Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: internet

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Jest sobie niejaki pan Piekara, z zawodu pisarz specjalizujący się w fantastyce. Nie śledzę jego życiorysu ni twórczości zbyt uważnie (nie moja nisza, powiedzmy), niemniej czasem odpryski jego wytwórczości do mnie trafiają. Tak było i dziś rano.

Otóż wczoraj wieczorem w ramach jakiegoś uniesienia patriotycznego pan Piekara postanowił zaszczycić swoją obecnością Wikipedię, a konkretnie jej hasło o rządzie Tadeusza Mazowieckiego (być może miało to związek z faktem, że wczoraj przypadała rocznica pamiętnych wyborów czerwcowych, po których...). Zaszczycił, i zrozumiał z tego hasła tylko tyle:

Piekara wikipedia rząd Tadeusz Mazowiecki 1989

Oczywiście, każdy kto przeczytał tę stronę w Wikipedii ze zwykłą choćby starannością, zauważy, że ma ona osobne sekcje: Skład w momencie powołania, Skład w momencie ustąpienia oraz Wcześniejsi członkowie (obejmującą tych ministrów, którzy stracili swoje stanowiska wcześniej niż rząd jako całość, zresztą ciut poniżej jest to wyjaśnione w sekcji "Zmiany w składzie"). Fragment, który pobudził Piekarę, pochodzi z sekcji "Wcześniejsi członkowie", a słowo "bezpartyjny" - z zawartej w tej sekcji rubryki "Partia polityczna (w momencie ustąpienia)". W sekcji dotyczącej powołania rządu i Siwicki, i Kiszczak są oczywiście opisani jako przedstawiciele PZPR...

Dowiódł także pan Piekara nieznajomości historii najnowszej. Siwicki i Kiszczak zostali odwołani z funkcji lipcu 1990, a PZPR przestała istnieć w styczniu 1990 roku. Ale być może dla pana Piekary Jacek Saryusz-Wolski czy Stanisław Piotrowicz nadal należą do PZPR.

A najsmutniejsze, że wielu ludzi na Twitterze bezrefleksyjnie uwierzyło w te brednie Piekary. Głównie dlatego o tym piszę - ostrzegawczo.

PS Ponieważ niektórzy nadal nie rozumieją jak się Piekara wygłupił - poniżej jak wyglądała strona Wikipedii w momencie, kiedy Piekara zaczął ją czytać:

Piekara nie umie czytać wikipedii Kiszczak Siwicki

Piekara nie umie czytać wikipedii Kiszczak Siwicki

sobota, 18 lutego 2017

Zacząłem czytać sobie książczynę, której akcja rozgrywa się w XIX-wiecznej Pradze. O książce niewiele napiszę, bo dotarłem ledwie do strony 80 (nawet w wannie się wolno ją czyta), za to na takiej stronie 37 postawiło mnie w poprzek i kazało się czepiać redaktora. Natrafiłem bowiem na zdanie ze słowami "mistyczny kaznodzieja Jan Milicz z Kromierzyża".

Kaznodzieja jak kaznodzieja, pamiętałem z wykładu historii państwa i prawa* (serdecznie pozdrowienia dla Profesora Józefa Ciągwy, moja jedyna pała w indeksie!) że jest sobie miasto zwane Kromieryżem na Morawach (podczas Wiosny Ludów obradował tam parlament austriacki..). Taką też formę kategorycznie preferuje Google, na formę "Kromierzyż" reagując pytaniem "czy chodziło Ci o Kromieryż". To niewątpliwie wynik tradycji historycznej, wszak Kromieryż i Galicja leżały w obrębie tego samego CK Cesarstwa... Z drugiej zaś strony, po czesku pisze się Kroměříž, a z kontaktów z jedną Katką (pozdrowiłbym, ale nie przyjęła zaproszenia na fejsie) ze Zlina (wtedy: Gottvaldov) zapamiętałem, że to charakterystyczne r z daszkiem czyta się jako "r-ż", mniej więcej. Sprawdziłem więc co na to internety...

