Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: sąd

sobota, 13 stycznia 2018

To było gdzieś w tym tygodniu. Stałem sobie w sądzie na korytarzu, czekając na swoją rozprawę (jeszcze miałem parę minut, lecz już byłem ubrany w strój urzędowy), kiedy zatrzymał się koło mnie wyraźnie podirytowany facet w wieku średnim. Po stroju rozpoznał we mnie pełnomocnika zawodowego i zagadnął przepraszając z lekka, czy mógłbym mu powiedzieć, ile "po reformie" kosztuje teraz podział majątku (nie pamiętam teraz, czy uczucie niechęci do stawek adwokackich wyraził wprost, czy w podtekście) i czy już widać w praktyce te wprowadzone w sądach zmiany.

Podjąłem z nim z głupia frant rozmowę, jasno zaznaczając na początku że z pewnych obiektywnych powodów nie pomogę mu raczej bez względu na to, czy dogadalibyśmy się co do pieniędzy. I tak od zdania do zdania wysłuchałem, jaka to patologia w tych sądach: że zmuszają go do udziału w sprawie której on nie chciał, że zmuszają go do sprzedaży domu lub zapłaty jakichś pieniędzy byłej żonie, choć nie zasłużyła (padł nieśmiertelny argument, że on piłą spalinową na pół prędzej...). Że w ogóle kto to widział, żeby orzekać rozwód, na który on się nie zgadzał i nie podpisał (jakby się pod aktem ślubu nie podpisał to przecież byłby nieważny, prawda?), więc dlaczego jeszcze eks-żona miałaby jeszcze się jakiegoś majątku domagać. I że dlaczego te sądy i ci prawnicy kosztują... Pan płynnie przechodził z tyrad do powoływania z większą lub mniejszą precyzją Konstytucji, kodeksu rodzinnego i opiekuńczego i Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (oraz przepisów o odwołaniu darowizny, tak na marginesie), najwyraźniej z mecenasem Googlem byli za pan brat.

I tak sobie potem dumałem: ilu jest "w narodzie" takich, dla których sąd powinien orzec zgodnie z ich zdaniem i oczekiwaniem, a jak nie, to "patologia" - niezależnie od tego, co stanowi prawo, zarówno uchwalane niedawno, jak i funkcjonujące od dziesięcioleci (jeśli nie od wieków), niezależnie od tego, że ochrona prawna przysługuje także tej stronie, z którą się jest w sporze. I ile osób kształtuje swoje wyobrażenie o sądach na podstawie takich tyrad o "patologii"

Tagi: sąd
12:12, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (3) »
niedziela, 07 stycznia 2018

Huknęło ostatnio (pun not intended) że nagle oto Rzeczpospolita Myśliwska jednogłośnie przyznała myśliwym szczególne uprawnienia. Według dominującej narracji (której głównym chyba reprezentantem jest Adam Wajrak, fakt, pewnie ma wiele kontaktów z myśliwymi) myśliwy na polowaniu może każdego przegonić z pola czy lasu, choćby to był prywatny las bądź prywatne pole. A jak jest naprawdę?

Zacznijmy od wyjaśnienia, co jest źródłem problemu. W grudniu ub. roku parlament procedował w trybie pilnym ustawę mającą na celu zwalczanie chorób zakaźnych zwierząt (pod wpływem szerzącej się wśród dzików choroby o wdzięcznej nazwie afrykański pomór świń), uchwalił ją w ciągu kilku dni (projekt wpłynął w piątek 8 grudnia, procedowano go od poniedziałku 11 grudnia, uchwalono jednogłośnie w czwartek 14 grudnia). W projekcie znalazły się drobne nowelizacje prawa łowieckiego, mające wspierać zwalczanie rzeczonego pomoru, przeszły przez Sejm i Senat w kształcie nietkniętym, tak zostały podpisane. Jednym z nowych przepisów jest wprowadzenie wykroczenia "kto umyślnie utrudnia lub uniemożliwia wykonywanie polowania, podlega karze grzywny"...

