Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: narty

czwartek, 28 lutego 2013

Dwa lata temu z niewielkim okładem napisałem o Królu Adamie i Księciu Kamilu.

Dziś książę przestał być księciem. Został Królem. 

Muszę kiedyś wybrać się do Val di Fiemme, choćby latem:)

YES! YES!! YES!!!

(komentarze tylko pod równoległą notką na blogu sportowym)

18:54, bartoszcze , Sport
Link
sobota, 03 marca 2012

Dzisiejszy konkurs skoków na średniej skoczni (miła niespodzianka, lecz spowodowana wiatrem) w Lahti reprezentacja Polski zakończyła sukcesem, bo na trzecim miejscu. Patrząc zaś na fakt, że do zajmujących drugie miejsce Niemców straciliśmy zaledwie 0,6 pkt, spodziewam się pytania "kto nam zawalił to drugie miejsce".

Można oczywiście marudzić, że gdyby 18-letni Zniszczoł w pierwszym skoku... to spokojnie moglibyśmy Niemców pokonać (istotnie, osiągnął tylko 92 metry i niespełna 100 pkt, czyli poniżej mojego kryterium minimum przyzwoitości), a jacyś fantaści mogliby nawet zacząć szukać, gdzie dałoby się znaleźć 15 pkt, które na koniec dzieliły nas od tradycyjnie zwycięskich Austriaków. Prawda jest jednak taka, że powinniśmy dziękować losowi za kupę szczęścia. Gdyby bowiem w drużynie niemieckiej nie zawalili pierwszych skoków Wank i Mechler, to drugiego miejsca nawet byśmy nie powąchali (a Niemcy mogliby Austriaków napędzić stracha). Podziękować wypada Norwegom i błyszczącym niedawno Słoweńcom i Japończykom (tzn. dywersantom w ich szeregach). Wystarczy popatrzeć, że w końcowym podsumowaniu, Polacy zajęli łącznymi notami miejsca 3, 10, 14 i 16 na 32 zawodników (w konkursie indywidualnym pialibyśmy z zachwytu); w podsumowaniu poszczególnych grup, Stoch był najlepszy w swojej, Kot przegrał jedynie z Morgensternem a Murańka z bijącym rekord skoczni Tepesem, jedynie Zniszczoł zajął miejsce piąte (ale za zawodnikami z czołówki).

Gdyby Zniszczoł.. miał o jedną dziesiątą metra na sekundę gorszy wiatr, miałby wynik o 0,7 punktu lepszy. On, lub ktokolwiek z kolegów. Albo ktoś z Niemców o tyleż gdyby miał korzystniejszy wiatr. Ot, gdybanie.

piątek, 24 lutego 2012

Kiedy Evensen leciał w kwalifikacjach w Vikersund po swój rekord świata, ruszał z szóstej belki startowej. Wystraszył tym wynikiem na tyle, że w konkursie puszczano go już z belki trzeciej i drugiej, a potem - jako że cały czas przyciągało go w okolice 240 metra - nawet z zerowej (!). Przypomniało mi się to, kiedy patrzyłem wczoraj na kwalifikacje, kiedy zawodnicy skakali z belki nastej (od 16 do 19), a wyniki.. były różne, włącznie z trudnym z pozoru do uwierzenia 153m Kamila Stocha. Jak zwykle, różnicę robił wiatr - w zeszłym roku wiał lekko lub zgoła minimalnie pod narty, wczoraj zaś mocno w plecy, a i to (mam wrażenie) dziwnie harcował w różnych punktach, zamiast trzymać równą moc i kierunek; kiedy na chwilę przycichł, zrobił wielki prezent Francuzowi Descombes Sevoie, pozwalając mu wyśrubować życiowy rekord do wciąż robiącego wrażenie 222,5 m. 

Wiatr był przy tym taki, jakiego dawno nie widziałem, zwłaszcza w przeliczeniu na punkty. Swoje robił trochę podwyższony względem ubiegłego roku przelicznik (aż 14,4 pkt za metr na sekundę, dobierają ten wskaźnik do charakteru skoczni), ale i tak dodawanie po 30 pkt za wiatr, robi duuuuuże wrażenie. Nie chce mi się szukać, jak często zdarza się skakanie przy 2 m/s (w plecy, pod narty nie wiem czy by pozwolili). 

A w radio słyszałem dywagacje, jak się będą dalej rozwijać loty i skocznie do lotów - skoro Vikersund "przebił" Planicę, to ta za chwilę pewnie zacznie przebudowę, żeby umożliwić loty i po 260 metrów. Przypomniało mi się, że Red Bull buduje w Austrii skocznię do lotów rzędu 300 i więcej metrów, co ten wyścig zakończy chyba definitywnie, ale od prawie roku cisza na ten temat. 

No to lecimy dzisiaj.

