Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: 007

piątek, 20 listopada 2015

Pierwsze skojarzenie z tym słowem (nie licząc jego występowania w słowniku) to oczywiście drugoplanowa, ale trudna do zapomnienia Bond girl - Plenty O'Toole z Diamonds Are Forever. Grająca rolę Lana Wood niewątpliwie została starannie dobrana, przede wszystkim do kluczowego bonmotu Bonda, który możecie zobaczyć tutaj (o ile youtube nie skasuje). 

Ale zasadniczo notka nie miała być o Bondzie (o SPECTRE na razie nie mam nic więcej do dodania, może tylko że drugi raz się do kina niekoniecznie wybiorę). Miałem bowiem pisać o piosence, która - jak się zdaje - nie ma nic wspólnego z Bondem. Ma natomiast w sobie dużo słowa "plenty", poczynając od tytułu, "plenty of plenty" że się na taki angielski kalambur wysilę. Do tego uroczy żeński głos, genialny rytm i klimat czarny jak smoła. Szkoda że twórca za to odpowiedzialny już nie żyje, zostawił po sobie cztery płyty, geniusz jak ta lala. Słucham w tym tygodniu jak zwariowany, po prostu mnóstwo rozkoszy.

When she wants plenty, she gets plenty, we all get plenty, klask. Erykah Badu i - Guru. 

 

niedziela, 08 listopada 2015

Wygląda na to, że pół świata było w ten weekend na SPECTRE (bo recenzyjki sypią się od lewej do prawej), więc pora chyba samemu coś skrobnąć o 24 Epizodzie. 

Przyznam... pod koniec filmu byłem w zupełnie nieoczekiwanym nastroju, mianowicie patrzyłem w ekran z niedowierzaniem i mamrotałem (mam nadzieję, że dość cicho) "nie, to się nie może TAK skończyć". O ile film na różne sposoby nawiązywał do bondowskiej klasyki, z Organizacją WIDMO na czele (ach, dlaczego Blofeld nie był łysy!), to zupełnie nie do przyjęcia było idące w poprzek całej klasyce finałowe rozwiązanie, Ten Wielki Złoczyńca najzwyczajniej nie zasługiwał na to co wymyślili scenarzyści. Kiedy zapaliło się światło, patrzyłem dalej na ekran, na płynące napisy, mając nadzieję, że nastąpi jakaś nieoczekiwana przebitka dająca nadzieję. Doczekałem aż do końca napisów i jedynym źródłem nadziei był rutynowy napis JAMES BOND WILL RETURN, nadziei - bo to co zobaczyliśmy na ekranie pasowało tylko i wyłącznie do wariantu JAMES BOND IDZIE NA EMERYTURĘ.

Sam film - dużo dobra dla oczu, przecudne sceny w Meksyku, Rzymie i w Austrii, autocytaty (zwłaszcza klinika na alpejskim szczycie jak w W Tajnej Służbie Jej Królewskiej Mości i walka w pociągu niczym z Pozdrowieniach z Moskwy czy Szpiegu Który Mnie Kochał). Z rozumem miejscami gorzej (choć bez takich wysilonych pomysłów jak Silva specjalnie planujący bombę w tunelu metra, użyteczną wyłącznie w sytuacji kiedy akurat ktoś będzie go ścigał w dokładnie określonym czasie i odległości) - chcę wierzyć, że scen z Moniką Bellucci miało być więcej, tylko wyleciały w montażu (inaczej jej obecność na ekranie jest kompletnie pozbawiona fabularnego sensu). Och, jak miło zobaczyć znów po latach ukrytą na odludziu tajną bazę Złego, szkoda że w tamtym momencie nie udało się zakończyć filmu. No i za bardzo na siłę próbowano połączyć cztery filmy wspólną klamrą - przecież to niewyobrażalne, by Le Chiffre był człowiekiem (filarem!) SPECTRE, skoro tak naprawdę kontrolował go Mr White (natomiast myśl, że Quantum działa jak SPECTRE, zupełnie nie była mi obca w przeszłości). 

