Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: wulgaryzmy

środa, 08 marca 2017

Z okazji Dnia Kobiet powinienem wrzucić jakiegoś kwiatka w jotpegu lub co najmniej w ASCII, ale w ASCII nigdy dobrze nie umiałem, a galerie kwiatków i tak dziś zaleją sieć, więc okolicznościowo będzie o czym innym.

Otóż otworzyłem sobie o poranku fejsbuka i wówczas wskoczył mi przed oczy post jednej pani (której posty zasadniczo można polecać w ciemno, choć niekoniecznie na każdą wrażliwość), która uprzejmie poinformowała, że Fejsbukowi nie spodobał się post innej pani (tę akurat niekoniecznie polecam, najwyraźniej to nie moja wrażliwość) i to na tyle, że Fejsbuk nie tylko ten post usunął, ale także odebrał autorce prawo pisania przez tydzień. A wszystko przez to, że robot (w tym humanoidalny) w dziale obsługi nie zrozumiał ironii...

FB ban Adelka

Treść trefnego postu zamieszczam powyżej, w głębokiej wierze, że Blox umie dostrzec ironię i nie będzie próbował doprowadzić do skasowania tej notki (po FB spodziewam się, że będzie kasował obrazki z treścią tego postu, jak je znajdzie, z blokowaniem autorów włącznie).

niedziela, 26 czerwca 2016

Smutna historia z wczoraj, przez smutną matkę spisana (pisownia oryginalna, wulgaryzmy w ramach cytatów z funkcjonariuszy).

"Serdecznie dziękuję policjantowi o numerze służbowym: 96 58 30 i Polskiej Policji za skuteczne zniwelowanie 20 lat mojej pracy wychowawczej.

Wracającego znad Wisły 20-latka policja zaprosiła do radiowozu za znaczek Razem na plecaku.

ZA ZNACZEK NA PLECAKU.

Tam, w zaciszu, bez świadków, policjant-kozak mówił, że nie lubi lewackich kurew i pedałów. Zapytał, czy młody lubi w dupę i czy bzyka się z pedałem Zandbergiem.
Zapytał, czy jest komunistą czy tylko lewacką spierdoliną.

Pierwszy błąd -- delikwent założył, że nie zrobił nic złego i może nie mieć dowodu.
Drugi błąd, że potem jednak ten dowód znalazł.

Panowie policjanci mu do wyboru mandat albo Kolska.

Błąd trzeci -- młody mandat przyjął, chociaż pałowania i paralizatorów w ofercie nie było, ale może był to pakiet specjalny.
Błąd czwarty -- uwierzył w to, co mówił policjant, że mandat 200 zł i podpisał nie sprawdzając kwoty.

W efekcie dostał mandat za 600 zł za "wprowadzenie funkcjonariusza w błąd i używanie słów uznanych za obraźliwe".
Jeśli nie dopisali znieważenia funkcjonariusza na służbie, do znaczy, że musiał mówić "do kroćset", "olaboga" i "sacrebleu".
Panów było czterech, gówniarz sam, świadków nie ma.

Przepraszam synu, że Cię dwadzieścia lat okłamywałam, że obywatel, nawet lekko nietrzeźwy, nie musi obawiać się policji.
Że policja tak naprawdę jest po Twojej stronie. Przepraszam, że nauczyłam Cię, że żeby cię ukarać, musisz być winny i że mandaty dostaje się sprawiedliwie. Niestety również nauczyłam Cię, że się je płaci i teraz muszę Ci pożyczyć 600 zł, które ze swoich studenckich dochodów będziesz mi spłacał trzy miesiące.

Panie Mariuszu, Marianie lub Marcinie, numer służbowy 96 58 30, już wiemy, że wróciły czasy, w których noszenie nieprawomyślnych znaczków jest niebezpieczne, że przed policją znowu należy uciekać.
Wychowałam się w latach '80, wiedzę jak omijać milicję wyssałam z mlekiem matki. Może pan być pewien, że ją przekażę synowi, żebyście z niego nie zrobili Grzegorza Przemyka Dobrej Zmiany.
A Panu i kolegom serdecznie dziękuję za rozwianie naszych złudzeń." 

