Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: usłyszane

niedziela, 22 kwietnia 2018

To było tak: jechałem rano samochodem, włączyłem radio; ostatnio najczęściej włączam jedną taką stację, która dobrze odbiera w całej okolicy, a jak grają, to grają nieźle, z wykopem. Ale czasem nie grają, tylko gadają, i to był czas kiedy gadało dwoje prezenterów: pewna pani, która okazjonalne wydawała mi się kiedyś zabawna, i pewien pan, który nigdy mi się z niczym pozytywnym nie kojarzył (zwiska pominę, bo po co komu robić reklamę lub antyreklamę). 

Nie do końca wiem skąd im się to wzięło, ale pan snuł smętne menskie rozważania na temat Audrey Hepburn i Marilyn Monroe (w przypadku MM miało to zdaje się związek z jakąś aukcją jej zdjęcia). Bardzo był przy tym przywiązany do powiedzonka (bo myślą to trudno nazwać), że podobno faceci marzą o całowaniu Marilyn, a kobiety o wyglądaniu jak Audrey (pani była raczej sceptyczna). A że był piątek, nastrój piątkowy, i korki tu i ówdzie na drodze, to w try miga wygenerowałem sondę na Twitterze.

Czy wolisz (gdyby była taka możliwość):
A/ całować Audrey
B/ całować Marilyn
C/ wyglądać jak Audrey
D/ wyglądać jak Marilyn

Ktoś może powiedzieć, że sonda była tendencyjna, bo nie można wybrać i wyglądania, i całowania, ale - jak usłyszał Jack Lemmon w Pół żartem, pół serio - nikt nie jest doskonały. Zwracam uwagę, że nie ograniczałem wyboru do jednej tylko płci, dlatego w wynikach też nie wiadomo które z głosów oddawały kobiety, a które mężczyźni...

A wyniki były takie: wyglądać jak Audrey chciało 13% głosujących. 18% wolało wyglądać jak Marilyn, podczas gdy 19% tę Marilyn chciało całować. Dodaliście szybko w pamięci? Tak: dokładnie połowa respondentów najbardziej chciałaby Audrey całować, i tyle mitów smutnego pana z radia.

No to buziaczki.

Audrey Hepburn blowing kiss Getty Images

wtorek, 23 stycznia 2018

Niech zgadnę: patrzycie nieco dziwnie. Że niby co, obudziłem się po prawie 30 latach? Że dopiero teraz zauważyłem? Że niby może jeszcze wydaje mi się, że rocznica za pasem, choćby i nieokrągła? Przecież Jurek...

Zaraz, zaraz, było coś o jakimś imieniu? O tym, że Jurek Kukuczka ponad 28 lat temu poleciał w dół na południowej Lhotse, wiem jak amen w pacierzu; choć z daleka, ale śledziłem jego walkę o Koronę Himalajów, i pamiętam późniejszy wstrząs na wieść o jego śmierci, kiedy byłem pewien, że tę południową Lhotse też poskromi. Zupełnie jednak nie o niego chodzi - jechałem samochodem, słuchałem lokalnego radia i w wiadomościach padło, że zmarł Kukuczka, Henryk, znany hodowca owiec z Istebnej, rezydujący w bacówce na Stecówce. Zbieżność nazwiska nieprzypadkowa o tyle, że rodzina Jurka też się z Istebnej wywodziła.

Lubię ostatnio słuchać w samochodzie Radia Katowice, nie dość że zwykle dobrze odbiera, to w porze wiadomości człowiek się czuje jak w alternatywnej rzeczywistości. Zamiast standardowych wiadomości ogólnopolskich, zwłaszcza politycznych, słuchamy o wozie strażackim dla OSP pod Częstochową, o planowanej imprezie w katowickim Centrum Kongresowym, czy o śmierci takiego mniej znanego Kukuczki właśnie. I nawet nie chodzi o jakiś szczególny patriotyzm lokalny, tylko o odcięcie się od tego, czego z każdym dniem mam bardziej dosyć.

21:46, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 kwietnia 2015

To było... jakoś w zeszłym miesiącu, w paskudny poranek, wyjechaliśmy z opóźnieniem, chyba musiałem jakiś niesympatyczny śnieżek czy szronek zgarnąć z szyby. Zostawiłem Juniora pod szkołą, pojechałem w swoją stronę, sięgnąłem do przycisku włączającego radioodbiornik w samochodzie. "Piątek", pomyślałem, "ciekawe co dziś wymyśli Wojtek Mann" (jakoś tak redaktorów Trójki traktowało się jak znajomych czy członków rodziny prawie, mówiąc im na odległość per Niedźwiedź czy Kuba, a w sumie mieliśmy tam tylko jedną koleżankę kuzynki). Włączyłem.

