Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: sąd

niedziela, 04 listopada 2018

W czym umowa o pracę jest lepsza od umowy o dzieło?

Umowa o pracę daje pracownikowi - z mocy samego prawa - szereg różnych mniejszych i większych bonusów: prawo do płatnego urlopu lub ekwiwalentu za urlop (realnie prawie dodatkowa pensja), zwiększona stabilność pracy, prawo do takiej czy innej odprawy, płatne chorobowe, ubezpieczenie zdrowotne i wypadkowe.. Wszystkiego tego co do zasady nie ma przy umowie o dzieło (o pewne rzeczy można się umówić, jeśli jest się w wystarczająco mocnej pozycji do rozmowy); niektóre elementy można sobie próbować wykupić samemu, choć za jaką cenę...

A czy umowa o dzieło jest w czymś korzystniejsza?

Intuicja może podpowiadać, że pewne rzeczy kosztują, więc jeśli je wyeliminować.. Jeżeli rozmowa między pracownikiem a pracodawcą odbywa się na poziomie pensji brutto ("u nas na takim stanowisku..."), to z tej samej kwoty wpisanej do umowy w przypadku umowy o pracę pracownik otrzyma na rękę mniej, niż w przypadku umowy o dzieło. Pracodawca ma osobną korzyść, bo przy umowie o pracę do kwoty wynagrodzenia "dokłada" dodatkowe należności z tytułu składek, na umowie niewidoczne...

Czy różnice są duże?

To zależy od wysokości wynagrodzenia... Weźmy sobie na przykład umowę na kwotę 5.000 zł brutto. W przypadku umowy o dzieło pracodawca odlicza tylko podatek dochodowy w wysokości 18%, którego nie liczy zresztą od kwoty 5.000 zł, tylko ją uprzednio pomniejsza o hipotetyczne (przewidziane w ustawie) koszty uzyskania w zryczałtowanej wysokości 20% - czyli od kwoty 4000 zł. Po odliczeniu zaliczki w kwocie 18%x4.000 zł=720 zł (którą pracodawca przesyła do urzędu skarbowego), pracownik otrzymuje na rękę 4.280 zł.

W przypadku zaś umowy o pracę... od tych 5 tysięcy pracodawca najpierw odlicza składki na ubezpieczenia społeczne w łącznej kwocie 685,50 zł (emerytalne 9,76%, rentowe 1,5%, chorobowe 2,45%). Od pozostałej kwoty 4.314,50 zł pracodawca wylicza składkę na ubezpieczenie zdrowotne w kwocie 388,31 zł (9%), zostawiamy to na razie "w rozumie". Przy umowie o pracę - taki mały minus - nie ma zryczałtowanych kosztów w wysokości 20%, a tylko zryczałtowany odpowiednik kosztów dojazdu do pracy (zależny od tego czy mieszka się w tej samej miejscowości czy nie), przyjmijmy go w wyższej wysokości 139,06 zł miesięcznie. Podatek dochodowy liczy się zatem od kwoty 4.314,50-139,06=4175,44 zł, końcówkę zaokrąglamy i zostaje 4.175, zaliczka na podatek 4.175x18%=751,50 zł (celowo pominęliśmy kwotę wolną żeby porównanie wyszło bardziej przejrzyście). Teraz następuje moment dość magiczny - od zaliczki na podatek odliczamy część składki zdrowotnej (7,75% zamiast 9%) czyli kwotę 334,37 zł (zamiast 388,31 zł), zostaje 751,50-334,37=417,13 (znów zaokrąglamy), i tak oto już wiemy, że wpisaną do umowy o pracę kwotę 5.000 zł pracodawca rozdziela następująco: ZUS 1.073,31 (685,50 dla ZUS + 388,31 dla NFZ), urząd skarbowy 417 zł, pracownikowi na rękę 3.509,19 zł, czyli ponad 700 zł mniej (a pracodawca wysyła do ZUS jeszcze dodatkowe 1.099 zł).

W skali całego roku "na umowie o dzieło" pracownik dostanie więc 51.360 zł, a "na umowie o pracę" 42.110,28 zł.

Co się stanie jak zamienimy umowę o dzieło w umowę o pracę?

Tak naprawdę pytanie powinno brzmieć "co się stanie jak przestaniemy udawać że umowa o pracę jest umową o dzieło", kodeks pracy wyraźnie przewiduje, że umowa spełniająca określone warunki jest umową o pracę bez względu na to jak ją nazwiemy. Jeżeli sąd pracy uzna że umowa o dzieło była w istocie umową o pracę, to pracodawca ma obowiązek zgłosić to do ZUS i zapłacić zaległe składki wraz z odsetkami, zarówno te które płaci sam (1.099 zł za m-c), jak i te które miał potrącić z wynagrodzenia pracownika (1.073,31 zł miesięcznie).