I właśnie. Na pewno ten przepis penalizuje wszystkie akcje świadomego protestu (w uzasadnieniu projektu zresztą piszą o tym czarno na białym). O ile jednak w uzasadnieniu mowa o "celowym utrudnianiu i uniemożliwianiu", z powołaniem na "kilkadziesiąt akcji osób,których celem było uniemożliwienie...", o tyle w samym przepisie nie użyto słowa "celowo" (zamiar bezpośredni), lecz "umyślnie", a to zgodnie z art. 6 paragraf 1 kodeksu wykroczeń oznacza, że karalne jest nie tylko celowe utrudnianie/uniemożliwianie, ale także dokonanie tego w zamiarze ewentualnym, czyli "przewidując możliwość utrudnienia/uniemożliwienia wykonania polowania się na to godzi". Cóż to może oznaczać w praktyce? Właśnie - hipotetycznie - sytuację, w której jesteśmy w lesie na grzybach czy na łące na spacerze (nie mówiąc o kopaniu ziemniaków na polu), kiedy woła na nas myśliwy, że on tu poluje i żeby mu nie przeszkadzać; od tego momentu potencjalnie mamy świadomość, że trwa polowanie i że obiektywnie możemy w nim przeszkodzić, a zatem jeśli nie przerwiemy tego co robimy, to "godzimy się z myślą, że..." 

I tu niektórzy stawiają kropkę, a ja postawię znak zapytania. Nie jestem wprawdzie ekspertem od prawa łowieckiego, ale nie znajduję w tej ustawie żadnych zasad określających, gdzie i kiedy następuje polowanie (wiadomo jedynie - jeżeli ktoś się postara i poszuka -  gdzie znajdują się obwody łowieckie, czyli obszary na których wolno polować, bo ich granice są ustalane przez sejmik wojewódzki), ani z jakiego powodu prawo myśliwego do polowania przeważa nad innymi prawami: prawem właściciela do korzystania ze swojej własności (Trybunał Konstytucyjny orzekł w wyroku z 10 lipca 2014 roku, że sam fakt, że właściciela gruntu leżącego na obszarze obwodu łowieckiego, nikt nie pyta o zdanie, jest już nadmiernym naruszeniem jego prawa własności), prawem obywatela do poruszania się, korzystania z przestrzeni publicznej czy wypoczynku i rekreacji. Taki wyraźny konflikt wartości będzie musiał być rozważony przez sąd rozpatrujący wniosek o ukaranie - czy piknik na leśnej polanie jest mniej wart od polowania w okolicy tej polany? Bo jeżeli obywatel nie wie (i nie ma jak się dowiedzieć), że koło danej polany planowane jest polowanie, to ma święte prawo sobie na niej ten piknik zaplanować, i to myśliwy w takiej sytuacji powinien dostosować swoje miejsce polowania do pikniku (jeśli przyjdzie później), a nie na odwrót. 

We wzmiankowanym wyroku Trybunał dał wyraźnie do zrozumienia, że problemu konstytucyjności przepisów łowieckich ledwie musnął i że parlament ma wiele do zrobienia w tej kwestii. Jutro zdaje się ma być głosowana nowelizacja prawa łowieckiego... ale nie wiem, na ile ta nowelizacja wpłynie na powyższe rozważania. Sądy w każdym razie mogą mieć co robić, ale nie dajmy się zwariować. Myśliwi nie stali się suwerenami pola i lasu.