Mam szczerą nadzieję, że następny film zacznie się od pokazania, w jaki sposób Mr Hinx odbija Blofelda (po Mirandzie Frost, Mitchellu i Denbighu trudno uwierzyć, że w MI6 nie ma już więcej kretów), żeby mógł pozbyć się włosów na przyszłość. No, chyba że przegapiłem moment, w którym zginął, co wspierałoby tezę WO, że Mr Hinx to wyjątkowo nieudany henchman.

Tagi: 007 film
16:30, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 września 2015

Z każdym rokiem coraz bardziej przekonuję się, że w kinie tak naprawdę chodzi o oglądanie ładnych obrazków (jeżeli przy tym składają się w ciekawą/sensowną/zabawną historyjkę to tylko lepiej). Mogą być to po prostu ładnie zakomponowane kadry:

mogą to być urocze sztuczki ze światłem i innymi efektami wizualnymi:

ale całkiem dobrze też robią zwykłe widoki ładnych krajobrazów (od niektórych filmów wręcz oczekujemy, że takie ładne widoczki się w nich pojawią). 

I kiedy tak sobie okazjonalnie oglądałem Skyfall, to po raz kolejny zachwyciłem się widokami Szkocji, najpierw górami, potem lasami, w końcu ponurymi wrzosowiskami wokół siedziby. I taka myśl przemknęła przez głowę, że gdyby się kiedyś zachciało wybrać na wycieczkę do Szkocji, to czy dałoby się takie miejsca odwiedzić... (wszak rynek podróży śladem miejsc filmowych jest rozwinięty, Nowozelandczycy sporo na ten temat opowiedzą, aż dziwne że nie robimy u siebie podobnych wypraw po Narnii) Zacząłem grzebać i...

Znalazłem stronę identyfikującą ze szczegółami poszczególne miejsca pokazane w filmie. Powyższe góry to majestatyczne Buachaille w sercu Szkocji, ale już wrzosowiska... to przeciwległy koniec wyspy, ze 20 mil od Kanału, w jakże angielskim Surrey. Takoż i filmowy Szanghaj w zasadzie cały był sprytnie udawany przez Londyn (londyńczycy i szanghajczycy pewnie poznali, reszta patrzyła jak urzeczona). I dziwić się potem, że w polskim filmie wojennym "Karbala" całe irackie miasteczko powstało na Żeraniu (ale też podobno wygląda bardziej jak Żerań niż jak Irak).

No, ale w sumie autentyczności oczekujemy raczej od National Geographic niż od Bonda (nie będę tu zdradzał gdzie kręcono w przeszłości różne egzotyczne sceny...), Bond ma wyglądać. Z tego co słyszałem, zdjęcia do Spectre kręcono między innymi w Rzymie, Austrii i Meksyku, ale przecież nie wszystkie. 

Tagi: 007 film fotka
13:54, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 grudnia 2014

Zasłony spadły, plotki się potwierdziły (niektóre). Dziś podano pierwsze oficjalne informacje o najnowszej części przygód Bonda. Część obsady kontynuowana ze Skyfallu, część oczywiście pojawi się jednorazowo. W tym...

Wielkie oczekiwania budzi w obsadzie Christoph Waltz, gwiazda tej wielkości nie powinna zagrać mniej istotnej roli. Logicznym byłoby, aby zagrał Złego, a może nawet... Złego Złych? Bo już sam tytuł wielce znamienny: SPECTRE, czyli po naszemu: stara poczciwa organizacja WIDMO. I nasilają się plotki że Waltz miałby zagrać samego Ernsta Stavro Blofelda, ach. 

Jak będzie - zobaczymy za mniej niż rok. Dziś w ramach przedstawiania obsady dorzucam zdjęcie kobiecego duetu, też niezmiernie obiecującego. Nie wiadomo wprawdzie, kto ma zagrać jaką rolę, ale nie spodziewam się, aby Lea Seydoux i Monica Bellucci miały przebić dotychczasowe liderki rankingu.

Monica Bellucci Lea Seydoux SPECTRE 2007

Tagi: 007 film fotka
00:52, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 maja 2014

Ciocia Wikipedia mówi, że to popularne imię/nazwisko (to lub to, co kto woli) w Walii. Istotnie, spotkałem się z nim już i w jednym, i w drugim zastosowaniu, przeważnie w filmach, zazwyczaj z pozytywnymi wspomnieniami.

