Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: sąd

środa, 13 września 2017

Śledzę sobie dyskusję o reformie sądów, zarówno tę ze strony fundacyjno-rządowej i prezydenckiej, jak i ze strony obywatelsko-sędziowskiej. Pojawiają się rozmaite postulaty, mniej i bardziej merytoryczne, lepiej i gorzej dopracowane...

W dość zgodny sposób przedstawiany jest postulat ogólnego odciążenia sądów. Przede wszystkim pojawia się zmniejszenia ilości spraw (pytanie kto miałby się zajmować określonymi kategoriami spraw i w jakim trybie pozostawiamy na inną okazję), sędziowie dokładają do tego zmniejszenie ilości czynności, jakimi musi zajmować się sędzia (a mógłby w zasadzie ktokolwiek). Tu najczęściej pojawia się postulat "i żeby uzasadnień nie trzeba było tyle pisać"...

I tu pojawia się problem innego rodzaju, zza stołu sędziowskiego może trudno dostrzegalny. Dla przeciętnego człowieka zaskakująca jest zwykle utrwalona od lat procedura komunikowania wyroku, sprowadzająca się do jego odczytania na sali sądowej (po odczytaniu sędziowie z napięciem czekają, czy ktoś złoży wniosek o uzasadnienie, ostatnio Sąd Najwyższy wykluczył możliwość złożenia takiego wniosku przed ogłoszeniem wyroku). Regularnie słyszę pytanie, czy sąd wyrok doręczy? (jedynie zaoczny) Dodajmy do tego, że ustalenie treści wyroku przez osobę nieobecną na ogłoszeniu wcale nie jest łatwe, w biurze obsługi interesanta najczęściej nie da się ustalić szczegółów. Dlatego co do zasady jestem zwolennikiem, aby ogłoszone orzeczenia stronom doręczać, najlepiej razem z uzasadnieniem (oczywiście, dostrzegam potencjalną pułapkę proceduralną związaną z przeciąganiem i utrudnianiem odbioru korespondencji, ale ona istnieje niezależnie), powiem więcej: nie widzę przeszkód, aby sąd odraczał publikację wyroku po to, aby ogłosić go wraz z uzasadnieniem. Wydaje mi się, że pewnego rodzaju standardem jest sporządzaniem wyroku wraz z uzasadnieniem, tak aby strona wiedziała co się stało i dlaczego... Oczywiście, sędziowie w tym miejscu zapewne zaproszą mnie, żebym sam pisał uzasadnienia dla wydawanych przez siebie wyroków (przy hipotetycznym założeniu, że kiedykolwiek zostanę sędzią), których wydają po sto i więcej rocznie, aczkolwiek przypuszczam, że gdyby z jednej strony wiedzieli, że uzasadnienia będą do popełnienia we wszystkich sprawach, a z drugiej gdyby pojawiły się nowe standardy pisania tych uzasadnień... Oczywiście nie widzę przeszkód, żeby strony składały w toku postępowania oświadczenia o rezygnacji z uzasadnienia, kiedy jest ono nieszczególnie potrzebne, ale to już drobiazg.

Czy ktoś pójdzie w tę stronę ze zmianami? Zobaczymy. W imię zbliżania się do obywatela byłoby to właściwe.

Tagi: sąd
14:24, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 15 maja 2017

Och, ileż jest dyskusji na temat tego, co zrobić w sądach, żeby sprawy trwały krócej. Jedni dyskutują teoretycznie, inni ślepo wierzą w technologię, jeszcze inni próbują za wszelką cenę zmniejszyć ilość spraw którymi się sąd musi zajmować... Jednocześnie w toku mniej lub bardziej luźnych dyskusji, prawnicy-praktycy komentują rzeczywiste (niekoniecznie widoczne dla postronnych) absurdy w procedurze, zwłaszcza takie, które pomagają sprawę wydłużyć (każdy praktyk je zna, bo albo się na nie wścieka, albo... z nich korzysta)

I z takich to poważnych wypowiedzi, luźnych dyskusji i własnych refleksji zrodził mi się ten (kolejny) racjonalizatorski pomysł. Zacznę może od pewnej dla niego inspiracji. Parę lat temu (jeszcze ten blog to pamięta...) był w kodeksie rozdzialik zatytułowany "postępowanie w sprawach gospodarczych". W tym postępowaniu odrębnym charakterystyczny był wymóg formalny, aby przed wytoczeniem pozwu skierować do strony przeciwnej jakieś wezwanie czy reklamację, oraz korespondencję świadczącą o próbie polubownego załatwienia sprawy (przepis art. 479[12] par. 2 kpc). Ten wymóg w jego drugiej części jest aktualnie obecny w dość karykaturalnej formie obowiązku oświadczenia, czy strony podejmowały próbę mediacji i dlaczego nie. W pierwszej zaś części...

