Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: gierki

sobota, 03 grudnia 2016

Ach, to był szał. Po raz pierwszy przyniosłem jak zwykle od Markera, który polecał bardzo, opisując z grubsza. Zainstalowałem, odpaliłem, skrzywiłem się nad jakąś domorosłą przeróbką tekstów do intro, zacząłem grać. Kiedy skumałem o co chodzi, było po mnie. 

Sid Meier's Civilization. Dziś z rozrzewnieniem patrzę na tę pikselową, symboliczną grafikę AD 1991, bo i nie o efekty graficzne chodziło. W Jedynce na pewno udało mi się dojść do końca, wysłać statek kosmiczny na Alfa Centauri, i zdominować świat. Pamiętam, że dla czystej przyjemności robiłem spolszczenie, wymyślając polskie nazwy dla budynków i jednostek - i jak w partyzancki sposób wprowadzałem je do gry; informatycy zapewne będą się w tym miejscu po trzykroć żegnać i spluwać przez lewe ramię - edytowałem plik .exe przy użyciu podglądu DOS-owego, jak plik tekstowy, wyszukując w nim oryginalnych nazw angielskich i zamieniając je na polskie (dlatego duże znaczenie miało wymyślenie nazwy o takiej samej ilości znaków). Działało, choć z czasem zaczęło wariować (i stworzyło mi na dysku rekurencyjną kopię całego dysku).

A potem przyszła Dwójka. Spolszczona, rewolucyjna graficznie w porównaniu, z dużo większą liczbą wszystkiego: ludów, jednostek, budynków, odkryć... Do dziś pamiętam jaką świetną zabawą było desantowanie spadochroniarzy. W odróżnieniu od Jedynki nie kojarzę jednak, żebym dotarł aż do końca, bo ugrzązłem gdzieś w nowożytnych wojnach pancernych (oraz, mam wrażenie, w codziennym życiu), jakiś czas zmarnowałem też w edytorze na próbie opracowania mapy na bazie terytorium Polski. Przyjemność związana z zakładaniem i rozwijaniem miast oraz ich otoczenia była zawsze przednia...

Później kiedyś pojawiła się Trójka, dla odmiany znów tylko w wersji oryginalnej. Przyniosła wiele rewolucyjnych konceptów. Spróbowałem na chwilę, odłożyłem. Wróciłem po wielu latach, ale nigdy nie miałem dość cierpliwości, żeby dojść do końca, bo zawsze kończyły się możliwości spokojnego rozwoju - zawsze ktoś mi się pchał z łapami, pięściami i bronią. Ja zaś preferowałem "mieszczańską" wersję zabawy, z tworzeniem potęgi gospodarczej i terytorialnej, nie zaś militarnej. Wszystkie działania były podporządkowane tej strategii, cokolwiek budowałem, to po to, by się rozwijać. Produkcja, edukacja, kultura - to były priorytety, przy każdym wynalazku i każdym cudzie starannie analizowałem, co z niego będę miał dla rozwoju i zarządzania. 

Czwórki nawet nie widziałem, podobnie jak wielu dodatków i rozszerzeń. Podobnie wydawało się z Piątką... aż któregoś dnia dowiedziałem się że będzie Szóstka. Zacząłem zgłębiać historię poszczególnych wersji, nawet przyglądałem się temu jak Szóstka wygląda, zobaczyłem cenę... pomyślałem, że o nie, po co tyle kasy wydawać, i jeszcze ten głupi Steam. A potem któregoś dnia chodziłem zeźlony po markecie i za parędziesiąt zet Piątka sama wskoczyła do koszyka. I tak zacząłem się bawić...

Wśród wielu nowości w Piątce są niezależne państwa-miasta, jest aspekt religijny oraz możliwość gry Kazimierzem Wielkim. Kiedy doszedłem do etapu, kiedy mój Kazimierz mógł założyć religię, katolicyzm był już zajęty przez Celtów (co ja poradzę, Hiszpanie musieli wziąć buddyzm) i musiałem wybierać w tym co zostało. Rozważyłem głęboko dostępne możliwości pod względem historycznym i wybrałem. Religia się ładnie rozwinęła i teraz sam nie wiem co mnie bardziej bawi:
a/ Warszawa jako święte miasto judaizmu
b/ Watykan nawrócony na judaizm
c/ Jerozolima prosząca o przysłanie judaistycznych misjonarzy?