Postscriptum: tekst został umieszczony na Facebooku i tam szeroko był rozpowszechniany. Po czasie mierzonym w godzinach został przez służby Facebooka skasowany, gdyż "nie spełniał Standardów społeczności Facebooka", tych samych, które w przypadku hate speech okazują się być naruszane dopiero w następstwie odwołania.

Please share.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Czytam ostatnio sporo (względnie) młodej polskiej prozy (nazywanej miejską). Być może muszę to zwalić na karb pewnej przypadkowości selekcji, ale głównym jej wspólnym mianownikiem jest pewna drapieżność języka, mieszanie slangów młodzieżowych z intensywną wulgarnością, z domieszką turpizmu, a nawet skatologii. Nic w tym w sumie zaskakującego, młodzi literaci zwykle starali się przebić łamaniem rozmaitych tabu językowych czy kulturowych, to tylko kwestia na jaki poziom w danym momencie trzeba się wspiąć.

Zacznę od książki autora, o którym w momencie zakupu nic jeszcze nigdy nie słyszałem (ale był to pakiet, więc opcji nie było, miałem zresztą wrażenie że sprzedający nie wiedzieli o nim wiele więcej). "Nie karmić zwierząt" Pawła Ziętka prowadzi nas do Poznania i jest mieszanką zwykłej realistycznej opowieści, odrealnionych ciągów imprezowych i scen głęboko surrealistycznych. Jeżeli pamiętacie "Lot nad kukułczym gniazdem", to wyobraźcie sobie, że sny Wodza pisane przez Keseya po peyotlu... zajmują połowę książki, a otrzymacie obraz powieści Ziętka, z reszty połowa to sceny imprezowe, a druga połowa to bliższa normalności reszta (proporcji nie mierzyłem suwmiarką, ale tak z grubsza). Podczas czytania często gęsto wzdychałem straszliwie, bo o ile koniec końców doceniam zamysł konstrukcyjny i trafiające się ładne zdania i sceny (scena w domu Artysty, mniam, cały wątek jego żony był zresztą świetny), to jednak dominującym odczuciem jest brak pomysłu na wypełnienie treścią całych dwunastu czy trzynastu rozdziałów pomiędzy tymi udanymi fragmentami; ot, młody literat miał pomysł na to co do trailera, i na nic więcej.

Całkowicie inne odczucia towarzyszyły lekturze "Pawia królowej" Doroty Masłowskiej. Spotkałem się z opiniami, że ta książka jest nieczytalna - i całkowicie je rozumiem. Żeby móc ją czytać, trzeba na początek zmierzyć się z barierą formy. Najpierw trzeba się wczuć w jej strukturę, kto nie da rady ten ma mocno pod górę, bo to jest jak niekończąca się hiphopowa piosenka, trzeba to poczuć, dać się ponieść, nie pękać, czytał Sydnej Polak, Liroj albo Eminem, jeśli to złapiesz to ze słowami popłyniesz, przypomina mi się jak raz w podstawówce koleżance tłumaczyłem co to znaczy średniówka, bo ona czytała heksametr bez średniówki, przez co z manifestu się jej robiła ballada, co później z tą laską to długo by opowiadać, ale za daleko już uciekam w dygresji, bo przecież mieliśmy o Masłowskiej prozy pieśni, w której tyle samo prozy jest co poezji, przy czym flow Masłowskiej jest jednak w odbiorze trudniejszy. I kiedy już czytamy tę książkę jako piosenkę (autorka też tak o niej mówi, MC Doris, he he), to zaczynamy widzieć w niej literaturę, cieszymy się frazami, zagłębiamy się w różne światy, ich zderzenia, zderzenia światów i wyobrażeń o światach, mieszamy drwinę z celebrytów z realiami ulicy Brzeskiej. Doceniamy aluzje, śmiejemy się z żartów czując się lepszymi, żeby w kolejnej iteracji żartu zrozumieć, że żart był bezczelnie zastawioną pułapką i zmieniamy się z odbiorcy drwiny w jej przedmiot. Mnie kupiła całkowicie, penis pochwa, rewelka.