Właśnie. Dzisiejszy proces zaczyna się od mozolnego udowadniania strona nie jest wielbłądem, po czym strony odkrywają kolejne zasoby argumentów i wnoszą o uznanie, że powołanie kolejnych dowodów i twierdzeń jest usprawiedliwione rozwojem sprawy, zaś akta spraw puchną... Do tego dokłada się ogólna niepewność, co właściwie za chwilę zostanie zakwestionowane i dlaczego. 

Stąd mój pomysł: przywróćmy obligatoryjną korespondencję przedprocesową (można na początek pilotażowo wyłącznie w jakiejś kategorii spraw, potem się zobaczy). Najpierw więc powód (in spe) winien skierować wezwanie, w którym określi, jakiego rodzaju żądanie będzie kierować do sądu. Pozwany zaś (również in spe) powinien po otrzymaniu wezwania odpowiedzieć, czy i w jakim zakresie to żądanie kwestionuje. Jeżeli nie zakwestionuje (także milcząco), to powód będzie zwolniony z wykazywania faktów uzasadniających roszczenie i może śmiało iść po nakaz (wiadomo, że większość spraw jest o zapłatę) - a dla pozwanego oprotestowanie takiego nakazu byłoby uzależnione od uzasadnienia, dlaczego nie protestował na wezwanie. Jeżeli zaś pozwany w odpowiedzi na wezwanie zakwestionuje roszczenie, to powinna nastąpić dalsza wymiana przedprocesowej korespondencji - w której strony precyzują, jakie fakty, oceny i interpretacje prawa są między nimi sporne.

Sąd zaś otrzymując pozew - wraz z korespondencją przedprocesową - powinien od razu widzieć, co jest przedmiotem sporu, a co nie. Do tego sędzia powinien w razie wątpliwości wziąć strony za przysłowiowe fraki i ustalić na pierwszym posiedzeniu, czy i o co zamierzają się kłócić. W efekcie zbędne będzie zasypywanie sądu zbędnymi wnioskami dowodowymi, a sędziom o ileż prościej będzie pisać uzasadnienia...

Oczywiście, w wielu sprawach ten model się nie nada, czy to z racji na charakter roszczenia, czy z uwagi na terminy do wytoczenia powództwa (które nie pozwolą na długotrwałą korespondencję). Ale wiele mniejszych i zwłaszcza większych sporów można byłoby skrócić w zarodku.

Tagi: sąd
20:08, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (6) »
sobota, 18 marca 2017

Janusz Niemcewicz, adwokat, członek Naczelnej Rady Adwokackiej.
Stanisław Rymar, adwokat, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej.
Jerzy Stępień, radca prawny. 
Ferdynand Rymarz, radca prawny, adwokat, członek Naczelnej Rady Adwokackiej, prokurator, zastępca Prokuratora Generalnego.
Antoni Filcek, sędzia, prezes Izby Cywilnej i Administracyjnej Sądu Najwyższego. 

Co łączy te osoby? Wszystkie zostały członkami Trybunału Konstytucyjnego posiadając jedynie tytuły zawodowe magistra prawa. Stępień był przez pewien czas prezesem Trybunału, a Niemcewicz - wiceprezesem. Dodajmy, że nie wymieniałem wszystkich magistrów w składzie Trybunału, lista jest dłuższa (w obecnym składzie choćby adw. Pszczółkowski). Posiadanie tytułu naukowego profesora czy choćby stopnia naukowego (doktora lub doktora habilitowanego) nie jest bowiem w żaden sposób warunkiem "wyróżniania się wiedzą prawniczą", czego Konstytucja wymaga od kandydatów na sędziów Trybunału. 

Pamiętajmy o tym wymawiając słowa "magister Przyłębska", zwłaszcza z pogardliwym akcentem na słowo "magister".

