Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: tajemnica

czwartek, 25 maja 2017

Młodzież zapewne już nie pamięta kultowej (w odległej przeszłości) serii komedii o żandarmie z Saint-Tropez (z de Funesem w roli głównej, oczywiście). Dziś trąci ona już poniekąd myszką, jest puszczana jako zapchajdziura trochę. Wypada w tym miejscu od razu wyjaśnić, że we Francji żandarm to małomiasteczkowy lub wiejski policjant, podlegający zarówno władzom policyjnym, jak i wojskowym - a nie wojskowy glina jak u nas (oraz w US Army). 

Ja jednak dziś zupełnie nie o żandarmie francuskim, tylko o rodzimym. O istnieniu polskich żandarmów w zasadzie na co dzień się nie pamięta, wielu Polaków prawdopodobnie przeszło życie nie widząc żandarma na oczy (bo co oni mają do roboty poza jednostkami wojskowymi...), nie powiem że większość, bo jednak sporo facetów zaliczyło służbę wojskową (i sporo ludzi oglądało Krolla); ostatnio istnienie żandarmów mogło się przesmyknąć do powszechnej świadomości po wypadku Macierewicza pod Toruniem. Nadal jednak to coś w rodzaju kosmity.

Czemu o tym piszę? Bo... zaszła zmiana. W przepisach prawa zmiana. Parlament w ramach swojej ciężkiej pracy ("niczyja wolność ani własność nie jest bezpieczna kiedy obraduje parlament") postanowił przyznać tym - sympatycznym zapewne - kosmitom dodatkowe uprawnienia. Uprawnienia te obejmują między innymi dostęp do informacji na różne sposoby chronionych, w tym... Do dokumentacji związanej z numerem NIP. Do informacji o zgłoszeniu do ZUS i o składkach ZUS. Do informacji gdzie macie konto, lokatę, kredyt, kartę, skrytkę bankową - i na jaki okres. Co ważniejsze, do uzyskania tych informacji żandarm nie musi się szczególnie tłumaczyć, wystarczy że pokaże mniej lub bardziej ogólne upoważnienie od swojego komendanta (do dalej idących informacji będzie już potrzebował zgody sądu wojskowego, mimo wszystko), nieważne czy macie coś wspólnego z wojskiem. 

Gdybyście chcieli się zaniepokoić, to żandarmi mogą pytać o wasze konta od 27 kwietnia. Może was pocieszy, że takie same uprawnienia zyskali prokuratorzy i policjanci. A może nie.

20:22, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (4) »
piątek, 14 marca 2014

Doprawdy, mózg się lasuje: wielki samolot wypełniony pasażerami wziął i nagle zniknął. Żeby to jeszcze było w jakimś transoceanicznym przelocie podczas burzy, ale nie: zwyczajny lot na trasie Kuala Lumpur-Pekin (kawałek drogi, przyznajmy), i oto w świecie wypełnionym prawie po brzegi telefonami, nadajnikami (i podsłuchami NSA) nagle w ciągu paru minut znika z radarów bez śladu (Edward Snowden, where are you?). 