Ciocia Wikipedia formę "Kromierzyż" dopuściła. Dodatkowo podsunęła link do Poradni Językowej PWN, podług którego (choć to nie profesor Bańko się wypowiadał) to forma "Kromierzyż" jest jedynie poprawna.

To ja już zatem redaktora zostawię w spokoju, i zastanowię się kiedy się w okolice Kromieryża wybiorę na wakacje, gdyż Morawy to okolica zacna.

*nie dziwota że dostałem pałę, skoro nie pamiętam nawet że to była historia ustroju Polski na tle powszechnym, a historia prawa była u kogo innego

środa, 15 lutego 2017

Niespodzianka! Po latach przerwy, Milionerzy powrócili do TVN, bądź TVN powrócił do Milionerów. Studio wygląda na to samo, tylko Hubert całkiem siwy wygląda (ale zachowania nie zmienił, na szczęście).

W ramach liftingu - jeśli nadążam za wersjami - skrócono jedynie czas odcinka do pół godziny czy coś koło tego (za to są cztery w tygodniu), w eliminacjach uczestniczy tylko sześcioro zawodników. Poza tym koła te same, progi gwarantowane też, główna nagroda takoż... Pomysłowość w pytaniach też niezmienna, mieliśmy już małą burzę polityczną po pytaniu co Jarosław Kaczyński ogląda nocą w telewizji (nie, nie filmiki...), przewinęła się też prezydentowa oraz Kijowski Mateusz. Jest takie wrażenie, że pytania są mocniej zorientowane na młodą, internetową publiczność, stąd jutuberzy czy Kardashian, ale rzecz jasna nie tylko. Uczestnicy na razie stremowani, ponad 40 tysięcy chyba jeszcze nikt nie podskoczył. 

Interesującym (nadprogramowym) przeżyciem jest śledzenie, co się dzieje podczas programu na Twitterze, pod hasztagiem #Milionerzy (oczywiście). Z jednej strony kiedy - jak dziś - uczestnik odpada na pierwszym (!) pytaniu o pieśń narodową "Góralu czy ci nie żal" (!!) lub ma problemy z nazwami województw (!!!), to jad się leje straszliwy (przy czym ma się wrażenie, że średnia wieku komentujących nie pozwalałaby im na udział w programie). Z drugiej strony zbiorowy ubaw z pytań "czy jezioro Druzno leży na terenie apatycznym, depresyjnym czy może melancholijnym" jest nawet sympatyczny. Pana, który postanowił gruchnąć zegarek (bo nie wierzył że można gruchnąć śmiechem), oglądaliśmy tylko w domowym gronie (i też było fajnie).

niedziela, 22 stycznia 2017

To nic nowego co do zasady, ta "wojna" na wymyślone napisy trwa od dawna. Ale dziś na widok napisu, którego dotąd nie widziałem, parsknąłem śmiechem i postanowiłem sobie go zanotować pro memoriam. Może kiedyś znajdę stronę/serwis, gdzie te cuda archiwizuje się w pełnym wyborze, a na razie - tak myślę - początek małego prywatnego archiwum. Wszelkie prawa do zdjęć i napisów oczywiście zastrzeżone dla twórców (na FB znalazłem).

Łódź graffiti ŁKŚ myśli że

piątek, 20 stycznia 2017

Twitter to narzędzie, które - podobnie jak SMSy - ze swojej istoty nakłada użytkownikom istotne ograniczenia wynikające z limitu znaków. Skłania więc Twitter do minimalizmu słownego (i interpunkcyjnego), używania skrótów i skrótowców (które przechodzą później do języka pozatwitterowego), że pominiemy renesans pisma obrazkowego (pominiemy tu zupełnie zjawisko hasztagów, bo to temat na zupełnie osobny wpis).

