Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: prawo

czwartek, 05 lipca 2018

Wczoraj popołudniu doszło do tzw. zaciemnienia Wikipedii. Polega to na tym, że gdy otworzymy dowolne hasło, to po chwili następuje przekierowanie do strony zawierającej "Stanowisko wikipedystów w kwestii dyrektywy o prawach autorskich". A że temat ten śledzę od pewnego czasu, to załamałem nieco ręce i postanowiłem na tym przykładzie pokazać, w jak ślepe uliczki brnie dyskusja na ten temat. 

Ponieważ oświadczenie wkrótce zapewne zniknie, będę analizował jego tekst fragmentami.

"5 lipca 2018 Parlament Europejski zdecyduje w głosowaniu, czy propozycję dyrektywy dotyczącej praw autorskich wystarczy procedować przez odpowiednią komisję, czy należy ją przegłosować plenarnie. Jeżeli nastąpi to pierwsze, a proponowana dyrektywa zostanie przyjęta w brzmieniu zaakceptowanym przez komisję JURI, otwartość Internetu będzie poważnie zagrożona."

Oznacza to w pewnym skrócie: przez ostatnie 20 miesięcy komisje Parlamentu obradują nad projektem wniesionym przez Komisję Europejską. Komisją wiodącą jest komisja prawodawcza (JURI), swoje propozycje zgłosiły też inne komisje, 29 czerwca komisja JURI przekazała swój finalny projekt (ilość naniesionych poprawek liczy się w tysiącach), a zatem pytanie brzmi: czy półtora roku pracy miało znaczenie, czy zaczynamy od nowa. O "zagrożeniu otwartości Internetu później", bo na razie to tylko hasło.

"Aktualna treść dyrektywy nie aktualizuje prawa autorskiego w Europie i nie promuje uczestnictwa w społeczeństwie obywatelskim."

Gdyż - uwaga - dyrektywa dotyczy praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym i będzie jedną z wielu dyrektyw unijnych dotyczących prawa autorskiego. Czyli jest to zarzut typu "zmieniacie zasady opieki nad dziećmi, a nie wprowadzacie małżeństw jednopłciowych". 

"a zagraża wolności online i tworzy przeszkody w dostępie do Sieci. Wprowadza nowe ograniczenia, filtry i restrykcje."

Jest to co do zasady nieprawda, chyba że przez "wolność online" ktoś rozumie prawo do naruszania cudzych praw autorskich. Jest to dość intrygujące w świetle zasad Wikipedii, która przestrzega cudzych praw autorskich. Dyrektywa w ogóle nie zajmuje się dostępem do sieci, a "ograniczenia i restrykcje" jakie wprowadza, to zakaz zarabiania na cudzych tekstach prasowych bez zapłacenia wydawcom tych tekstów oraz środki mające zablokować zarabianie na cudzych utworach (w praktyce na piosenkach, filmach i serialach). O "filtrach" później.

"Jeżeli propozycja zostanie przyjęta w obecnej formie, dzielenie się wiedzą encyklopedyczną w sieciach społecznościowych, czy znajdowanie artykułów w wyszukiwarkach może nie być możliwe. Wikipedia także będzie zagrożona."

Zapomnieli dodać, że encyklopedie internetowe (takie jak Wikipedia) i ogólnie projekty niekomercyjne (w tej wersji projektu, która została przekazana Parlamentowi pod głosowanie) są wyłączone spod dyrektywy, a przynajmniej spod tych postanowień, które najgłośniej zwalczają. Co mieli na myśli o znajdowaniu artykułów w wyszukiwarkach... dalibóg, ciężko zgadnąć.

"Przeciw propozycji już zdecydowanie sprzeciwiło się ponad 70 programistów, w tym także twórca sieci, Tim Berners-Lee, 169 naukowców i badaczy, 145 organizacji zajmujących się prawami człowieka, wolnością słowa, badaniami naukowymi, a także branża technologiczna, Wikimedia Foundation, organizacja non-profit, która opiekuje się, między innymi, tą darmową encyklopedią."

70 programistów to faktycznie ważny głos, przepraszam za ironię. Nawet jeśli wśród nich jest TBL, który ostatnio przyznał, że jest załamany tym, jak internet nie działa tak jak sobie wymyślił 30 lat temu. Ale wróćmy do meritum.

"Z tych powodów polskojęzyczna Wikipedia zdecydowała się na zaciemnienie wszystkich swoich stron na 24 godziny (do godz. 15.00 5 lipca 2018). Chcemy nadal oferować darmową, otwartą, społecznościową encyklopedię opartą na weryfikowalnych źródłach"

W czym nowa dyrektywa nijak nie przeszkadza: ani w części dotyczącej oferowania encyklopedii, ani oparcia jej na weryfikowalnych źródłach. 

"Wzywamy wszystkich członków i członkinie Parlamentu Europejskiego, aby głosowali przeciwko zawężeniu procedowania dyrektywy do dedykowanej komisji, aby w trakcie dyskusji plenarnej wrócono do rozmów i rozważono liczne propozycje zmian, pochodzących między innymi od organizacji ruchu Wikimedia"

Czyli aby wyrzucić do kosza półtora roku pracy, bo projekt po rozważeniu setek propozycji nie jest zgodny z oczekiwaniami jednej organizacji (w której działalności akurat dyrektywa nijak nie będzie przeszkadzać).