Tak, w tym miejscu pojawi się niepokój: czy to znaczy, że... Tak, to oznacza, że skoro pracownikowi wypłacono więcej niż należało, a potem zapłacono za niego, to potencjalnie ta kwota jest do zwrotu. Jednocześnie pracodawca powinien wystawić skorygowane rozliczenie dochodu, na podstawie którego pracownik może złożyć korektę zeznania podatkowego i wystąpić o zwrot nadpłaconego podatku dochodowego (skoro co miesiąc płacił - za pośrednictwem pracodawcy - 720 zł zamiast 417 zł miesięcznie, w skali roku ponad 3600 zł). Osobną kwestią pozostaje, czy pracodawca nie jest pracownikowi dodatkowo winien za zaległy urlop, nadgodziny, świadczenie urlopowe...

Czy zawsze trzeba oddawać?

To pytanie prawie filozoficzne... a odpowiedź na nie brzmi "to zależy". W powyższych wyliczeniach przyjęliśmy, że pracodawca z pracownikiem umówili się na "5.000 zł na umowie, nieważna jaka umowa". Inaczej mogłoby być, gdyby się umówili na "4.000 zł na rękę, nieważne jaka umowa" - wtedy pracownik mógłby twierdzić, że to wyłącznie wina pracodawcy że nieprawidłowe liczby przyjął do umowy (bo wszystkie składki de facto były po jego stronie). Jeszcze inaczej mogłoby być, gdyby pracownik udowodnił, że chciał umowy o pracę za 2.500 zł, a pracodawca powiedział, że albo umowa "o dzieło" za 2.500 zł, albo nic - wtedy sąd mógłby uznać, że nie można karać pracownika za to, że pracodawca jednostronnie omijał przepisy, nawet jeśli pracownikowi wypłacano nieco więcej niż wynikałoby wprost z umowy i przepisów... 

Tagi: prawo sąd
11:21, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 października 2018

"Pierwszy Śląski Urząd Skarbowy w Sosnowcu
nakazuje spółce Przedsiębiorstwo Handlowe Zalewajka spółka z o.o. w Sosnowcu, NIP XXXXXXXXXX, aby zapłaciła Janowi Łożyrokowi w Rudzie Śląskiej, NIP YYYYYYYYYY,
kwotę 1.230,00 zł (w tym podatek VAT 230,00 zł)
tytułem faktury VAT nr 666/09/18
w terminie 14 dni, lub w tym terminie złożyła zarzuty zgodnie z pouczeniem."

Widzieliście kiedyś coś takiego? Na pewno nie, bo odkąd istnieją numery NIP, to takiej możliwości prawo nie przewiduje. Rozważam jednak od jakiegoś czasu, dlaczego właściwie takie coś nie mogłoby zostać wprowadzone - w ramach akcji odciążania sądów. Powiedzmy sobie otwarcie: spośród milionów spraw rejestrowanych w sądach (prawie 15 mln w roku 2017), największą grupę stanowią proste żądania urzędowego stwierdzenia obowiązku zapłaty (jeśli nie gubię się w statystykach Instytutu Wymiaru Sprawiediwości, to dobrze ponad 4 miliony). Gdyby sądy nie musiały się tym zajmować...

Kiedy taki pomysł rzucałem na Twitterze, spotkałem się z dwiema głównymi grupami zarzutów: że dlaczego urząd skarbowy miałby zajmować się rozstrzyganiem sporów (argument przewidywalny) i że to zbędne dokładanie obowiązków pracownikom administracji (ten mnie zaskoczył). Co do tego drugiego powiem wstępnie że oczywiście nie chodzi o to, żeby pracownicy urzędu skarbowego wczytywali się w pozwy i tonęli w stertach faktur obok swoich dotychczasowych obowiązków, gdyby to miało wejść w życie to po przygotowaniu odpowiedniej infrastruktury (personelu też, choć nie widzę potrzeby żeby miał szczególne przygotowanie fachowe). Co do pierwszego powiem, że w założeniu nie jest to przeznaczone do rozpoznawania spraw spornych (luźno oszacuję, że 90% nakazów zapłaty kończy sprawę w sądzie). Spróbujmy więc sobie wyobrazić jak to miałoby działać, w oparciu o to co w urzędach skarbowych już się znajduje. 