Twitter to narzędzie międzynarodowe - pisać można w wielu językach, jedyne ograniczenie to zapewne alfabet/klawiatura, nie mam pojęcia jak wygląda Twitter arabski, bułgarski czy koreański (z tym ostatnim trochę wróć, bo kiedyś odkryłem, że osławione ruchadło leśne jest przede wszystkim fanką jakiegoś koreańskiego boysbandu, i widziałem wpisy we wschodnim alfabecie). Żeby ułatwić użytkownikom poruszanie się w międzynarodowej przestrzeni, Twitter oferuje niemal automatyczne tłumaczenie wpisów na jeden klik, sam nie korzystam, bo albo rozumiem (i wtedy po co mi), albo nie rozumiem, a wtedy nie wierzę w automatyczne tłumaczenia. Natomiast...

Działanie Twitterowego tłumacza bywa zaskakujące. Zazwyczaj działa niezgorzej, ale czasem jego podpowiedzi mogą... zdziwić.

niby czeski według twittera

Bracia Słowianie, powiecie?

niby francuski według twittera

I nie ma co tego składać tylko na karb Szczególnych Trudności Z Językiem Polskim.

niby łotewski według twittera

A już jak ktoś połączy różne języki w wypowiedzi, to dopiero jest bal.

niby haitański według twittera

Haitański to może podpadać pod papiamento, ale co Twitterowi ten zawinił?

niby indonezyjski według twittera

Nie uczcie się języków przez Twittera. A przynajmniej nie tylko.

21:54, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
niedziela, 08 stycznia 2017

Krąży po Polsce widmo, widmo w kretyńskiego mema ubrane...

Mema zasadniczo należałoby wkleić, ale że jest głupi to mi się nie chce, a że w zasadzie należałoby go przyedytować, to nie chce mi się tym bardziej - dlatego zrobimy to metodą XX-wieczną i przepiszemy, zwłaszcza że ten mem składa się głównie z tekstu. Tekst dotyczy straszliwych obciążeń fiskalnych związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej i brzmi tak:

Zarobiłem 2000 PLN 
Oddaję Państwu:
- 1121 PLN na ZUS
- 360 PLN na US (18%) 
Zostaje 519 PLN z czego 23% oddam w zakupach.
Na czysto mam 400 PLN.

Kiedy już kończymy płakać ze śmiechu, przeprowadzimy analizę krytyczną
1/ "zarobiłem 2000 PLN" - z kontekstu wynika, że chodzi o dochód; nie jest jedynie jasne, czy uciśniony byznesmen-bohater zarobił wszystkiego 2000 PLN przychodu i nie miał żadnych kosztów, czy też po odliczeniu kosztów zostało mu 2000 PLN; pierwszy wariant sugeruje de facto samozatrudnionego, najpewniej z jednym zleceniodawcą, czyli żadnego przedsiębiorcę, zapewne niepłacącego VAT; wariant drugi... zapewne też występuje w obrocie, na tym etapie to mało istotne
2/ "oddaję 1121 PLN na ZUS" - czyli dane za rok 2016 (dokładniej: 1121,52 zł); dla porządku wyjaśnijmy, że każdy przedsiębiorca wie, że kwotę tę należy rozbić co najmniej na NFZ (ubezpieczenie zdrowotne) w kwocie 288,95 zł i resztę, czyli ubezpieczenia społeczne (772,96 zł) i Fundusz Pracy (59,61 zł); wynika z tej informacji także, że nasz bohater prowadzi działalność od ponad 2 lat, bo nie korzysta z obniżonych składek dla początkujących
3/ "oddaję 360 PLN na US" - czyli podatku dochodowego; wynika z tego, że nasz przedsiębiorca nie korzysta ze stawki liniowej, ponieważ ta wynosi 19%, tylko ze stawki powszechnej 18% w pierwszym progu (co przy jego dochodach wcale nie jest głupie).

