Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: zamówienia publiczne

wtorek, 04 marca 2014

Saga o nowym doręczycielu korespondencji sądowej, nazywanym drwiąco Nowym Lepszym Operatorem, będzie trwała jeszcze długo, być może skróci ją przyspieszone rozwiązanie umowy, a być może nie. Emocje, jakie budzi, są zrozumiałe, choć często niewłaściwie kierowane, a nieraz nawet sprawiają wrażenie konstruowanych na siłę (tu powinien być link do jeszcze jednej notki, ale się nie napisała jeszcze). 

Sam do tej pory w zasadzie nie narzekałem na Nowego Lepszego, bo korespondencja jakoś tam docierała, nawet jeżeli było to o godzinie 19.30 (w centrum miasta). Ostatnio zdarzyło się jednak, że (pod innym adresem) w skrzynce wylądowało awizo. Awizo mnie, nie powiem, zdziwiło, i nie chodziło o to, że przesyłka była do odbioru w sklepie Maxx (skojarzenia do wyboru, do koloru). Na awizie było bowiem wskazane nazwisko i imiona dwóch osób (bez nawiązania do nazwy firmy), adresu (adresata) nie było, ale co do awizo zostawiono pod właściwym adresem. Adnotacja "sąd" nie pozwalała na dywagacje co do osoby nadawcy, ale zupełnie nie przychodziło mi do głowy w jakiej to sprawie i jaki sąd mógłby chcieć adresować na takie dwie konkretne osoby. 

Udałem się więc do sklepu Maxx (który okazał się być prozaicznym salonikiem prasowym). Pani wzięła awizo, popsioczyła na charakter pisma doręczyciela (obiegowa nazwa: inpostonosz lub inpostylion), popsioczyła bardziej dosadnie na brak adresu na awizie... Po czym psioczyć zacząłem ja. Zagadka dwóch imion została rozwiązana w sposób równie zaskakujący co prozaiczny: inpostonosz, żeby się nie przepracowywać, zostawił jedno awizo dla dwóch różnych przesyłek, kierowanych do dwóch różnych osób (w zupełnie różnych sprawach). Jako że nie miałem upoważnienia na taką okazję, drugiej przesyłki oczywiście nie odebrałem (bo spodziewałem się tylko jednej adresowanej przynajmniej częściowo do mnie). Nie ma jednak żadnego sensownego wyjaśnienia, dlaczego przesyłka adresowana do mnie, nadana 16 stycznia, została doręczona (znaczy, awizowana) dopiero 26 lutego - zwłaszcza że zawierała zawiadomienie o terminie rozprawy wyznaczonej na dzień 21 lutego... (na szczęście wiedziałem o niej niezależnie, na szczęście dla sądu, bo gdyby mnie tam nie było, to z powodu braku zwrotki musiałby rozprawę odroczyć i odesłać do domu świadków).

To są takie uchybienia średniego kalibru. Nowy Lepszy podpadł jednak w zeszłym tygodniu zdecydowanie bardziej, kiedy w biurze staraliśmy się ustalić, co się dzieje w jednej sprawie, i ze zdziwieniem dowiedzieliśmy się, że wysłano do nas opinię biegłego, której sobie nie odebraliśmy. Pogłębione śledztwo wykazało, że rzekomo opinia była u nas awizowana i nie została podjęta. Pech Nowego Lepszego polega na tym, że nie otrzymaliśmy odeń żadnego awiza z wymaganych przepisami, ani pierwszego, ani drugiego... Sąd oczywiście został powiadomiony, Nowemu Lepszemu jeszcze dobierzemy się do.. do czegoś (bo nie wiemy, ile przesyłek nam w taki sposób "awizowali"). Wyjątkowo bezczelnie w tym kontekście brzmią zapewnienia, że Nowy Lepszy kładzie nacisk na "rzetelnie wykonaną pracę" oraz że odchodzi od "podejścia zostawiania awiza kiedy adresat jest na miejscu"; istotnie, niezostawianie awiza w połączeniu z niedoręczeniem przesyłki i sporządzeniem adnotacji o awizowaniu to jakaś nowa jakość, na pewno nie wyższa.

