Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: ogłoszenia

piątek, 26 grudnia 2014

Przeglądam leniwie świąteczną gazetę. Wzrok przyciąga na chwilę wielkie, całostronicowe ogłoszenie głoszące wszem i wobec, że "SPRZEDAMY nieruchomość". Rozum podpowiada, że to poważny biznes być musi, skoro ktoś opłaca takie duże ogłoszenie w takim numerze gazety, w którym stawki będą raczej wyższe niż niższe, rzucam więc okiem zaciekawiony (czy nie o to właśnie chodzi w reklamie?).

Oglądam... z pewnym takim dreszczykiem. Nieruchomość jest w malowniczej okolicy, i dobrze skomunikowana, obejmuje między innymi przepiękną willę oraz inne udogodnienia i atrakcje, oferuje szeroki wachlarz możliwości, do kupienia w całości lub w kawałkach... Cóż to za nieruchomość, na Odyna, moglibyście zapytać? No właśnie. 

Nieruchomość z ogłoszenia jest położona w miejscowości Radebeul. Nie jesteście pewni swojej znajomości geografii? No właśnie. To miejscowość w Saksonii, prawie przedmieście Drezna. Numery telefonów pod ogłoszeniem mają niemiecki prefiks kierunkowy. Dożyliśmy czasów, w których Niemcy w Polsce szukają nabywców swoich nieruchomości, atrakcyjnych nieruchomości.

00:02, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 maja 2014

Wśród kolegów prawników furorę robiły niedawno na Facebooku zdjęcia ogłoszeń wywieszanych w sądzie o niepodjętych depozytach - pod hasłem "jak można marnować czas sędziego na to, by zajmował się takimi sprawami, jak dwa grosze, albo majtki". Tak się składa, że kwestie te już tu na blogu przewijały, zarówno jeśli chodzi o drobne kwoty zapomniane przez świat, jak i śmieszne z pozoru rzeczy trzymane od niepamiętnych czasów w sądowych magazynach.

Tyle co byłem w jednym sądzie i - jak to często bywa - miałem chwilę oczekiwania. Zabijając czas przeglądałem tablice ogłoszeń, akurat była taka z depozytami. Wydział był cywilny, nie karny, więc nie było akurat dowodów rzeczowych, ale różnorodność była niezła - oczywiście różne hipoteki od trzech groszy do kilku tysięcy, wynagrodzenie za drogę konieczną i inne należności, w kwotach rozrzuconych podobnie jak hipoteki, nazwiska prowokowały do dopisania niejednej ciekawej historii. Jedno ogłoszenie było jednak zaskakujące.

Przedmiotem ogłoszenia wzywającego do podjęcia z depozytu była "jednostka centralna systemu komputerowego składającego się obudowy i podzespołów". Została złożona do depozytu na wniosek człowieka, który przegrał - na pewno w drugiej instancji - sprawę o zwrot tej jednostki. Najwyraźniej wygrywający sprawę miał jakiś problem z odbiorem swojego komputera, skoro po roku od wyroku zostało wydane postanowienie o zezwoleniu na złożeniu go do depozytu przez przegranego. I w depozycie tym leży od lat... dziesięciu. Nietrudno sobie wyobrazić ile dziś jest wart komputer sprzed co najmniej dwunastu lat (śmiało doliczam, bo skoro w 2002 roku był wyrok apelacyjny, a spór musiał zdążyć w ogóle powstać...).

Nie do końca podzielam oburzenie związane z procedurą likwidacji depozytów, wymagającą opisania przedmiotu i trzyletniego czasu oczekiwania (praktycy pewnie powiedzą, czy po te depozyty zgłasza się więcej niż jeden procent uprawnionych) - w drugą stronę bardzo łatwo jest wyobrazić sobie historię "wyrzuconych przez sąd na śmietnik cennych rzeczy i pamiątek". Celem procedury jest ochrona praw obywateli, zwłaszcza ich prawa własności, zanim należące do nich rzeczy przejdą na własność Skarbu Państwa (jako pożyteczne lub jako odpady - w powyższym przypadku pewnie całkiem atrakcyjny elektrośmieć). Oczywiście, zawsze dojdziemy do punktu zakrawającego na absurd, kiedy to przedmiotem depozytu będą rzeczy stanowiące śmieci od pierwszego momentu - na to po prostu chyba nie ma rady.

23:55, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 kwietnia 2013

Miałem w sądzie parę minut przerwy w rozprawie (dość emocjonującej), więc czekając na powrót na salę zacząłem sobie studiować ogłoszenia sądowe wywieszone na korytarzu. Dominowały oczywiście tradycyjne o zawieszeniu postępowania z powodu braku czyjegoś adresu, o ustanowieniu kuratora dla kogoś kogo adres jest nieznany, czy o licytacji jakiejś nieruchomości. Wśród nich zauważyłem jednak rzecz nietypową (może dlatego, że rzadko przebywam w okolicy wydziałów karnych) - wezwanie do podjęcia z depozytu rzeczy zebranych jako dowody w postępowaniu karnym, prowadzonym w sprawie jakiegoś wypadku. 

Początkowo, nie ukrywam, uśmiechnąłem się, skoro zaraz na początku listy znalazłem "kolczyki z metalu żółtego, niekompletne", "majtki damskie białe 1 szt.", a nieopodal "pasek damski z napisem" i inne części garderoby (w tym "półlowet wełniany"). Później rozbawiły mnie "opakowanie Colgate uszkodzone" oraz "szklany pojemnik wypełniony w 2/3 czarno-białym proszkiem z napisem BLACK PEPPER". Aż westchnąłem nad losem widząc, jak pracowicie opisywano "reklamówkę uszkodzoną z napisem..."