Co miesiąc do urzędów skarbowych wpływa ponad 1,5 miliona zestawień faktur wystawionych i otrzymanych przez podatników VAT, czyli Jednolitych Plików Kontrolnych (JPK). Każdy JPK zawiera nazwy podatników, ich adresy, numery NIP, daty wystawienia, numery i kwoty faktur. Zasadniczo w normalnych warunkach jeżeli ktoś dokonał transakcji potwierdzonej fakturą, to powinna się ona znaleźć w dwóch JPK - wystawcy i odbiorcy faktury. 

Wyobraźmy sobie teraz, że spółka Zalewajka (z pierwszego akapitu) nie zapłaciła firmie pana Łożyroka za fakturę. Co robi pan Łożyrok? Loguje się do aplikacji czy też wypełnia formularz potwierdzony podpisem elektronicznym, wprowadzając dane: własna nazwa i NIP, data wystawienia, numer faktury i wartość faktury, nazwa i NIP kontrahenta. Urząd sprawdza te dane pod kątem zgodności z JPK pana Łożyroka (najlepiej w sposób zautomatyzowany), dokonując w ten sposób wstępnej weryfikacji. Jeśli ta wypadnie pomyślnie (pomyłki chodzą po ludziach), sprawdza te same dane w JPK spółki Zalewajka (najlepiej w sposób zautomatyzowany). Jeżeli okaże się że obaj przedsiębiorcy zgodnie zgłosili tę samą fakturę w JPK, uznaje za wystarczająco prawdopodobne, że spółka Zalewajka powinna panu Łożyrokowi zapłacić i generuje nakaz zapłaty. Jeżeli spółka Zalewajka będzie miała zastrzeżenia - niech to trafi do sądu (tu widzę np. formularz zaskarżenia wskazujący czy zastrzeżenia wynikają z zapłaty, czy ze sporu między stronami).

Oczywiście, dla zwiększenia pewności że urząd skarbowy - wykonując uprawnienia władcze państwa - nie zostanie "wykorzystany", można rozważyć wzmocnienie odpowiedzialności wierzyciela przez złożenie oświadczenia, że należność nie była kwestionowana (być może, że dłużnik został wezwany do zapłaty), a prawdziwość danych jest podawana pod odpowiedzialnością karną. Sądzę jednak, że kontrola na poziomie JPK sama w sobie jest wystarczająco mocna, problem pojawi się raczej przy rozszerzeniu systemu na sprawy nie tylko pomiędzy podatnikami VAT (takich w skali roku jest kilkaset tysięcy).

Przypuszczam, że największym problemem mentalnym będzie jednak "ale jak to nie sąd będzie się wypowiadał o obowiązkach cywilnych?". W tym miejscu pozwolę sobie sięgnąć do unijnego rozporządzenia nr 805/2004 w sprawie utworzenia Europejskiego Tytułu Egzekucyjnego dla roszczeń bezspornych, ułatwiającego egzekwowanie roszczeń w sprawach transgranicznych. Artykuł 4 punkt 7 tego rozporządzenia przewiduje, że w Szwecji, w uproszczonym postępowaniu dotyczącym nakazów zapłaty, wyrażenie "sąd" (wydający orzeczenie podlegające wykonaniu) obejmuje również szwedzkie służby egzekucyjne (powinienem zacytować też szwedzkie nazwy, ale nie chcę zniekształcić pisowni). 

Chcemy odjąć obowiązków sądom? To nie trzymajmy się kurczowo myśli, że sąd musi. Zwłaszcza tam gdzie nie musi. 

czwartek, 01 lutego 2018

Serial pt. powoływanie nowej Krajowej Rady Sądownictwa (niektórzy piszą z małej litery) powoli zbliża się do końca, na 15 miejsc w Radzie przeznaczonych dla sędziów zgłosiło się 18 kandydatów, podobno wszyscy zostali pozytywnie zweryfikowani, choć w jednym przypadku część sędziów miała wycofać swoje poparcie (wymaganych jest 25 podpisów sędziów lub 2000 podpisów obywateli), a w drugim jest problem ze stanem spoczynku (nie wiem, czy chodzi o stan spoczynku kandydata, czy o stan spoczynku sędziów go popierających), w każdym razie 16 to zawsze więcej niż 15, więc parlament stanie przed trudnym zadaniem wybrania najlepszych spośród zgłoszonych.

Zaskakująco dużą popularnością cieszyły się na Twitterze moje podliczanki dotyczące przekroju kandydatów w kontekście ich związków z władzą wykonawczą (otwartym tekstem: z ministrem sprawiedliwości). Mając kompletną listę postanowiłem już zrobić wyliczankę w sposób bardziej trwały, czyli nie tweetem, lecz notką na blogu. 