10:30, bartoszcze , Sport
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 lutego 2012

Kiedy zobaczyłem wyniki ćwierćfinałów dzisiejszego sprintu na Polanie Jakuszyckiej, uniosłem ręce do góry w geście triumfu. Justyna Kowalczyk w swoim ćwierćfinale przybiegła na trzecim miejscu, niewiele jej brakło do awansu do ćwierćfinału (wśród przegranych miała trzeci czas, przy dwóch awansujących), a w tym samym ćwierćfinale Bjoergen przybiegła piąta. Wyglądało na to, że o włos może wyprzedzić Bjoergen w klasyfikacji generalnej PŚ.

Kiedy jednak opublikowano oficjalne wyniki zawodów, poczułem rozczarowanie. Mimo iż z zawodniczek na trzecich miejscach w ćwierćfinałach Kowalczyk miała drugi czas (a pierwszy wśród odpadających), to nie zajęła spodziewanego 13. miejsca, lecz dopiero 16. Zacząłem więc szukać zasad ustalania kolejności w sprincie, nie znalazłem ich jakoś na stronach FIS (może mi cierpliwości brakło), po czym odtworzyłem regułę na podstawie wyników. Pierwszą dwunastkę tworzą oczywiście zawodniczki, które awansowały do półfinałów (tu pomijalne). Pozostałe ćwierćfinalistki są klasyfikowane podług miejsc zajmowanych w swoich biegach, przy czym kluczem między zawodniczkami na tych samych miejscach nie jest czas biegu w ćwierćfinale. Jest nim natomiast czas biegu w eliminacjach (co w praktyce oznacza: im niższy numer startowy, tym wyższe miejsce w razie porównania miejsc); w sumie nie powinno dziwić, skoro w Tour de Ski też czas eliminacji ma istotne znaczenie.

Justyna Kowalczyk w eliminacjach uzyskała niestety dopiero 24. czas, i w konsekwencji będąc najszybszą z "trzecich odpadających", została wśród nich sklasyfikowana jako ostatnia. Bjoergen miała w eliminacjach dobry, czwarty czas, więc w grupie piątych zawodniczek została sklasyfikowana na miejscu drugim i w całej stawce na 22 (inna sprawa, że gdyby uwzględniać czas biegu, byłaby na tym samym, bo jej bieg był co najmniej równie szybki, jak zwyciężczyń trzech innych ćwierćfinałów). I tak strata do Bjoergen zmalała do sześciu tylko punktów, zamiast... zmaleć do jednego. W końcu, jutro też jest dzień.

sobota, 11 lutego 2012

Jak wiemy, mniej więcej miesiąc temu Justyna Kowalczyk wygrała Tour de Ski, mając łącznie 28 sekund przewagi nad Bjoergen i prawie 4 minuty nad Johaug. Czy na pewno była jednak najszybszą narciarką imprezy, skoro za osiągnięcia na poszczególnych etapach odjęto jej łącznie z czasu 4 minuty i 4 sekundy?

Tour de Ski - jak już nazwa wskazuje - jest inspirowany wieloetapowymi wyścigami kolarskimi. Nie w każdym takim wyścigu stosuje się bonifikaty, ale przyzwyczaiłem się do nich jeszcze w czasach chwały Wyścigu Pokoju - otrzymać je można zarówno za wysokie miejsce na mecie, jak i na specjalnych punktach na trasie. W narciarskim Tourze stosuje się oba te warianty, a dodatkowo miejsca w biegach sprinterskich są przeliczane na sekundy bonifikat (przy czym tu nie każdy może wie, że w sprintach do wyniku łącznego wlicza się wyniki z eliminacji).

Nasuwa się też taka refleksja, że w odróżnieniu od wyścigów kolarskich, gdzie wszyscy startują razem (etapom jazdy indywidualnej oczywiście odpowiadają biegi indywidualne), FIS dołożył do programu Touru (i innych takich mniejszych imprez wieloetapowych) także biegi na dochodzenie. Dla widowiskowości są one niemal niezrównane, ale tak naprawdę pomagają w zlikwidowaniu przewagi lidera wypracowanej na wcześniejszych etapach; gonić (zwłaszcza przy względnie niewielkiej przewadze) jest bowiem łatwiej niż uciekać, i w tym sensie są one w wieloetapówkach w pewnym sensie niesprawiedliwe.

