Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: tdf

czwartek, 21 lipca 2011

Relacjonując tegoroczny Tour nieoceniony duet J&W na etapach pirenejskich zaczął z wielkim przekąsem mówić o "czajnikach". To złośliwe określenie odnosiło się do kolarzy z czołówki, którzy zamiast próbować atakować, zmieniać układ w klasyfikacji, walczyć o koszulkę lidera, skupiali się na wzajemnym obserwowaniu i pilnowaniu się, żeby broń Boże któryś nie uciekł. Takie "czajenie się" (tutaj złośliwość podpowiada mi na dodatek Hugh Granta w "Czterech weselach i pogrzebie", jak sugerował Andie MacDowell "przyczajenie się" w pokoju - a przynajmniej w jednej z wersji polskich list dialogowych) trwało przez większość etapu, aż po niemal ostatnie metry, kiedy w ostatniej chwili ktoś wreszcie postanawiał nacisnąć mocniej, nie zarabiając na tym jednak wiele, bo jaką przewagę można zbudować na kilkuset metrach średnio stromego podjazdu.  

Wszyscy wtedy zastanawiali się, jakie faworyci mają plany i priorytety, zwłaszcza bracia Schleckowie, których grupa często mocno prowadziła peleton sobie a muzom. Wydawało się, że skupiają się głównie na utrzymaniu przewagi nad Contadorem, ignorując właściwie fakt, że liderem nieoczekiwanie jest Thomas Voeckler. No i tak utrzymywali tę przewagę nad Contadorem, nawet leciutko ją powiększając, a Voeckler tymczasem swojej przewagi zasadniczo nie tracił, i wykorzystywał sytuację niemal bezczelnie, wychodząc z zasady "oni niech się szachują, czarują i czają, a ja mam dwie minuty przewagi to co się będę męczył". Podobno - jeśli wierzyć naszym ulubionym komentatorom - Voeckler szybko liczy w myślach i zawsze wie, jaką kto ma przewagę nad kim, a kto do kogo ile traci, rzeczywiście lub wirtualnie. Ciekawe jak szybko liczą inni.

No i tak Pireneje minęły spokojnie, Voeckler nie stracił, Schleckowie utrzymali się przed Contadorem, Contador odpoczął. Zaczęły się Alpy, Contador zaczął kąsać. Dwa etapy z rzędu zręcznie atakował, a Luksemburczycy gonili z wywieszonymi ozorami. W efekcie czołówka się jeszcze bardziej spłaszczyła - w ogóle jest fascynująco, bo czołowa ósemka mieści się w w czterech minutach - a przed nami dopiero decydujące etapy, dwa mocne górskie i czasówka. Będą musieli atakować, bo na razie na wszystkich tych manewrach wydaje się, że wygrał Evans, który ma już tylko niespełna półtorej minuty straty do lidera, a na czasówce może być mocny. Bardziej się czaił, czy kalkulował?

A więc do popołudnia, do piątku, do soboty - i Paryż czeka. Na kogo? Myślę, że nie na Schlecka, ale może oni chowają siły na największą górę. 

niedziela, 10 lipca 2011

W dzisiejszym, bardzo ciekawym etapie TdF, mieliśmy Sytuację-Jaka-Się-Nie-Powinna-Zdarzać: samochód ekipy telewizyjnej mijając na parędziesiąt kilometrów przed metą uciekającą przez większość etapu grupę, minimalnie odbił w bok potrącając jednego z kolarzy (a ten wylatując na pobocze na dodatek spowodował, że lider klasyfikacji górskiej przekoziołkował wprost na drut kolczasty i skończył etap 16 minut za peletonem, zamiast 4 minuty przed nim, jadąc z poranionymi nogami).

Nie będę się silił na dogłębne analizy, jak bardzo to było niesprawiedliwe, rozważał mechanizmy szkolenia kierówców obsługujących wyścigi ani poszukiwał podobnych zdarzeń w przeszłości. Ot, po prostu wczoraj jechałem z rodziną na wycieczkę górską do Wisły i w Czarnem znienacka zatrzymali nas na skrzyżowaniu policjanci, którzy pilnowali jakiegoś wyścigu kolarskiego. Peleton już był przejechał i tylko go maruderzy gonili, więc po chwili pozwolili nam jechać, srogo przykazując "nie wolno wyprzedzać!" Jechaliśmy więc grzecznie pod Zameczek, trzymając się za kołem goniącego peleton zawodnika, w tempie jedynka-dwójka-jedynka. Z wielką ulgą przywitaliśmy pierwszą możliwość zmiany tego stanu rzeczy - kiedy zaparkowaliśmy pod Zameczkiem.

A pod ten Zameczek to właściwie wcale się nie wybieraliśmy (tylko na parking pod leśniczówką), tylko jakoś nas ten wyścig zasugerował. Nie była to zresztą istotna różnica dla naszej wycieczki:)

Tagi: kolarstwo tdf
18:48, bartoszcze , Sport
Link Komentarze (3) »
niedziela, 03 lipca 2011

Spoglądam sobie dzisiaj na transmisję z drużynowej jazdy na czas w znacznie bardziej słonecznej Francji. Przyjemnie, kolorowo, rywalizacja, Jaroński z Wyrzykowskim rozgrzewają się do całego wyścigu. I w pewnej chwili któryś z nich mówi, że pojawiają się pomysły, aby raz na cztery czy pięć lat, Tour rozgrywać w formule "narodowej", czyli żeby zamiast zespołów profesjonalnych, startowały ekipy narodowe (niektóre zespoły, zwłaszcza francuskie, i tak są narodowościowo jednorodne). 

Zacząłem się tak luźno zastanawiać, co by to mogło zmienić w przebiegu i wyniku Touru. Pierwszą ważną kwestią byłoby, czy każde państwo wystawiałoby jedną ekipę, czy też w zależności od siły danego państwa (mierzonej odpowiednim rankingiem) ci silniejsi mogliby wystawić ze dwie albo i trzy (zresztą dla Francuzów Tour z tylko jedną francuską drużyną byłby chyba rozczarowaniem). Inaczej bowiem przykładowo Contador mógłby budować ekipę, gdyby Sanchezowie mieli w niej jechać, a inaczej, gdyby liderowali własnym ekipom. Ważniejsze jednak wydaje się, że wybitni zawodnicy z nie aż tak mocnych ekip mieliby znacznie mocniej pod górę, bo kogo wzięliby do pomocy Schleckowie czy nawet Evans? Mam takie ciche przeczucie, że francuscy organizatorzy na to właśnie mogliby liczyć, aby ich reprezentanci mieli dzięki sile zespołu większe szanse na zaistnienie, bo pojawienie się nowych gwiazd byłoby całkiem prawdopodobne.

Taki Tour narodowy mógłby więc być równie interesujący, ale trochę utrwalałby hierarchię. Na istotny udział polskiej reprezentacji i tak bym przecież nie liczył

Tagi: kolarstwo tdf
17:39, bartoszcze , Sport
Link Komentarze (7) »