Kogóż zatem mamy wśród tych 18 odważnych? Dla lepszej przejrzystości w punktach:
- 6 (sześcioro) prezesów sądów nowopowołanych przez ministra, zwykle na podstawie ustawy pozwalającej na swobodne odwoływania i powoływanie prezesów, dotąd wybieranych przez sędziów danego sądu; 
- 1 nowopowołanego wiceprezesa sądu
- 1 żonę nowopowołanego prezesa sądu
- 1 brata nowopowołanego prezesa sądu
- 1 sędziego delegowanego do ministerstwa 
(w ramach ciekawostki można dodać, że w chwili zgłaszania swojej kandydatury jeden z tych nowych prezesów był tylko sędzią oddelegowanym do ministerstwa)

I teraz będą emocje: kto odpadnie? Osoby bliskie ministerstwu, czy te bardziej niezależne? Powściągliwie nie będę snuł przewidywań.

sobota, 13 stycznia 2018

To było gdzieś w tym tygodniu. Stałem sobie w sądzie na korytarzu, czekając na swoją rozprawę (jeszcze miałem parę minut, lecz już byłem ubrany w strój urzędowy), kiedy zatrzymał się koło mnie wyraźnie podirytowany facet w wieku średnim. Po stroju rozpoznał we mnie pełnomocnika zawodowego i zagadnął przepraszając z lekka, czy mógłbym mu powiedzieć, ile "po reformie" kosztuje teraz podział majątku (nie pamiętam teraz, czy uczucie niechęci do stawek adwokackich wyraził wprost, czy w podtekście) i czy już widać w praktyce te wprowadzone w sądach zmiany.

Podjąłem z nim z głupia frant rozmowę, jasno zaznaczając na początku że z pewnych obiektywnych powodów nie pomogę mu raczej bez względu na to, czy dogadalibyśmy się co do pieniędzy. I tak od zdania do zdania wysłuchałem, jaka to patologia w tych sądach: że zmuszają go do udziału w sprawie której on nie chciał, że zmuszają go do sprzedaży domu lub zapłaty jakichś pieniędzy byłej żonie, choć nie zasłużyła (padł nieśmiertelny argument, że on piłą spalinową na pół prędzej...). Że w ogóle kto to widział, żeby orzekać rozwód, na który on się nie zgadzał i nie podpisał (jakby się pod aktem ślubu nie podpisał to przecież byłby nieważny, prawda?), więc dlaczego jeszcze eks-żona miałaby jeszcze się jakiegoś majątku domagać. I że dlaczego te sądy i ci prawnicy kosztują... Pan płynnie przechodził z tyrad do powoływania z większą lub mniejszą precyzją Konstytucji, kodeksu rodzinnego i opiekuńczego i Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (oraz przepisów o odwołaniu darowizny, tak na marginesie), najwyraźniej z mecenasem Googlem byli za pan brat.

I tak sobie potem dumałem: ilu jest "w narodzie" takich, dla których sąd powinien orzec zgodnie z ich zdaniem i oczekiwaniem, a jak nie, to "patologia" - niezależnie od tego, co stanowi prawo, zarówno uchwalane niedawno, jak i funkcjonujące od dziesięcioleci (jeśli nie od wieków), niezależnie od tego, że ochrona prawna przysługuje także tej stronie, z którą się jest w sporze. I ile osób kształtuje swoje wyobrażenie o sądach na podstawie takich tyrad o "patologii"

Tagi: sąd
12:12, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (3) »
niedziela, 07 stycznia 2018

Huknęło ostatnio (pun not intended) że nagle oto Rzeczpospolita Myśliwska jednogłośnie przyznała myśliwym szczególne uprawnienia. Według dominującej narracji (której głównym chyba reprezentantem jest Adam Wajrak, fakt, pewnie ma wiele kontaktów z myśliwymi) myśliwy na polowaniu może każdego przegonić z pola czy lasu, choćby to był prywatny las bądź prywatne pole. A jak jest naprawdę?

Zacznijmy od wyjaśnienia, co jest źródłem problemu. W grudniu ub. roku parlament procedował w trybie pilnym ustawę mającą na celu zwalczanie chorób zakaźnych zwierząt (pod wpływem szerzącej się wśród dzików choroby o wdzięcznej nazwie afrykański pomór świń), uchwalił ją w ciągu kilku dni (projekt wpłynął w piątek 8 grudnia, procedowano go od poniedziałku 11 grudnia, uchwalono jednogłośnie w czwartek 14 grudnia). W projekcie znalazły się drobne nowelizacje prawa łowieckiego, mające wspierać zwalczanie rzeczonego pomoru, przeszły przez Sejm i Senat w kształcie nietkniętym, tak zostały podpisane. Jednym z nowych przepisów jest wprowadzenie wykroczenia "kto umyślnie utrudnia lub uniemożliwia wykonywanie polowania, podlega karze grzywny"...