17:02, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (5) »
środa, 22 listopada 2017

Pojęcie nieruchomości jest znane każdemu prawnikowi i studentowi prawa, który liznął już nieco prawa cywilnego. Dokładna definicja tego pojęcia to już zupełnie inna historia, bo i zmieniała się na przestrzeni dziejów, można dla porządku wspomnieć, że kiedyś był to sam grunt, kiedyś przestrzeń wyznaczona granicami działki i biegnąca w dół do środka ziemi, a w górę - aż do gwiazd, tworząc taką stożkopodobną bryłę. Dziś w naszym prawie to zasadniczo grunt w granicach z pewną częścią przestrzeni nad i pod powierzchnią, jak również w pewnych sytuacjach budynek, a w pewnych - lokal...

Wszystko jest bowiem sprawą konwencji, umowy. Swego czasu pasjonujący był prowadzony przed sądami administracyjnymi spór, czy podziemne wyrobisko górnicze jest... nie tyle nieruchomością, ile czymś co można opodatkować podatkiem od nieruchomości (ten podatek nie ogranicza się bowiem do nieruchomości sensu stricto, definiowanych przez prawo cywilne). Mnie w tym miejscu wspominają się czasy studenckie, kiedy wśród wesołej zabawy sformułowaliśmy najzupełniej merytoryczną zagadkę:

Jak unieruchomić dziesięć koni?

Ta notka jest zainspirowana napotkanym dziś orzeczeniem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który miał rozstrzygnąć, czy w rozumieniu przepisów unijnych barka może być nieruchomością, a nie środkiem transportu (chodziło o poprawność zwolnienia dzierżawy z podatku VAT). Trybunał stwierdził, że jeśli barka jest od lat na stałe przycumowana i zakotwiczona, podłączona do brzegu rurami i kablami (a nawet posiada własny adres!), pozbawiona napędu i stale wykorzystywana jako kawiarnia - to jej funkcja przesądza, że w rozumieniu unijnych dyrektyw o VAT (w których użyte pojęcia są oderwane od ich krajowych definicji) taka barka jest nieruchomością ("skoro się nie rusza jak kaczka i nie kwacze jak kaczka, to nie jest to kaczka"). Dla zainteresowanych - wyrok w ciekawej pod wieloma względami sprawie Leichenich

Powróćmy do naszej zagadki, zapewne odgadliście, że odpowiedź jest związana z pojęciem nieruchomości. W dawnym prawie nieruchomością mogły bowiem być i różne inne rzeczy, jak np. w prawie francuskim ryby w stawie (do momentu ich wyłowienia). W myśl zaś prawa mazowieckiego koń był ruchomością, ale stado powyżej 10 koni - już nieruchomością, zatem prawidłowe rozwiązanie zagadki brzmiało: kupić jedenastego konia.

19:34, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 listopada 2017

Opowiem Wam bajkę. Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, a może znacznie bliżej, była sobie gmina. Gmina, jak to gmina, miała swojego wójta, którą nią kierował bardziej lub mniej mądrze i gospodarnie, a jednocześnie jako tak zwany organ wydawał decyzje i interpretacje prawa. I oto któregoś dnia...

Gmina, reprezentowana przez Wójta-gospodarza, zwróciła się do Wójta-organu o wydanie indywidualnej interpretacji prawa podatkowego w zakresie podatku od nieruchomości.

Wójt uznał własne stanowisko przedstawione w powyższym wniosku za nieprawidłowe.

W wezwaniu do usunięcia naruszenia prawa skierowanym do organu - Wójta Gminy - tenże Wójt (działający jako wnioskodawca) podtrzymał stanowisko prezentowane we wniosku i zażądał zmiany stanowiska zawartego w interpretacji indywidualnej.

Wójt Gminy (jako organ) uznał, że brak jest podstaw do zmiany stanowiska zaprezentowanego w udzielonej interpretacji indywidualnej.

W skardze do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego Wójt wniósł o uchylenie w całości zaskarżonej interpretacji indywidualnej z powodu jej niezgodności z prawem, podtrzymując swoje stanowisko zawarte we wniosku.

W odpowiedzi na skargę tenże Wójt, jako organ interpretacyjny, wniósł o jej oddalenie.

