Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: kuchnia

piątek, 12 maja 2017

Dziś przepis. Podobno niezawodny.

Bierzemy zacną przygarść kaszy jęczmiennej i kaszy z prosa, tak aby dla rodziny starczyło.
Moczymy w glinianym garnku parę godzin, poczem gotujemy długo z dodatkiem soczewicy.
Gdy kasza będzie miękka, dodajemy półgarniec grubo przesiekanej lebiody, oraz dla smaku drobniej usiekanego szczawiu i rdestu, byle czystego i świeżego.
Całość gotujemy jeszcze przez trzy zdrowaśki lub światowidki. 
Zagęszczamy pszenną mąką, co przy odsianiu na chleb pozostała. 
Zaprawiamy świeżo zerwaną miętą.
Zdejmujemy z paleniska, szczelnie zatykamy i odstawiamy na jakiś tysiąc lat.

Archeolodzy twierdzą, że tak właśnie

sobota, 25 lutego 2017

To był dzień, w którym wszyscy odliczali co najmniej od północy: ile kto zje, ile kto da radę (a ile i jak spali).

Nie robiłem żadnych planów. W pracy trafiły się dwa, nie narzekałem, nie uchylałem się ani nie dopraszałem się. W domu czekały dwa talerze pełne pączków, przy czym z uwagi na to, że były w bodaj ośmiu rodzajach, to dla wyrównania szans zostały pokrojone na ćwiartki, by każdy mógł spróbować wszystkich smaków nie narażając się na skręt kiszek czy co tam się może z nadmiaru zdarzyć. A ja jadłem i starałem się podliczać te ćwiartki...

A potem zostałem na wieczór sam z talerzem pełnym niezjedzonych ćwiartek. I tak sobie pogryzałem i pogryzałem, wreszcie talerz opustoszał, a ja dla pewności sięgnąłem po kartkę, zapisałem i przeliczyłem. Wyszło siedem i pół pączka. 

Wcisnąłbym jeszcze tego jednego, ale już nie było.

20:33, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
piątek, 28 października 2016

Nie mam tu na blogu tagu "kaczka", choć ilość notek związanych z tym ptakiem (zwłaszcza martwym) w zupełności by go usprawiedliwiała - więc odwołam się do tradycyjnego już tagu "kuchnia", pod którym można to i owo na temat kaczek znaleźć. Otóż odprawiałem dziś/wczoraj po raz kolejny akt pieczenia kaczki, i w ramach eksperymentu kulinarno-inżynieryjnego...

Do przyrządzenia kaczki na marchewce potrzebujemy:
- 1 kaczkę (nie żebym zamierzał komuś bronić więcej, ale trudno mi sobie wyobrazić naczynie i piekarnik, w których jednocześnie będzie się piekło dwie i więcej kaczek, jak ktoś chętny to sobie najwyżej pomnoży inne składniki)
- co najmniej 2 słuszne marchewki (ze 2 cm grubości i kilkanaście cm długości każda, skojarzenia we własnym zakresie)
-  co kto lubi (jak w tym wpisie)

Kaczkę przygotowujemy do pieczenia jak zwykle, bierzemy brytfannę/inne naczynie, układamy na dnie naczynia marchewki (w poprzek) i do tak przygotowanego naczynia wkładamy kaczkę, pieczołowicie układając ją na marchewkach (skojarzenia z blokiem kamiennym transportowanym na plac budowy w Gizie poprzez przesuwanie tegoż bloku po ułożonych w poprzek pniach nawet na miejscu) i pieczemy jak zwykle.

Po zakończeniu pieczenia otrzymujemy upieczoną kaczkę oraz 2 (lub więcej) mięciutkie marchewki, a na dnie zapas płynu (jeśli nie odparował). Różnica względem tradycyjnego przepisu polega na tym, że kaczka nie leży do połowy w płynie przez znaczną część pieczenia...