I teraz przerwiemy na chwilę interpretowanie, a pokażemy totalną głupotę autora mema. Otóż jeżeli nasz byznesmen ma dochód 2000 PLN, to jeżeli tylko kiedykolwiek widział na oczy dokument PIT (wcale się nie zdziwimy, jeśli nie), to zauważył tam pozycję "składki na ubezpieczenie społeczne do odliczenia" (te na FP też). Zatem podatek dochodowy płaci od kwoty 2000-(772,96+59,61)=2000-832,57=1167,43 zł. Przy wyliczaniu samego podatku powinien uwzględnić kwotę wolną od podatku, wynoszącą 3091 zł rocznie - co w praktyce oznacza zwolnienie z PIT w pierwszych miesiącach roku, ale policzmy to dla uproszczenia jako 257,58 zł miesięcznie (jako 1/12 kwoty rocznej). Mamy więc podatek miesięczny w wysokości 0,18 x (1167,43-257,58) = 0,18 x 909,85 zł = 163,77 zł (drobna różnica względem 360, nieprawdaż). Ale tutaj pojawia się jeszcze jeden drobiazg - a mianowicie brakująca część "ZUS", czyli składka zdrowotna, którą odlicza się od podatku. Fakt: nie całą (najtrudniejsze jest zawsze pamiętanie ile się dokładnie odlicza), ale w roku 2016 z płaconych "na NFZ" 288,95 zł odliczało się od podatku 248,82 zł (reszta to taki dodatkowy podatek...). Zatem mamy 163,77-248,82 zł=-85,05 zł, czyli tyleż do zwrotu na koniec roku (w sumie tysiączek z małym haczykiem). Jak zatem widać, nasz biedaczyna ma na życie efektywnie o 360 zł więcej w każdym miesiącu...

Powróćmy do naszych baranów:
4/ "519 zł z czego 23% oddam w zakupach" - nasz byznesmen musi mieć ciekawe nawyki żywieniowe, gdyż je wyłącznie żywność przetworzoną w taki sposób, że jest ona opodatkowana 23% stawką VAT, co wyklucza pieczywo, nabiał, warzywa (specjalnie zerknąłem właśnie na swój rachunek z marketu).. 
5/ "na czysto mam 400 PLN" - to doprawdy Schroedingerowskie pojmowanie "mam", skoro te 400 zł które "ma", musiał wydać w sklepie, żeby móc oddać państwu ten VAT... 

Podsumowując: mem został popełniony przez kretyna, który w życiu nie stał obok prowadzenia działalności (każdy obdarzony minimum mózgu stara się zapłacić podatków najwyżej tyle ile trzeba). Ponadto należy stwierdzić brutalnie, że ktoś, kto osiąga z działalności dwa tysiące dochodu (nie mówiąc o wariancie osiągania dwóch tysięcy przychodu przy zerowych kosztach), nie jest przedsiębiorcą, tylko wyrobnikiem i bankrutem, i powinien zdecydowanie przemyśleć wybór drogi życiowej.

Bierzcie i pamiętajcie, jak ponownie zobaczycie.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Od rozpoczęcia sezonu wigilii właściwie na okrągło składa się życzenia i zastanawia "komu jeszcze i jak złożyć, bo chyba nie składałem". Jak zauważyliście, życzyłem czytelnikom Zapisków..., oprócz tego złożyłem specyficzne życzenia na fejsie (staram się by to były niezależne ekosystemy), iluś osobom życzyłem face-to-face, iluś telefonicznie, zastanawiam się nad wysłaniem paru esemesów zwrotnych... i co roku zadaję sobie pytanie czy nie wysłać paru kartek świątecznych (wychodzi jak zwykle).

Niektórzy nie przejmują się do końca tym do kogo i jak wysyłają i ile razy. Na przykładzie jednych takich życzeń udało mi się określić parę zasad takiego świątecznego savoir-vivre:
- po pierwsze nie wysyłaj życzeń hurtem w jednej wiadomości (e-mailowej), bez względu na to czy pokażesz wszystkich adresatów (gorzej ze względu na ujawnianie adresów), czy jeżeli wszystkich adresatów ukryjesz (gorzej bo wygląda jak do nikogo),
- po drugie nie wysyłaj życzeń do wszystkich których znajdziesz w książce adresowej - niby w Święta można być życzliwym dla wszystkich, ale życzenia od kogoś kogo zupełnie nie znasz (poza incydentalnym kontaktem mailowym) nie wyglądają szczególnie wiarygodnie
- po trzecie wysyłając maila z życzeniami postaraj się usunąć zeń standardową stopkę "Niniejszy e-mail zawiera poufne i/lub prawnie chronione informacje XX. Jeśli nie jesteście Państwo właściwym adresatem (lub otrzymaliście niniejszy e-mail przez pomyłkę), prosimy o niezwłoczne poinformowanie o tym nadawcy i usunięcie niniejszego e-maila ze swojego systemu wraz ze wszystkimi załącznikami. Nieuprawnione kopiowanie, jak również bezprawne ujawnianie i rozpowszechnianie treści niniejszego e-maila jest zabronione i może skutkować odpowiedzialnością."