"aby usunięto artykuły 11 i 13"

I tu okazuje się być pies pogrzebany. Artykuł 11 wprowadza prawo wydawców do uczciwego i proporcjonalnego wynagrodzenia za używanie  w formie cyfrowej opublikowanych przez nich tekstów (jak wyżej - żeby ktoś za darmo nie zarabiał na cudzych prawach). Nikt nie wspomniał o tym, że zastosowanie będą mieć zasady dozwolonego użytku, ani że wyraźnie podkreślono prawo do prywatnego i niekomercyjnego korzystania z publikacji, ani wreszcie że (dla uniknięcia przesadzonych wątpliwości) wyraźnie zapisano w projekcie, że wynagrodzenie nie należy się za umieszczanie linków (powszechnie i myląco o artykule 11 pisano jako o wprowadzającym "podatek od linków" i wielu ludzi w to rzeczywiście uwierzyło, że będzie musiało płacić, jak chcą umieścić linka na stronie). Artykuł 13 z kolei nakazuje, że "platformy", na których użytkownicy umieszczają pliki zawierające treści chronione prawem autorskim (piosenki, filmiki, obrazki, teksty, programy...), mają obowiązek zapewnić, że nie będzie to naruszało praw autorskich osób uprawnionych (biorąc pod uwagę, że Wikipedia nie zamieszcza takich plików, to można sobie zadać pytanie jak to miałoby Wikipedii przeszkadzać). Nie ma jednak informacji, jak bardzo w finalnym projekcie zabezpieczono zwykłych użytkowników sieci przed ewentualnymi nadużyciami (bo nie pasowałoby do konceptu "zagrożeń", nieprawdaż?) - zakazano co do zasady filtrowania całości treści, nakazano ograniczenie mechanizmów ochronnych do tego, co zgłoszą osoby posiadające prawa autorskie, wprowadzono obowiązek wykazania przez zgłaszających, że posiadają prawa autorskie do utworów nielegalnie zamieszczonych, zagwarantowano kontrolę sądową... Wiedzieliście o tym? No właśnie, ciekawe dlaczego w komunikacie Wikipedii (pardon: wikipedystów) o tym nie napisano.

"jak i aby poszerzono wolność panoramy na całą Unię Europejską"

Abstrahując od zasadności postulatu, jest to znów żądanie "skoro zajmujemy się regulacją uprawy ziemniaków, to wprowadźmy wolność uprawiania konopi".

"i poddano domenę publiczną większej ochronie"

Oraz żeby było ogólnie fajnie (bo inaczej zamkniemy Wikipedię).

Generalnie zamiast przekazywać rzetelną informację, to tym komunikatem Wikipedia szerzy ciemnotę. Smutne.

PS Dla zaciekawionych faktami:
- ostatni projekt z 25 maja 2018 roku (tylko w formacie PDF)
https://eur-lex.europa.eu/legal-content/EN/TXT/?uri=consil:ST_9134_2018_INIT
- ostateczne propozycje poprawek z 29 czerwca 2018 roku, przedłożone Parlamentowi
http://www.europarl.europa.eu/sides/getDoc.do?type=REPORT&mode=XML&reference=A8-2018-0245&language=EN#title2

sobota, 23 czerwca 2018

Rozpoczyna się coroczny jęk pt. "Rząd podnosi przedsiębiorcom haracz na ZUS!!! Złodzieje!!! Tysiąc trzysta im się zachciało!!!". Bawi mnie ten jęk za każdym razem tak samo, choć jednocześnie jest on irytujący w swojej głupocie, gdyż jęczący zwyczajnie nie mają pojęcia skąd się biorą te kwoty (i zakładają, że to Zua Wadza bierze i kradnie coraz wincyj). Przeanalizujmy to po kawałku.

Tegoroczny "haracz" zamyka się aktualnie (od kwietnia) kwotą 1.228,70 zł. Na początek należy go jednak podzielić na dwie części, a to:
- ubezpieczenie zdrowotne ("złodziejski NFZ") w kwocie 319,94 zł
- ubezpieczenie społeczne i Fundusz Pracy w łącznej kwocie 908,76 zł
ponieważ każda z tych części ma własną podstawę ustalania ich wysokości. To, o co rozlega się jęk w ostatnich dniach, odnosi się do tej drugiej kwoty, dla której punktem wyjścia jest prognozowane przeciętne wynagrodzenie miesięczne na dany rok. W projekcie budżetu na 2019 określono tę przewidywaną wysokość wynagrodzenia na 4765 zł, i to wystarczyło do policzenia, o ile wzrosną składki, ustalone jako stały procent podstawy wymiaru; gdyby kogoś to ciekawiło (a powinno), to w budżecie na 2018 przyjęto prognozowane przeciętne wynagrodzenie w kwocie 4443, a według komunikatu GUS przeciętne wynagrodzenie w I kwartale 2018 roku wyniosło 4622,84 zł brutto. 

Sprecyzujmy też od razu, że składki przedsiębiorców nie są liczone od wysokości przeciętnego wynagrodzenia. Formalnie są one liczone w oparciu o zadeklarowaną wysokość dochodu, która jedynie nie może być niższa od 60% takiego przeciętnego wynagrodzenia (w praktyce wyższy dochód deklarują jedynie osoby zamierzające za jakiś czas zacząć pobierać zasiłek chorobowy, wypłacany odpowiednio do zadeklarowanego dochodu...). W tym roku taka najniższa kwota wynosi 2665,80 zł (w przyszłym roku wzrośnie do 2859 zł, a kwota składek liczonych od takiej najniższej kwoty wzrośnie o 65,89 zł).

I teraz popatrzmy na tę kwotę w odpowiedniej perspektywie: otóż kwota "haraczu" (w tej części) to dokładnie tyle samo (z dokładnością do groszy), ile należałoby go zapłacić za pracownika, który ma w umowie o pracę zapisaną kwotę wynagrodzenia brutto 2665,80 zł. Minimalne wynagrodzenie brutto to 2100 zł, czyli mówimy o 127% najniższego dozwolonego prawem wynagrodzenia (wg aktualnych założeń w 2019 roku będzie to 129%, jeżeli najniższa pensja wzrośnie do 2220 zł, jak zakłada najświeższa propozycja rządu, ale mówiło się o wyższej kwocie). Czy ktoś, kto nie osiąga dochodu nieco tylko wyższego niż sprzątaczka (a niższego niż początkujący pracownik Lidla), naprawdę jest przedsiębiorcą?

