Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: Mistrzostwa Europy

piątek, 04 maja 2012

Finał rozgrywek ligowych jest.. ciekawy. Bez względu na to, kto komu kibicuje lub antykibicuje, sytuacja, w której przed ostatnią kolejką cztery drużyny mają szanse na tytuł, musi być uznana za ciekawą. Mniej ciekawy jest niestety fakt, że prowadząca trójka rozgrywa w ostatniej kolejce mecze z drużynami, które nie grają już o nic. 

Analizując w ostatnich miesiącach stopień niegodności Łukasza Piszczka jako uczestnika afery korupcyjnej, doszliśmy właściwie do przekonania, że najgorsze w sportowej korupcji jest to, że drużyna (lub zawodnik) nie stara się osiągnąć zasadniczego celu sportowego przyświecającego każdym pojedynczym zawodom, a mianowicie nie stara się wygrać. W przypadku Piszczka sytuacja była o tyle specyficzna, że wbrew pozorom nie skłaniał on (wraz z innymi) przeciwnika do porażki, ale wyłącznie do remisu, na dodatek remisu korzystnego dla obu stron. Z punktu widzenia rywalizacji na dystansie jednego meczu, było to więc imitowanie walki, podczas gdy z punktu widzenia całego sezonu, umówiony wynik był dla stron minimaksem, który strony mogły osiągnąć nie kłopocząc się wydawaniem pieniędzy i narażaniem się na ingerencję prokuratora. 

Przykładów podobnych sytuacji w historii futbolu było wiele. Airborell stworzył kiedyś nawet specjalną listę ustawionych meczów, na której czołowe miejsce zajmuje mecz, w którym prawie na pewno żadne pieniądze nie były ani proponowane, ani przekazywane. Osiem lat temu na mistrzostwa Europy, Szwecja grała z Danią, dla obu drużyn korzystnym rezultatem (dającym obu drużynom wyjście kosztem Włochów) był remis bramkowy, a najlepiej wysokobramkowy. Po 90 minutach uroczej dla oka gry, na tablicy wyników widniało 2-2 (to co że po golu wyrównującym w 89 minucie). W drużynie Szwecji cały mecz rozegrał wtedy Zlatan Ibrahimovic. Czy należy go przywitać gwizdami, jako niegodnego sprzedawczyka?

W meczach decydujących o mistrzostwie Polski AD2012 o obustronnie korzystnych rezultatach mowy być nie może, tylko jedna ze stron może coś zyskać lub stracić, druga co najwyżej premie meczowe i honor. Już wiadomo, że kibice Wisły Kraków - od której najwięcej będzie zależeć - chcą, aby ich drużyna swój mecz przegrała (w końcu w tym sezonie mamy już dziwne wyniki, ze sztandarową porażką Widzewa z Lechią, po której kibice się cieszyli, że ten wynik pomógł wyrzucić z ekstraklasy lokalnego wroga). Ciekawe, czy którykolwiek z nich potem nazwie Piszczka niegodnym. Oczywiście, Wisła może zwyczajnie nie dać rady, grając bez szczególnej motywacji przeciwko drużynie z wizją tytułu w oczach, tak samo jako reprezentacja Polski nie miała wiele do powiedzenia przeciwko Holendrom na zakończenie eliminacji do amerykańskiego mundialu - ale powinna zrobić wszystko żeby udowodnić, że potrafi zagrać fair do końca. Jest to winna.. piłkarzom Odense.

wtorek, 27 września 2011

Włączyłem dziś wieczorem telewizor, żeby się zrelaksować. Champignons League nie mam dostępnej, więc znalazłem relację z siatkarskich Mistrzostw Europy, gdzie Azerki grały z Holenderkami.

Na parkiecie działo sie ciekawie, bo Azerki nie dość, że nie chciały się poddać, ale momentami solidnie lały faworytki, wygrały pierwszego seta i śmiało zmierzały do powtórki w drugim. Laniu przewodziła atakująca Rahimowa, która tłukła z siłą i dynamiką młodego Wlazłego, a że dostawała co najmniej połowę piłek, to i wyniki miała efektowne (choć było to jednak bardziej podobne do często spotykanego w siatkówce kobiecej modelu "gramy na wysoką skuteczną atakującą, która trafi nawet z ławki rezerwowych").

Holenderki jakimś cudem wygrały jednak drugiego seta, broniąc cztery setbole, a Rahimowa podzieliła los Wlazłego - zabrakło zdrowia, to i skuteczność się skończyła, ledwo potrafiła skończyć cokolwiek. Od tego momentu mecz zaczął przypominać egzekucję (w pierwszych dwóch setach 50:50, w dwu następnych 50:33 dla Oranje) i można było patrząc na efektowną grę Holenderek, mniej odczuwać wyrzutów, kiedy wzrok z piłki uciekał na grające. A drużyna holenderska była wręcz świetlista od blond czuprynek (oczywiście z pewnymi wyjątkami). Debby Stam mam w pamięci zakodowaną od dawna, ale rozgrywająca Laura Dijkema to odkrycie tego turnieju. Diabolicznie piękna i zabójczo skuteczna, albo na odwrót.

Laura Dijkema Holandia Netherlands

środa, 30 grudnia 2009

W okresie świąteczno-noworocznym mniej się w sporcie dzieje, przez co telewizje sportowe w dużej mierze jadą na powtórkach. Polsat Sport do znudzenia przypomina między innymi finał mistrzostw Europy w siatkówce mężczyzn. Spojrzałem parę razy i ja, bo zdarzały się takie chwile, kiedy człowiek coś mechanicznie robił i oglądanie byle czego dobrze się z tym komponowało. Przeżyjmy więc jeszcze raz tę ostatnią akcję.

25:24, drugi meczbol w czwartym secie. Po flocie Plińskiego Francuzi atakują. Wyblok, obrona Zagumnego, Możdżonek wystawia do skrzydła, Gruszka wychodzi w górę, przebija się na drugą stronę, piłka trafia w Antigę i uderza w parkiet. W tym momencie każdy, kto w Polsce oglądał, albo skoczył z radości w górę, albo rozpłomieniony patrzył, jak Złocisze skaczą na siebie z radości. I dlatego nikt (chyba) nie zauważył, jak bardzo docenił tę akcję punktowy w telewizji tureckiej, wrzucając na ekran 27:24. Chyba mu się udzieliło:)