Chyba wolę nie wysłać komuś życzeń, niż wysłać byle jak...

Wesołego przy Święcie!

niedziela, 20 listopada 2016

Cenioną wartością w internecie jest interakcja z odwiedzającymi, wyrażana choćby w najprostszej formie. Kanonicznym przykładem stał się oczywiście fejsowy lajk, dostępny zarówno wewnątrz serwisu jak i poza nim (choć w tej drugiej formie jakby trochę zamierał, tu na Bloksie co prawda widać niebieski przycisk FB, ale można nim tylko udostępnić notkę na swojej tablicy, a nie krótko i zwięźle wyrazić aprobatę, co natychmiast odbiło się na statystykach interakcji), wewnątrz serwisu już rozbudowany w taki sposób że można wyrazić cały szereg emocji od hiperpozytywnych do negatywnych. Analogiczne - choć pewnie mniej rozpowszechnione - opcje interakcji znajdujemy w przypadku innych znanych serwisów, i tych żywych, i tych podupadających...

W niektórych serwisach, zwłaszcza newsowych, często spotykany jest model, w którym poszczególne wypowiedzi mogą zostać ocenione pozytywnie (plus czy co tam lokalnie wymyślą) lub negatywnie (minus lub jak wyżej). Obserwując jak się takie oceny rozkładają, można popełnić niewątpliwie niejedną pracę z zakresu socjologii czy psychologii społecznej. Sam nie bez fascynacji obserwuję nieraz na gazetowych portalach jak rozkładają się oceny przy takich czy innych wypowiedziach (w tym moich), na ile w tych ocenach widać populizm a na ile zdrowy rozsądek. Czasem wręcz obstawiam pisząc jakiś komentarz, w którą stronę pójdą oceny ;)

Takie oceny są w stanie wzbudzać wiele emocji. Czasem trwa o nie wręcz polityczna wojna - jedni z drugimi klikają na siłę, żeby "swoich" poprawić, a "wrażych" w dół zepchnąć, widziałem już wzajemne nawoływania... Czasem strony (przynajmniej niektóre) uciekają się do zorganizowanego manipulowania wynikami, "wysyłając" do akcji boty, a 'poszkodowani" ślą lamenty i protesty do niekoniecznie radnej administracji. Zupełnie jakby od tego coś istotnego zależało...

Nie proszę o lajki ni szery, jak kto chce niech komentuje, jeśli odczuwa taką potrzebę (dla pseudokomentatorów których jedynym celem jest zostawienie linka do promowanej strony, nadal nie ma tolerancji).

czwartek, 27 października 2016

Jak ten czas leci... Od czasu afery Rywina minęło tyle czasu, że mogłaby już być w gimnazjum, mało kto pamięta już dziś gwiazdy komisji śledczej (poza ministrem "pan jest zerem" Ziobro, oczywiście). Zapewne tłucze się ludziom po głowach fraza "lub czasopisma", wykreślona w dziwnych okolicznościach z projektu ustawy - ale kto, co, jak i kiedy, to już bez Gugla i Wikipedii niekoniecznie.

Wzdycham tak nad przemijaniem, bo i ta notka mocno jest przemijaniem dotknięta. O temacie przypomniała mi mimowolnie Berberys (czemuś, kobieto, zarzuciła blogowanie), i kiedy sobie pogrzebałem w pamięci (dysku), to uświadomiłem sobie, że temat leży od ponad czterech lat (można nawet powiedzieć, że mi przeszło). Fakt, że analiza tematu nie była sympatyczna, nie zachęcał do powracania.