Na zakończenie słowo komentarza do tytułu. Otóż formalnie oczywiście Nowym Lepszym jest PGP, ale głównym podwykonawcą (żeby nie rzec: głównym wykonawcą) jest inPost, który zaskarżając specyfikację przetargową otworzył możliwość startu w przetargu jakiejkolwiek konkurencji dla Poczty Polskiej (głupota autorów przetargu to temat na zupełnie osobny wpis). Kiedy jednak przyszło do złożenia oferty, "wypuścił" PGP (samemu chowając się za ich plecami jako podwykonawca) - po to, żeby przy ewentualnej porażce nie zepsuć sobie reputacji (to mu akurat średnio wychodzi) oraz "kartoteki", czyli żeby w ewentualnym następnym przetargu publicznym (niekoniecznie na korespondencję sądową, może być dowolna urzędowa czy nawet firmowa, jeśli firma jest zobowiązana do stosowania ustawy o zamówieniach publicznych) móc śmiało (i bezczelnie) powiedzieć, że nie zawalił żadnej umowy dotyczącej zamówienia publicznej (co wyklucza z przetargów na parę lat). Bo jak co, to formalnie zawali PGP...

piątek, 01 lutego 2013

Wspominałem już na fejsie, że słuchając o zdarzeniach ze sfery publicznej mam ostatnio wiele okazji do śmiechu (lepiej tak, niż się podniecać niezdrowo, denerwować i kląć, nie powiem, też się czasem zdarza). 

Jednym z takich wyjątkowo rozśmieszających tematów była kwestia wstrzymania płatności unijnych na budowę niektórych odcinków dróg z powodu podejrzenia zmowy cenowej wykonawców. Wszyscy natychmiast stali się ekspertami od przetargów i ścigali się w konkursie o to, komu uda się coś zabawniejszego powiedzieć. Jedni uderzali więc w tony katastroficzne i opowiadali o wstrzymaniu dofinansowania do wszystkich budowanych dróg, wbrew dość jednoznacznym komunikatom Komisji Europejskiej, określającym, jaka kwota została wstrzymana do wyjaśnienia. Inni realizowali swoją potrzebę odwoływania kogoś bez względu na to, czy było za co (przypominało to karanie żniwiarza za to, że siewca użył kiepskiego ziarna). Najśmieszniejsi byli jednak ci, którzy przy tej okazji postanawiali błysnąć wszechstronnością i dokonać ambitnej próby syntezy, łącząc ustawione przetargi z ogólnie kiepską sytuacją firm budujących drogi (i znanymi problemami z dokończeniem niektórych inwestycji). Trudno się nie śmiać, kiedy odrobina elementarnego pomyślunku podpowiedziałaby, że ewentualne zablokowanie zmowy cenowej leżało oczywiście w interesie płatnika (czyli głównie Unii), natomiast wykonawcy byliby przez to bardziej ograniczeni w swoich budżetach i tym łatwiej przecież byłoby im biedować, a nawet upaść.

Konkluzją tych wszystkich śmiesznostek było stanowisko odpowiedzialnego komisarza unijnego, który uprzejmie wyjaśnił, że takich zamrożeń w całej Unii jest obecnie około dwustu, z czego zaledwie dwa w Polsce. Zgaduję, że komentatorzy-trefnisie jakoś szybko zapomną o sprawie, skoro nasz system kontroli Unia uważa za wzorcowy...

niedziela, 25 listopada 2012

Z racji obowiązków zawodowych dość często stykam się ze specyfikacjami istotnych warunków zamówienia (SIWZ) na usługę udzielenia kredytu (w nomenklaturze ustawy Prawo zamówień publicznych jest to usługa, bo nie jest to ani dostawa, ani robota budowlana, zresztą w klasyfikacji statystycznej udzielanie kredytów to usługa pośrednictwa finansowego). Specyfikacje te są dość mocno sztampowe, w końcu ich treść co do zasady jest wyznaczona przepisem ustawy, ale zawsze budzą we mnie uśmiech. 

Udzielanie kredytów jest w polskim prawie czynnością zastrzeżoną dla banków (formalnie dopuszczalne jest udzielanie ich przez SKOK-i, ale wyłącznie dla swoich członków), a te mogą działać wyłącznie w określonych formach: jako banki państwowe, jako banki spółdzielcze (odmiana spółdzielni) lub jako spółki akcyjne. W specyfikacjach zaś zawsze znajduję wymóg, aby oferent przedstawił "aktualne zaświadczenie z właściwego oddziału Zakładu Ubezpieczeń Społecznych lub Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego potwierdzające, że Wykonawca nie zalega z opłacaniem składek na ubezpieczenie zdrowotne i społeczne)". KRUS jest przeznaczony dla rolników, bank jako taki rolniczej działalności prowadzić nie może.