Tu zwykle natychmiast podnosi się rwetes: ale przedsiębiorca nie wie ile zarobi! Możliwe, że nie wie, możliwe, że nie zarobi. Ale przedsiębiorca musi patrzeć na składki dokładnie tak samo jak na pensję sekretarki, wynagrodzenie księgowej, ratę za leasing samochodu czy fakturę za czynsz: jako na stałe konieczne obciążenie, na które trzeba zarobić, a jeżeli spodziewa się słabszych okresów - to zaoszczędzić, albo... zawiesić działalność.

W zasadzie nie pojawiła się jeszcze kwestia, że w zamian za "haracz" przedsiębiorca zyskuje ubezpieczenie emerytalne (tak, to co "ukradli z OFE"), ubezpieczenie chorobowe ("ja nigdy nie choruję!", ale jakby co to zasiłek chętnie, zwłaszcza jak się uda naciągnąć na wysoki) i ubezpieczenie rentowe ("ja nigdy nie pójdę na rentę", no chyba że coś mi się stanie poważnego i będą mi do emerytury jednak jakieś grosiki wypłacać, albo rodzinie po śmierci). Przy czym ponad połowa tej części "haraczu" to po prostu składka na przyszłą emeryturę ("te grosiki", bo przecież to oczywiste, że jak się odkłada malutko, to u prywatnego uzbierałoby się Dużo). 

Drodzy lamentujący, pensje rosną, a Wy zostajecie w tyle. Zmiany cen paliwa kosztują Was więcej, niż wzrost składek.

PS O drugiej części "haraczu" kiedy indziej.

niedziela, 15 października 2017

W Formule 1 zabawne zamieszanie z kierowcami. Wcześniej Renault ogłosiło, że na sezon 2018 zatrudni dotychczasowego kierowcę Toro Rosso - Carlosa Sainza (to wynik skomplikowanej operacji, której podstawowym skutkiem była zamiana dostawców silników w zespołach Toro Rosso i McLaren). Pojawiła się wtedy również plotka, że Renault chce ściągnąć Sainza do siebie jeszcze w trakcie sezonu (a Toro Rosso miało się zgodzić), przy czym jedyną przeszkodą był ważny kontrakt drugiego kierowcy Renault, Anglika Jolyona Palmera. Ten zaś nie wyraził entuzjazmu dla takiego rozwiązania - pomimo iż jest kierowcą uznawanym powszechnie za słabszego (i ma niewielkie szanse na dalszą karierę w F1), to jednak wolał korzystać z faktu, że ciężka praca, korzystne zbiegi okoliczności i odrobina ojcowskich pieniędzy pozwoliły mu cieszyć się jazdą w najważniejszej serii wyścigowej (nawet jeśli nieco odstające umiejętności i niekoniecznie znakomity samochód nieraz taką radość utrudniały). I tak oto minęły trzy kolejne wyścigi, aż tu nagle Palmer ogłosił że jednak skorzysta z propozycji prawie nie do odrzucenia i zrobi jednak miejsce dla Sainza...

I niby nic w tym takiego - poza telenowelowatością sytuacji - gdyby nie drobiazg, że przejście Sainza do Renault następuje ze skutkiem od nadchodzącego GP USA (za tydzień). Przygotowany już przez Toro Rosso zastępca - ostatni mistrz serii GP2 Pierre Gasly - miał zaś w ten właśnie weekend startować w finałowych wyścigach japońskiej serii Super Formula i walczyć o tytuł w tej serii. Wydawałoby się, że mógłby sobie tę serię odpuścić, ale nowym dostawcą silników dla zespołu Toro Rosso będzie Honda, a Gasly jest jedynym jasnym punktem Hondy w tej serii, pośród dominujących kierowców Toyoty. W sytuacji Japończycy wyrazili życzenie, aby Gasly dopełnił swoich obowiązków w Japonii, a Toro Rosso rozpoczęło nieomal łapankę na kierowcę, który jest w stanie wystartować dla nich w Austin...

Tu należy bowiem przypomnieć, że do startu w wyścigu Formuły 1 niezbędna jest tzw. superlicencja. Może ją otrzymać ktoś, kto już w F1 startował, lub ktoś, kto w ciągu poprzednich trzech sezonów sprawował się w różnych niższych seriach wyścigowych na tyle dobrze, że uzbierał 40 tzw. punktów do superlicencji (w zależności od rodzaju serii za miejsca w czołowej dziesiątce przyznaje się od 1 do nawet 40 punktów) - co w ostatnich czasach skutecznie ogranicza możliwość wstępu kierowcom nazbyt przypadkowym (dość powiedzieć, że wśród plotek pojawiały się nazwiska czy to szukającego swojej drogi powrotnej do F1 Kubicy, czy to nieszczęsnego Palmera). Mnie natomiast zaciekawił jeden słabo widoczny aspekt - samo spełnianie warunków do uzyskania superlicencji nie jest tożsame z jej posiadaniem, procedura przewiduje, że należy złożyć wniosek o jej wydanie najpóźniej na 14 dni przed sprawdzaniem samochodów (scrutineering) przed weekendem wyścigowym, w którym ma nastąpić start. Wyścig w Austin jest wyznaczony na niedzielę 22 października, sprawdzanie samochodów nastąpi w czwartek 19 października - zatem wniosek o wydanie superlicencji powinien był zostać złożony najpóźniej 5 października. O rozstaniu z Palmerem i przejściu Sainza ogłoszono 7 października... Jedyną furtką zostaje klauzula siły wyższej, która pozwala na złożenie wniosku o wydanie superlicencji na 48 godzin przed rozpoczęciem sprawdzania samochodów, czyli do wtorku, godzina 15.00 czasu Greenwich. 