A rzecz była sobie taka: z pięć lat temu minister zdrowia zmienił rozporządzenie o badaniach kierowców (każdy kto ma prawo jazdy, jakieś takie badania przechodził, możliwe że na podstawie tego rozporządzenia). W efekcie tej zmiany rozpleniła się interpretacja, w myśl której każdy pracownik, który dostaje delegację na podróż służbową, podczas której prowadzi samochód, powinien uprzednio (przed tą podróżą) przejść w ramach badań profilaktycznych dodatkowe badanie okulistyczne jak dla kierowców zawodowych (widzenie zmierzchowe, zjawisko olśnienia). Zostałem poproszony o przeanalizowanie tematu, i po długich godzinach spędzonych nad kilkoma ustawami, kilkoma rozporządzeniami i paroma dyrektywami unijnymi wyprodukowałem opinię (w którą szczerze wierzyłem, nie ukrywam), że wiadomości o konieczności takich badań są cokolwiek przesadzone, bo całość regulacji była podłej jakości, bez sensownego uzasadnienia i dalece wykraczająca poza dyrektywy unijne, które rzekomo miała wdrażać (te wymagały badań dla osób które na co dzień stale prowadziły samochody przy wykonywaniu pracy zawodowej, a nie okazjonalnie)... 

Nie śledziłem, jakie były dalsze losy zagadnienia (nawet nie sprawdzałem przed napisaniem tej notki jak dokładnie dziś wyglądają te same przepisy). Pamiętam jednak swoje głębokie zdziwienie dlaczego te przepisy zostały tak właśnie napisane (i tak były interpretowane) - i choć nie jestem zbytnim zwolennikiem zbytnim zwolennikiem teorii spiskowych, to nie mogłem się oprzeć przekonaniu, że jedynym racjonalnym wyjaśnieniem jest popełnienie tych przepisów w interesie okulistów. Ale może to przypadek, oczywiście...

sobota, 24 września 2016

Trolle to niesympatyczne zjawisko (te internetowe, z prawdziwymi nie miałem doświadczeń). Łażą i powtarzają swoje bzdury, czasem w sposób na tyle ordynarny i kłamliwy, że trudno na nie zastosować najprostszą metodę na trolla - czyli ignorowanie.

Jest sobie taki internauta, najczęściej używa zwiska fracky. Jest znany na większości serwisów poświęconych F1, na większości jest znany ze złej strony - jeżeli nie jest zabanowany to jest ignorowany (czasem desperacko szukając dla siebie możliwości wzięcia udziału w dyskusji udaje kogoś innego, ale zwykle jest szybko rozpoznawany). Są jednak w dalszym ciągu serwisy, których właściciele starają się mieć dużo wyrozumiałości. Tam fracky pleni się w sposób często nieprzyjemny dla otoczenia, gdyż nudzi straszliwie, starając się za wszelką cenę udowodnić że "ma rację" (a że jej zwykle nie ma - używa tupania i udawania że to jego ręka), oraz nieustannie deklarując swoją rzekomą wyższość nad innymi dyskutantami i powołując się na swoje urojone "sukcesy" w dyskusji (czyli własne przekonanie, że powiedział coś mądrego i prawdziwego, zwykle wbrew faktom).

Jednym z takich wyrozumiałych gospodarzy jest Karol296, prowadzący zacny serwis Cyrk F1 (nie pamiętam teraz czy go polecałem przy okazji któregoś Blog Day? jak nie to może w przyszłym roku). Mniej więcej miesiąc temu Karol opublikował wpis poświęcony wykorzystywaniu komputerów do symulacji aerodynamicznych, czyli tzw. CFD (to nie jest zasadniczo wpis poświęcony kwestiom technicznym, więc staram się pisać jak dla laika). Pod tym wpisem zmaterializował się fracky, niby starając się coś powiedzieć na temat, ale głównie żeby pochwalić się ilu to Bohunów nie usiekł. Zaczęła się wymiana zdań, w której fracky zakwestionował znaczenie rozwoju komputerów- w tym ich mocy obliczeniowej - dla CFD, żeby wreszcie wyrazić znamienny pogląd:
"W regulaminie zawarty jest zapis o maksymalnej mocy obliczeniowej komputera, z jakiej można skorzystać" (23.08.2016, 06.15 - uwaga: linki z godziną prowadzą do komentarzy Disqus, które z powodu obszerności dyskusji mogą się dłuugo ładować)