Jak nie zapomnę, to powiem Wam później jak na tym wyszła kaczka. Marchewki wyszły świetnie.

01:13, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 04 stycznia 2016

Na wstępie tak zwany disclaimer, czyli ostrzeżenie dla tych, których zwiódł tytuł lub Gugiel źle skierował: TO NIE JEST BLOG KUCHNIARSKI, nie pretenduję do bycia Brillat-Savarinem czy choćby absolwentem Akademii Cordon Bleu - cokolwiek znajdziecie poniżej, może przez kogokolwiek zostać wykorzystane na własną odpowiedzialność, lecz nie stanowi Sprawdzonej Tajemnej Receptury. Jeżeli więc szukacie Niezawodnego Sposobu Na, to idźcie szukać gdzie indziej.

A teraz wracając do naszej kaczki (nie, to także nie blog polityczny!). Jak zdawnabywalcy może zauważyli, od czasu do czasu zdarza mi się piec kaczkę. Pieczenie kaczki powoduje nieraz powstanie tak zwanych produktów ubocznych, a wobec powtarzalności pewnych zjawisk kuchenny eksperymentator próbuje je rozwijać celem lepszego wykorzystania.

Punktem wyjścia w naszych czarach-marach będzie więc upieczenie kaczki. Nie mam i na to żadnej superreceptury, czasem po prostu nabywam zestaw "kaczka gotowa do upieczenia", w przyprawach, a nawet z jabłkiem w środku (jak kupuję zwykłą patroszoną, to wtedy jakaś tam sól, pieprz, czosnek, majeranek, co tam komu pasuje). Kaczkę ładuję do sporego naczynia żaroodpornego (kaczka większa od naczynia piecze się moim zdaniem tak sobie, sprawdzone info), szczelnie przykrywam, wstawiam do piekarnika na jakieś 160 stopni (może być na początku nagrzany bardziej) i trzymam zgodnie z zasadą 1 kg na 1 godzinę lub trochę dłużej. Ostatnio tak mi zwykle wychodzi, że ta kaczka nieomal pływa mi w sosie własnym (pytania, czy ona jest wtedy upieczona, uduszona czy ugotowana uważam za niestosowne, bo i tak jest pyszna). 

I teraz następuje clou. Jeśli tegoż sosu własnego jest dużo (jak jest mało to szkoda zachodu...), to kaczkę ostrożnie wyjmujemy, odkładamy (można na przykrywkę). Następnie bierzemy odpowiedniej wielkości miskę, i ostrożnie zlewamy cały sos (jak ktoś lubi kaczkę podlaną sosem, może oczywiście trochę odlać osobno). Sos odstawiamy do wystudzenia, a następnie schłodzenia (w międzyczasie kaczce oddajemy naczynie żaroodporne, chyba że idzie od razu na stół), im mocniej tym lepiej (choć niekoniecznie w zamrażalniku). Efektem schłodzenia powinno być rozdzielenie się sosu na frakcje - na wierzchu zostanie pyszny smalec (a.k.a. confit), a pod spodem - galareta, jednakowoż taka... jałowa. Pora więc powrócić do kaczki. Zakładam, że w jakimś momencie dokonujemy aktu jej porcjowania, zwłaszcza jeśli o pierś chodzi. Po wycięciu uroczych porcji do nałożenia na talerz, na pewno zostaną rozmaite drobne ścinki, jakieś małe kawałki trzymające się kośćca - wszystko to skrzętnie zbieramy, można do tego jeszcze dorzucić drobno posiekane skóry. Smalec odłożyliśmy już na bok, teraz możemy całą "galaretę" podgrzać, by się rozpuściła (oczywiście jak ktoś zdążył rozporcjować kaczkę przed pierwszym wystudzeniem, to może pominąć etap podgrzewania, ale wtedy może się okazać, że część drobnicy przyczepi się do tłustego), wrzucamy wtedy wszystko co pozbieraliśmy w poprzednim zdaniu, mieszamy, doprawiamy co łaska, schładzamy na powrót... Rrrany, wiecie ile się tym obżarłem w Święta?