(tu przerwał, lecz róg trzymał) Jesteście bardziej rozbawieni czy zdezorientowani? Ja jestem przede wszystkim rozbawiony tą sekwencją działań opisaną w orzeczeniu Naczelnego Sądu Administracyjnego* (sześć powyższych akapitów to cytaty, z minimalnymi korektami), którą przypadkowym zbiegiem okoliczności dziś sobie odświeżyłem (bo sprawa jest sprzed paru lat). Zdezorientowanym podpowiadam, że był to całkiem zmyślny plan wójta (i jego prawników), ponieważ w wydanej interpretacji musieli się powołać na wiążące zalecenia pokontrolne, które uważali za niekorzystne - i w taki sposób postanowili je podważyć. No, ale dokończmy póki co bajkę...

Wojewódzki Sąd Administracyjny przyjął, że Wójt, reprezentując Gminę, nie był uprawniony do wniesienia skargi do sądu administracyjnego na interpretację indywidualną wydaną przez tegoż Wójta, działającego w charakterze organu podatkowego - i skargę Gminy odrzucił (z przyczyn formalnych - jako niedopuszczalną).

Gmina złożyła skargę do Naczelnego Sądu Administracyjnego - wniosła o uchylenie zaskarżonego postanowienia w całości i przekazanie sprawy do ponownego rozpoznania Wojewódzkiemu Sądowi Administracyjnemu.

Naczelny Sąd Administracyjny uchylił postanowienie o odrzuceniu skargi i nakazał Wojewódzkiemu Sądowi Administracyjnemu merytoryczne jej rozpatrzenie.

Dwie dziurki w nosie i skończyło się (dla nas, bo co dalej z tą interpretacją to nie wiem i już mnie za bardzo nie interesuje, my tu o dialogu wójta z wójtem, a nie interpretacji prawa podatkowego).

*kto ciekaw: II FSK 542/14

 

18:26, bartoszcze , Prawo
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 września 2017

Śledzę sobie dyskusję o reformie sądów, zarówno tę ze strony fundacyjno-rządowej i prezydenckiej, jak i ze strony obywatelsko-sędziowskiej. Pojawiają się rozmaite postulaty, mniej i bardziej merytoryczne, lepiej i gorzej dopracowane...

W dość zgodny sposób przedstawiany jest postulat ogólnego odciążenia sądów. Przede wszystkim pojawia się zmniejszenia ilości spraw (pytanie kto miałby się zajmować określonymi kategoriami spraw i w jakim trybie pozostawiamy na inną okazję), sędziowie dokładają do tego zmniejszenie ilości czynności, jakimi musi zajmować się sędzia (a mógłby w zasadzie ktokolwiek). Tu najczęściej pojawia się postulat "i żeby uzasadnień nie trzeba było tyle pisać"...

I tu pojawia się problem innego rodzaju, zza stołu sędziowskiego może trudno dostrzegalny. Dla przeciętnego człowieka zaskakująca jest zwykle utrwalona od lat procedura komunikowania wyroku, sprowadzająca się do jego odczytania na sali sądowej (po odczytaniu sędziowie z napięciem czekają, czy ktoś złoży wniosek o uzasadnienie, ostatnio Sąd Najwyższy wykluczył możliwość złożenia takiego wniosku przed ogłoszeniem wyroku). Regularnie słyszę pytanie, czy sąd wyrok doręczy? (jedynie zaoczny) Dodajmy do tego, że ustalenie treści wyroku przez osobę nieobecną na ogłoszeniu wcale nie jest łatwe, w biurze obsługi interesanta najczęściej nie da się ustalić szczegółów. Dlatego co do zasady jestem zwolennikiem, aby ogłoszone orzeczenia stronom doręczać, najlepiej razem z uzasadnieniem (oczywiście, dostrzegam potencjalną pułapkę proceduralną związaną z przeciąganiem i utrudnianiem odbioru korespondencji, ale ona istnieje niezależnie), powiem więcej: nie widzę przeszkód, aby sąd odraczał publikację wyroku po to, aby ogłosić go wraz z uzasadnieniem. Wydaje mi się, że pewnego rodzaju standardem jest sporządzaniem wyroku wraz z uzasadnieniem, tak aby strona wiedziała co się stało i dlaczego... Oczywiście, sędziowie w tym miejscu zapewne zaproszą mnie, żebym sam pisał uzasadnienia dla wydawanych przez siebie wyroków (przy hipotetycznym założeniu, że kiedykolwiek zostanę sędzią), których wydają po sto i więcej rocznie, aczkolwiek przypuszczam, że gdyby z jednej strony wiedzieli, że uzasadnienia będą do popełnienia we wszystkich sprawach, a z drugiej gdyby pojawiły się nowe standardy pisania tych uzasadnień... Oczywiście nie widzę przeszkód, żeby strony składały w toku postępowania oświadczenia o rezygnacji z uzasadnienia, kiedy jest ono nieszczególnie potrzebne, ale to już drobiazg.