Zareagowałem instynktownym sprostowaniem - gdyż ze względów zawodowo-hobbystycznych akurat trochę regulaminy F1 czytam - że akurat regulamin takich ograniczeń mocy nie zawiera (23.08.2016, 14.13). Cóż, było to wywołanie trolla z lasu (z jaskini? za słabo znam się na biotopach trolli). Od tamtej pory fracky (który na dodatek ma do mnie głęboką zadawnioną urazę za wielokrotne lanie, jakie mu sprawiłem w dyskusjach) agresywnie próbuje na mnie skakać niczym jamnik z potrzebą kopulowania, ale - o dziwo! - nie potrafi podać ile wynosi ten rzekomo widniejący w regulaminie limit "maksymalnej mocy obliczeniowej".  Próbował już metody, że "jego twierdzenie samo w sobie jest dowodem" (25.08.2016, 23.11), próbował konceptu "najpierw oskarżyciel wykłada swoje argumenty"(26.08.2016, 12.09) - nie rozumiejąc (udając że nie rozumie) że nie jest w procesie karnym, tylko w dyskusji, gdzie skoro postawił tezę to powinien ją udowodnić). Dzięki cierpliwym podpowiedziom (nie wprost, przyznaję) udało mu się przynajmniej dotrzeć do właściwego regulaminu określającego warunki korzystania z CFD, ale w dalszym ciągu nie rozumie tego co w nim jest napisane (może dlatego że po angielsku, to istotna bariera). Skupił się na figurującym w regulaminie wzorze określającym parametr zatytułowany TotFLOPS mylnie wyobrażając sobie, że jest on zarazem limitem mocy obliczeniowej (nie będąc oczywiście w stanie podać wartości tego limitu)...  

Zabawa (przyznaję ze smutkiem, że czasem odwołuję się do niskich instynktów i czerpię przyjemność z igrania ze słabeuszem) z frackym trwała długo, nie będę jej w całości przytaczał, okresowo zanikała - ale naiwniak wracał (tak, tu też zaglądał). W końcu jednak przeszedł samego siebie i radośnie zaprzeczył samemu sobie, twierdząc że przewidziany w regulaminie limit mocy obliczeniowej komputera... "zależy od specyfikacji sprzętowej superkomputera" (21.09.2016, 14.07, wcześniej w innym miejscu wyraził to jako "Dla każdego komputera ten limit jest i zależy od jego parametrów"). Tak, rozumiem że przecieracie oczy: najpierw twierdził, że nie ma sensu zwiększać mocy obliczeniowej komputera, bo regulamin przewiduje limit dostępnej mocy obliczeniowej, a teraz twierdzi, że ten limit zależy od parametrów komputera (czyli jak ktoś rozbuduje komputer i zwiększy jego moc, to będzie miał wyższy limit)...

Po co ta notka, zapytacie? Bo - mówiąc szczerze - uznałem że przyda mi się resume, które będę mógł jednorazowo wkleić, kiedy fracky znowu odczuje potrzebę wywnętrzania się... A poza tym czyż można zrobić trollowi większą przyjemność, niż poświęcić mu tyle czasu i miejsca? ;)

PS dla frackiego - to jest notka, pod którą możesz się zrehabilitować i spełnić określone dwa tygodnie temu warunki dalszego komentowania tutaj, a to:
1/ podać ile wynosi przewidziana regulaminem maksymalna moc obliczeniowa z jakiej można skorzystać,
2/ wskazać na właściwe punkty regulaminu, które to określają,
3/ jeżeli trzeba to policzyć przy użyciu wzoru:
a/ podać wzór,
b/ wyjaśnić jakie wartości i dlaczego należy do niego podstawić (z powołaniem regulaminu - pkt 2 powyżej)
c/ przeprowadzić i podać obliczenia.