Tagi: sąd
10:11, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (13) »
sobota, 31 grudnia 2016

Mignęła mi niedawno informacja, na twitterze może, że niektórzy dziennikarze Telewizji Polskiej podobno nie zgadzają się wewnętrznie z tym, co mówią na antenie (jest faktem, że ostatnio ogłoszono parę dobrowolnych odejść z TVP). Kto chce, niech ciska gromy na ich dwulicowość czy hipokryzję, mnie natomiast nasunęła się myśl następująca.

Każdy, kto zagłębia się w jakieś środowisko, zaczyna - mniej lub bardziej świadomie - dostosowywać się do używanego tam narzecza. O żargonie wojskowym czy korpospiku powiedziano już tyle - zwłaszcza na wesoło - że nic nowego sam nie wymyślę, a jednak nieustająco kolejne pokolenia w wojsku czy korporacjach nasiąkają tamtejszym słownictwem i/lub składnią. Na swoim poletku widzę to samo, jak odruchowo prawnicy używają pojęć wziętych zaczerpniętych prosto z tomisk - a potem kolega Jaras pracowicie próbuje odczarować język i napisać proste pouczenie zrozumiałe dla prostego człowieka (które zarazem spełniałoby wymogi postawione przez Mądrego Ustawodawcę). A potem wszyscy wracamy do domów i mówimy normalnie (mam nadzieję)...

Osobną kwestią jest dostosowanie języka do wymogów politycznych. W każdym ustroju totalitarnym język w mediach był zestandaryzowany, używany bez względu na to co faktycznie myśleli jego użytkownicy. Przypominają się seanse nienawiści Orwella, podczas których Julia tak gorliwie okazywała nienawiść...

Wszystkim czytelnikom życzę, żeby w roku 2017 mogli używać języka zgodnie z tym, co myślą. I wszystkiego dobrego też.

17:45, bartoszcze , Język
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 grudnia 2016

Dziś będzie nietypowo, bo będzie przypowieść.

Był raz sobie pewien prawnik, który otrzymał do napisania prosty pozew o zapłatę kwoty 1450 zł w postępowaniu upominawczym (czyli takim, gdzie sąd wydaje nakaz zapłaty w oparciu o przedstawione dokumenty, a dłużnik może się od takiego nakazu odwołać bez zbędnych ceregieli - w takiej procedurze prowadzonych jest 90% spraw sądowych o zapłatę, bo przeważnie są one wynikiem tego, że ktoś nie zapłacił, a nie tego, że uważa żądanie za nieuzasadnione).

Sprawa w gruncie rzeczy banalna, można ją było wrzucić do kolejki "zrobić jako jedną z wielu rzeczy przy nadarzającej się okazji", bo i merytorycznych powodów do priorytetowego jej traktowania nie było. Prawnik postanowił być jednak bardzo pracowity. Wziął i mozolnie policzył należne dotąd odsetki w kwocie 81 złotych. Kosztem wolnej chwili wypełnił pozew, podrukował, popodpisywał, poskładał w całość i nawet osobiście podwiózł do sądu o poranku. Poszło...

Sekret przypływu pracowitości szybko się ujawnił. W wydanym nakazie zapłaty sąd przyznał prawnikowi 900 zł wynagrodzenia. Prawnik wiedział, że w sprawach o kwotę do 1500 zł wynagrodzenie wyniosłoby 270 zł, ale prosty trick z doliczeniem konkretnej kwoty odsetek (1450+81=1531) powodował przeskoczenie sprawy do innego rzędu w tabelce. Prawnik wiedział też, że gdyby złożył ten pozew dzień później, to sąd przyznawałby już koszty według zmienionych przepisów, czyli według stawek niższych o jedną trzecią... 

Podsumowując: dzięki małemu przypływowi pracowitości sąd przyznał prawnikowi 900 zł, a gdyby pozew został złożony dzień później i bez doliczenia odsetek - przyznałby mu kwotę 180 zł. Oczywiście klient nie zapłacił prawnikowi z góry (ani z dołu) ani 900, ani 270, ani 180 zł (tylko jakąś tam ryczałtową kwotę za obsługę wszystkich spraw), prawnik pieniądze otrzymał kiedy ściągnął należność z dłużnika razem z przyznanymi przez sąd kosztami.

To są te drobiazgi, o których prawnicy niechętnie mówią, kiedy mowa o wynagrodzeniach, umowach i rynku.