I właśnie. Na pewno ten przepis penalizuje wszystkie akcje świadomego protestu (w uzasadnieniu projektu zresztą piszą o tym czarno na białym). O ile jednak w uzasadnieniu mowa o "celowym utrudnianiu i uniemożliwianiu", z powołaniem na "kilkadziesiąt akcji osób,których celem było uniemożliwienie...", o tyle w samym przepisie nie użyto słowa "celowo" (zamiar bezpośredni), lecz "umyślnie", a to zgodnie z art. 6 paragraf 1 kodeksu wykroczeń oznacza, że karalne jest nie tylko celowe utrudnianie/uniemożliwianie, ale także dokonanie tego w zamiarze ewentualnym, czyli "przewidując możliwość utrudnienia/uniemożliwienia wykonania polowania się na to godzi". Cóż to może oznaczać w praktyce? Właśnie - hipotetycznie - sytuację, w której jesteśmy w lesie na grzybach czy na łące na spacerze (nie mówiąc o kopaniu ziemniaków na polu), kiedy woła na nas myśliwy, że on tu poluje i żeby mu nie przeszkadzać; od tego momentu potencjalnie mamy świadomość, że trwa polowanie i że obiektywnie możemy w nim przeszkodzić, a zatem jeśli nie przerwiemy tego co robimy, to "godzimy się z myślą, że..." 

I tu niektórzy stawiają kropkę, a ja postawię znak zapytania. Nie jestem wprawdzie ekspertem od prawa łowieckiego, ale nie znajduję w tej ustawie żadnych zasad określających, gdzie i kiedy następuje polowanie (wiadomo jedynie - jeżeli ktoś się postara i poszuka -  gdzie znajdują się obwody łowieckie, czyli obszary na których wolno polować, bo ich granice są ustalane przez sejmik wojewódzki), ani z jakiego powodu prawo myśliwego do polowania przeważa nad innymi prawami: prawem właściciela do korzystania ze swojej własności (Trybunał Konstytucyjny orzekł w wyroku z 10 lipca 2014 roku, że sam fakt, że właściciela gruntu leżącego na obszarze obwodu łowieckiego, nikt nie pyta o zdanie, jest już nadmiernym naruszeniem jego prawa własności), prawem obywatela do poruszania się, korzystania z przestrzeni publicznej czy wypoczynku i rekreacji. Taki wyraźny konflikt wartości będzie musiał być rozważony przez sąd rozpatrujący wniosek o ukaranie - czy piknik na leśnej polanie jest mniej wart od polowania w okolicy tej polany? Bo jeżeli obywatel nie wie (i nie ma jak się dowiedzieć), że koło danej polany planowane jest polowanie, to ma święte prawo sobie na niej ten piknik zaplanować, i to myśliwy w takiej sytuacji powinien dostosować swoje miejsce polowania do pikniku (jeśli przyjdzie później), a nie na odwrót. 

We wzmiankowanym wyroku Trybunał dał wyraźnie do zrozumienia, że problemu konstytucyjności przepisów łowieckich ledwie musnął i że parlament ma wiele do zrobienia w tej kwestii. Jutro zdaje się ma być głosowana nowelizacja prawa łowieckiego... ale nie wiem, na ile ta nowelizacja wpłynie na powyższe rozważania. Sądy w każdym razie mogą mieć co robić, ale nie dajmy się zwariować. Myśliwi nie stali się suwerenami pola i lasu.

17:02, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (5) »
środa, 22 listopada 2017

Pojęcie nieruchomości jest znane każdemu prawnikowi i studentowi prawa, który liznął już nieco prawa cywilnego. Dokładna definicja tego pojęcia to już zupełnie inna historia, bo i zmieniała się na przestrzeni dziejów, można dla porządku wspomnieć, że kiedyś był to sam grunt, kiedyś przestrzeń wyznaczona granicami działki i biegnąca w dół do środka ziemi, a w górę - aż do gwiazd, tworząc taką stożkopodobną bryłę. Dziś w naszym prawie to zasadniczo grunt w granicach z pewną częścią przestrzeni nad i pod powierzchnią, jak również w pewnych sytuacjach budynek, a w pewnych - lokal...