Jak komuś to śmierdzi kuchnią kawalerską, to też go kocham.

czwartek, 18 czerwca 2015

Jakoś tak się złożyło, że miałem niedawno do zagospodarowania jakieś dwie kurze nogi (z udami) i mocno seksualny stosunek do kucharzenia, a na dodatek ograniczoną ilość czasu. Odrzuciłem więc z tego powodu klasyczny plan uduszenia tych kurzości po drobnym ich obsmażeniu - ale że trzeba było jednakowoż przetworzyć je termicznie, to przyszło mi na myśl użycie garnka do gotowania na parze (zabrzmiało jakobym posiadał taki specjalistyczny, a dysponuję jedynie wkładką, która całkiem dobrze mieści się w pewnym garze, do którego mam dopasowaną pokrywkę, wszystko chyba przypadkiem się poskładało). 

Wziąłem więc i pozbawiłem kurę nadmiaru tłuszczu zmagazynowanego pod skórą (całkiem spore kawałki poleciały do kosza). Potraktowałem taką czy inną przyprawą, zagotowałem ździebko wody, włożyłem, przykryłem, zostawiłem. Z poczucia obowiązku czasem zaglądałem do środka, coś mi mówiło, że ta woda na dnie garnka jednak czymś przejdzie - może przyprawą, może kurą.

Po jakimś czasie uznałem, że nadeszła pora zakończenia tej zabawy. Wyjąłem wkładkę z kurą, odłożyłem na talerz. Z gara nadal unosił się miły zapach, aczkolwiek nie dostrzegłem tam spodziewanej wariacji na temat lekkiego rosołu, gdyż się jakby wygotował. To co pozostało w garnku, miejscami zaczynało już przywierać do dna, lekko zdrapane połączyło się w całkiem solidny sos. Hm, nigdy nie sądziłem, że od prostego gotowania na parze takie cuda się stworzy, nie omieszkam zapamiętać. I takie dietetyczne chyba! 

19:38, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 kwietnia 2015

W ostatnich dniach zamieniliśmy parę słów z jednym przygodnie poznanym blogerem na temat blogów w ogólności, blogów kuchennych zwłaszcza (on nie jest blogerem kuchennym, tylko blogerem który będzie starał się przegonić w popularności blogerki kuchenne, używam rodzaju żeńskiego gdyż jednak większość blogujących o potrawach to panie). Pozwoliłem sobie przy tej okazji na żarcik, że na "poważnym" blogu kuchniarskim (analogia językowa od "szafiarski") to nie wrzuca się byle jajecznicy, tylko jak już, to jajecznicę z curry i grillowaną cukinią, ze skwarkami z topinambura

Odpalam sobie do porannej kawy Bloksa, i cóż widzę na głównej stronie (muszę się wszak zalogować)? Ano w sekcji "Najnowsze wpisy" pojawia się: Roladki drobiowe z jajecznicą.

No i teraz będzie zagadka (czy nawet sonda) - czy oznacza to:
a/ roladki z drobiu z jeszcze niezniesionymi jajami
b/ roladki nadziewane jajecznicą
c/ jajecznicę z roladkami?

Nagród za prawidłowe odpowiedzi nie przewiduje się.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Poranek. Słońce już wschodzi. Siadasz przy śniadaniu, obok talerza dymiący kubek herbaty (z oczywistych względów w notce pomijani są ci, co na śniadanie jeno powietrze z kawą lub inne symboliczne, choćby tak sympatyczne jak włoska kawa z ciastkiem czy francuski croissant z kawą). 