20:37, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 października 2016

Internet (przynajmniej jakaś jego część, z którą się stykam) żyje dziś wyrokiem wydanym na poetę Kapelę Jana Huberta, znanego bardziej jako Jasia Kapelę. Tenże gdzieś w zeszłym roku przy okazji awantur o uchodźców dokonał przeróbki tekstu Mazurka Dąbrowskiego i z tym zmienionym tekstem Mazurka odśpiewał, umieszczając nagranie na Youtube (sam nie widziałem, kto chce niech wygugla). No i oczywiście mamy natychmiast standardowy zestaw wypowiedzi o cenzurze, dobrej zmianie etc...

Ponieważ Kapela zamieścił w sieci skan swojego wyroku, mamy możliwość jego prześledzenia i dopowiedzenia paru rzeczy umykających szerokiej publiczności. Na potrzeby notki zamażemy część danych rodzinnych (zadziwiające, że zamazał sygnaturę akt, ale nie datę urodzenia i imiona rodziców...)

Jaś Kapela wyrok za hymn

W pierwszej kolejności zwraca uwagę fakt, że jest to wyrok nakazowy, czyli wydany bez udziału stron. Wydanie takiego wyroku jest dopuszczalne, jeśli sąd nie widzi potrzeby ukarania aresztem, a okoliczności czynu i wina obwinionego nie budzą wątpliwości (art. 93 par.1 i 2 kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia - kpw). Kapela wyznał gdzieś, że był wcześniej przesłuchiwany przez policję, nie wiemy co dokładnie zeznał, mógł się do winy przyznać, sam fakt dokonania nagrania i jego upublicznienia nie budzi wszak wątpliwości (przy czym sąd orzeka w oparciu o dokumenty dołączone do wniosku o ukaranie). Szczegółów wniosku o ukaranie też nie znamy... Można też chyba śmiało wykluczyć ewentualność, aby Kapela był ślepy, głuchy lub niemy bądź aby zachodziła uzasadniona wątpliwość co do jego poczytalności, co wykluczałoby w świetle art. 93 par. 4 w związku z art.21 par.1 kpw możliwość zastosowania trybu nakazowego. Sam więc wyrok wydaje się formalnie prawidłowy, a ukarany Kapela może od niego wnieść sprzeciw, co spowoduje - w razie dochowania terminu - utratę mocy wyroku* (art. 506 kpk w związku z art. 94 kpw).

Wyrok uznaliśmy za prawidłowy formalnie, a co z poprawnością merytoryczną? Abstrahując od kwestii ewentualnych wyłączeń odpowiedzialności, jedna rzecz w wyroku dziwi. Czyn opisano w wyroku (zapewne za wnioskiem o ukaranie) jako "demonstracyjne okazanie lekceważenia Narodowi Polskiemu, Rzeczypospolitej Polskiej poprzez umieszczenie na Youtube filmu dot. hymnu narodowego". Opis ten jednoznacznie nawiązuje do dyspozycji przepisu art. 49 par.1 kodeksu wykroczeń: "Kto w miejscu publicznym demonstracyjnie okazuje lekceważenie Narodowi Polskiemu, Rzeczypospolitej Polskiej lub jej konstytucyjnym organom..." I tak, uważny czytelnik już widzi: a dlaczego w wyroku podana jest (dwukrotnie) inna kwalifikacja prawna? Paragraf 2 w art. 49 kw stanowi bowiem, że "tej samej karze [co w przypadku wykroczenia opisanego w par.1] podlega, kto narusza przepisy o godle, barwach i hymnie RP", czyli przepisy ustawy z 1980 roku (ze zmianami) o godle, barwach i hymnie RP oraz o pieczęciach państwowych przewidującej otaczanie hymnu czcią i szacunkiem oraz szczególną ochroną prawa. Rodzi się pytanie: czy sąd nie zwrócił uwagi na tę rozbieżność? Jeśli by ją dostrzegł, powinien skierować sprawę na rozprawę...

Jeśli Kapela wniesie sprzeciw (nie jest to wielka filozofia, niewątpliwie dostał wraz z wyrokiem obszerne pouczenie, byle termin zachował), sąd być może pochyli się wreszcie nad szczegółami sprawy, może film obejrzy, może przez chwilę potoczy się jakaś dyskusja wokół tego co Kapela dokładnie zrobił i jak to prawnie zakwalifikować. Nie zdziwię się jeśli sprawa skończy się umorzeniem z powodu przedawnienia...