Mógłbym jeszcze napisać o Ziemowicie Szczerku ("Był sobie Polak, Rusek i Niemiec, czyli historie z Europy B"), ale on nawet rzucając kurwami piękny jest. 

niedziela, 20 października 2013

Znów przy sobocie sięgam po gazetę (stąd nie będzie linka, bo na Wyborczej w części płatnej). Znajduję tekst „Uwiera mnie Murzynek Bambo", rozmowę z doktorantką filologii polskiej „badającą rasizm w języku polskim". Oczywiście – zgodnie z tytułem pojawiają się nawiązania do nieśmiertelnego wiersza Tuwima, ale też mamy Sienkiewicza, dziecięce rymowanki, piosenki, analizę potocznych sformułowań...

Czytam to i jednak oczy przecieram. Nie, nie dlatego, żeby odkryto przede mną mroczne tajniki polszczyzny, raczej zadziwia mnie klucz interpretacyjny. Badaczka stosuje de facto domniemanie rasizmu, zupełnie pomijając aspekt pozarasowy – taki jak chociażby szczególny kontrast, odmienność afrykańskich realiów w stosunku do wszystkiego tego, co znamy. Autorkę razi np. kiedy w przedszkolnej rymowance „Murzynek gada filimiliha, ha, ha", albo ćwiczenie dykcyjne „mówił Murzyn do Murzyna: Kwa-Gwa, Kwe-Gwe, Kwi-Gwi, Kwo". Kiedy mówimy o niezrozumiale brzmiącej mowie, odnosimy się do suahili – lub chińszczyzny (czyżby był to przejaw rasizmu względem Chińczyków), oczywiście moglibyśmy szukać bliżej równie niezrozumiałych fińskiego czy węgierskiego, ale ich odmienność jest mniej oczywista (bo nie są z tak odległej krainy). Porównajmy zresztą poniższe frazy:
Baba yetu uliye mbinguni
Mi atyánk aki a mennyekben
Bapa kami yang seni di syurga
Ang aming ama na sining sa langit*
Wydają się jakże obce, jakże dziwne dla naszego oka i ucha. Czy ktoś próbujący oddać inność ma więc próbować używać dźwięków mniej dziwnych tylko dlatego, żeby nie wyjść na rasistę, zwłaszcza w tekstach pisanych w konwencji prostoty lub kiedy odmienność jest uzasadnieniem sytuacyjnym dla wprowadzenia dziwnych dźwięków?

Albo przywołany w tytule „asfalt". Tak, znam takie określenie w kontekście czarnej rasy, od wielu już lat, ale przyznam szczerze: kiedy po raz pierwszy je usłyszałem, kompletnie nie rozumiałem, co mój rozmówca ma na myśli – bo zupełnie mi się z ludźmi nie kojarzyło. O mówieniu na Murzynów „razowiec", „opona" czy „winyl" dowiedziałem się dopiero z tego tekstu, cóż, jak ktoś się chce wysilić na oryginalność, to każdego słowa można użyć w sposób nieprzyjemny. Użyty przez dziennikarkę przykład „ciemno jak u Murzyna w dupie" występuje również w formach „ciemno jak w dupie" czy „ciemno jak u Murzyna w dupie po czarnej kawie", a więc pojawienie się w nim Murzyna nie ma charakteru poniżającego, tylko jest naturalnym skojarzeniem z ciemnością.

No i nieśmiertelne słowo „Murzyn". Badaczka tłumaczy jego negatywny odbiór (w jej uszach) skojarzeniami z „murzynem", czyli wyrobnikiem, wyzyskiwanym (nie pada, o dziwo, słowo „niewolnikiem", choć to oczywista geneza tego akurat znaczenia); pojawia się też argument , że w staropolszczyźnie „murzyć" oznaczało „brudzić", „czernić". Badaczka wolałaby słowo „ciemnoskóry", które jednak ma zupełnie inny zakres znaczeniowy. Ciemnoskórym można nazwać zarówno mieszkańca „Czarnej Afryki", jak i sporą część jej mieszkańców pochodzenia berberyjsko-arabskiego, jak również mieszkańców Indii, wyspiarzy z Oceanu Spokojnego, Aborygenów i dużą część Indian (oraz potomków Indian) – a nawet i sporo „rdzennych" Europejczyków z Południa, warunki klimatyczne robią swoje. „Murzyn" jest dla mnie opisowy, a nawet – nie ukrywam – ma w sobie pewną dumę w swoim brzmieniu, może dlatego że równie dumnie brzmi dla mnie „Maur" mający być historycznym źródłosłowem.