Zacznę tak.. historycznie, od mojego pierwszego Rhysa, czyli Johna Rhys-Daviesa. Większości dziś kojarzy się wyłącznie z jednym - z Jacksonowo-Tolkienowskim krasnoludem Gimlim, choć tam z uwagi na charakteryzację trudno go było poznać (zbiory ciekawostek podpowiadają, że wbrew temu, co widzieliśmy na ekranie, Rhys-Davies był najwyższym z członków Drużyny Pierścienia). Dla mnie jednak to przede wszystkim może drugoplanowy, ale niezapomniany Salah z Poszukiwaczy zaginionej arki, później pojawiający się też w Ostatniej krucjacie. Do tego dokłada mi się jeszcze Dogati z Kopalni Króla Salomona (z Chamberlainem i tak jeszcze młodą Sharon Stone), i wzorzec mam w głowie; do tego stopnia, że dopiero teraz (czego się wstydzę) sobie uświadomiłem, że Rhys-Davies ma też epizod bondowski - zagrał sowieckiego generała w Living Daylights...

Było nazwisko, to skoczymy do imienia. Rhys Ifans kojarzy mi się tak naprawdę tylko z jednym filmem, ale za to po pierwsze z jednym z moich ulubionych (blogowałem już o nim? przynajmniej pośrednio), a po drugie kreuje w nim tak odjechaną postać, że nic tylko zapamiętać i ukochać. I co z tego, że Spike z Notting Hill jest przeszarżowany, czasem człowiek potrzebuje takiego wariata.

Jonathan Rhys-Meyers... ma na koncie też wiele różnych występów, ale pozostaje głównie instruktorem piłkarskim z Podkręć jak Beckham. Jest też - to niewątpliwy zaszczyt - głównym bohaterem Woody Allena, czarnym zresztą, a nie komediowym, nazbierał też agród za seriale telewizyjne (acz za te, których nie oglądałem). 

Najmłodszym (choć nie wiekiem) na tej liście jest Matthew Rhys, najmniej chyba znany w tym gronie (choć raz z Rhys-Meyersem zagrali braci w jednym filmie). Uwielbiam go jako sowieckiego szpiega w Zawód: Amerykanin, gdzie wspaniale po prostu uzupełnia cudowną Keri Russell - ale nie zrozummy się źle, nie jest dla niej tłem, tylko najzupełniej równorzędnym partnerem, nie gorzej od niej zmieniającym wygląd niczym kameleon (to niedobre sformułowanie, bo sugeruje wtapianie się w tło, ale jestem na tyle blisko końca notki, że nie mam już chęci szukać lepszego).

Skąd w ogóle pomysł na tę notkę? Tydzień czy dwa temu miałem w ręce gazetę z programem TV, i tak patrzę: tu reklamują nowy serial z Rhys-Meyersem, a tu nowy sezon serialu z Rhysem (tak, tego właśnie...), no po prostu karma.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Świat nam się globalizuje, muzyka płynie zewsząd, aż czasem trudno zgadnąć kto skąd przybywa, zwłaszcza że większość wykonawców ogranicza się do tej samej lingua franca. Przyznam, że pewnym zaskoczeniem było dla mnie ostatnio, że kapela Royksopp nie jest - jak mi się wydawało, trochę od klimatu może - rodem z Islandii, tylko właśnie z drugiego brzegu Morza Norweskiego. Cóż w niczym to rzecz jasna nie przeszkadza, zagramy sztampowo, ale przyjemnie (to co że akurat do tego kawałka wypożyczyli wokalistkę ze Szwecji). 

O związkach z Norwegią kapeli De Press oczywiście wiecie świetnie (nie? no to już wiecie), w latach mojej młodości oczywiście wszyscy równie dobrze wiedzieli o tym, że z Norwegii pochodzi supergrupa A-ha. W tej notce przypomnę kawałek kojarzący się nie tyle nawet ze szczytami list przebojów ani z dyskotekowymi parkietami, ile z agentem 007.