*tu mi się przypomina jedno zagadnienie które mnie zadziwia od czasu studiów, ale nie czas na to nie miejsce

czwartek, 11 lutego 2016

Historia krótka, bo i po co się rozwodzić.

Pamiętam (i przyjmujemy moją pamięć za dobrą monetę, bo nie będę szukać cytatów), że wtedy, kiedy inPost (pardon: PGP) wlazł w dostarczanie przesyłek sądowych, to buńczucznie się chwalił niskim odsetkiem zasadnych reklamacji. 

Mam przed oczami odpowiedź inPostu na reklamację złożoną w sytuacji, kiedy inpostonosz nie zostawił pierwszego ani drugiego awiza i wpisał na kopertę daty fikcyjnych awizowań - przez co w efekcie przesyłka sądowa wróciła do sądu jako "niepodjęta w terminie". W odpowiedzi czytamy:

po przeprowadzeniu szczegółowego postępowania wyjaśniającego ustalono co następuje
[tu przytoczenie przepisów ustawy]
ponieważ w zgłoszeniu występuje Pani jako adresatem korespondencji, wobec tego nie jest Pani uprawniona do roszczeń reklamacyjnych

I sprawa załatwiona, problemu niedoręczonej przesyłki nie ma.

Sprawa mnie dotyczyła o tyle, że myślałem, że już mam sprawę zakończoną, a tu się okazało, że jednak nie (sąd przywrócił drugiej stronie termin).

Chyba tylko do końca miesiąca jeszcze inpostonoszą.

09:32, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (5) »
sobota, 09 stycznia 2016

W Formule 1, jak pewnie w każdym sporcie, funkcjonuje system kar za rozmaite przewinienia przeciwko przepisom. Katalog kar jest dość urozmaicony - oprócz karnych sekund w trakcie wyścigu czy też obowiązku zjechania do boksów, są też kary przesunięcia na polach startowych, kary finansowe, możliwość skasowania niektórych wyników, dyskwalifikacji, zawieszenia oraz co jeszcze przyjdzie do głowy i zostanie uznane za właściwe (to ostatnie w oparciu o ogólny kodeks sportowy federacji). Do tego od dwóch sezonów funkcjonuje system przyznawania punktów karnych (podobny do znanego zwykłym kierowcom) - za przewinienie można dostać do trzech punktów, uzbieranie dwunastu w ciągu dwunastu miesięcy powoduje zawieszenie na jeden wyścig (nie trzeba ponownie zdawać egzaminu na prawo jazdy). 

W minionym sezonie w pewnej chwili z czystej ciekawości zacząłem podliczanie kierowcom różnych nakładanych na nich kar. Pominąłem przy tym kary nakładane za przekroczenie limitów wykorzystania skrzyni biegów (powinna wytrzymać sześć weekendów wyścigowych) oraz silników (cztery na sezon, temat rzeka, ilość dowcipów dotyczących kar za silniki w mclarenach już przekroczyła masę krytyczną), jako dotyczące sfery czysto technicznej. Pominąłem również kary za przekroczenie prędkości w boksach podczas treningów i kwalifikacji, gdyż są to kary czysto pieniężne, nie wpływające na przebieg wyścigów (natomiast rozmaite inne przewinienia w treningach czy kwalifikacjach kończyły się zarówno punktami karnymi, jak i karami pogarszającymi pozycję w wyścigu). 

Z takimi zastrzeżeniami, doliczyłem się w sezonie 2015 nałożenia na zawodników 40 kar. Asortyment przewinień był spory, aż 15 różnych rodzajów - dominowało "spowodowanie kolizji" (aż 12), oprócz tego po cztery razy karano za wyjazd poza tor w sposób dający przewagę oraz za przekroczenie prędkości w boksach. Z ciekawszych przypadków wymieniłbym także ukaranie za zajęcie niewłaściwego miejsca na polach startowych (takie proste, wydawałoby się, a dwa razy się zdarzyło...) oraz za zbyt wolną jazdę na rozgrzewce (nie widziałem sytuacji, więc nie będę próbował opisywać).