Odpowiadając na początkowe pytanie, wystarczy sprawdzić, że Johaug na etapach zgromadziła minutę i 9 sekund bonifikat, a Bjoergen aż 3 minuty i 46 sekund. Przy czym gdyby bonifikat nie było, to zapewne niewiele zmieniłoby to w rozstrzygnięciu pomiędzy Bjoergen i Kowalczyk, bo ten pojedynek tak naprawdę - po ośmiu dniach rywalizacji - został rozegrany na Alpe de Cermis i całą przewagę Polka tam właśnie zbudowała. Inaczej mogłaby natomiast wyglądać rywalizacja z Johaug, która spokojnie mogłaby ograć na podejściu swoją rodaczkę (miała ponad minutę przewagi na tym etapie), a mając Kowalczyk w zasięgu wzroku... cóż, wygrać nie musiała, ale mógłby to być pasjonujący pojedynek, jak Kuitunen z Saarinen w 2009 roku.

sobota, 26 listopada 2011

Kiedy ponad pół roku temu Adam Małysz zakończył swoją karierę skoczka, miałem w planach napisanie serii długich notek podsumowujących jego karierę. Koncepcję i wiele zdań miałem już w głowie, ale problem polegał (jakże częsta przypadłość w moim przypadku) na zapisaniu ich, co się już jednak nie dokonało. Teraz energii do pisania mam jeszcze mniej, więc tym bardziej się nie spodziewam, może kiedyś skondensuję najważniejsze do jednej.

Czas w każdym razie płynął i płynął, na tyle że nadeszła ta chwila, której wielu się na pewno (przynajmniej skrycie) obawiała: rozpoczął się nowy sezon, a Małysza na starcie nie ma i nie będzie. Okaże się teraz, ilu ludzi skoki oglądało "po januszowemu", a ilu ogląda ich dla samego magicznego momentu lotu, z odruchem przechylenia głowy dla obserwowania (na pewno statystyki trochę będzie ratować fakt, że Kamil Stoch i młodziaki dają nadzieję większą niż w czasach między Fijasem a Małyszem). Na "magiczny" Puchar Świata w Zakopanem podobno bilety na razie nie idą.

Póki co pogoda też nerwowo zareagowała na brak Małysza i dzisiaj wszystko ze skoczni wywiała. 

niedziela, 09 października 2011

Na temat obowiązku używania kasków już kiedyś pisałem, krytycznie zresztą, ale dzisiaj nie całkiem się będę powtarzał, bo o trochę innych okolicznościach będzie. Przeczytałem sobie bowiem, że norwescy lekarze postulują, żeby w piłce nożnej (soccer) wprowadzić obowiązek gry w kaskach ochronnych, przynajmniej dla bramkarzy

Najpierw się zaśmiałem. A potem zacząłem się zastanawiać, gdzie ten obowiązek już trafił, a gdzie jeszcze trafi. Nie tak dawno trafiłem na jakiejś włoskiej stacji na powtórkę z kolarskich mistrzostw świata. Kiedy włączyłem, na przedzie jechała doborowa czwórka w składzie Indurain, Rominger, Jalabert, Chiappucci. Na głowach mieli: bejsbolówkę, chustkę, fryzurę i ..nie pamiętam (kasków było w każdym razie maluczko). Wydaje mi się, że to było zaledwie 17 lat temu (Agrigento '94). Dokładnego zdjęcia jakoś nie umiem znaleźć, ale wyglądało trochę podobnie jak tu:

Chiapucci Bugno Indurain

Wayne'a Gretzky'ego po raz pierwszy widziałem w akcji chyba w meczu gwiazd, i jak słusznie zauważyli komentatorzy, wyróżnił się wtedy wyłącznie grą bez kasku (w hokeju były już one standardem). Tak samo i narciarze alpejscy kiedyś raczej jeździli w czapkach niż w kaskach - mam w pamięci wspomnienie oglądanej w czarno-białym telewizorze w latach najpóźniej 80-tych transmisji z jakiegoś slalomu, kiedy Bojan Krizaj rusza na trasę z gołą głową (przy czym zapamiętałem to chyba bardziej na zasadzie "a on w zimie bez czapki"). Wojciech Fortuna po złoty medal w Sapporo też jeszcze frunął w czapce (Piotr Fijas bił rekord świata w Planicy już w kasku). 

Nie zamierzam twierdzić, że w sporcie kaski są zbędne, niejeden sportowiec na pewno dozgonnie im dziękuje. Ale Woutera Weylandta nie uratował, a Felipe Massa życie zawdzięcza nie tyle kaskowi, co szczęściu (że sprężyna nie trafiła w odrobinę inne miejsce), przypadków w innych sportach teraz na szybko nie będę wyszukiwał. Pojawia się więc pytanie, czy skórka warta wyprawki.

Postanowiłem sobie więc wyobrazić piłkarzy grających w kaskach. Wizja skaczących do dośrodkowania kasków naprawdę solidnie poprawia humor:) aczkolwiek bardziej się obawiam, czy uderzenie głową opatrzoną w kask w cudzą kończynę, nie będzie dużo bardziej dotkliwe i niebezpieczne, niż gołą głową. Nawet solidnie twardą. 