Względem onej herbaty można przyjąć różne strategie. Jedni zaczynają od względnie szybkiego wysączenia całego kubka, by potem spokojnie zająć się kanapkami. Inni trzymają rytm jak metronomem regulowany, dopasowując ilość łyków do ilości kęsów, tak by ostatnim łykiem spłukać z ust ostatnie okruszki. Jeszcze inni pożerają zaś chleb na sucho (no, może z małym łyczkiem od czasu do czasu), by potem niezmącenie delektować się rozgrzewającym usta, przełyk i żołądek naparem. 

Mógłbym teraz wstawić jakąś sondę pt. którą strategię wybieracie, ale nie chce mi się. Poza tym skończyła mi się herbata.

07:14, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 marca 2015

Wymyśliłem to (nie żeby było to jakieś wielkie odkrycie) przy kaczce. To znaczy: po upieczeniu kaczki, zwykle w naczyniu zostaje sporo sosu, mocno tłustego. Jak się go odpowiednio wystudzi, zostaje smalec (jeżeli za mało się odparowało, to sos powinien się rozdzielić na dwie frakcje - jedną będzie smalec, a drugą całkiem niezła zwykle galaretka). Tenże smalec oczywiście świetnie się nadaje potem także do wszelkiego rodzaju smażenia...

Przy następnej kaczce zadałem sobie pytanie już na etapie przygotowania do pieczenia - a właściwie gdybym tak od razu jakoś wykorzystał te kawałki tłuszczu spod skóry (choćby do wysmarowania naczynia)... Potem to samo rozumowanie przeniosłem też na kury (całkiem tłuste bywają), i właściwie okazało się, że do przyrządzenia mięsa nie muszę sięgać po butelkę z oliwą, bo wystarczy odpowiednio wykorzystać własne (zwierzyny) zasoby tłuszczu.

Wziąłem dziś kawał karczku, rozdzieliłem mięso od tłustego. Wrzuciłem tłuste do gara, postawiłem na malutkim ogniu. Wytopiły się solidne dwie-trzy łyżki tłuszczu (co się nie wytopiło, okazało się nienajgorszą skwarką). Zastygły w sympatyczny smalczyk, który jednakowoż w późniejszym etapie spokojnie roztopiłem z powrotem i obsmażyłem wszystko jak należy, zanim przeszedłem do duszenia. I tak oto ani drobina się nie zmarnowała, a wieprzek okazał się samowystarczalny (i pyszny, dodajmy bez związku z głównym tematem).

21:34, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (5) »
czwartek, 12 marca 2015

Anegdota głosi, że Winston Churchill miał w szkole problem z łacińską deklinacją, a konkretnie z wołaczem. Kiedy nauczyciel próbował mu to wytłumaczyć na przykładzie rzeczownika "stół", że w wołaczu należy się po prostu zwrócić do stołu, jakby się do niego mówiło, Winston odpowiedział, że on nie ma w zwyczaju rozmawiać ze stołami...

To było późne lipcowe popołudnie (teraz już by się bardziej na wieczór kwalifikowało), szliśmy przez Karlin rozglądając się gdzie sobie staniemy na późny obiad. Ta knajpa nie przekonuje, ta nie wywiesza menu, ta nie ma wolnych miejsc na dworze... a trzeba jeszcze powiedzieć, że akurat się nastawiłem na tradycyjną czeską polędwicę wołową w gładkim sosie jarzynowym, czyli svickovą na smetanie. No i w końcu - niektórzy już podirytowani - była knajpa z wolnymi miejscami na dworze, w której svickova była w menu, więc siedliśmy (aczkolwiek w innych okolicznościach przyrody moglibyśmy się skrzywić na knajpę z martwym ptakiem w nazwie, w końcu krowa to nie ptak). 

