Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: XX wiek

czwartek, 08 czerwca 2017

Ciekawy obrazek rodaków się rysuje. Mamy bowiem najwyraźniej pokaźny odsetek Polaków, którzy oficjalnie nie posiadają telewizora (a przynajmniej posiadając go nie płacą zań abonamentu), ale jednocześnie mają podpisane umowy na telewizję kablową lub satelitarną. Wniosek taki można wysnuć z masowo pojawiających się doniesień, że u operatorów telewizyjnych urywają się telefony z pytaniami, czy to prawda, że dane klientów zostaną przekazane Poczcie Polskiej w celu weryfikacji opłacania abonamentu RTV (zostaną, kiedy odpowiednia ustawa wejdzie w życie), i czy w związku z tym można wypowiedzieć umowę (nie można, to znaczy można tak jak z każdego innego nieistotnego powodu, licząc się z ewentualną karą jeśli umowa jest terminowa). Pojawiły się też petycje do operatorów, żeby usunąć z oferty kanały TVP, dzięki czemu (w przekonaniu autorów petycji) z użytkowników telewizji zostanie zdjęty obowiązek płacenia abonamentu (co jest przekonaniem oczywiście błędnym, gdyż abonament jest związany z posiadaniem telewizora bądź ewentualnie samego radia).

21 sierpnia 1961 roku w Londynie zapowiadał się dzień jak co dzień w National Gallery. Na jednej ze ścian wisiał świeżutko nabyty portret księcia Wellingtona pędzla Goyi. To znaczy na pewno wisiał poprzedniego wieczora, wszyscy myśleli, że został gdzieś chwilowo przeniesiony, po czym bum! zorientowali się, że doszło do kradzieży, pierwszej w historii instytucji. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że była to okrągła, pięćdziesiąta rocznica kradzieży z Luwru samej Mony Lizy, a złodziej w zasadzie nie zostawił śladów. 

Być może się zastanawiacie, co ma piernik do wiatraka. Portret Wellingtona zwrócono (dobrowolnie) cztery lata później. Wkrótce potem sam zgłosił się na policję sprawca (parę interesujących drobiazgów chwilowo pominiemy, żeby nie burzyć narracji), emerytowany kierowca ciężarówki z Newcastle nazwiskiem Bunton. Kradzież była formą protestu. Pan Bunton... odmawiał płacenia abonamentu radiowo-telewizyjnego na rzecz BBC, twierdząc (zgodnie z prawdą), że jego telewizor jest nastawiony wyłącznie na lokalną stację komercyjną i nie umożliwia odbioru telewizji publicznej. Został ukarany dwufuntową grzywną, której również konsekwentnie nie płacił - wolał odsiedzieć w areszcie niż zapłacić, wierząc że "powietrze jest wolne". Portret zwrócił, bo nie udało mu się wymusić na galerii i jej sponsorach (wtedy się mówiło: dobroczyńcach) stworzenia funduszu charytatywnego o tej samej wartości, co cena zapłacona za obraz...

Nie wiem jak daleko sięga desperacja rodaków. Mimo wszystko wolałbym, żeby zamiast próbować kraść Damę z gronostajem (znaną w narodzie jako "Vinci"), uzmysłowili sobie, że abonament tak naprawdę kosztuje kilkadziesiąt groszy dziennie. Nawet jeżeli (niebezpodstawnie) mają złe zdanie o mediach publicznych...

22:07, bartoszcze , Bez
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 23 stycznia 2017

Są takie dni kiedy się dzieje. Bernie Ecclestone po 40 latach przestał kierować Formułą 1 (został oficjalnie mianowany prezesem emeritusem), ogłoszono tytuł Epizodu VIII Gwiezdnych Wojen ("The Last Jedi"), który wejdzie do kin w grudniu, Macierewicz coś palnął o Piłsudskim w Powstaniu Warszawskim, a ratownicy w Abruzzach wykopali spod zasypanego przez lawinę hotelu trzy żywe szczeniaki. W takim natłoku informacja o czyjejś śmierci łatwo może zginąć...

Ale nie ta. W wieku 75 lat odszedł Gorden Kaye. Nie wiecie kto to? Najwyraźniej nie żyliście w latach 90-tych. Rene Artois i jego brat bliźniak, mąż You Stupid Woman, posiadacz kiełbasy z Madonną z Wielkim Cycem Van Klompa (czasem bez Cyca)... Dał nam tyle radości w serialu Allo, allo!, że został postacią nieśmiertelną, całe moje pokolenie dziś płacze i wznosi kielich wina za jego pamięć.

Tytuł pożyczyłem z komentarza pod jakimś wspominkowym wpisem. Porucznik Gruber, posiadacz małego czołgu, przez cały właściwie serial się do Rene zalecał (bez wzajemności, Rene wolał Yvette i inne dziewczyny). Zabawne, bo Kaye był gejem - ale ileż serial by stracił, gdyby tak było w scenariuszu...

Merci, Rene.

Gorden Kaye RIP Allo allo Rene Artois

niedziela, 08 stycznia 2017

Krąży po Polsce widmo, widmo w kretyńskiego mema ubrane...