środa, 20 kwietnia 2011

Moja przeglądarka ma taką opcję, że w każdej nowo otwartej karcie daje mi osiem dużych plansz z linkami do najczęściej otwieranych stron (szczegóły algorytmu nieznane). Dzięki tej opcji widzę, jak bardzo zmienia się w czasie moja aktywność sieciowa (pewne rzeczy zostają stałe, inne wędrują między miejscami).

Włączyłem dziś popołudniu przeglądarkę i myślę: o, zmiana na liście, co to ja tak ostatnio często odwiedzam? No i zmiana symboliczna: w miejsce strony FIS, gdzie śledziłem na żywo zawody narciarskie, względnie wczytywałem się w statystyki po zawodach, pojawiła się strona serwisu Autosport.

Uznajmy to za symboliczny koniec zimy.

sobota, 05 marca 2011

Nie udało się Adamowi Małyszowi zakończyć kariery drużynowym medalem mistrzostw świata. Jak nieraz przedtem, po jednoseryjnym konkursie skończyło się na piątym miejscu. Decyzja o rezygnacji została podjęta, bo wiatr kręcił straszliwie, a wyniki były szczerze mówiąc mocno przypadkowe. Do medalu zabrakło 17 punktów.

Nasze orły krytycznie się wypowiadają o przerwaniu konkursu, a celuje w tym Kamil Stoch, nazywając tę decyzję "barbarzyństwem, które odebrało nam szansę walki o medal". Czuję się zmuszony zwrócić jednak uwagę, że gdyby Kamil w swoim skoku skoczył na miarę tego, czego od niego oczekujemy (nawet jeżeli wiatr miał średni i zmienny, a w końcowej fazie dziurę w powietrzu), to medal byłby najzupełniej realny i po jednej serii. Jeżeli zawodnik aspirujący do medali oddaje skok, który w konkursie indywidualnym prawdopodobnie wyeliminowałby go z drugiej serii, to zastrzeżenia powinien mieć przede wszystkim do siebie - że nie skoncentrował się w pierwszym skoku tak dobrze, jak potrafi to zrobić w skoku drugim (co Kamil wielekroć już pokazywał, także na tych mistrzostwach). 113,5 metra, 100 punktów - to o 10 metrów i 18 punktów za mało (nie wspominając o prawdopodobnej różnicy w nocie za styl po locie o 10 metrów dalszym).

Swoją drogą, konkurs był na tyle nieprzewidywalny, że słowo szansa było na miejscu w swoim loteryjnym odcieniu. Kiedy pomyślę, że przy skoku Adama średnia prędkość wiatru wynosiła ponad 2,5 metra na sekundę (18 punktów odjętych!) , to tracę wiarę w jakąkolwiek przewidywalność następnych rezultatów; poza, niestety, dość przewidywalną średniością skoku Stefana Huli, który tym razem ewidentnie nie trafił z formą (aczkolwiek większe pretensje mam zdecydowanie do Kamila).

A chyba najbardziej mi żal Michaela Uhrmanna. To miał być zdaje się jego ostatni skok w karierze, miał w swoich nogach pożegnalny medal (i w tamtym momencie nawet wydawało się, że ma szansę, by był to medal złoty). Skoczył jeszcze słabiej niż Stoch i Hula, do medalu jakiegokolwiek zabrakło Niemcom 0,7 punktu. Cóż, może Pani Fortuna odebrała mu dzisiaj to, co dała 9 lat temu, kiedy w Salt Lake City w wyścigu o drużynowe mistrzostwo olimpijskie wyprzedzili Finów o 0,1 punktu...

niedziela, 27 lutego 2011

Ten stary idiom na skoczni jest niejednoznaczny, ponieważ wiatr w oczy, to wiatr pod narty, a ten pozwala lecieć (o ile dyrektor zawodów natychmiast nie obetnie rozbiegu) - czyli korzystny. Polscy skoczkowie en masse nie potrafią jednak szczególnie wiatru wykorzystywać (włącznie z Królem Adamem,  który od zawsze bazuje przede wszystkim na odbiciu, a nie na umiejętnościach lotniczych), przez co często lepiej im idzie przy wietrze słabym, żadnym lub zgoła niekorzystnym (w plecy). Pisałem o tym niemal równo rok temu po drużynowym konkursie w Vancouver, mogę się tylko pod tym podpisać dzisiaj. Przez cały konkurs wiało pod narty, nawet solidnie, co pozwoliło polatać rywalom. Efekt? Nawet upadek Freunda nie pomógł.

I nie ma co rozliczać indywidualnie. Jest faktem, że w porównaniu do zawodów drużynowych w Willingen, na których zdobyliśmy miejsce "medalowe", Hula stracił na formie, zaś Uhrmann zyskał, a i Norwegowie solidnie ją podciągnęli. No i tam wiało w plecy..

 
1 , 2 , 3 , 4