Więc siedliśmy i zamówiliśmy to i owo ("to" to oczywiście svickova). Poczekaliśmy. Poczekaliśmy jeszcze chwilę. Popatrzyliśmy jak słońce chyli się ku zachodowi. Ten czy ów zaczął głośne rozważania, czy ta krowa na polędwicę już wróciła z pastwiska (że niby można było wrócić na kwaterę, zdążyć na pizzę i jeszcze zostałoby trochę czasu). Ale w końcu przynieśli, wszystko na raz. Spróbowałem.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak mocno obudziło się we mnie wewnętrzne dziecko, musiałem wybierać - tłumiąc kwiczenie z rozkoszy - między pożeraniem jak najszybciej, a delektowaniem się każdą drobiną, gdyż chciałem jednego i drugiego naraz. Już od samego knedla maczanego w sosie można było dostać lekkich zawrotów głowy, a mięso... Dodajmy, że i marynowany hermelin zamówiony do towarzystwa był genialny. Gdybym wiedział, jakie to dobre, na każdy praski obiad kierowałbym się do Restaurace u Mrtvyho ptaka, zwłaszcza że to genialne danie (całkiem słuszną porcję) podawali za jedyne dwie dychy (licząc po dzisiejszym kursie, ale wiele się nie zmienił), specjalnie zachowałem rachunek... 

Nie mam żadnych obiekcji przed mówieniem do svickovej. 

czwartek, 28 sierpnia 2014

Tak, wiem. Tak naprawdę jestem malutkim zazdrosnym blogerkiem, któremu roją się pozycje w rankingach, tysiące odsłon i kokosy z reklam, dlatego czepiam się tych, którzy Pomysłem i Pracą doszli do Zasłużonej Pozycji, zamiast samemu się przyłożyć, pisać ciekawie, zamieszczać zdjęcia Tego, Co Ludzie Lubią.

Zerkam co jakiś czas na rankingi Bloxowe (Top 1000), od dłuższego już czasu fascynuje mnie w nich nadreprezentacja blogów kuchennych czy też kulinarnych. Zajrzałem dziś - blogowi kuchmistrze zajmują już nie tylko pierwsze miejsce czy pierwsze dwa miejsca, ale dziewięć (cyfrowo: 9) pierwszych miejsc, od pierwszego do dziewiątego, zamykający dziesiątkę blog Rafała Steca jawi się ciałem obcym na liście kucharzących (następny blog niekuchenny dopiero na miejscu siedemnastym), nie chce mi się prowadzić szczegółowych wyliczeń w której dziesiątce gotowanie i pieczenie nie zajmuje co najmniej połowy miejsc.

Dlaczego zajmuję się sprawą, która mnie w ogóle nie powinna obchodzić? Bo, mówiąc szczerze, za każdym razem, kiedy zdarzy mi się szukać w sieci jakiegoś przepisu, oczywiście wyrzuca mi dziesiątki wyników z blogów kulinarnych. I kiedy je otwieram, mam nieodparte wrażenie powtarzalności, że te same przepisy toczka w toczkę (lub z kosmetycznymi tylko zmianami) pojawiają się na kolejnych blogach. Kiedy przeglądam czasem te blogi po prostu, często widzę jak autorzy mówią skąd wzięli te przepisy, podają linki do innych blogów czy serwisów, niby jako inspiracja. Dla mnie osobiście jest to przedziwne, wręcz staram się unikać pisania tego, co już gdzieś przeczytałem - a kucharzący sprawiają wrażenie, jakby musieli sami wypróbować wszystkie najciekawsze czy najpopularniejsze przepisy i podzielić się z nich wrażeniami. Ba, niejeden raz miałem wrażenie, jakby kopiowanie następowało najzupełniej mechanicznie (skargi jednego blogera na drugiego o "kradzież przepisów" to też nic niespotykanego), wręcz się zastanawiałem, czy celem niektórych blogów nie jest pozycjonowanie w oparciu o przepisy (bo na pierwszy rzut oka nie widziałem kryptoreklamy).

W gruncie rzeczy - niech sobie pichcą, co chcą. Zastanawiam się tylko, czy znam jakiś blog kuchenny, który chciałbym polecić w Blog Day... okaże się za kilka dni, jeśli nie zapomnę.

21:09, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3