Postawiło mnie na równe nogi (użyjmy tym razem tej metafory). Nie trafiłem na początek utworu, tylko bliżej końca, ale jechałem z jednym wielkim zachwytem na buzi. Przy najbliższych światłach pospieszenie wystukałem hurraoptymistyczny status na fejsa o cudownych dęciakach, dzień już był "zrobiony" ("go ahead, make my day"). Po przyjeździe do pracy natychmiast sprawdzałem, czy już podano dzisiejszą plejlistę... w końcu pojawiło się, znalazłem wykonawcę i przez najbliższe dwie godziny puszczałem jeden koncert za drugim.

Ladies and gentlemen, presenting Preservation Hall Jazz Band - That's it! W sam raz na końcówkę Świąt.

czwartek, 15 stycznia 2015

Dziś ogłoszono z dawna wyczekiwane nominacje oscarowe, nastąpił spodziewany szał radości, bo oto teoretycznie będziemy (jako naród) mieć pięć szans na nagrodę Akademii. Dwie nominacje są dla filmów dokumentalnych (o których - mówię szczerze - nawet nie słyszałem i nie mam o nich zielonego pojęcia), dwie (tylko? aż?) dla "Idy" Pawła Pawlikowskiego (kandydowała w większej ilości kategorii, rozpalone głowy najchętniej przyznałyby jej Oscary we wszystkich kategoriach, łącznie z najlepszymi efektami specjalnymi), jedna za kostiumy w filmie "Czarownica".

Samego filmu, przyznaję, wciąż nie widziałem, więc żadnego zdania nie mam, życzę mu dobrze w obu kategoriach (niewątpliwie jest w tym kropla dumy narodowej), choć z tego co słyszę to rywalizacja będzie jak równy z równym (dlatego boję się każdego rozstrzygnięcia - w jednym przypadku duma narodowa zaleje wszystko aż po pas, w drugim może się wylać szowinizm pod adresem złych ruskich). Piszę zaś głównie z powodu niesmaku, w jaki wprawił mnie dziś dziennikarz radiowy, z Trójki bodaj (ale brzęczały mi dziś w uszach różne rozgłośnie i nie dam głowy czy na pewno). Otóż niesiony radością, był łaskaw stwierdzić że Pawlikowski będzie mieć dwie szanse na odebranie nagrody.

I powróciło to uczucie o którym pisałem dwa miesiące temu, uczucie nieadekwatności. Otóż Pawlikowski jako reżyser miał niewielki wpływ na to jak operator zrealizował zdjęcia, i - jeśli nie zajdą nieoczekiwane okoliczności - nie będzie odbierał za nie nagrody. Nominowanymi za zdjęcia są bowiem Łukasz Żal i Ryszard Lenczewski, i to na nich, a nie na reżyserze czy kimkolwiek innym, skupiona będzie uwaga (jak wcześniej na Januszu Kamińskim). Na szczęście sam Pawlikowski ma zdrowe podejście do tej kwestii, gdyż w świeżym wywiadzie stwierdził:
"Mówimy: film Pawlikowskiego, ale to przecież zasługa całej ekipy, od producentów po osoby wózkarzy."

niedziela, 24 sierpnia 2014

Praha. Idziemy Złotą Uliczką wśród wielojęzycznego tłumu. Zaglądamy do wnętrza poszczególnych domeczków, przyglądamy się uważnie ich zainscenizowanym wnętrzom.

Wchodzimy do domku, w którym mieszkała lub miała mieszkać znana czeska wróżka Matylda Prusova. Czeska tabliczka z podpowiedziami mówi "jasnovidka", angielska używa dla odmiany słowa "psychic", oznaczającego osobę o zdolnościach parapsychicznych.

Wśród przewijających się za naszymi plecami turystów słyszymy głosy rodaków. Oglądają komentując, docierają do tabliczek informacyjnych. Słyszymy dialog:
- O, tu mieszkała jasnowidzka!
- I fizyczka... 

PS Przy okazji (związek z notką luźny ale jest) pozwolę sobie polecić Facebookową stronę Czeskie słowa, które mogą Cię zmylić.