Wszystko jest bowiem sprawą konwencji, umowy. Swego czasu pasjonujący był prowadzony przed sądami administracyjnymi spór, czy podziemne wyrobisko górnicze jest... nie tyle nieruchomością, ile czymś co można opodatkować podatkiem od nieruchomości (ten podatek nie ogranicza się bowiem do nieruchomości sensu stricto, definiowanych przez prawo cywilne). Mnie w tym miejscu wspominają się czasy studenckie, kiedy wśród wesołej zabawy sformułowaliśmy najzupełniej merytoryczną zagadkę:

Jak unieruchomić dziesięć koni?

Ta notka jest zainspirowana napotkanym dziś orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który miał rozstrzygnąć, czy w rozumieniu przepisów unijnych barka może być nieruchomością, a nie środkiem transportu (chodziło o poprawność zwolnienia dzierżawy z podatku VAT). Trybunał stwierdził, że jeśli barka jest od lat na stałe przycumowana i zakotwiczona, podłączona do brzegu rurami i kablami (a nawet posiada własny adres!), pozbawiona napędu i stale wykorzystywana jako kawiarnia - to jej funkcja przesądza, że w rozumieniu unijnych dyrektyw o VAT (w których użyte pojęcia są oderwane od ich krajowych definicji) taka barka jest nieruchomością ("skoro się nie rusza jak kaczka i nie kwacze jak kaczka, to nie jest to kaczka"). Dla zainteresowanych - wyrok w ciekawej pod wieloma względami sprawie Leichenich

Powróćmy do naszej zagadki, zapewne odgadliście, że odpowiedź jest związana z pojęciem nieruchomości. W dawnym prawie nieruchomością mogły bowiem być i różne inne rzeczy, jak np. w prawie francuskim ryby w stawie (do momentu ich wyłowienia). W myśl zaś prawa mazowieckiego koń był ruchomością, ale stado powyżej 10 koni - już nieruchomością, zatem prawidłowe rozwiązanie zagadki brzmiało: kupić jedenastego konia.

19:34, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 listopada 2017

Opowiem Wam bajkę. Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, a może znacznie bliżej, była sobie gmina. Gmina, jak to gmina, miała swojego wójta, którą nią kierował bardziej lub mniej mądrze i gospodarnie, a jednocześnie jako tak zwany organ wydawał decyzje i interpretacje prawa. I oto któregoś dnia...

Gmina, reprezentowana przez Wójta-gospodarza, zwróciła się do Wójta-organu o wydanie indywidualnej interpretacji prawa podatkowego w zakresie podatku od nieruchomości.

Wójt uznał własne stanowisko przedstawione w powyższym wniosku za nieprawidłowe.

W wezwaniu do usunięcia naruszenia prawa skierowanym do organu - Wójta Gminy - tenże Wójt (działający jako wnioskodawca) podtrzymał stanowisko prezentowane we wniosku i zażądał zmiany stanowiska zawartego w interpretacji indywidualnej.

Wójt Gminy (jako organ) uznał, że brak jest podstaw do zmiany stanowiska zaprezentowanego w udzielonej interpretacji indywidualnej.

W skardze do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego Wójt wniósł o uchylenie w całości zaskarżonej interpretacji indywidualnej z powodu jej niezgodności z prawem, podtrzymując swoje stanowisko zawarte we wniosku.

W odpowiedzi na skargę tenże Wójt, jako organ interpretacyjny, wniósł o jej oddalenie.

(tu przerwał, lecz róg trzymał) Jesteście bardziej rozbawieni czy zdezorientowani? Ja jestem przede wszystkim rozbawiony tą sekwencją działań opisaną w orzeczeniu Naczelnego Sądu Administracyjnego* (sześć powyższych akapitów to cytaty, z minimalnymi korektami), którą przypadkowym zbiegiem okoliczności dziś sobie odświeżyłem (bo sprawa jest sprzed paru lat). Zdezorientowanym podpowiadam, że był to całkiem zmyślny plan wójta (i jego prawników), ponieważ w wydanej interpretacji musieli się powołać na wiążące zalecenia pokontrolne, które uważali za niekorzystne - i w taki sposób postanowili je podważyć. No, ale dokończmy póki co bajkę...

Wojewódzki Sąd Administracyjny przyjął, że Wójt, reprezentując Gminę, nie był uprawniony do wniesienia skargi do sądu administracyjnego na interpretację indywidualną wydaną przez tegoż Wójta, działającego w charakterze organu podatkowego - i skargę Gminy odrzucił (z przyczyn formalnych - jako niedopuszczalną).

Gmina złożyła skargę do Naczelnego Sądu Administracyjnego - wniosła o uchylenie zaskarżonego postanowienia w całości i przekazanie sprawy do ponownego rozpoznania Wojewódzkiemu Sądowi Administracyjnemu.