Czy ktoś pójdzie w tę stronę ze zmianami? Zobaczymy. W imię zbliżania się do obywatela byłoby to właściwe.

Tagi: sąd
14:24, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 15 maja 2017

Och, ileż jest dyskusji na temat tego, co zrobić w sądach, żeby sprawy trwały krócej. Jedni dyskutują teoretycznie, inni ślepo wierzą w technologię, jeszcze inni próbują za wszelką cenę zmniejszyć ilość spraw którymi się sąd musi zajmować... Jednocześnie w toku mniej lub bardziej luźnych dyskusji, prawnicy-praktycy komentują rzeczywiste (niekoniecznie widoczne dla postronnych) absurdy w procedurze, zwłaszcza takie, które pomagają sprawę wydłużyć (każdy praktyk je zna, bo albo się na nie wścieka, albo... z nich korzysta)

I z takich to poważnych wypowiedzi, luźnych dyskusji i własnych refleksji zrodził mi się ten (kolejny) racjonalizatorski pomysł. Zacznę może od pewnej dla niego inspiracji. Parę lat temu (jeszcze ten blog to pamięta...) był w kodeksie rozdzialik zatytułowany "postępowanie w sprawach gospodarczych". W tym postępowaniu odrębnym charakterystyczny był wymóg formalny, aby przed wytoczeniem pozwu skierować do strony przeciwnej jakieś wezwanie czy reklamację, oraz korespondencję świadczącą o próbie polubownego załatwienia sprawy (przepis art. 479[12] par. 2 kpc). Ten wymóg w jego drugiej części jest aktualnie obecny w dość karykaturalnej formie obowiązku oświadczenia, czy strony podejmowały próbę mediacji i dlaczego nie. W pierwszej zaś części...

Właśnie. Dzisiejszy proces zaczyna się od mozolnego udowadniania strona nie jest wielbłądem, po czym strony odkrywają kolejne zasoby argumentów i wnoszą o uznanie, że powołanie kolejnych dowodów i twierdzeń jest usprawiedliwione rozwojem sprawy, zaś akta spraw puchną... Do tego dokłada się ogólna niepewność, co właściwie za chwilę zostanie zakwestionowane i dlaczego. 

Stąd mój pomysł: przywróćmy obligatoryjną korespondencję przedprocesową (można na początek pilotażowo wyłącznie w jakiejś kategorii spraw, potem się zobaczy). Najpierw więc powód (in spe) winien skierować wezwanie, w którym określi, jakiego rodzaju żądanie będzie kierować do sądu. Pozwany zaś (również in spe) powinien po otrzymaniu wezwania odpowiedzieć, czy i w jakim zakresie to żądanie kwestionuje. Jeżeli nie zakwestionuje (także milcząco), to powód będzie zwolniony z wykazywania faktów uzasadniających roszczenie i może śmiało iść po nakaz (wiadomo, że większość spraw jest o zapłatę) - a dla pozwanego oprotestowanie takiego nakazu byłoby uzależnione od uzasadnienia, dlaczego nie protestował na wezwanie. Jeżeli zaś pozwany w odpowiedzi na wezwanie zakwestionuje roszczenie, to powinna nastąpić dalsza wymiana przedprocesowej korespondencji - w której strony precyzują, jakie fakty, oceny i interpretacje prawa są między nimi sporne.