Napisałem już za co karano, pora napisać - kogo. Otóż spośród 21 kierowców, jacy wystąpili w wyścigach, ukarano aż siedemnastu (jak ktoś chce, może zgadywać skład czwórki "niewinnych"), z czego piętnastu zarobiło punkty karne. Rekordzistą jest uznany za objawienie sezonu "nieletni" Max Verstappen, który został ukarany aż sześciokrotnie, przy czym za każdym razem za coś innego (w tym za dość idiotyczne zachowania jak zatrzymanie niesprawnego bolidu na linii szybkiej jazdy oraz za ignorowanie niebieskich flag nakazujących przepuszczenie dublującego zawodnika), a na dodatek zgromadził za to osiem punktów karnych (czy to ma jakiś związek z faktem, że "cywilne" prawo jazdy zrobił dopiero podczas sezonu? chyba nie, bo będący w podobnej sytuacji Daniił Kwiat został ukarany tylko raz). Niemal rzutem na taśmę przebił w ten sposób wyniki "legendy" wyścigowego pitawalu Pastora Maldonado, który również zaliczył sześć kar, ale "tylko" za sześć punktów karnych; "Crashtor" w minionym sezonie dwukrotnie został ukarany za spowodowanie kolizji, ale - niejako wbrew swojej reputacji - nie spowodował tym wycofania żadnego rywala z wyścigu, za to kilkakrotnie był zmuszony zakończyć wyścig w wyniku ekscesów rywali, obaj mistrzowie świata z McLarena powiększyli przez to swoje konta punktowe (o punkty karne było im łatwiej niż o te mistrzowskie). 

O tym, że przewinienie przewinieniu nierówne, nie będę się rozpisywał, ale rozmiary kary zależały zarówno od okoliczności zdarzenia (kary za spowodowanie kolizji wahały się od 5 sekund i 0 punktów dla Alonso za popchnięcie Hulkenberga w Monako, aż do kary postoju w boksach i 3 punktów dla Raikkonena za zdemolowanie Bottasa na ostatnim okrążeniu w Soczi) oraz surowości składu orzekającego (z trzech kar za przekroczenie prędkości za samochodem bezpieczeństwa każda była inna). Na uwagę zasługuje fakt, że z tych 40 kar aż dziewięć nałożyli sędziowie na Hungaroringu, natomiast w czterech wyścigach skład sędziowski postanowił się w ogóle nie fatygować karaniem. Można powiedzieć: jak w sądzie. Można powiedzieć: jak w życiu...

20:27, bartoszcze , F1
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 grudnia 2015

Serial o Trybunale Konstytucyjny jest na swój sposób emocjonujący, aczkolwiek trudno mu przypisać jakość, niestety - niestety, gdyż mówimy o procesie legislacyjnym dotyczącym funkcjonowania jednej z najważniejszych instytucji państwa. 

W obecnie procedowanym projekcie wrzucono - wśród wielu innych zmian, które mogą mieć podteksty, acz nie muszą - zmianę polegającą na uchyleniu przepisu wskazującego Warszawę jako miejscowość, w której znajduje się siedziba Trybunału. W uzasadnieniu miga nawet sensowna (i zaskakująca jak na partię rządzącą) myśl, że rozproszenie niektórych instytucji państwowych po kraju miałoby pozytywny skutek w postaci równomiernego rozwoju (aczkolwiek zawstydzające są w tym kontekście sugestie, że dzięki temu uzyska się obniżenie kosztów funkcjonowania Trybunału), zwłaszcza że w państwach sąsiednich takie podejście jest praktykowane: w Niemczech Verfassungsgericht ma siedzibę w Karlsruhe, w Czechach tamtejszy Trybunał - w Brnie, na Słowacji - w Koszycach... Co do zasady więc pretensje, że przeniesienie siedziby Trybunału poza stolicę to jego degradacja, są przejawem histerycznego wręcz centralizmu.

Partia rządząca nie byłaby jednak sobą, gdyby nie - excuse le mot - spieprzyła. W dzisiejszej dyskusji pojawiają się hasła, że Trybunał zostanie przeniesiony do "pięknego miasta na ścianie wschodniej", padły między innymi takie nazwy jak Przemyśl, Suwałki czy Ełk. Nie, absolutnie nie mam nic przeciwko ścianie wschodniej, ani tym nieco mniejszym (lub mocno mniejszym) miastom, ale w tym podejściu kompletnie umyka, że Trybunał jest po coś i dla kogoś - a w szczególności dla obywateli. Warszawa ma tę względnie pozytywną cechę, że krajowa infrastruktura transportowa jest poniekąd nakierowana na możliwość względnie łatwego do niej dotarcia ze wszystkich stron kraju, podobne zalety można przypisać też takim ośrodkom położonym w centralnej części kraju, jak choćby Łódź, Skierniewice, czy nie bez powodu noszący swoją nazwę Piotrków Trybunalski (fakt, w dyskusji pojawił się też Radom). Sympatyczne miasta na odległych rubieżach północno-wschodnich czy południowo-wschodnich będą natomiast udręką dla stron z przeciwnego końca Polski, jak choćby Zielona Góra czy Koszalin (fakt, że ukończone niedawno czy wkrótce autostrady na linii wschód-zachód ułatwiają nieco dojazd, nie zmienia zasady). 

