zremisują, będą na pierwszym. Pytanie, z kim mogą zagrać z którym wariancie.

Sytuacja w grupie H jest pod pewnymi względami jasna. Faworyzowana Hiszpania musi walczyć o zwycięstwo w meczu z Chile albo liczyć na pomoc Hondurasu (musi osiągnąć wynik nie gorszy od Szwajcarii), acz też nie za wielką, bo Honduras ma teoretycznie szanse na wyjście. Jeśli tylko Hiszpanie wygrają z Chilijczykami, to wyprzedzą ich różnicą bramek. Przyjmijmy więc na chwilę założenie, że wygrają. Jeśli Szwajcaria nie wygra z Hondurasem, to drugie miejsce przypadnie wtedy na pewno Chile. Jeśli wygra, to losy kolejności w grupie rozstrzygnie różnica bramek. W tej chwili sytuacja bramkowa przedstawia się następująco:
CHI +2
ESP +1
SUI 0
Przy powyższych założeniach, Szwajcaria co najmniej zrówna się bramkami z Chile (przy minimalnych wygranych). Jeśli wygrane będą okazalsze, może decydować liczba strzelonych goli. (I znów każdy gol może być na wagę awansu), a jeśli zdeterminowani Szwajcarzy wygrzebią trochę skuteczności, to mogą zapewnić sobie i pierwsze miejsce. I teraz pytanie, z kim Brazylijczykom byłoby wygodniej zagrać na drodze do półfinału: z Holandią i Hiszpanią, czy ze Szwajcarią i Paragwajem? (Oczywiście, równie dobrze zamiast na Szwajcarię można trafić na Chile.. albo właśnie na Hiszpanię).

Europejski cynik powiedziałby w tej sytuacji: dobrze, że grupa G gra przed grupą H, i Brazyliczycy nie będą znać pełnego rozkładu rywali. Prawdziwy kibic futbolu, rzeknie: Brazylijczykom wszystko jedno, kogo mają do pokonania.

Niech wygra lepszy.

wtorek, 22 czerwca 2010

Lada moment zaczynają się decydujące mecze fazy grupowej, ledwie 3* drużyny odpadły definitywnie (licząc szanse nawet najbardziej teoretyczne), 15 z 16 meczów ma znaczenie dla awansu którejś z drużyn (ten szesnasty może decydować o pierwszym miejscu w grupie). Ależ emocje.

Zastanawiam się, jak te emocje skanalizować, za kogo w tej decydującej fazie trzymać?
W grupie A zapewne sympatycznym, choć nienajsilniejszym gospodarzom, a w konsekwencji także i Urugwajowi (aczkolwiek oprócz zwycięstw obu tych drużyn, Bafana Bafana potrzebują też zasypania pięciobramkowej straty w różnicy goli). W grupie B, chyba jednak Nigerii przed Koreą (dlaczego nasza głupia TVP nie pokazuje tego meczu???). W grupie C - Algierii, nawet jeśli im nie wróżę wielkiej kariery w fazie pucharowej, ale fantazja w grze jaką pokazywali zwłaszcza przeciwko Anglikom (Belhadj mnie fascynuje!), zasługuje na nagrodę. W grupie D chyba najchętniej Australii, choć raczej jako pechowcom niż błyskotliwym. W grupie E - Danii, która może jeszcze nie Dynamitem jest, ale Rommedahl na skrzydle poszalał jak za najlepszych czasów. W grupie F oczywiście Nowej Zelandii, której sił już wprawdzie nie starcza, ale determinacji zawsze. W grupie G jest mi naprawdę wszystko jedno, natomiast w grupie H zdecydowanie przeciw Szwajcarii - przykro mi, ale już wystarczy tego antyfutbolu.

I jeszcze szybkie spojrzenie na tabelę rywalizacji międzykontynentalnej. Prowadzi bezdyskusyjnie Ameryka Płd. (10 meczów bez porażki!), która zdobywa średnio 2,6 pkt na mecz i ma średnią różnicę bramek +1,4. Za nią stara poczciwa Europa, z 1,45 pkt na mecz, ale bramek zdobywając niemal tyle co tracąc, średnia różnica +0,45 gola (zawdzięczana głownie wielkiemu laniu sprawionemu KRLD). Zaszczytne trzecie miejsce dla Oceanii, która dzięki dwóm remisom Kiwi ma średnią 1 pkt i 0 goli różnicy. Za nimi w bliskim kontakcie CONCACAF i Azja, mający średnie odpowiednio 1 i 0,88 pkt oraz -0,17 i -1,63 różnicy goli (cóż, do drużyn azjatyckich należą wszystkie trzy przypadki straty w jednym meczu ponad trzech goli). Rolę czerwonej latarni pełnią zaś gospodarze (ledwie 1 zwycięstwo w 12 meczach!), ze średnią 0,58 pkt na mecz i średnią różnicą goli -0,75 (no ale jak ma być, jak sześć drużyn w dwóch rundach zdobywa ledwo sześć goli..)

To teraz można jeszcze chwilę popracować do szesnastej:)

*Dwie. Honduras jak najbardziej zachował teoretyczne szanse. Wrrr (dla mojego liczenia, nie dla Hondurasu).

 
1 , 2