Lista robiła się coraz dłuższa, umysł stał się czujniejszy, wyobraźnia zaczęła pracować. Ubrania, dużo ubrań starannie opisywanych, w tym dziecięce; kawa, kosmetyki, drobiazgi.. Reklamówki z napisem "mama" oraz zdrobnieniami imion dziecięcych (też chyba uszkodzone). Twarz stężała, uśmiech się gdzieś zgubił. Zobaczyłem ten wypadek w wyobraźni, pomyślałem, jak dwie godziny wcześniej pędziłem po lokalnych drogach. 

Nie wiem, czy uczestnicy tego wypadku mieli szansę się w ogóle zgłosić po odbiór swoich rzeczy, nie wiem, czy to ogłoszenie w ogóle do kogoś dotrze lub będzie chciał się pojawić (zwłaszcza że podano datę wypadku: 1988 rok). Ogłoszenie zamieszczono, bo rzeczy leżą bezproduktywnie w magazynie, a ich zniszczenie lub wyrzucenie na śmieci wymaga dochowania odpowiedniej procedury. 

Wracałem do domu nie spiesząc się.

sobota, 14 stycznia 2012

Czytam sobie spokojnie wieczorową porą gazetę, przeglądam jeden tekst za drugim. Zagłębiam się w interesujący tekst o jakiejś samowoli budowlanej w Kazimierzu, której na fejsie broni kilka tysięcy ludzi, bo jest (abstrahując od prawnych aspektów) architektonicznie wiele więcej warta niż wszelkie legalne gargamele i inne pałacyki. Docieram do ostatniego akapitu, i wtedy dowiaduję się że do sprawy chce przystąpić (w charakterze wsparcia).. Klinika Własności Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Słowo "klinika" jednoznacznie kojarzy mi się ze służbą zdrowia, słownikowi języka polskiego póki co też. Etymologicznie zresztą podobno (mądrzyć się nie będę, ciocia Wikipedia tak mówi) pochodzi to słowo od łóżka, jako miejsce nauczania medycyny przy łóżku chorego. Zacząłem więc rozmyślać, jak wygląda leczenie w Klinice Własności? Zazwyczaj w nazwach klinik stosuje się nazwę gałęzi medycyny, czyli klinika onkologii, klinika pediatrii - w konsekwencji klinika własności byłaby miejscem, gdzie leczy się przy pomocy własności (właściwie chyba nie pogniewałbym się na leczenie odpowiednio dozowaną własnością). Zdarzają się też co prawda kliniki chorób serca, czy nerek - a wtedy własność byłaby chorobą, albo chorym narządem? Trudno się ostatecznie połapać, co i czym się tam zatem leczy, nietrudno natomiast zgadnąć, że leczenia wymaga język tego kogoś, kto wymyślał tę nazwę (a może nawet całą strukturę organizacyjną, nie sprawdzałem).

Na szczęście po chwili poprawiło mi nastrój proste i bezpretensjonalne ogłoszenie:
Sprzedam duże ilości trampka
Jednego? Kiedyś to przynajmniej w parze sprzedawali. ?

wtorek, 05 stycznia 2010

I znowu przeglądałem ogłoszenia:) Wśród nich oferty, które same polecają się do zacytowania, sami zobaczcie.

Do pilnego sprzedania jest rezydencja dla głowy Państwa (Wielkopolska). Już co najmniej drugi tydzień jest do pilnego sprzedania, widać mały popyt - wyraźnie mamy za mało głów Państwa.

Można też kupić rezydencję (zamek) o urzekającej architekturze i starannym wystroju, z dużym terenem i dużym jeziorem. Tylko (to cytat) 5 mln USD do negocjacji, poważne zapytania i oferty. Oczywiście chciałem poważnie zapytać, gdzie to można w Internecie pooglądać:), zresztą każdy po takim tekście ma ochotę zadać poważne pytanie.

Dla osób mniej snobistycznych, za to o zacięciu bardziej biznesowym, jest do kupienia zespół kurników (chyba 24, jeśli się w liczeniu nie pomyliłem). Tylko ten adres - Czarne Błoto, gmina Zławieś Wielka.. Nie dziwota, że sprzedaje komornik.

No to - na zakupy!

20:13, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 grudnia 2009

Czytanie ogłoszeń zazwyczaj bywa nudne, lecz nieraz zdarzy się coś, co ubawi. Oto co wczoraj znalazłem w GW:

Kinga Rottau
wniosła przed
Sądem Okręgowym
w Lublinie pozew
o rozwód przeciwko
Reyad Mohamed
Abdalla Mohamed
.

(Specjalnie odtworzyłem dokładnie układ ogłoszenia). Wiem, że to z jednej strony kwestia łamania tekstu, a z drugiej (zapewne) mało udolnej transkrypcji arabskiego nazwiska, ale czy naprawdę nie macie wrażenia, że pani złożyła pozew o rozwód z dwoma Mohamedami jednocześnie?:) A przecież w krajach arabskich to raczej facet ma dwie żony, a nie kobieta dwóch mężów..

A tak na marginesie, to ogłoszenie takie nie ma szczególnej doniosłości prawnej. Ot, typowe ogloszenie "nie chcę mieć z nim nic wspólnego i nie odpowiadam za niego (a zwłaszcza za długi jego)".