W piątek ogłoszono, że za kierownicą Toro Rosso zasiądzie Nowozelandczyk Brendon Hartley, urzędujący zwycięzca Le Mans 24h, w poprzedniej dekadzie kierowca testowy zespołu. Z superlicencją jako mistrz WEC problemów mieć nie będzie, jeżeli najpóźniej we wtorek o odpowiedniej porze wpłynie odpowiedni, kompletny wniosek (a potrzebna jest między innymi opinia nowozelandzkiego związku motorowego) - i o ile FIA uzna, że nagłe odejście Palmera można uznać za siłę wyższą. No, chyba że wszystko było umawiane dużo wcześniej...

Tagi: prawo
17:22, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 września 2017

Mówi się, że w Formule 1 każdy element się liczy, bo każdy może dać setne czy dziesiąte części sekundy różnicy, lub wpłynąć na lepsze lub gorsze działanie innych elementów dających setne czy dziesiąte. Jednym z najważniejszych elementów pozostaje jednak zawsze silnik, który musi samochody rozpędzać do ponad 300 km/h i wytrzymywać setki kilometrów jazdy na wysokich obrotach, a im lepiej wykonuje to zadanie, tym większe szanse jego użytkownik ma w rywalizacji.

W aktualnej formule silnikowej, obowiązującej od 2014 roku (przewidywany okres do 2020 włącznie), silniki odgrywają nawet większą rolę niż kiedyś (choć Mercedes nie samym silnikiem dominował przez trzy lata). Nie jest więc żadnym zdziwieniem, że każdy zespół z ambicjami stara się mieć raczej lepszy silnik jak gorszy, przy czym wobec ograniczeń ilościowych (zasadniczo żaden producent nie powinien aktualnie obsługiwać więcej niż trzech zespołów), handlowych i konkurencyjnych nie jest to łatwe do osiągnięcia (ktoś musi wszak korzystać także z tych ciut słabszych silników). Malownicze spory wokół dostaw dla silników dla Red Bulla nadają się na długą opowieść, której nowy rozdział zaraz może zostać napisany. Podczas trwającego weekendu w Singapurze ogłoszono bowiem oficjalne potwierdzenie, że McLaren rozwiązuje wieloletnią umowę o współpracy z Hondą i podpisuje trzyletnią umowę z Renault, co stało się możliwe dzięki ogłoszonemu równocześnie przejściu Toro Rosso z jednostek Renault na Hondę. Jednocześnie pojawił się sygnał, że Renault nie przedłuży współpracy z Red Bullem poza rok 2018.

I tu pojawia się konieczność zerknięcia na przepisy dotyczące sytuacji silnikowej. Mamy czterech dostępnych producentów silników. Mercedes poza własnym zespołem ma umowy na zaopatrywanie Williamsa i Force India do roku 2020. Ferrari poza własnym zespołem zaopatruje Haasa (nie wiadomo dokładnie do kiedy) i podpisało umowę z Sauberem do roku 2020. Renault poza własnym zespołem ma po 2018 zaopatrywać tylko McLarena. Honda na razie jest dostawcą tylko dla Toro Rosso (podobno wieloletnim), i możliwości ich silnika są na razie delikatnie mówiąc niesatysfakcjonujące... Co zatem może zrobić Red Bull? Ani Mercedesa, ani Ferrari za bardzo nie zmusi do współpracy (zresztą już im się to nie udało w 2015). Jeśli nie zawierzy "w ciemno" Hondzie (a takie zawierzenie może spowodować, że uciekną mu kierowcy, pożądający samochodu z silnikiem pozwalającym na walkę o mistrzostwo), to może jedynie złożyć oficjalne żądanie do FIA, żeby skorzystała z mechanizmu przymusowego przydziału silników. Istnieją bowiem specjalne reguły, zgodnie z którymi każdy producent jest zobowiązany do obsługi określonej liczby zespołów, jeśli będzie to konieczne (na dziś - przy 10 zespołach i 4 dostawcach - z wzoru wynika, że ta liczba wynosi 3). Jeżeli więc do 15 maja 2018 roku żaden z producentów nie poinformuje FIA o podpisaniu umowy z Red Bullem, to FIA będzie uprawniona do skorzystania z tego mechanizmu - tyle że w sytuacji jak opisanej wyżej, będzie to oznaczało że dostawcą dla Red Bulla zostanie Honda, jako producent z najmniejszą liczbą klientów...

Ciekawiej byłoby, gdyby Honda się znienacka wycofała i zostało tylko 3 producentów. Zgodnie z tymi samymi regułami, w pierwszej kolejności Renault zostałoby zobowiązane do przyjęcia trzeciego klienta - przy czym o tym, który to byłby z zespołów sponsorowanych przez koncern Red Bull, decydowałoby losowanie. Dla drugiego zespołu konieczne byłoby losowanie spośród wszystkich trzech producentów... Wyobrażacie sobie w sezonie 2019 zespoły Red Bull-Renault i Toro Rosso-Mercedes?

Jak będzie, tak będzie, wizja Red Bull-Honda na 2019 jest niesamowicie realistyczna, z jakimi kierowcami i możliwościami? Boję się przewidywać... Poza tym, ewentualne wielopiętrowe negocjacje handlowe mogą doprowadzić do zupełnie nieprzewidywalnych rozstrzygnięć.

Tagi: prawo
14:59, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 czerwca 2017

Powinienem w zasadzie pracować. Powinienem w zasadzie pracować, ale znajduję się w stanie rozchwiano-euforycznym (ocierającym się o histeryczny), więc trochę trudno jest przymusić umysł do skupienia się na jakichś nudnych problemach zawodowych (a poza tym burza niedawno czasowo zerwała mi prąd, więc to Znak). Dlatego zrobię przerwę i odreaguję.

