Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: koszykówka

niedziela, 10 lipca 2016

Pojęciem znanym każdemu sportowcowi i kibicowi jest aut, przekroczenie linii ograniczającej przestrzeń zawodów. Bywa on definiowany przeróżnie - w futbolu wystarczy samo opuszczenie przez piłkę całym obwodem przestrzeni (niewidzialnego prostopadłościanu) wyznaczonej przez linie ograniczające boisko, w tenisie czy siatkówce piłka musi dotknąć ziemi (lub innego obiektu, nie wchodźmy w niuanse), podczas gdy zawodnik ją może śmiało poza tymi liniami odbijać. W koszykówce aut jest także wtedy, kiedy dotknie jej zawodnik będący poza boiskiem, przy czym wg przepisów "europejskich" w każdym przypadku, a wg przepisów "amerykańskich" tylko jeżeli zawodnik dotknął wcześniej podłogi lub dowolnego przedmiotu (np. ławki) poza boiskiem, dlatego w NBA czasem można zobaczyć efektowne próby ratowania piłki wychodzącej na aut poprzez wielki skok, zgarnięcie piłki i jej odrzucenie na boisko zanim zawodnik wyląduje.

W F1 (i innych wyścigach samochodowych) piłki oczywiście nie ma, co nie oznacza, że kwestie związane z "autem" (no pun intended) nie istnieją. Każdy kierowca świetnie zna pojęcie track limits, czyli białych linii wyznaczających granice toru (krawężniki znajdują się już za nimi), oraz zapisany w regulaminach zakaz jazdy poza torem (co oznacza, że jakaś część samochodu musi pozostawać co najmniej na tej białej linii). Wydaje się z pozoru dziwne, że ktoś mógłby próbować jeździć poza asfaltem (ach, te czasy kiedy poza torem były trawniki, żwir lub zgoła bariery), ale przy współczesnych standardach bezpieczeństwa przestrzeń poza torem jest w wielu miejscach wybetonowana (kąśliwie mówi się o lotniskach), przez co wyjazd poza tor może nie tylko nie oznaczać straty (prędkości ani czasu), ale zysk. W przepisach zaś zakazane jest uzyskiwanie przewagi w wyniku wyjeżdżania poza tor. W wyścigu może to oznaczać karę, w kwalifikacjach zaś - skasowanie czasu okrążenia, podczas którego kierowca wyjechał poza tor (i zyskał przewagę).

I właśnie takie kasowanie czasów okrążeń dostarczyło nam niezapomnianego widoku na Silverstone. Jenson Button z powodu awarii tylnego skrzydła nie wyjechał ponownie w Q1, w ostatnich sekundach rywale zepchnęli go na siedemnaste miejsce (pierwsze odpadające). Wysiadł z auta, rozebrał się, poszedł do strefy dla mediów - po czym nagle wrócił z niej biegiem, kiedy mu powiedziano, że prawdopodobnie czas jednego z bezpośrednich rywali (Kevina Magnussena) zostanie skasowany. Włożył z powrotem kombinezon w szampańskich barwach, wsiadł do bolidu, zapiął pasy i czekał, kamera przeskakiwała z jego mclarena na renault Magnussena - by w końcu okazało się, że sędziowie nie dopatrzyli się przekroczenia, bo fragment koła Magnussena pozostał na białej linii (kibice piłkarscy powiedzieliby: koło nie przekroczyło całym obwodem...).

Jenson Button raczej nie miał nic przeciwko przebieżce, bywa też triathlonistą.

sobota, 28 maja 2011

Kiedyś, w ubiegłym wieku, chyba jeszcze nawet w czasach komuny (głowy nie dam, może zaraz po), wybrałem się na do katowickiego Spodka na mecz sławnych Harlem Globetrotters. Wyczyniali oczywiście rozmaite sztuczki, ale - co znamienne - moją sympatię zyskali wtedy raczej ich przeciwnicy (zdaje się Washington Generals, choć pamięć uporczywie sugeruje drużynę z Bostonu). Grali ambitnie, solidnie, trafiali do kosza, nawet przez sporą część meczu prowadzili, dopóki ci drudzy nie włączyli na dobre trybu "showtime".

Coś podobnego poczułem dzisiaj na finale Ligi Mistrzów. Manchester grał momentami ambitnie, starał się jak mógł, ale na showtime Barcelony po prostu nie miał odpowiedzi. I mimo że bliżej mi do Katalończyków, zaczynałem trzymać kciuki za Czerwone Diabły jak kiedyś za Washington Generals. Choćby dlatego, żeby nie zrobiło się nudno.

