Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: John Irving

środa, 21 listopada 2018

"życie trzeba przedstawić w taki sposób, żeby wydawało się prawdziwe - nic nie jest prawdopodobne tylko i wyłącznie na mocy faktu, że się wydarzyło" (John Irving)

W filmach opowiada się przeróżne historie. Na pewno był niejeden film o młodym, utalentowanym kierowcy, który bez odpowiedniego wsparcia z zewnątrz (zwłaszcza wyrażonego w twardej walucie) piął się po szczebelkach kariery, dorabiając przygotowywaniem samochodów dla innych. Niekoniecznie takie filmy kończyły się akurat w taki sposób, że w końcu młody dostawał kontrakt rezerwowego kierowcy w zespole Formuły 1, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności (nie zapominając o szybkości pokazywanej w okazjonalnych treningach) zajmował w trakcie sezonu miejsce kierowcy wyścigowego i zdobywał miejsce na podium na kultowym torze.

Chyba nie było natomiast filmu o tym, jak kierowca ma podczas wyścigu potężny wypadek, na widok którego wszyscy z przerażeniem zasłaniali usta - dopóki kierowca nie wstał i nie otrzepał się jak gdyby nigdy nic, a rok później na tym samym torze był tak bardzo przejęty wspomnieniem tego wypadku, że wygrał tam swój pierwszy wyścig w serii. Sophia Floersch po swoim koszmarnie wyglądającym wypadku w Macau chętnie wystąpiłaby w tym filmie... (choć najpierw musi dojść do siebie po operacji kręgosłupa)

Pewnie nie było też filmu o kierowcy wyścigowym, który mając w kieszeni kontrakt z legendarną stajnią, jedzie dla treningu powiatowy rajd i wpada na uszkodzoną barierkę, która - szansa jeden na milion - robi mu z ręki puzzle (nie licząc innych obrażeń, stanowiących zagrożenie dla życia). Po wielu operacjach prowadzących do przywrócenia ręce jako-takiej sprawności, ostatecznie po 6,5 roku kierowca wraca do swojego starego zespołu i pokazuje na testach, że w dalszym ciągu potrafi jeździć jak przed wypadkiem (a kibice z trybun śpiewają zespołowi "Merci"). Oglądałem kiedyś film biograficzny o zespole muzycznym Jan and Dean, gdzie historia była w sumie dość podobna.. 

Być może był film o młodym kierowcy, który bez pomocy doszedł na szczyty, ale później z nich spadł - a kiedy po latach udało mu się zdobyć niezbędną pomoc finansową niezbędną do powrotu, w ostatniej chwili został przelicytowany przez kogoś z dużo grubszym portfelem. Po czym rok później nastąpiła zamiana miejsc...

Bo filmów o młodych wilczkach i starych mistrzach nie brakuje. Ostatnio chociażby Auta 3...

Wszystkie te scenariusze napisał lub napisze Robert Kubica. Nie wszystkie wyglądają prawdopodobnie, a jednak się zdarzyły naprawdę, lub powinny się zdarzyć za chwilę. Tylko z tym otrzepaniem się to licentia poetica.

sobota, 27 lutego 2016

Dziś będzie rokendrolowo. Kawałków z wykopem jest około mnóstwo, ale nietrudno zauważyć, że dominują w nich mężczyźni, dlatego dziś (choć Dzień Kobiet za tydzień z okładem) zrobimy sobie kącik w którym to ładniejsza z punktu widzenia heteryka płeć będzie dawać czadu.

Zaczniemy od Joan Jett. Spośród wielu kawałków, w których daje czadu, wybieram ten, w którym tak znakomicie prowadzony jest rytm (już niejeden raz zdradzałem się z małą fiksacją na tym punkcie, może powinienem dodać sobie tag"rytm"?) No i tytuł bardzo adekwatny do rokendrolowej notki - I love rock'n'roll.

Janis Joplin nikomu przedstawiać nie trzeba, I presume, zostaje tylko kwestia wyboru utworu. Każdy ma swoje preferencje, ja bardzo lubię czad, który daje w Piece of my heart w towarzystwie Big Brother and the Holding Company (choć kogo obchodzi zespół przy takiej frontwoman, przy Joan Jett też nie dodawałem że gra z Blackhearts). I pomyśleć że to była kiedyś słodka pioseneczka śpiewana przez siostrę Arethy (poszukajcie sobie, Erma jej na imię)...

Można pomyśleć, że preferuję wyłącznie stare... kawałki, co oczywistą nieprawdą jest (muzyka nie ma wieku). Dzisiejszy kącik uzupełni więc kawałek z czasów rozwoju internetu, choć muzyki się wtedy przez sieć nie słuchało (od tego było radio i MTV). Proszę mi się tu nie czepiać, że Meredith Brooks używa słów mocnych, na pewno nie będę cenzurował tytułu: Bitch

I tylko się zastanawiam, na ile do napisania tej notki sprowokowało mnie odświeżenie Modlitwy za Owena Irvinga, i przypomnienie postaci Hester the Molester. 

 

czwartek, 22 kwietnia 2010

Telefon do dostawcy Internetu.
- Panie, usuń mnie pan z tego interneta.
- To znaczy o co Panu chodzi?
- Ja w wyszukiwarce znalazłem swoje nazwisko, a nie życzę sobie. Tego interneta mam przez was, więc mnie pan stamtąd usuń.
- Proszę Pana, ale w Internecie jest tak dużo różnych stron i informacji, że tam każde nazwisko jakoś można znaleźć. Te informacje mogą być gdziekolwiek na świecie, ja nie mam żadnego wpływu na to, co jest w Internecie.
- To ja poproszę z kierownikiem bo pan jesteś niekompetentny.
- Chwileczkę..
- ..słucham Pana?
- Proszę Panią, Pani pracownik nie chce usunąc mojego nazwiska z tego interneta, jak ja chcę.
- Proszę Pana, my naprawdę nie mamy wpływu na to co jest w Internecie, nawet nazwiska.
- Pani też jest widzę niekompetentna, więc ja wyślę pismo do dyrektora z kopią do prezydium!

Gdybym wymyślił to sam, byłby to tylko kiepski dowcip. Ale ja tylko lekko podrasowałem sytuację "z życia wziętą", znalezioną na portalu, w ramach odreagowania rzeczywistości (nie twierdzę, że dowcip jest od tego wiele lepszy). Życie to kiepski dowcip? Możliwe. Dzisiaj rano śmiałem się z innej takiej życiowej sytuacji, jak to Ojciec Dyrektor wypatrzył dwie przelatujące kaczki podczas ceremonii sobotnich pogrzebowych w Warszawie, i zastanawiał się, kto i co chciał przez to powiedzieć; gdybym usłyszał to jako dowcip, uznałbym go za strasznie wydumany. John Irving wspominał kiedyś, że wykładając na kursach pisania, skrytykował sytuację opisaną przez uczestnika jako absolutnie nieprawdopodobną, po czym dowiedział się, że nie została ona wymyślona, tylko wiernie opowiedziana. Jak to ujął Irving, "życie trzeba przedstawić w taki sposób, żeby wydawało się prawdziwe - nic nie jest prawdopodobne tylko i wyłącznie na mocy faktu, że się wydarzyło".

A swoą drogą zastanawiam się, czy dla bohatera historyjki atrakcyjna byłaby usługa antypozycjonowania - sprawienia, że określone słowo czy słowa nie pojawiałyby się w wyszukiwarce.