Przyczyną tego stanu ducha (co ma pewien wpływ na ciało) jest oczywiście test Kubicy w starym poczciwym Lotusie E20 (przemalowanym dla niepoznaki na Renault AD 2017, ale to oczywiście cudny czarno-złoty bolid Raikkonena). 115 okrążeń toru Ricardo Tormo w Walencji, tego samego na którym ostatni raz jeździł jako pełnoprawny kierowca F1 w testach przedsezonowych... Stan taki nie dotyczy tylko mnie, euforia wśród kibiców jest wielka, nie tylko polscy kibice niedwuznacznie machają chusteczkami Jolyonowi Palmerowi, zachęcając go do jak najszybszego zwolnienia miejsca w kokpicie RS17... I niektórzy czasem w tym miejscu zadają pytania o formalności.

Pytania, powiedzmy, absolutnie niegłupie. Każdy kierowca startujący w F1 musi się bowiem legitymować szczególnym rodzajem uprawnień, takim swoistym "prawem jazdy na samochód F1", nazywanym oficjalnie superlicencją. Taka superlicencja wydawana jest na okres do końca roku kalendarzowego i następnie wymaga odnowienia. W tym celu zawodnik musi spełniać liczne warunki określone w przepisach FIA (załącznik L do Kodeksu Sportowego FIA, gdyby ktoś był ciekaw), różniące się nieco w zależności od sytuacji kierowcy, a w przypadku Kubicy to: 

- musi być posiadaczem wydawanej przez krajowy związek motorowy międzynarodowej licencji A (na najmocniejsze samochody, w których na kilogram masy samochodu przypada co najmniej 1 koń mechaniczny),
- musi zaliczyć test ze znajomości przepisów Kodeksu Sportowego oraz Regulaminu Sportowego (gdyby nie miał tak długiej przerwy, wystarczyłoby ich omówienie z zespołem),
- musi przejechać samochodem Formuły 1 co najmniej 300 kilometrów (dystans wyścigu) w ciągu najwyżej 2 dni, utrzymując prędkości wyścigowe, przy czym taki test musi się odbyć nie wcześniej niż 180 dni przed złożeniem wniosku o wydanie superlicencji; niestety dzisiejszy test się nie kwalifikuje, ponieważ samochód z roku 2012 jest aktualnie uznawany za historyczny, a na potrzeby superlicencji trzeba wyjeździć kilometry w samochodzie uznawanym za "obecny" lub "poprzedni, co w roku 2017 oznacza samochód w specyfikacji z lat 2013-2018,
- ponieważ był w przeszłości posiadaczem superlicencji, lecz nie w ostatnich 3 sezonach - musi zostać oceniony przez FIA jako prezentujący niedawno w sposób stały znakomite zdolności w samochodach jednomiejscowych ("must be judged by the FIA to have recently and consistently demonstrated outstanding ability in single-seater formula cars"), wydaje się to być oczywistą oczywistością, ale formalnie wymóg jest; nie musi natomiast pracowicie gromadzić punktów w innych seriach, bo kto raz superlicencję dostanie, ten może się powołać na różne ścieżki,
- uiścić opłatę (od takich rzeczy nigdy nie ma ucieczki)
- złożyć w FIA kompletny wniosek - nie później niż 14 dni przed dniem sprawdzania przed pierwszym wyścigiem, w którym kierowca ma wziąć udział w danym sezonie (zwykle takie sprawdzenie odbywa się w czwartek - przed piątkowym treningiem - tylko w Monaco następuje w środę, bo tam pierwsze treningi są w czwartek); teoretycznie w razie konieczności zmiany kierowcy spowodowanej siłą wyższą wniosek taki można złożyć na 48 godzin przed rozpoczęciem sprawdzania, ale z oczywistych względów nie sposób się na coś takiego nastawiać.

Nie ma natomiast szczególnych wymagań medycznych do ubiegania się o superlicencję - w tym zakresie wystarczające są badania przeprowadzone na potrzeby licencji niższego szczebla (międzynarodowej), tej samej która uprawniała do startu we wszystkich innych wyścigach czy rajdach. Czym innym są przy tym wymogi do licencji, a czym innym dopuszczenie do samych zawodów, więc tu się tym zajmować nie będziemy. 

Da radę? Powinien. Skorzysta? A skąd ja mogę wiedzieć...

Tagi: Kubica prawo
23:18, bartoszcze , F1
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 marca 2017

Ach, te ploteczki. Cały świat Formuły 1 plotkuje zawzięcie o tym, co się będzie dalej działo w relacji zespołu McLaren z producentem silników Honda. Jest to tzw. trudny związek, bo z dużymi ambicjami (zespołu zwłaszcza), a silniki dostarczane przez Japończyków na razie nie słyną ani z mocy, ani z niezawodności. Tak było przez całe dwa lata, a w tym roku...

W tym roku miało być inaczej, bo zmiana przepisów (o silnikach) pozwala na nieustanne poprawianie silników (w poprzednich latach rozwój był limitowany systemem tzw. tokenów). Na zimowe testy Honda przywiozła zupełnie nowe silniki. Efekt? Złośliwi nie umieli się doliczyć, ile ich trzeba było założyć do bolidów w ciągu ośmiu dni (ostatecznie stanęło oficjalnie na pięciu), a samochód nie dał rady jednorazowo przejechać nawet jednej piątej dystansu wyścigu. Kiepska to prognoza, zważywszy że za tydzień o tej porze powinno być już po pierwszym wyścigu sezonu. Frustracja, która dawała znać o sobie już w zeszłym roku, teraz już kipi, pojawiły się mniej lub bardziej oficjalne informacje o kontaktach zespołu z innym producentem silnika, poważni komentatorzy zaczęli analizować możliwość zerwania kontraktu już nawet nie na koniec sezonu, ale wręcz natychmiastowo...