I tu pojawia się jeszcze jeden aspekt praktyczny. Sędziowie Trybunału również rekrutują się z całej Polski. Aktualna ustawa poniekąd nakazuje (poprzez odesłanie do ustawy o Sądzie Najwyższym), aby sędzia Trybunału zamieszkiwał w Warszawie, a jeśli ma inne stałe miejsce zamieszkania - przysługuje mu prawo bezpłatnego (czyli na koszt Trybunału) zamieszkiwania w Warszawie oraz zwrot kosztów dojazdu i dodatek za rozłąkę. Zgadnijcie... tak, dobrze się domyślacie: autorzy nowelizacji kompletnie o tym zapomnieli, czyli sędziowie nadal mają obowiązek zamieszkiwać w Warszawie, zapewne na rozprawy do Suwałk czy Przemyśla również mają dojeżdżać (ciekawe czy przysługuje im zwrot kosztów). 

Tagi: sąd
18:05, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (3) »
czwartek, 03 grudnia 2015

Zawirowanie wokół Trybunału Konstytucyjnego trudno przeoczyć, kto może ten komentuje, kto może ten dyskutuje, kto może ten o zdanie pyta. Mimo wszystko jakoś staram się wytrzymywać i nie ulewać zbytnio emocji (słowo harcerza że nie oglądałem ani debat, ani głosowań, ani zaprzysiężenia,* ani nawet dzisiejszej rozprawy), bo wcale mi od takiego ulania nie lepiej. Trybunał Konstytucyjny jak się będzie miał obronić to się obroni, a jak nie, to i tak niech nas ręka boska broni.

Po dzisiejszym orzeczeniu zastanowiło mnie natychmiast, jaki właściwie jest personalnie skład Trybunału? Pominę teraz dywagacje, czy następców profesora Cieślaka i profesor Liszcz (wiem, formalnie nie ma tytułu i co mi pan zrobi) już wybrano, lecz ich wybór stracił moc, czy ich wybrano i jest w mocy - bo to nie na ten temat notka. Kiedy przeglądałem nazwiska, jakoś tak zacząłem się przyglądać kadencjom poszczególnych sędziów. Są one co do zasady dziewięcioletnie. Oznacza to, że trwają:
- sędziego Mirosława Granata - do 27.04.2016
- sędziego Andrzeja Rzeplińskiego - do 19.12.2016
- sędziego Stanisława Biernata - do 26.06.2017
- sędzi Sławomiry Wronkowskiej-Jaśkiewicz - do 06.06.2019
- sędziego Stanisława Rymara - do 03.12.2019 
- sędziego Piotra Tulei - do 03.12.2019
- sędziego Marka Zubika - do 03.12.2019
- sędzi Małgorzaty Pyziak-Szafnickiej - do 05.01.2020
- sędziego Andrzeja Wróbla - do 29.05.2020
- sędziego Leona Kieresa - do 23.07.2021.

Oczywiście kadencje sędziów powołanych w ostatnim czasie trwać będą do końcówki roku 2024, dokładne daty - pozostawmy w lekkim przemilczeniu. Terminy te wskazują, że jeśli kadencja parlamentu potrwa tyle, ile powinna zgodnie z konstytucją, to parlament ten wybierze sukcesywnie jeszcze czterech kolejnych sędziów (nie licząc tych dwóch, których wedle najprawdopodobniej - to wciąż nie na ten temat notka - musi wybrać jeszcze teraz), wyrok Trybunału jest od razu ostrzeżeniem przed próbami powoływania trzech następnych w miejsce tych, których kadencja upłynie na samym początku kadencji kolejnego sejmu. Pozostali będą więc pełnić swą służbę, chyba że im zdrowie nie pozwoli. 

*żarcik taki; orędzia też nie obejrzę, a co
 

Tagi: sąd
19:57, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5