Sąd zaś otrzymując pozew - wraz z korespondencją przedprocesową - powinien od razu widzieć, co jest przedmiotem sporu, a co nie. Do tego sędzia powinien w razie wątpliwości wziąć strony za przysłowiowe fraki i ustalić na pierwszym posiedzeniu, czy i o co zamierzają się kłócić. W efekcie zbędne będzie zasypywanie sądu zbędnymi wnioskami dowodowymi, a sędziom o ileż prościej będzie pisać uzasadnienia...

Oczywiście, w wielu sprawach ten model się nie nada, czy to z racji na charakter roszczenia, czy z uwagi na terminy do wytoczenia powództwa (które nie pozwolą na długotrwałą korespondencję). Ale wiele mniejszych i zwłaszcza większych sporów można byłoby skrócić w zarodku.

Tagi: sąd
20:08, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (6) »
sobota, 18 marca 2017

Janusz Niemcewicz, adwokat, członek Naczelnej Rady Adwokackiej.
Stanisław Rymar, adwokat, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej.
Jerzy Stępień, radca prawny. 
Ferdynand Rymarz, radca prawny, adwokat, członek Naczelnej Rady Adwokackiej, prokurator, zastępca Prokuratora Generalnego.
Antoni Filcek, sędzia, prezes Izby Cywilnej i Administracyjnej Sądu Najwyższego. 

Co łączy te osoby? Wszystkie zostały członkami Trybunału Konstytucyjnego posiadając jedynie tytuły zawodowe magistra prawa. Stępień był przez pewien czas prezesem Trybunału, a Niemcewicz - wiceprezesem. Dodajmy, że nie wymieniałem wszystkich magistrów w składzie Trybunału, lista jest dłuższa (w obecnym składzie choćby adw. Pszczółkowski). Posiadanie tytułu naukowego profesora czy choćby stopnia naukowego (doktora lub doktora habilitowanego) nie jest bowiem w żaden sposób warunkiem "wyróżniania się wiedzą prawniczą", czego Konstytucja wymaga od kandydatów na sędziów Trybunału. 

Pamiętajmy o tym wymawiając słowa "magister Przyłębska", zwłaszcza z pogardliwym akcentem na słowo "magister".

Tagi: sąd
10:11, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (13) »
sobota, 31 grudnia 2016

Mignęła mi niedawno informacja, na twitterze może, że niektórzy dziennikarze Telewizji Polskiej podobno nie zgadzają się wewnętrznie z tym, co mówią na antenie (jest faktem, że ostatnio ogłoszono parę dobrowolnych odejść z TVP). Kto chce, niech ciska gromy na ich dwulicowość czy hipokryzję, mnie natomiast nasunęła się myśl następująca.

Każdy, kto zagłębia się w jakieś środowisko, zaczyna - mniej lub bardziej świadomie - dostosowywać się do używanego tam narzecza. O żargonie wojskowym czy korpospiku powiedziano już tyle - zwłaszcza na wesoło - że nic nowego sam nie wymyślę, a jednak nieustająco kolejne pokolenia w wojsku czy korporacjach nasiąkają tamtejszym słownictwem i/lub składnią. Na swoim poletku widzę to samo, jak odruchowo prawnicy używają pojęć wziętych zaczerpniętych prosto z tomisk - a potem kolega Jaras pracowicie próbuje odczarować język i napisać proste pouczenie zrozumiałe dla prostego człowieka (które zarazem spełniałoby wymogi postawione przez Mądrego Ustawodawcę). A potem wszyscy wracamy do domów i mówimy normalnie (mam nadzieję)...