Jak nietrudno zauważyć, nikogo z powyższych Breivik nie nazwałby norweskim patriotą, skoro za nic mieli ojczysty język (Andrzejowi Dzubkowi trudno byłoby mieć to za złe). Nie obchodzi mnie zupełnie, co Breivik pomyślałby o ostatniej (i najważniejszej) bohaterce dzisiejszej notki, natomiast niezmiernie mi się podoba, jak ona śpiewa po norwesku. A przynajmniej w tej piosence. Kari Bremnes sygner Mann På Rommet.

czwartek, 25 października 2012

Kiedy po raz pierwszy - po okresie tajemnicy, wyczekiwania i plotek - usłyszałem kilka tygodni temu w radio pełną wersję tej piosenki, stwierdziłem, że czuję się rozczarowany mniejszą siłą niż się spodziewałem, i jakimś takim ogólnym przygaszeniem Adele, wręcz pomyślałem, że coś z gardłem miała przy nagrywaniu, albo może oszczędzała się z racji ciąży. Podobne odczucia mieli znajomi na fejsie, którzy komentowali, że nie przyłożyła się do nagrania. 

Słucham jednak tej piosenki raz za razem i widzę (zobaczyłem już dawno, dla ścisłości), że pierwsze wrażenie było ciut mylące, a nawet może niesprawiedliwe, pewnie od tych oczekiwań. Zaczyna się przy użyciu skromnego, niemal dyskretnego instrumentarium, przez co spokojny głos Adele w niespiesznej partii daje uczucie niedosytu. Dopiero w partii refrenu pojawia się orkiestra z prawdziwego zdarzenia, i tak utwór nabiera siły (chórki, smyczki, dęciaki itp.). Nabiera jej utwór, a zarazem wokal nie wzmacnia się ponad miarę. Tak, Adele nie użyła das ganze Pulver (określenie pożyczone od Irvinga), nie pobawiła się zakresem głosu jak w "Set fire to the rain" czy "Rolling in the deep", ale słuchając uważnie zaczynamy rozumieć dlaczego. Znając jej możliwości wiemy, że bez trudu mogłaby tę piosenkę zdominować. Dzięki temu, że się wstrzymuje, całość nabiera harmonii, wokal staje się jednym z wielu współgrających ze sobą elementów. 

Bond potrafi działać samodzielnie, ale wiele razy sukces zawdzięcza wsparciu jednostek lub całych zespołów. Adele gra tym razem zespołowo, i dziury w niebie od tego nie będzie. Let the Skyfall, zostały 4 godziny plus jakieś 12 minut i reklamy.

PS Uśmiech dla tych, którzy skojarzyli tytuł. 

niedziela, 21 października 2012

W poprzedniej notce na temat 007 było o pięknych kobietach, teraz pora na drugą sól wszystkich bondowskich filmów, czyli Złych. Od razu powiedzmy, że chodzi o głównych Złych, a nie o ich - nawet fascynujących - pomocników (czyli Villains, a nie henchmen, czyli pomijamy choćby Oddjoba, Pana Kidda z Panem Wintem czy Buźkę). Tych również byłoby 22*, bo ranking dotyczy bardziej odtwórców, niż ich filmowych postaci (co zresztą za chwilę się okaże). 

Dziś przyjmiemy kolejność odwrotną, czyli najpierw miejsce trzecie. W rolę Blofelda wcielało się kilku aktorów, z tego trzech pokazywało swoją twarz (nie wiem ile zagrało kotów, nawet Michał Grzesiek chyba o tym nie pisał). Z tych trzech, moim ulubionym pozostaje Donald Pleasence, nie będzie wyżej głównie dlatego, że w "Żyje się tylko dwa razy" na ekranie jego twarzy widać niewiele, a szkoda, tej demoniczności nigdy dość. 

Miejsce drugie zajmuje aktualnie Max Zorin z "Zabójczego widoku". Kapitalna mieszanka geniusza, biznesmena i psychopaty, zwłaszcza na tle podstarzałego Moore'a zawłaszcza ekran dla siebie, a ma na to dużo czasu. I do tego ten prawie nieodłączny uśmiech Christophera Walkena.  