PS 2 Po pięciu tygodniach wstydzenia się fracky w końcu potwierdził, że w regulaminie nie ma limitu mocy obliczeniowej.  Co za zaskoczenie! :)

PS 3 Po dwóch miesiącach fracky postanowił się wreszcie przyznać, że nie zna regulaminu. Co oczywiście było jasne od samego początku...

PS 4 Ponieważ fracky bojaźliwie snuje się za mną po internecie jak smród po gaciach, marudząc o rzeczach, których nie zrozumiał - dla zachęty informuję, że pytania o niezrozumiane przez niego ograniczenia ilości operacji może zadawać tutaj (do niewiedzy w kwestii limitu mocy się wszak już przyznał). Ponieważ jednak do rozmowy musi mieć pewne podstawy, warunkiem zadania pytania jest udzielenie przez niego poprawnych odpowiedzi na pytania:
- czy ilość prac nad CFD jest regulaminowo ograniczona,
- jak mierzy się ilość prac nad CFD.
Chamstwo, oczywiście, nie będzie tolerowane :)
Aha, dla jasności - to jest jedyne miejsce, w którym może się spodziewać odpowiedzi :) 

PS 5 Wygląda na to, że fracky stchórzy i nie podejmie się dyskusji o znalezionej w regulaminie liczbie, której nie rozumie (bo nie przeczytał opisów do wzoru). Zamiast tego opowiada, jak to smoka ubił :) Aha, wycofał się chyba z opowieści o tym że limit mocy zależy od specyfikacji, co za zaskoczenie!

PS 6 Z okazji Święta Narodowego będzie podpowiedź dla frackiego, bo biedak sobie wyraźnie nie radzi (i nie chodzi tylko o to, że tchórzy, ale łazi i błaga o podpowiedź). Przyjmijmy, że w regulaminie istnieje maksymalna moc obliczeniowa, z jakiej w danej chwili może korzystać komputer używany do CFD (nie istnieje, ale zróbmy na moment frackiemu tę przyjemność), nazwijmy ją P(max). Fracky przyznał już istnienie okresów rozliczeniowych o długości określonej w regulaminie, nazwijmy ją t. Czy ilość operacji, jaką można wykonać w okresie t na komputerze pracującym z mocą nie większą niż P(max) - nazwijmy ją n(max), będzie jakoś ograniczona?
Ciekawe, czy fracky potrafi rozwiązać tak trudne zadanie z fizyki... 

PS 7 - aktualizacja z 19.11.2016 dla tych, którzy nie chcą czytać komentarzy: fracky zawiesił się po przytoczeniu z regulaminu jednej liczby (ze źle zacytowaną jednostką) oraz dwóch pojęć, z których jedno ma w nazwie słowo "limit", a drugie ma w definicji słowa "moc obliczeniowa"; jak coś z tego ma wynikać, to fracky na razie nie rozumie albo boi się podać :)

PS 8 Ponieważ fracky chyba cierpi na jakieś przejściowe zaburzenia wzroku, wklejam fragment strony regulaminu, wokół której chwilowo toczy się dyskusja:
CFD limit f1 sporting regulations 
Oceńcie sami: czy w pierwszej linii jest słowo Teraflops, czy TFLOPS? Czy w linii zaczynającej się od 3.7 widzicie coś o "computing power"? 

PS 9 Wygląda na to, że fracky ostatecznie zrozumiał swój błąd (po tym jak podpowiedziałem mu jaka wartość jest w przepisie, na który się próbował triumfalnie powołać) i uciekł gdzie pieprz rośnie. Ale jedna rzecz jest w tym wszystkim dobra - specjalnie założył własnego bloga (!), na którym będzie szerzył swoją wyższość nad całym światem, logiką i fizyką* :)
*and many, many more 

09:37, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (62) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8