Naczelny Sąd Administracyjny uchylił postanowienie o odrzuceniu skargi i nakazał Wojewódzkiemu Sądowi Administracyjnemu merytoryczne jej rozpatrzenie.

Dwie dziurki w nosie i skończyło się (dla nas, bo co dalej z tą interpretacją to nie wiem i już mnie za bardzo nie interesuje, my tu o dialogu wójta z wójtem, a nie interpretacji prawa podatkowego).

*kto ciekaw: II FSK 542/14

 

18:26, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 września 2017

Śledzę sobie dyskusję o reformie sądów, zarówno tę ze strony fundacyjno-rządowej i prezydenckiej, jak i ze strony obywatelsko-sędziowskiej. Pojawiają się rozmaite postulaty, mniej i bardziej merytoryczne, lepiej i gorzej dopracowane...

W dość zgodny sposób przedstawiany jest postulat ogólnego odciążenia sądów. Przede wszystkim pojawia się zmniejszenia ilości spraw (pytanie kto miałby się zajmować określonymi kategoriami spraw i w jakim trybie pozostawiamy na inną okazję), sędziowie dokładają do tego zmniejszenie ilości czynności, jakimi musi zajmować się sędzia (a mógłby w zasadzie ktokolwiek). Tu najczęściej pojawia się postulat "i żeby uzasadnień nie trzeba było tyle pisać"...

I tu pojawia się problem innego rodzaju, zza stołu sędziowskiego może trudno dostrzegalny. Dla przeciętnego człowieka zaskakująca jest zwykle utrwalona od lat procedura komunikowania wyroku, sprowadzająca się do jego odczytania na sali sądowej (po odczytaniu sędziowie z napięciem czekają, czy ktoś złoży wniosek o uzasadnienie, ostatnio Sąd Najwyższy wykluczył możliwość złożenia takiego wniosku przed ogłoszeniem wyroku). Regularnie słyszę pytanie, czy sąd wyrok doręczy? (jedynie zaoczny) Dodajmy do tego, że ustalenie treści wyroku przez osobę nieobecną na ogłoszeniu wcale nie jest łatwe, w biurze obsługi interesanta najczęściej nie da się ustalić szczegółów. Dlatego co do zasady jestem zwolennikiem, aby ogłoszone orzeczenia stronom doręczać, najlepiej razem z uzasadnieniem (oczywiście, dostrzegam potencjalną pułapkę proceduralną związaną z przeciąganiem i utrudnianiem odbioru korespondencji, ale ona istnieje niezależnie), powiem więcej: nie widzę przeszkód, aby sąd odraczał publikację wyroku po to, aby ogłosić go wraz z uzasadnieniem. Wydaje mi się, że pewnego rodzaju standardem jest sporządzaniem wyroku wraz z uzasadnieniem, tak aby strona wiedziała co się stało i dlaczego... Oczywiście, sędziowie w tym miejscu zapewne zaproszą mnie, żebym sam pisał uzasadnienia dla wydawanych przez siebie wyroków (przy hipotetycznym założeniu, że kiedykolwiek zostanę sędzią), których wydają po sto i więcej rocznie, aczkolwiek przypuszczam, że gdyby z jednej strony wiedzieli, że uzasadnienia będą do popełnienia we wszystkich sprawach, a z drugiej gdyby pojawiły się nowe standardy pisania tych uzasadnień... Oczywiście nie widzę przeszkód, żeby strony składały w toku postępowania oświadczenia o rezygnacji z uzasadnienia, kiedy jest ono nieszczególnie potrzebne, ale to już drobiazg.

Czy ktoś pójdzie w tę stronę ze zmianami? Zobaczymy. W imię zbliżania się do obywatela byłoby to właściwe.

Tagi: sąd
14:24, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 15 maja 2017

Och, ileż jest dyskusji na temat tego, co zrobić w sądach, żeby sprawy trwały krócej. Jedni dyskutują teoretycznie, inni ślepo wierzą w technologię, jeszcze inni próbują za wszelką cenę zmniejszyć ilość spraw którymi się sąd musi zajmować... Jednocześnie w toku mniej lub bardziej luźnych dyskusji, prawnicy-praktycy komentują rzeczywiste (niekoniecznie widoczne dla postronnych) absurdy w procedurze, zwłaszcza takie, które pomagają sprawę wydłużyć (każdy praktyk je zna, bo albo się na nie wścieka, albo... z nich korzysta)