O miejscu pierwszym powie ktoś, że to niesprawiedliwe względem pozostałych. Prawda, już starożytni Słowianie mawiali, że co dwoje to nie jedno, łatwiej dzięki temu wzbogacić skalę Zła. A już zwłaszcza jak można wykorzystać schemat Pięknej i Bestii. Renard, budzący grozę u wszystkich żyjących (bo sam już w pół umarły, choć nie zombie), i Elektra, zwodniczo piękna, panująca jak nie strachem to fortelem, Machiavelli byłby z nich dumny, zwłaszcza w wykonaniu Roberta Carlyle'a i Sophie Marceau w "Świat to za mało". 

W Skyfallu rolę Złego zagrał Javier Bardem i podobno jego Raoul Silva jest rewelacyjny (na pewno jest blondynem). Bardem budzić grozę potrafi, wystarczy wspomnieć jego Antona Chigurha, podobno na ekranie pojawia się już w połowie filmu, więc pole do popisu będzie mieć. Bondowi po całej kolekcji Złych już straszny być nie może, nam.. w sumie to nie horror, ważniejsze żeby nas olśnił.

(100)

Tagi: 007 film
16:55, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (2) »
wtorek, 16 października 2012

Zegar tyka, nowy Bond jeszcze w tym miesiącu. Z informacji wynika, że będzie w nim kilka uroczych ról kobiecych, o jeszcze bliżej nieznanym charakterze. Zabawmy się więc przez chwilę patrząc w przeszłość i ułóżmy listę duetów - najlepszych mieszanych duetów "dziewczyn Bonda" z klasycznych 22 filmów. Mieszanych, bo do pary potrzebować będziemy za każdym razem jednej dobrej i jednej złej, i nie ukrywajmy, muszą się stać dziewczynami Bonda w pełni. Od razu zaznaczmy, że istotnym kryterium może być ilość czasu spędzonego na ekranie. 

Pierwsze miejsce w tym rankingu zajmuje duet z "Operacji Piorun". Luciana Paluzzi jest niezapomnianą Złą, a scena z wanną to absolutny hit. Z kolei Claudine Auger z początku właściwie też jest po stronie złych, ale z biegiem czasu staje się Dobrą, co podkreślił kostiumolog. 

Fiona Volpe Luciana Paluzzi Thunderball 007 Bond Domino Derval Claudine Auger Thunderball 007 Bond

Drugie miejsce - niekoniecznie ze względów patriotycznych - zajmuje duet z "Goldeneye". Famke Janssen niemal hipnotyzuje (jeśli akurat nie zajmuje się innymi złymi rzeczami). Izabella Scorupco jest zaś nie tylko urocza, ale też silna, nie jest jedynie śliczną paprotką (choć może do porównania lilia byłaby właściwsza czy jaki kwiatek sobie kto wymyśli)

Famke Janssen Isabella Scorupco Goldeneye 007 Bond

O trzecie miejsce walka była dość zacięta. Rywalizowały ze sobą drużyny z "Zabójczego widoku" (Tanya Roberts i Grace Jones, choć ta druga - można powiedzieć - ostatecznie kończy jako dobra, a nie zła, ale bierzemy pod uwagę całokształt), "Świat to za mało" (Denise Richards i Sophie Marceau) i "Śmierć nadejdzie jutro" (Halle Berry i Rosamund Pike). Ostatecznie postanowiłem docenić ten ostatni duet, choć "zimna suka" Miranda Frost nie jest w moim typie, ale cóż, Christmas Jones jest zbyt.. jednostronna. 

Miranda Frost Rosamund Pike Die Another Day Jinx Halle Berry Die Another Day 007

Wybór mógłby być znacznie trudniejszy, gdyby warunek zasugerowany na wstępie spełniły Caroline Munro (w zabójczej parze z Barbarą "Co to, marynarzu, nigdy nie widzieliście majora pod prysznicem?" Bach) albo zwłaszcza Ivana Milicevic (z Evą Green... kolana drżą). Ciekawe, czy za dwa tygodnie będzie jeszcze trudniejszy.

Caroline Munro Naomi 007 Spy James Bond  Barbara Bach Anya Amasova 007 James Bond Ivana Milicevic Valenka 007 Casino Royale Bond Eva Green Vesper Lynd 007 Casino Royale