Argumentów, dlaczego natychmiastowe zerwanie nie nastąpi, przedstawiono wiele, sam chcę zwrócić uwagę na jeden, którego nikt chyba specjalnie nie zauważył. Zajrzyjmy sobie na chwilę do przepisów. Artykuł 8.3 regulaminu sportowego zasadniczo pozwala zespołowi zmienić producenta silnika w każdym momencie sezonu. Jest jednak jeden kruczek: zdanie drugie tego artykułu przewiduje, że wszystkie punkty zdobyte z takim zmienionym silnikiem nie liczą się do klasyfikacji konstruktorów - co oznacza, że McLaren w tym momencie jeździłby głównie dla jeżdżenia, mając niemal gwarantowaną pewność oficjalnego zakończenia mistrzostw na ostatnim miejscu wśród zespołów (niemal, bo może przed zmianą udałoby się kogoś wyprzedzić i tę przewagę utrzymać); pozostając z Hondą i licząc na poprawę sytuacji, mają przynajmniej szansę... Dla uniknięcia wątpliwości: mogliby również zapracować wtedy na pieniądze z funduszu nagród (regulamin wyraźnie przewiduje, że zdobywane punkty liczą się akurat w tej klasyfikacji, powodując stan takiego rozdwojenia), ale przypuszczam, że koszty rozstania z Hondą byłyby dużo wyższe niż potencjalne nagrody za wyniki (pewnie by wystarczyło na opłacenie silników, które Honda daje za darmo).

A poza tym kolejne plotki mówią, że największe problemy, jakie wyszły na testach, są wynikiem błędu projektowego w samochodzie, a nie w silniku (czyli rozwód byłby z winy zespołu, który uciekł do łatwiejszej).

10:38, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 stycznia 2017

Krąży po Polsce widmo, widmo w kretyńskiego mema ubrane...

Mema zasadniczo należałoby wkleić, ale że jest głupi to mi się nie chce, a że w zasadzie należałoby go przyedytować, to nie chce mi się tym bardziej - dlatego zrobimy to metodą XX-wieczną i przepiszemy, zwłaszcza że ten mem składa się głównie z tekstu. Tekst dotyczy straszliwych obciążeń fiskalnych związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej i brzmi tak:

Zarobiłem 2000 PLN 
Oddaję Państwu:
- 1121 PLN na ZUS
- 360 PLN na US (18%) 
Zostaje 519 PLN z czego 23% oddam w zakupach.
Na czysto mam 400 PLN.

Kiedy już kończymy płakać ze śmiechu, przeprowadzimy analizę krytyczną
1/ "zarobiłem 2000 PLN" - z kontekstu wynika, że chodzi o dochód; nie jest jedynie jasne, czy uciśniony byznesmen-bohater zarobił wszystkiego 2000 PLN przychodu i nie miał żadnych kosztów, czy też po odliczeniu kosztów zostało mu 2000 PLN; pierwszy wariant sugeruje de facto samozatrudnionego, najpewniej z jednym zleceniodawcą, czyli żadnego przedsiębiorcę, zapewne niepłacącego VAT; wariant drugi... zapewne też występuje w obrocie, na tym etapie to mało istotne
2/ "oddaję 1121 PLN na ZUS" - czyli dane za rok 2016 (dokładniej: 1121,52 zł); dla porządku wyjaśnijmy, że każdy przedsiębiorca wie, że kwotę tę należy rozbić co najmniej na NFZ (ubezpieczenie zdrowotne) w kwocie 288,95 zł i resztę, czyli ubezpieczenia społeczne (772,96 zł) i Fundusz Pracy (59,61 zł); wynika z tej informacji także, że nasz bohater prowadzi działalność od ponad 2 lat, bo nie korzysta z obniżonych składek dla początkujących
3/ "oddaję 360 PLN na US" - czyli podatku dochodowego; wynika z tego, że nasz przedsiębiorca nie korzysta ze stawki liniowej, ponieważ ta wynosi 19%, tylko ze stawki powszechnej 18% w pierwszym progu (co przy jego dochodach wcale nie jest głupie).

I teraz przerwiemy na chwilę interpretowanie, a pokażemy totalną głupotę autora mema. Otóż jeżeli nasz byznesmen ma dochód 2000 PLN, to jeżeli tylko kiedykolwiek widział na oczy dokument PIT (wcale się nie zdziwimy, jeśli nie), to zauważył tam pozycję "składki na ubezpieczenie społeczne do odliczenia" (te na FP też). Zatem podatek dochodowy płaci od kwoty 2000-(772,96+59,61)=2000-832,57=1167,43 zł. Przy wyliczaniu samego podatku powinien uwzględnić kwotę wolną od podatku, wynoszącą 3091 zł rocznie - co w praktyce oznacza zwolnienie z PIT w pierwszych miesiącach roku, ale policzmy to dla uproszczenia jako 257,58 zł miesięcznie (jako 1/12 kwoty rocznej). Mamy więc podatek miesięczny w wysokości 0,18 x (1167,43-257,58) = 0,18 x 909,85 zł = 163,77 zł (drobna różnica względem 360, nieprawdaż). Ale tutaj pojawia się jeszcze jeden drobiazg - a mianowicie brakująca część "ZUS", czyli składka zdrowotna, którą odlicza się od podatku. Fakt: nie całą (najtrudniejsze jest zawsze pamiętanie ile się dokładnie odlicza), ale w roku 2016 z płaconych "na NFZ" 288,95 zł odliczało się od podatku 248,82 zł (reszta to taki dodatkowy podatek...). Zatem mamy 163,77-248,82 zł=-85,05 zł, czyli tyleż do zwrotu na koniec roku (w sumie tysiączek z małym haczykiem). Jak zatem widać, nasz biedaczyna ma na życie efektywnie o 360 zł więcej w każdym miesiącu...