I z takich to poważnych wypowiedzi, luźnych dyskusji i własnych refleksji zrodził mi się ten (kolejny) racjonalizatorski pomysł. Zacznę może od pewnej dla niego inspiracji. Parę lat temu (jeszcze ten blog to pamięta...) był w kodeksie rozdzialik zatytułowany "postępowanie w sprawach gospodarczych". W tym postępowaniu odrębnym charakterystyczny był wymóg formalny, aby przed wytoczeniem pozwu skierować do strony przeciwnej jakieś wezwanie czy reklamację, oraz korespondencję świadczącą o próbie polubownego załatwienia sprawy (przepis art. 479[12] par. 2 kpc). Ten wymóg w jego drugiej części jest aktualnie obecny w dość karykaturalnej formie obowiązku oświadczenia, czy strony podejmowały próbę mediacji i dlaczego nie. W pierwszej zaś części...

Właśnie. Dzisiejszy proces zaczyna się od mozolnego udowadniania strona nie jest wielbłądem, po czym strony odkrywają kolejne zasoby argumentów i wnoszą o uznanie, że powołanie kolejnych dowodów i twierdzeń jest usprawiedliwione rozwojem sprawy, zaś akta spraw puchną... Do tego dokłada się ogólna niepewność, co właściwie za chwilę zostanie zakwestionowane i dlaczego. 

Stąd mój pomysł: przywróćmy obligatoryjną korespondencję przedprocesową (można na początek pilotażowo wyłącznie w jakiejś kategorii spraw, potem się zobaczy). Najpierw więc powód (in spe) winien skierować wezwanie, w którym określi, jakiego rodzaju żądanie będzie kierować do sądu. Pozwany zaś (również in spe) powinien po otrzymaniu wezwania odpowiedzieć, czy i w jakim zakresie to żądanie kwestionuje. Jeżeli nie zakwestionuje (także milcząco), to powód będzie zwolniony z wykazywania faktów uzasadniających roszczenie i może śmiało iść po nakaz (wiadomo, że większość spraw jest o zapłatę) - a dla pozwanego oprotestowanie takiego nakazu byłoby uzależnione od uzasadnienia, dlaczego nie protestował na wezwanie. Jeżeli zaś pozwany w odpowiedzi na wezwanie zakwestionuje roszczenie, to powinna nastąpić dalsza wymiana przedprocesowej korespondencji - w której strony precyzują, jakie fakty, oceny i interpretacje prawa są między nimi sporne.

Sąd zaś otrzymując pozew - wraz z korespondencją przedprocesową - powinien od razu widzieć, co jest przedmiotem sporu, a co nie. Do tego sędzia powinien w razie wątpliwości wziąć strony za przysłowiowe fraki i ustalić na pierwszym posiedzeniu, czy i o co zamierzają się kłócić. W efekcie zbędne będzie zasypywanie sądu zbędnymi wnioskami dowodowymi, a sędziom o ileż prościej będzie pisać uzasadnienia...

Oczywiście, w wielu sprawach ten model się nie nada, czy to z racji na charakter roszczenia, czy z uwagi na terminy do wytoczenia powództwa (które nie pozwolą na długotrwałą korespondencję). Ale wiele mniejszych i zwłaszcza większych sporów można byłoby skrócić w zarodku.

Tagi: sąd
20:08, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (6) »
sobota, 18 marca 2017

Janusz Niemcewicz, adwokat, członek Naczelnej Rady Adwokackiej.
Stanisław Rymar, adwokat, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej.
Jerzy Stępień, radca prawny. 
Ferdynand Rymarz, radca prawny, adwokat, członek Naczelnej Rady Adwokackiej, prokurator, zastępca Prokuratora Generalnego.
Antoni Filcek, sędzia, prezes Izby Cywilnej i Administracyjnej Sądu Najwyższego. 

Co łączy te osoby? Wszystkie zostały członkami Trybunału Konstytucyjnego posiadając jedynie tytuły zawodowe magistra prawa. Stępień był przez pewien czas prezesem Trybunału, a Niemcewicz - wiceprezesem. Dodajmy, że nie wymieniałem wszystkich magistrów w składzie Trybunału, lista jest dłuższa (w obecnym składzie choćby adw. Pszczółkowski). Posiadanie tytułu naukowego profesora czy choćby stopnia naukowego (doktora lub doktora habilitowanego) nie jest bowiem w żaden sposób warunkiem "wyróżniania się wiedzą prawniczą", czego Konstytucja wymaga od kandydatów na sędziów Trybunału. 

Pamiętajmy o tym wymawiając słowa "magister Przyłębska", zwłaszcza z pogardliwym akcentem na słowo "magister".

Tagi: sąd
10:11, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6