W Szóstkę pewnie prędko nie zagram. Przynajmniej sądząc po tym jak chodzi Piątka - dopóki nie wymienię komputera. 

16:38, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 lutego 2015

W zasadzie od wejścia na ekrany ostatniej części Hobbita minęło już tyle czasu, że zdążyła ona (chyba) te ekrany opuścić. Kto widział, ten do przodu, kto nie widział... niech nie czyta alibo cokolwiek. Ja w każdym razie od czasu pierwszej notki widziałem jeszcze raz. 

Za drugim razem pamiętałem wszystkie swoje krytyczne spostrzeżenia i obiecałem sobie, że będę patrzył jako dziecko, chłonąc obraz i nie nastawiając się negatywnie. I wiecie co? Odczucia miałem dokładnie takie same, byłem zauroczony i ziewałem w mniej więcej tych samych momentach. I - co dla tej notki najważniejsze - potwierdziłem swoje wrażenie, co jest największą wadą tej nowej trylogii.

Otóż zasadniczym jej problemem jest, że została rozpisana i zrealizowana w sposób maksymalnie podobny do gry komputerowej. Wiele scen, które powodują mniejsze lub większe wzruszenie ramion, sprawia wrażenie gotowych questów do przejścia. W pierwszej części była to choćby ucieczka Radagasta i jego zaprzęgu przed wargami oraz gonitwa z goblinami po kolejnych mostach i schodach. W drugiej - zarówno bitwa hobbitów ze Smaugiem, jak i gonitwy elfów (czytaj: Legolasa) z orkami, oraz cała zupełnie niepotrzebna wyprawa czarodziejów do grobu Czarnoksiężnika z Angmaru. W trzeciej do cyrkowych zadań Legolasa (nietoperz, troll, bieg po spadających kamieniach...) dochodzą też popisy Barda (zwłaszcza ten z wózkiem) i Daina, oraz oczywiście wielkie Walki z Bossami - najpierw Bolgiem, a potem Azogiem (podnieście rękę, kto w uskokach przed tą kulą na łańcuchu...). Bolało tym bardziej, że poza tymi fragmentami cała Bitwa Pięciu Armii była właściwie bijatyką bez właściwości, niezrównani wojownicy to kładli wokół siebie pokotem, to padali jak muchy pod ciosami pospolitego ruszenia.

Dlatego też, prawdę mówiąc, chociaż filmy o Hobbicie fajne są (choć ten trzeci nie tak fajny jak zwłaszcza poprzedni) to wolę się jednak zastanawiać, jakby to było, gdyby z tego samego materiału przyciąć film bliższy jednak fabułą oryginałowi - zaczynając od wyrzucenia Azoga i Legolasa oraz (niestety) Tauriel i Radagasta. 

I tak, pamiętam że była już dawno temu gra na podstawie Hobbita...

sobota, 17 stycznia 2015

Za Chiny Ludowe nie przypomnę sobie teraz, jak na tę grę trafiłem. Jednego dnia pojawiła się, a potem już grała w nią cała firma.* Graliśmy, aż dograliśmy do końca.. a potem dowiedzieliśmy się o istnieniu dalszej części, która w odróżnieniu od darmowej pierwszej, była dostępna płatnie w Stanach (już nie pamiętam, czy żeby ściągnąć, czy żeby odblokować). I... zrobiliśmy ściepę na tych kilka dolarów, plus koszty przelewu, żeby rozkoszować się kolejnymi zadaniami (w roku 2002!).

Gra jest w założeniu do bólu prosta: mamy na planszy promień światła (lub kilka promieni) i cele w określonych kolorach. Wszystko co trzeba zrobić, to trafić właściwym promieniem we właściwy cel (ale nie w inny). 

 chromatron przykład example

Żeby to osiągnąć, używa się na początek nieskomplikowanych lusterek, które można ustawiać pod różnymi kątami.

chromatron example solution rozwiązanie przykładu

Na kolejnych poziomach otrzymujemy nowe zabawki: splittery rozszczepiające promień, szczeliny przepuszczające światło tylko w określonym kierunku, pryzmaty, filtry przepuszczające określony kolor...
chromatron pryzmat prism

...teleporty, pola wymagające ominięcia, oparte na efekcie Dopplera przyrządy zmieniające kolor promienia oraz creme de la creme - przyrząd rozszczepiający promień w sposób powodujące kwantowe splątanie obu powstałych promieni, wiecie jakie fascynujące efekty daje zabawa zmieniającymi się symetrycznie promieniami, na dodatek w interakcji z jeszcze innymi zabawkami?

chromatron quantum tangler splątacz kwantowy

Jednym słowem: fizyka, logika, geometria - plus złośliwy projektant zadań. I można spędzać godziny na zastanawianiu się, jak poukładać te klocki, a potem podziwiać promienie i świecące gwiazdki.

chromatron solved level rozwiązane zadanie

A w następnych częściach zabawek było jeszcze więcej, kto chce niech czyta, ściąga i gra.