Rasizm nie tkwi w języku jako takim, rasizm tkwi w głowach. Oczywiście, „czarnuch" nie ma innych konotacji niż obraźliwe, ale to jak kto używa słowa „asfalt", „Murzyn", „węgiel", zależy wyłącznie od niego. Interesującym może być fakt, że badaczka jest córką Nigeryjczyka i Polki, pewien czas mieszkała w Nigerii, chodziła tam do szkoły i... bardzo jej się to nie podobało, „nie chciała żeby jej dotykały czarne ręce". Z takim bagażem trudno jest czytać Tuwima jak opowieść oswajającą z odmiennością, kiedy widzi się tylko Rydzykowe grepsy o niemyciu (pamiętajmy, że w Afryce występuje dokładnie odwrotne niż u nas postrzeganie czerni i bieli, biel jest kolorem złego, a czerń – dobrego).

Przypomina mi się – to już właściwie anegdotycznie – bohater „Króla Szczurów" Clavella, żyjący w kompleksie usłyszanej za młodu frazy, że „biała biedota śmierdzi jeszcze gorzej niż czarna". Każda dyskryminacja zaczyna się w głowie.

*te frazy to tłumaczenia przy po mocy Google Translate słów „ojcze nasz któryś jest w niebie" na filipiński, malajski, suahili i węgierski (kolejność alfabetyczna, nie tłumaczeń) 

PS Nieoczekiwaną puentę do notki dopisał prof. Antoni Sułek, który w następny weekend skontrował omawiany tekst w Wyborczej, analizując tekst "Murzynka Bambo" i kończąc ana,izę pytaniem "Czy można ułożyć być bardziej antyrasistowski wierszyk?" [27.10.2013]

sobota, 17 grudnia 2011

Przeczytałem kiedyś, że w latach 90-tych Irakijczycy (może nawet szerzej: Arabowie, nie jestem pewien) nazywali Amerykanów "Synami Psów". Pies w świecie arabskim jest zwierzęciem mocno niepopularnym (miał kiedyś dotkliwie pogryźć Mahometa, w łaski wkradł się za to kot, który potem Mahometowi wylizał rany), więc z oczywistych względów jest to nazwa mocno nieprzychylna. 

Patrząc w naszą własną przeszłość, bez trudu odnajdujemy w niej równie pogardliwe związki frazeologiczne jak "psie syny" czy "psiekrwie". Wydaje się jednak, że z czasem większą popularność - może pod wpływem angielszczyzny, a może po prostu - zyskało obrażanie przez odwołanie nie do pochodzenia od psa, lecz od suki ("sukinsyn", "son-of-a-bitch"). 

Tak się zastanawiam: czy ta zmiana ma charakter seksistowski?

Niezależnie od odpowiedzi na to pytanie, spróbujcie odgadnąć, dlaczego po wpisaniu w Gógla frazy "psie syny" dość wysoko pojawiła się strona Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu. 

piątek, 25 lutego 2011

Zima w tym tygodniu solidnie nam o sobie przypomniała, obficie częstując nas mrozem. Przy dwucyfrowym wskazaniu termometru wychodząc z przytulnego domu doznajemy niemal szoku i nieraz rwą się nam na usta brzydkie słowa, którymi instynktownie próbujemy się ogrzać, jednocześnie wstydząc się przed samym sobą na nieokrzesany język (w tytule notki użyłem bardzo, hmm, łagodnej formy).