O samym zaś meczu nie dam rady napisać nic lepszego, niż dwa lata temu.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Jeden z najbliższych meczów został uznany za mecz podwyższonego ryzyka.
W związku z tym, na meczu pojawią się dodatkowe oddziały policji, które będą pilnowały porządku i bezpieczeństwa. Jeśli ktoś będzie się niedpowiednio zachowywał (bluzgał, albo rzucał czymś), zostanie natychmiast wyprowadzony przez ochroniarzy i policję. Nawet anty- transparenty i koszulki będą zabronione.
To mecz polskiej Ekstraklasy? Nie, to mecz hamerykańskiej zawodowej NBA. Szczegóły i zacytowane (dla niepoznaki bez cudzysłowu i z małymi przycinkami) zdania na Supergigancie.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Nie ma lekko selekcjoner narodowej reprezentacji futbolowej. Na razie testuje, selekcjonuje, sprawdza, selekcjonuje i testuje, żeby wybrańców nauczyć takiej gry, jakiej oczekuje od swojej drużyny - czyli ładnie, do przodu i bez kompleksów nawet wobec nominalnie silniejszego rywala. Wypada pamiętać, że tak drużyny grały zawsze (lub przynajmniej próbowały grać) i rezultaty btyły niezłe, przynajmniej optycznie. Można debatować, czy to realistyczne podejście, można się zżymać na wysokie porażki, można przypomnieć, że catenaccio w dzisiejszym futbolu rośnie w siłę - tak naprawdę zobaczymy za dwa lata, czy będziemy pić szampana, czy nerwosol.

Trafiłem wczoraj półprzypadkiem na transmisję z meczu koszykarskiego Polska-Bułgaria, kolejnego z serii meczów o wszystko (jakże znajome..). Zerkałem na drugą połowę, i chociaż ze mnie żaden koneser koszykówki (czasy hej-tu-enbiej dawno minęły), to momentami aż zęby bolały patrząc na indolencję w ataku* naszych gwiazdek, podobno lepszych od Bułgarów, z tytułowym MG13 na czele. Bułgarzy w ataku (przynajmniej na moje niefachowe oko) prezentowali się bardziej kreatywnie, i drugą połowę wygrali. (Koszykarzy czeka teraz pracowite liczenie szans, kto z kim musi teraz jaki wynik osiągnąć, żeby mieli szansę awansu - jakież to znowu znajome..)

I tak sobie pomyślałem: jak mam do wyboru grę na zasadzie "zero z tyłu, a z przodu może coś wpadnie" (co czasem wystarcza do pokonania mistrzów Europy i świata), czyli szczerze mówiąc coś podobnego właśnie do basketu, jaki oglądałem wczoraj, albo grę "mocno do przodu, i może strzelimy więcej niż przeciwnik", czyli to, do czego chce doprowadzić Smuda - to jednak wolę widzieć naszych atakujących, i to jak najlepiej. I to mimo że Smuda nie ma do dyspozycji żadnego swojego Gortata.

*nie było to jedyne pole indolencji - choćby słabość w zbiórkach była zatrważająca

wtorek, 01 czerwca 2010

W finale NBA w tym roku nie zobaczymy Marcina Gortata (narodowy szloch), za to będzie powtórka sprzed dwóch lat. I ze złotych lat 80-tych, kiedy emocje rozpalała walka Boston Celtics pod wodzą Larry'ego Birda z Los Angeles Lakers z Magicem Johnsonem i resztą specjalistów od showtime (rywalizację tych drużyn w latach 60-tych pamiętają już tylko nieliczni, ja to znam tylko z.. opowiadań powiedzmy).

Na własne oczy, choćby i na ekranie TV, też tej rywalizacji nie oglądaliśmy. Ale za to parę lat później mieliśmy swobodny dostęp do fantastycznej (jak na swoje czasy, a jeśli idzie o grywalność, to i dzisiaj, jeśli komputer wytrzyma taki archaiczny software) gry "Lakers vs Celtics". Zabawy składem, indywidualne zagrania (Isiah Thomas zawsze pod koszem robił arcyelegancki rzut o tablicę), widoczny efekt utraty sił w miarę upływu czasu.. Mnie zawsze bawiło wystawianie drużyny skompletowanej wg klucza rasowego - o ile pamiętam, to m.in. w Celtics i Suns dawało się wystawić białą piątkę, i nawet jakoś grającą. A to wszystko w okrutnie pikselowej grafice z lat 80-tych, zresztą zobaczcie sami.

Nie wiem, kto wygra tegoroczny finał, i właściwie to nawet mnie to nie rusza. Ale zawsze mogę spróbować zagrać, może Win98 uciągnie. Gierka mieści się na jednej dyskietce (dla młodziaków: na jednej dyskietce, nie na jednym pendrajwie).