Osobną kwestią jest dostosowanie języka do wymogów politycznych. W każdym ustroju totalitarnym język w mediach był zestandaryzowany, używany bez względu na to co faktycznie myśleli jego użytkownicy. Przypominają się seanse nienawiści Orwella, podczas których Julia tak gorliwie okazywała nienawiść...

Wszystkim czytelnikom życzę, żeby w roku 2017 mogli używać języka zgodnie z tym, co myślą. I wszystkiego dobrego też.

17:45, bartoszcze , Język
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 grudnia 2016

Dziś będzie nietypowo, bo będzie przypowieść.

Był raz sobie pewien prawnik, który otrzymał do napisania prosty pozew o zapłatę kwoty 1450 zł w postępowaniu upominawczym (czyli takim, gdzie sąd wydaje nakaz zapłaty w oparciu o przedstawione dokumenty, a dłużnik może się od takiego nakazu odwołać bez zbędnych ceregieli - w takiej procedurze prowadzonych jest 90% spraw sądowych o zapłatę, bo przeważnie są one wynikiem tego, że ktoś nie zapłacił, a nie tego, że uważa żądanie za nieuzasadnione).

Sprawa w gruncie rzeczy banalna, można ją było wrzucić do kolejki "zrobić jako jedną z wielu rzeczy przy nadarzającej się okazji", bo i merytorycznych powodów do priorytetowego jej traktowania nie było. Prawnik postanowił być jednak bardzo pracowity. Wziął i mozolnie policzył należne dotąd odsetki w kwocie 81 złotych. Kosztem wolnej chwili wypełnił pozew, podrukował, popodpisywał, poskładał w całość i nawet osobiście podwiózł do sądu o poranku. Poszło...

Sekret przypływu pracowitości szybko się ujawnił. W wydanym nakazie zapłaty sąd przyznał prawnikowi 900 zł wynagrodzenia. Prawnik wiedział, że w sprawach o kwotę do 1500 zł wynagrodzenie wyniosłoby 270 zł, ale prosty trick z doliczeniem konkretnej kwoty odsetek (1450+81=1531) powodował przeskoczenie sprawy do innego rzędu w tabelce. Prawnik wiedział też, że gdyby złożył ten pozew dzień później, to sąd przyznawałby już koszty według zmienionych przepisów, czyli według stawek niższych o jedną trzecią... 

Podsumowując: dzięki małemu przypływowi pracowitości sąd przyznał prawnikowi 900 zł, a gdyby pozew został złożony dzień później i bez doliczenia odsetek - przyznałby mu kwotę 180 zł. Oczywiście klient nie zapłacił prawnikowi z góry (ani z dołu) ani 900, ani 270, ani 180 zł (tylko jakąś tam ryczałtową kwotę za obsługę wszystkich spraw), prawnik pieniądze otrzymał kiedy ściągnął należność z dłużnika razem z przyznanymi przez sąd kosztami.

To są te drobiazgi, o których prawnicy niechętnie mówią, kiedy mowa o wynagrodzeniach, umowach i rynku.

20:37, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 października 2016

Internet (przynajmniej jakaś jego część, z którą się stykam) żyje dziś wyrokiem wydanym na poetę Kapelę Jana Huberta, znanego bardziej jako Jasia Kapelę. Tenże gdzieś w zeszłym roku przy okazji awantur o uchodźców dokonał przeróbki tekstu Mazurka Dąbrowskiego i z tym zmienionym tekstem Mazurka odśpiewał, umieszczając nagranie na Youtube (sam nie widziałem, kto chce niech wygugla). No i oczywiście mamy natychmiast standardowy zestaw wypowiedzi o cenzurze, dobrej zmianie etc...