Powróćmy do naszych baranów:
4/ "519 zł z czego 23% oddam w zakupach" - nasz byznesmen musi mieć ciekawe nawyki żywieniowe, gdyż je wyłącznie żywność przetworzoną w taki sposób, że jest ona opodatkowana 23% stawką VAT, co wyklucza pieczywo, nabiał, warzywa (specjalnie zerknąłem właśnie na swój rachunek z marketu).. 
5/ "na czysto mam 400 PLN" - to doprawdy Schroedingerowskie pojmowanie "mam", skoro te 400 zł które "ma", musiał wydać w sklepie, żeby móc oddać państwu ten VAT... 

Podsumowując: mem został popełniony przez kretyna, który w życiu nie stał obok prowadzenia działalności (każdy obdarzony minimum mózgu stara się zapłacić podatków najwyżej tyle ile trzeba). Ponadto należy stwierdzić brutalnie, że ktoś, kto osiąga z działalności dwa tysiące dochodu (nie mówiąc o wariancie osiągania dwóch tysięcy przychodu przy zerowych kosztach), nie jest przedsiębiorcą, tylko wyrobnikiem i bankrutem, i powinien zdecydowanie przemyśleć wybór drogi życiowej.

Bierzcie i pamiętajcie, jak ponownie zobaczycie.

czwartek, 27 października 2016

Jak ten czas leci... Od czasu afery Rywina minęło tyle czasu, że mogłaby już być w gimnazjum, mało kto pamięta już dziś gwiazdy komisji śledczej (poza ministrem "pan jest zerem" Ziobro, oczywiście). Zapewne tłucze się ludziom po głowach fraza "lub czasopisma", wykreślona w dziwnych okolicznościach z projektu ustawy - ale kto, co, jak i kiedy, to już bez Gugla i Wikipedii niekoniecznie.

Wzdycham tak nad przemijaniem, bo i ta notka mocno jest przemijaniem dotknięta. O temacie przypomniała mi mimowolnie Berberys (czemuś, kobieto, zarzuciła blogowanie), i kiedy sobie pogrzebałem w pamięci (dysku), to uświadomiłem sobie, że temat leży od ponad czterech lat (można nawet powiedzieć, że mi przeszło). Fakt, że analiza tematu nie była sympatyczna, nie zachęcał do powracania.

A rzecz była sobie taka: z pięć lat temu minister zdrowia zmienił rozporządzenie o badaniach kierowców (każdy kto ma prawo jazdy, jakieś takie badania przechodził, możliwe że na podstawie tego rozporządzenia). W efekcie tej zmiany rozpleniła się interpretacja, w myśl której każdy pracownik, który dostaje delegację na podróż służbową, podczas której prowadzi samochód, powinien uprzednio (przed tą podróżą) przejść w ramach badań profilaktycznych dodatkowe badanie okulistyczne jak dla kierowców zawodowych (widzenie zmierzchowe, zjawisko olśnienia). Zostałem poproszony o przeanalizowanie tematu, i po długich godzinach spędzonych nad kilkoma ustawami, kilkoma rozporządzeniami i paroma dyrektywami unijnymi wyprodukowałem opinię (w którą szczerze wierzyłem, nie ukrywam), że wiadomości o konieczności takich badań są cokolwiek przesadzone, bo całość regulacji była podłej jakości, bez sensownego uzasadnienia i dalece wykraczająca poza dyrektywy unijne, które rzekomo miała wdrażać (te wymagały badań dla osób które na co dzień stale prowadziły samochody przy wykonywaniu pracy zawodowej, a nie okazjonalnie)... 

Nie śledziłem, jakie były dalsze losy zagadnienia (nawet nie sprawdzałem przed napisaniem tej notki jak dokładnie dziś wyglądają te same przepisy). Pamiętam jednak swoje głębokie zdziwienie dlaczego te przepisy zostały tak właśnie napisane (i tak były interpretowane) - i choć nie jestem zbytnim zwolennikiem zbytnim zwolennikiem teorii spiskowych, to nie mogłem się oprzeć przekonaniu, że jedynym racjonalnym wyjaśnieniem jest popełnienie tych przepisów w interesie okulistów. Ale może to przypadek, oczywiście...

niedziela, 24 lipca 2016

Formuła 1 to zasadniczo wyścigi, czyli przejedź najszybciej określoną liczbę okrążeń toru (wyścigi samochodowe z punktu A do punktu B chyba już wymarły), wyprzedzając swoich rywali. W tym celu ludzie i zespoły stają na głowie, wymyślając przeróżne nowe rozwiązania, które mogą dać poprawę o choćby parę setnych sekundy na kilometrze, zarówno w drobiazgach, jak i w koncepcjach. A koniec końców o wszystkim decydują lub mogą zdecydować przepisy. Historia Formuły 1 to także historia przepisów i rywalizacji z nimi - zarówno poprzez ordynarne oszukiwanie, jak i przez naginanie, czy też wreszcie przez wyszukiwanie w nich luk (przykładami tu sypał nie będę, bo na fascynującą książkę by wystarczyło). Zastosowanie różnych przepisów wielokrotnie wpływało na wyniki, dość będzie przypomnieć debiut Roberta Kubicy, gdzie zamiast punktów skończyło się  dyskwalifikacją z powodu niedowagi samochodu, kilka notek już było inspirowanych przepisami i ich zastosowaniem, w sumie poprzednia na temat F1... też.