*pomijając prawa licentia poetica, nie był to znowu jakieś wielki zespół

Tagi: gierki
11:17, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 grudnia 2013

W Sapera* można przegrać na różne sposoby.

Na samobójcę, czyli klikając w ciemno raz za razem, bez zastanowienia, licząc na to, że za każdym razem się trafi w wolne pole (tak na samym początku grywał Junior). Odpowiada to w prawdziwym życiu strategii szybkiego przebiegnięcia przez pole minowe, bo a nuż się nie trafi, albo wybuchnie o ułamek sekundy za późno...

Na nieostrożnego, czyli kiedy ręka szybka ześliźnie się z właściwej kratki, albo kiedy przypadkiem palec drgnie nie w tym momencie co trzeba, albo zsunie się na niewłaściwy przycisk myszki. W prawdziwym życiu to jak saper się zachwieje, podeprze w niewłaściwym miejscu, albo jak mu saperka z ręki lub zza pasa wypadnie. 

Na zmęczonego, czyli kiedy rozum nie dojrzy wszystkich zawiłości układu, lub komunikacja z oczami go zawiedzie, a potem mówi sobie w duchu "jak ja mogłem tego nie zauważyć". Prawdziwy zmęczony saper po całonocnej pracy.. cóż, w takich sytuacjach znakomicie sprawdza się porzekadło "saper myli się tylko raz", prawdziwy nie pozwala się poddać zmęczeniu.

Na pechowca, czyli kiedy trzeba dokonać wyboru w ciemno, albo na początku gry, albo kiedy analiza rozumowa mówi "albo lewo, albo prawo, możesz rzucić monetą". Dla prawdziwego sapera to dylemat "przeciąć zielony kabelek czy czerwony kabelek, bo do detonacji zostało dziesięć sekund,  i uciec i tak nie zdążę".

*tak, wiem, zakrawa na nałóg
*mam wciąż niedobór nastroju do pisania kreatywnego, konstruktywnego etc 

09:26, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
piątek, 11 października 2013

Jakiś czas temu opowiadałem, jak to wróciłem to jednej z najstarszych gier windowsowych, czyli Sapera. Używam nadal, wciąż z tą samą motywacją (czyli trening umysłu plus prokrastynacja), ale ostatnio wprowadziłem do rozgrywki odmianę - gram mianowicie jednym palcem (znajomi z fejsa już wiedzą o co chodzi), a właściwie jednym przyciskiem.

Zasadniczo w Saperze lewym przyciskiem myszy odsłania się poszczególne miejsca, a prawym zaznacza się pola, na których rozpoznano obecność miny (taką chorągiewkę się stawia). Z lewego przycisku zasadniczo zrezygnować się nie da, natomiast z prawego... Gram, notując jedynie w pamięci miejsca w których były miny, czasem przypominając sobie od początku. Dodatkowym utrudnieniem jest wtedy, że też samemu trzeba zliczać, ile tych min już zostało zidentyfikowanych - niejeden raz od tego zależy trudna końcówka w grze, bo inny będzie rozkład jeżeli na określonej przestrzeni muszą się zmieścić trzy miny, a inny jeśli tylko dwie (czasem, oczywiście, nie pomaga nic poza rzutem monetą). 