Czy ten instynkt jest słuszny? Sprawdzeniem tej kwestii zajęli się, a jakże, Pogromcy mitów, aczkolwiek prawdę mówiąc skupiali się na problemie znoszenia bólu i wściekłe zimno było tylko najbardziej cywilizowaną formą jego zadawania. Przeprowadzone przez nich testy wykazały, że kiedy wkładali rękę do lodowatej wody z zadaniem wytrzymania jak najdłużej, osiągali zwykle lepsze rezultaty, kiedy klęli jak szewcy, niż kiedy wygadywali pod nosem (choć z tą samą ekspresją) słowa całkiem niewinne, jak "pomidor".  A więc to jednak działa!

W tej chwili na dworze -7. Czeka mnie jeszcze spacer z psem. Lepiej nie słuchajcie, co będę mówił:)

niedziela, 20 czerwca 2010

Faktem jest, że młode pokolenie dojrzewa pod każdym względem szybciej, niż dojrzewaliśmy my. Jeszcze kiedy miałem dziesięć lat, myślałem, że kurwa to jakiś termin stolarski, bo ojciec używał tego słowa przy robocie, gdy zamiast w gwóźdź trafił młotkiem we własny kciuk. A teraz nagminnie posługują się nim czterolatki.

Pod powyższym akapitem podpisałby się pewnie niejeden wychowany tak jak ja w wieku XX (w mrrrocznych czasach komuny zwłaszcza). Małe zaskoczenie: ten akapit, to nie moja myśl własna (choć też prawie bym się pod nią podpisał), tylko cytat z Henry'ego Wilta, a konkretnie z „Alternatywy według Wilta”, napisanej w roku - uwaga - 1979. Wulgaryzmy, choć w różnym wyborze, od dawien dawna stanowiły pewne tabu, którego przekroczenie było dozwolone sferom niższym (w mniemaniu wyższych) lub jeszcze niższym (w mniemaniu tych niższych), natomiast użycie ich w kulturze, w sposób publicznym, stanowiło zwykle pewną prowokację lub sztuczkę dla śmiechu (we wspomnianej „Alternatywie według Wilta” parę fantastycznie śmiesznych scen zawdzięczamy umiejętnie użytym wulgaryzmom, głównie za sprawą kontekstu sytuacyjnego). Sam z dużym zaskoczeniem wspominam sposób użycia wulgaryzmów w „Thin red line” Jamesa Jonesa („I guaran-fuck-tee you”, w polskim przekładzie chyba jako „ja ci to gwaran-kurwa-tuję”), ale to było zasadniczo w mowie żołnierskiej.

Piszę o tym wszystkim, bo być może bariera używania wulgaryzmów w obiegu publicznym zaczyna pękać. Tak sobie pomyślałem, kiedy przeczytałem w sobotniej GW tekst Pawła Smoleńskiego o teatrze w Akko (Izrael) (link). W reportażu tym Smoleński pisze „Moni wspomina, że dostał wtedy wkurwu” (słowo to pojawia się też w następnym zdaniu, opisując stosunek doń innej osoby). Smoleński nie mógł tego słowa użyć jako cytatu (w tym charakterze w reportażu jeszcze by się broniło, choć kiedyś zostałoby złagodzone lub wykropkowane), bo Moni to izraelski Żyd, bez znajomości polszczyzny. Krok po kroczku... (choć wcale by mnie to nie cieszyło)

Być może za parę lat spełni się marzenie Carlosa Marrodana Casasa i Memoria de mis putas tristes Garcii Marqueza ukaże się pod wiernym tłumaczeniem „Rzecz o mych smutnych kurwach” bez narażania się na zarzut naruszenia kodeksu wykroczeń. Lament Marrodana Casasa to ledwie pięć lat temu.

PS. Tych, którzy spodziewali się znaleźć pod tym tytułem refleksje o dzisiejszych wyborach prezydenckich, uprzejmie przepraszam. Ale mogą zamiast studia wyborczego włączyć na TVN „Seksmisję” i dowiedzieć się, jakie słowo było hasłem do windy na powierzchnię:-D (he, he, he, bo ktoś w Polsce tego jeszcze nie wie). Powinno być i tak po wieczornym meczu Brazylii:)