Dziś natomiast muszę, po prostu muszę, napisać o przepisie, który już się raz mimochodem przewinął, a wczoraj był prawie że bohaterem dnia. Kilka lat temu odkurzono starą regułę, zgodnie z którą do wyścigu mogą zostać dopuszczeni tylko kierowcy, którzy w kwalifikacjach osiągnęli czas nie gorszy niż 107% najlepszego czasu; reguła ta miała eliminować samochody zwyczajnie zbyt wolne, tak aby nie stanowiły one ruchomej przeszkody na torze (tu się nie ma co śmiać, historia zna przypadek kierowcy zdyskwalifikowanego za zbyt wolną jazdę, ale to był de facto amator startujący w zupełnie innej epoce), reaktywowano ją w czasie, kiedy dopuszczano do F1 nowe zespoły i była obawa, czy zbudują one bolidy na miarę najwyższej kategorii wyścigowej (w sumie przepis efektywnie zastosowano bodaj ze cztery razy). Ponieważ w tym czasie obowiązywał już format kwalifikacji dzielonych na trzy części, przepis napisano w taki sposób, że limit 107% liczono od najlepszego czasu uzyskanego w pierwszej części kwalifikacji (co było też lekkim ułatwieniem, bo czasy w dalszych częściach były zwykle jeszcze lepsze). Jednocześnie wprowadzono "bezpiecznik" dla kierowców, które z różnych względów nie mogli uzyskać czasu (wystarczającego lub jakiegokolwiek) w kwalifikacjach, pozwalając sędziom na dopuszczenie takich kierowców do wyścigu (co było de facto regułą), przy czym tacy kierowcy mieli obowiązek startować z końca stawki.

A wczoraj... przepis ten zatrząsł stawką w posadach. Kwalifikacje były pasjonujące same z siebie, najpierw ulewa spowodowała opóźnienie rozpoczęcia o 20 minut, później pierwsza część kwalifikacji były przerywana czterokrotnie (!), najpierw z powodu nawrotu ulewy, później z powodu wypadków (ostatnia przerwa na minutę przed końcem oznaczała przedwczesne zakończenie tej części, bo i tak nikt nie byłby w stanie rozpocząć okrążenia pomiarowego zgodnie z przepisami), przesychający szybko w letnim słońcu tor powodował gwałtowne wręcz poprawianie czasów okrążeń. Na koniec pierwszej części okazało się, że kierowcy z miejsc od 12 do 16 nie zdążyli nadgonić z poprawianiem czasów na tyle, by zmieścić się w limicie 107%.

Sędziowie byli w kropce (paradoks polegał na tym, że "zbyt wolni" byli między innymi kierowcy, którzy zajęli ostatecznie miejsce trzecie i czwarte, uzyskując w trzeciej części kwalifikacji odpowiednio wynik 100,39% i 100,74% czasu zwycięzcy). Prawnik powiedziałby, że mieliśmy prześliczny przykład rozbieżności pomiędzy celem przepisu a jego literą (wykładnię celowościową powinno się jednak stosować, jeżeli wykładnia literalna prowadzi do niejasności). Ostatecznie udało się im wykombinować rozwiązanie oparte na literze przepisów (a nie tylko zdrowym rozsądku) - skorzystano z przepisu mówiącego, że czołowa dziesiątka na starcie powinna składać się z samochodów, które uczestniczyły w trzeciej części kwalifikacji, uznając że wobec sprzeczności pomiędzy dwoma przepisami temu właśnie należy dać pierwszeństwo (i unikając rozważań na temat celu przepisu o 107%). 

A samo ostateczne rozstrzygnięcie też oparło się o sędziów. Wydawało się, że Hamilton wygra w cuglach, ale kiedy pędził po najlepszy wynik, Alonso obrócił się w jednym z zakrętów i przyblokował połowę toru, zmuszając sędziów do wywieszenia podwójnych żółtych flag, a Anglika (i jadącego za nim Ricciardo) - do zwolnienia. Kiedy dojechał w to miejsce Rosberg, Alonso zjechał już poza tor, co w połączeniu z fantastycznym pościgiem pozwoliło Niemcowi na uzyskanie najlepszego czasu. Pojawiło się jednak pytanie, czy poszanowane zostały litera i cel przepisu, nakazujące "znaczące zwolnienie" pod podwójną żółtą flagą "na tyle, aby móc w każdej chwili zmienić kierunek lub się zatrzymać dla uniknięcia niebezpieczeństwa", zwłaszcza że "wszyscy widzieli" w relacjach telewizyjnych jak Rosberg mknie po zwycięstwo, bijąc rekord sektora? Sędziowie przepatrzyli dane o prędkości samochodu (nie te z telewizji, tylko te z samochodu) i orzekli, że na odcinku, gdzie pokazywano podwójne żółte flagi (a nie w całym sektorze, dużo dłuższym), rzeczywiście nastąpiło "znaczące zmniejszenie prędkości" (choć nie napisali o ile)...

Przepraszam, że nic nie piszę o pasjonującej drugiej (środkowej) części  kwalifikacji, ale nie działo się w niej nic szczególnego z punktu widzenia przepisów.

Tagi: prawo
10:56, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 listopada 2015

W poprzedniej notce przytaczaliśmy cytat ze strony Pana Prezydenta odnośnie prawa łaski. Ponieważ Panu Prezydentowi coś niedobrego się w nocy stało ze stroną internetową, i cytowany tekst zniknął, Zapiski... udostępniają kopię tego tekstu, gdyby Pan Prezydent potrzebował. Przynajmniej tego fragmentu, bo całość się nie zmieściła na jednym screenie, a pdf-ów zamieszczać nie lubią.

Pan Prezydent Duda łaska przestępca Mariusz Kamiński 

Za pomoc dziękujemy Google Cache.

 
1 , 2