Śledzę losy tego lotu, wiedziony niezdrowym zaciekawieniem lub intuicją, że stało się coś nadzwyczajnego. Od początku jedną z moich myśli było iście hollywoodzkie "jeżeli samolot zniknął z zasięgu radaru i za chwilę nie objawił się gdzieś na ziemi w mniejszych lub większych kawałkach, to znaczy, że ktoś celowo wyłączył mu urządzenia sygnalizujące pozycję", przy czym w odróżnieniu od dominujących koncepcji "genialnego hakiera ze smartfonem" raczej rozważałem ekipę dobrze obeznaną z architekturą samolotu, która kanałami technicznymi dotarła niepostrzeżenie do właściwych wtyczek (włącznie z myślą o podłączeniu urządzeń wysyłających nieprawdziwe sygnały, ale to jak na razie ten akurat wariant nie ma nic wspólnego z rzeczywistością). Ponieważ koncepcja z porwaniem (dokonanym przez pasażerów, załogę lub intruzów, jakkolwiek) była jakoś odruchowo przez wszystkich odsuwana (także dlatego, że w przypadku porwania odruchowo każdy szuka żądań porywaczy, których oczywiście nie było), większą popularnością cieszyły się analizy, jakiego rodzaju awaria mogła nastąpić na pokładzie, powodująca utratę łączności i zarazem lot w zupełnie nieznanym kierunku (zwłaszcza pomysł łączący pęknięcie przy antenie pojawiające się w ostrzeżeniach dla Boeinga 777 z niedotlenieniem wszystkich na pokładzie jak w przypadku katastrofy Helios 522 był uważany za prawdopodobny na zwiedzanych przeze mnie forach lotniczych).

Dziś właściwie przeważa już pogląd, że ktoś na pokładzie świadomie powyłączał urządzenia komunikacyjne, skierował maszynę na zachód i poleciał w kierunku Andamanów, pozostając w powietrzu prawdopodobnie przez ponad 4 godziny (tak sugerują dane satelitarne, których szczegóły pozostają nieznane). Formułowanie jakichkolwiek teorii przypomina budowanie zamków na piasku (na dodatek podczas poszukiwania igły w stogu siana, nie mogłem sobie darować tej nadużywanej już w tej sprawie frazy), wszelkie strzępy informacji mogą być przydatne albo całkowicie wiodące na manowce. Mnie w tej chwili zastanawia: jeżeli samolot leciał w kierunku Andamanów (korytarzem wykorzystywanym przez samoloty latające na Bliski Wschód i/lub Europy) to po upływie czterech godzin od momentu, kiedy go prawdopodobnie ostatni raz widziano na radarach (w świetle tego co na razie ujawniono), powinien jeszcze lecieć już po wschodzie słońca, a więc powinien być widoczny, gdyby wleciał nad ląd i zwłaszcza gdyby na tym lądzie miał powrócić na ziemię (a cztery godziny lotu mogły wystarczyć na parę tysięcy kilometrów). Co innego, gdyby leciał nad morzem - ale w tym celu musiałby znacząco skręcić gdzieś w kierunku oceanu (dlaczego dobrze poinformowani przedstawiciele administracji amerykańskiej sugerowali, że spoczywa na dnie Oceanu Indyjskiego, a nie Zatoki Bengalskiej...), może po to, żeby trzymać się z dala od zasięgu indyjskich radarów. Z drugiej strony, indyjska flota podobno dostała rozkaz rozpoczęcia poszukiwań wzdłuż swojego zachodniego wybrzeża.

Nie wiem, czy kiedykolwiek zagadka lotu MH370 zostanie rozwiązana. Już teraz jednak spodziewam się, że zostanie wykorzystana w popkulturze, w filmach czy książkach. W końcu mnie w tyle głowy cały czas siedzi pomysł Fredericka Forsytha sprzed dziesięciu lat, aby terroryści do zamachu użyli statku udającego zupełnie inny statek...

15:58, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (2) »
wtorek, 27 kwietnia 2010

Prawda wyszła na jaw. Prominentna przedstawicielka PiS oficjalnie przyznała dzisiaj, że prezydent Lech Kaczyński "wielokrotnie powtarzał, że głową państwa powinien zostać jego brat" Jarosław Kaczyński. Katastrofa smoleńska znacząco mu to ułatwiła, rozwiązując problem urzędującego brata i dając kapitał współczucia społecznego, który jest jedyną szansą uzyskania wystarczającego poparcia. Przypomnijmy, że cały wyjazd był organizowany przez kontrolowane przez prezesa PiS służby prezydenckie, a Jarosław Kaczyński "w ostatniej chwili" musiał zostać z chorą matką.

Kto nie chce, ten niech nie wierzy.