Wbrew pozorom przy odrobinie treningu wcale gra nie musi trwać wiele dłużej, choć wyobraźnię należy wysilić bardziej. Ale za to ten końcowy efekt kwitnącej łąki (przynajmniej moja wersja Sapera pokazuje kwiatek w miejscu każdej nieodsłoniętej miny) jest nie do pogardzenia.

saper wącha kwiatki na łące Windows

Tagi: fotka gierki
15:05, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 17 czerwca 2013

Przeczytałem jakiś czas temu, że regularne rozwiązywanie zagadek umysłowych pomaga utrzymywać mózg w dobrej formie. Nie chce mi się kupować zeszytów z krzyżówkami (bo są albo zbyt banalne, wręcz prostackie albo zbyt udziwnione "dla koneserów") ani z sudoku (bo zupełnie nie mam pojęcia, na jakim będą poziomie), a poza tym rozwiązywanie pojedynczego zadania zajmuje tam więcej czasu (raz w tygodniu mam sudoku w gazecie z programem TV, to wiem), więc znalazłem sobie krótką formę - powróciłem to poczciwego, starego.. Sapera (na średnim poziomie jakieś 3-4 minuty).

Rozrywka to stara jak świat (przynajmniej ten wirtualny), rzekłbym, że widziałem go już w Windows 3.11, którego używałem co najmniej od roku 1992, trudno znaleźć pewnie komputer, w którym go nie ma (no dobra, wszystkie te, w których informatycy korporacyjni usunęli wszelkie narzędzia rozrywki, czytaj prokrastynacji), pamiętam, że bohater książki Haddona grywał w niego dla uspokojenia. Oczywiście zawiera element czystej losowości (nigdy nie wiesz, czy zaczynając układ trafisz od razu na minę, na miejsce w środku pola czy na czystą przestrzeń, która pozwala na rozejrzenie się w sytuacji, w końcu poziom trudności to nie tylko wielkość pola, ale też rosnące prawdopodobieństwo trafienia na minę), ale kiedy zaczynamy coś widzieć, gra staje się prostą analizą logiczną. W trudniejszych miejscach trzeba się nieraz pozastanawiać, jak może (musi) wyglądać układ min, czasem trzeba doprowadzić do tego, żeby rozwiązać całą resztę układu i ustalić, ile dokładnie min kryje się w na analizowanej przestrzeni. Niestety, czasem matematyka doprowadza nas do konkluzji, że istnieje więcej niż jedno rozwiązanie problemu, i wtedy zostaje hazard - wybrać pole po lewej czy po prawej, przeciąć niebieski kabelek czy zielony...

Zasadniczą inspiracją do notki był jednak układ, jaki natrafiłem względnie niedawno. Oczywiście, zdecydowana większość wyskakujących nam cyferek z ilością sąsiadujących min to 1, 2 lub 3, czwórka i piątka to już poważna sprawa, szóstka to rzadkość. Tym większym rarytasem było zobaczenie na planszy cyfry SIEDEM.

Saper Windows Minesweeper siedem min seven mines

Osiem.. teoretycznie jest możliwe, ale rozwiązywalne tylko metodą "zostało mi tylko jedno miejsce i żadnej miny".

Tagi: gierki
07:46, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (3) »
wtorek, 01 czerwca 2010

W finale NBA w tym roku nie zobaczymy Marcina Gortata (narodowy szloch), za to będzie powtórka sprzed dwóch lat. I ze złotych lat 80-tych, kiedy emocje rozpalała walka Boston Celtics pod wodzą Larry'ego Birda z Los Angeles Lakers z Magicem Johnsonem i resztą specjalistów od showtime (rywalizację tych drużyn w latach 60-tych pamiętają już tylko nieliczni, ja to znam tylko z.. opowiadań powiedzmy).

Na własne oczy, choćby i na ekranie TV, też tej rywalizacji nie oglądaliśmy. Ale za to parę lat później mieliśmy swobodny dostęp do fantastycznej (jak na swoje czasy, a jeśli idzie o grywalność, to i dzisiaj, jeśli komputer wytrzyma taki archaiczny software) gry "Lakers vs Celtics". Zabawy składem, indywidualne zagrania (Isiah Thomas zawsze pod koszem robił arcyelegancki rzut o tablicę), widoczny efekt utraty sił w miarę upływu czasu.. Mnie zawsze bawiło wystawianie drużyny skompletowanej wg klucza rasowego - o ile pamiętam, to m.in. w Celtics i Suns dawało się wystawić białą piątkę, i nawet jakoś grającą. A to wszystko w okrutnie pikselowej grafice z lat 80-tych, zresztą zobaczcie sami.

Nie wiem, kto wygra tegoroczny finał, i właściwie to nawet mnie to nie rusza. Ale zawsze mogę spróbować zagrać, może Win98 uciągnie. Gierka mieści się na jednej dyskietce (dla młodziaków: na jednej dyskietce, nie na jednym pendrajwie).