Oczywiście, nie winię tu autorów specyfikacji, po prostu wpisują wymogi w dokładnie takim brzmieniu, jak ustawa przewiduje, tak samo jak dla przypadku budowy biurowca, dostawy mleka lub zamiatania chodnika. Po prostu to zestawienie, że ktoś parający się rolnictwem miałby udzielać kredytów, budzi moją wesołość (co nie oznacza, że niejednokrotnie takiego rolnika nie byłoby stać na skredytowanie gminy).

(50)

czwartek, 08 listopada 2012

Jednym z newsów dzisiejszego dnia było, że Fundacja ePaństwo uzyskała od Sądu Najwyższego umowę, na podstawie której tenże Sąd zlecił "przerobienie swojej strony internetowej" za jedyne pół miliona złotych (dokładnie 554.730 zł), jak również "ustaliła", że przedmiot umowy można było wykonać "lepiej" (szczegóły odkryć Fundacji tutaj). Oczywiście cały Internet kipi oburzeniem, że jak tak można, że rządzący kradną, że zrobił to oczywiście znajomy pracownika sądu i że co drugi internauta ze szwagrem zrobiliby to 10 razy taniej. Jak wypowiedział się pewien zapytany przez media ekspert, za pół miliona złotych można zrobić "bardzo dopracowany portal wraz z systemem obiegu dokumentów i szkoleniem zespołu".

Ponieważ mam w zwyczaju sprawdzać sensacyjne newsy w maksymalny możliwy sposób, jeszcze przed odwiedzeniem strony Fundacji zacząłem szukać informacji z zakresu zamówień publicznych, przyjmując, że w takim właśnie trybie umowa została zawarta (kwota wyraźnie na to wskazywała). Nie trwało długo, żeby Google odnalazło informację o wynikach postępowania, z podaniem nazwy firmy, która wygrała, jak i dane firm, które przegrały. Znacznie ciekawszą informacją było jednak, co właściwie było do wykonania za te pieniądze. A obejmowało, i owszem, modernizację serwisu internetowego (czyli witryny www), jak i modernizację serwisu intranetowego (czyli wewnętrznej sieci Sądu) oraz wdrożenie systemu elektronicznej zarządzania dokumentacją. Jeżeli komuś brzmi to podobnie do tego, o czym mówił ekspert cytowany w poprzednim akapicie...

Przyznam, że nie znalazłem specyfikacji istotnych warunków zamówienia (choć nie szukałem szczególnie zawzięcie), więc trudno było ustalić, jak dokładnie określono przedmiot zamówienia. Sięgnąłem więc do zdobytego przez Fundację tekstu. Przez chwilkę, nie ukrywam, nawet zmarszczyłem brwi, mając wrażenie, że zakres umowy nie jest zgodny z zakresem zamówienia (co jest grzechem ciężkim). Gruntowna lektura pozwoliła jednak odnaleźć "brakujący" element przedmiotu zamówienia, czyli system elektronicznego zarządzania dokumentacją, rozpisany jako element funkcjonalności serwisu intranetowego. Przy okazji zauważyłem też obowiązki wykonawcy związane z dostarczeniem odpowiedniego oprogramowania systemowego i sprzętu, przeniesienie praw autorskich, szkolenia.. Cóż, Fundacja dostrzegła jedynie "wyrównywanie do lewej strony" oraz że "orzeczenia nie będą dostępne w formacie HTML" (moja prywatna uwaga: plików długości standardowego orzeczenia nie ma sensu czytać w HTML-u). Refleksji o wadze prac nad serwisem internetowym oraz nad serwisem intranetowym nie było ani krztyny, bo wtedy szokujący nagłówek nadawałby się tylko do kosza...

Oczywiście, ośmieszenie się Fundacji nie rozgrzesza całkowicie dziennikarzy powtarzających ślepo opowieść o "pół miliona za stronę", bez sprawdzenia i zrozumienia (zaczęli w "Dzienniku Gazecie Prawnej", ale powtórzyli już chyba wszyscy w polskim Internecie). Wina Fundacji jest jednak o tyle większa, że sama Fundacja - prezentując się jako obrońca jawności - jednocześnie zwyczajnie pozostaje w konflikcie z Sądem Najwyższym (nie wnikając, kto i ile ma w nim racji). Tym bardziej powinna więc dokładnie sprawdzić o czym pisze, a tak wyszło, że bzdury, które rozpowszechnili jako sensację, mogą być świadomą manipulacją, tym głupszą, że tak łatwą do wykrycia. Wyszło bowiem, że oto "zapłacono pół miliona za elewację!", a w rzeczywistości pół miliona jest za elewację oraz remont i wyposażenie wnętrz...