Ponieważ Kapela zamieścił w sieci skan swojego wyroku, mamy możliwość jego prześledzenia i dopowiedzenia paru rzeczy umykających szerokiej publiczności. Na potrzeby notki zamażemy część danych rodzinnych (zadziwiające, że zamazał sygnaturę akt, ale nie datę urodzenia i imiona rodziców...)

Jaś Kapela wyrok za hymn

W pierwszej kolejności zwraca uwagę fakt, że jest to wyrok nakazowy, czyli wydany bez udziału stron. Wydanie takiego wyroku jest dopuszczalne, jeśli sąd nie widzi potrzeby ukarania aresztem, a okoliczności czynu i wina obwinionego nie budzą wątpliwości (art. 93 par.1 i 2 kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia - kpw). Kapela wyznał gdzieś, że był wcześniej przesłuchiwany przez policję, nie wiemy co dokładnie zeznał, mógł się do winy przyznać, sam fakt dokonania nagrania i jego upublicznienia nie budzi wszak wątpliwości (przy czym sąd orzeka w oparciu o dokumenty dołączone do wniosku o ukaranie). Szczegółów wniosku o ukaranie też nie znamy... Można też chyba śmiało wykluczyć ewentualność, aby Kapela był ślepy, głuchy lub niemy bądź aby zachodziła uzasadniona wątpliwość co do jego poczytalności, co wykluczałoby w świetle art. 93 par. 4 w związku z art.21 par.1 kpw możliwość zastosowania trybu nakazowego. Sam więc wyrok wydaje się formalnie prawidłowy, a ukarany Kapela może od niego wnieść sprzeciw, co spowoduje - w razie dochowania terminu - utratę mocy wyroku* (art. 506 kpk w związku z art. 94 kpw).

Wyrok uznaliśmy za prawidłowy formalnie, a co z poprawnością merytoryczną? Abstrahując od kwestii ewentualnych wyłączeń odpowiedzialności, jedna rzecz w wyroku dziwi. Czyn opisano w wyroku (zapewne za wnioskiem o ukaranie) jako "demonstracyjne okazanie lekceważenia Narodowi Polskiemu, Rzeczypospolitej Polskiej poprzez umieszczenie na Youtube filmu dot. hymnu narodowego". Opis ten jednoznacznie nawiązuje do dyspozycji przepisu art. 49 par.1 kodeksu wykroczeń: "Kto w miejscu publicznym demonstracyjnie okazuje lekceważenie Narodowi Polskiemu, Rzeczypospolitej Polskiej lub jej konstytucyjnym organom..." I tak, uważny czytelnik już widzi: a dlaczego w wyroku podana jest (dwukrotnie) inna kwalifikacja prawna? Paragraf 2 w art. 49 kw stanowi bowiem, że "tej samej karze [co w przypadku wykroczenia opisanego w par.1] podlega, kto narusza przepisy o godle, barwach i hymnie RP", czyli przepisy ustawy z 1980 roku (ze zmianami) o godle, barwach i hymnie RP oraz o pieczęciach państwowych przewidującej otaczanie hymnu czcią i szacunkiem oraz szczególną ochroną prawa. Rodzi się pytanie: czy sąd nie zwrócił uwagi na tę rozbieżność? Jeśli by ją dostrzegł, powinien skierować sprawę na rozprawę...

Jeśli Kapela wniesie sprzeciw (nie jest to wielka filozofia, niewątpliwie dostał wraz z wyrokiem obszerne pouczenie, byle termin zachował), sąd być może pochyli się wreszcie nad szczegółami sprawy, może film obejrzy, może przez chwilę potoczy się jakaś dyskusja wokół tego co Kapela dokładnie zrobił i jak to prawnie zakwalifikować. Nie zdziwię się jeśli sprawa skończy się umorzeniem z powodu przedawnienia...

*tu mi się przypomina jedno zagadnienie które mnie zadziwia od czasu studiów, ale nie czas na to nie miejsce

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6