Mema zasadniczo należałoby wkleić, ale że jest głupi to mi się nie chce, a że w zasadzie należałoby go przyedytować, to nie chce mi się tym bardziej - dlatego zrobimy to metodą XX-wieczną i przepiszemy, zwłaszcza że ten mem składa się głównie z tekstu. Tekst dotyczy straszliwych obciążeń fiskalnych związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej i brzmi tak:

Zarobiłem 2000 PLN 
Oddaję Państwu:
- 1121 PLN na ZUS
- 360 PLN na US (18%) 
Zostaje 519 PLN z czego 23% oddam w zakupach.
Na czysto mam 400 PLN.

Kiedy już kończymy płakać ze śmiechu, przeprowadzimy analizę krytyczną
1/ "zarobiłem 2000 PLN" - z kontekstu wynika, że chodzi o dochód; nie jest jedynie jasne, czy uciśniony byznesmen-bohater zarobił wszystkiego 2000 PLN przychodu i nie miał żadnych kosztów, czy też po odliczeniu kosztów zostało mu 2000 PLN; pierwszy wariant sugeruje de facto samozatrudnionego, najpewniej z jednym zleceniodawcą, czyli żadnego przedsiębiorcę, zapewne niepłacącego VAT; wariant drugi... zapewne też występuje w obrocie, na tym etapie to mało istotne
2/ "oddaję 1121 PLN na ZUS" - czyli dane za rok 2016 (dokładniej: 1121,52 zł); dla porządku wyjaśnijmy, że każdy przedsiębiorca wie, że kwotę tę należy rozbić co najmniej na NFZ (ubezpieczenie zdrowotne) w kwocie 288,95 zł i resztę, czyli ubezpieczenia społeczne (772,96 zł) i Fundusz Pracy (59,61 zł); wynika z tej informacji także, że nasz bohater prowadzi działalność od ponad 2 lat, bo nie korzysta z obniżonych składek dla początkujących
3/ "oddaję 360 PLN na US" - czyli podatku dochodowego; wynika z tego, że nasz przedsiębiorca nie korzysta ze stawki liniowej, ponieważ ta wynosi 19%, tylko ze stawki powszechnej 18% w pierwszym progu (co przy jego dochodach wcale nie jest głupie).

I teraz przerwiemy na chwilę interpretowanie, a pokażemy totalną głupotę autora mema. Otóż jeżeli nasz byznesmen ma dochód 2000 PLN, to jeżeli tylko kiedykolwiek widział na oczy dokument PIT (wcale się nie zdziwimy, jeśli nie), to zauważył tam pozycję "składki na ubezpieczenie społeczne do odliczenia" (te na FP też). Zatem podatek dochodowy płaci od kwoty 2000-(772,96+59,61)=2000-832,57=1167,43 zł. Przy wyliczaniu samego podatku powinien uwzględnić kwotę wolną od podatku, wynoszącą 3091 zł rocznie - co w praktyce oznacza zwolnienie z PIT w pierwszych miesiącach roku, ale policzmy to dla uproszczenia jako 257,58 zł miesięcznie (jako 1/12 kwoty rocznej). Mamy więc podatek miesięczny w wysokości 0,18 x (1167,43-257,58) = 0,18 x 909,85 zł = 163,77 zł (drobna różnica względem 360, nieprawdaż). Ale tutaj pojawia się jeszcze jeden drobiazg - a mianowicie brakująca część "ZUS", czyli składka zdrowotna, którą odlicza się od podatku. Fakt: nie całą (najtrudniejsze jest zawsze pamiętanie ile się dokładnie odlicza), ale w roku 2016 z płaconych "na NFZ" 288,95 zł odliczało się od podatku 248,82 zł (reszta to taki dodatkowy podatek...). Zatem mamy 163,77-248,82 zł=-85,05 zł, czyli tyleż do zwrotu na koniec roku (w sumie tysiączek z małym haczykiem). Jak zatem widać, nasz biedaczyna ma na życie efektywnie o 360 zł więcej w każdym miesiącu...

Powróćmy do naszych baranów:
4/ "519 zł z czego 23% oddam w zakupach" - nasz byznesmen musi mieć ciekawe nawyki żywieniowe, gdyż je wyłącznie żywność przetworzoną w taki sposób, że jest ona opodatkowana 23% stawką VAT, co wyklucza pieczywo, nabiał, warzywa (specjalnie zerknąłem właśnie na swój rachunek z marketu).. 
5/ "na czysto mam 400 PLN" - to doprawdy Schroedingerowskie pojmowanie "mam", skoro te 400 zł które "ma", musiał wydać w sklepie, żeby móc oddać państwu ten VAT... 

Podsumowując: mem został popełniony przez kretyna, który w życiu nie stał obok prowadzenia działalności (każdy obdarzony minimum mózgu stara się zapłacić podatków najwyżej tyle ile trzeba). Ponadto należy stwierdzić brutalnie, że ktoś, kto osiąga z działalności dwa tysiące dochodu (nie mówiąc o wariancie osiągania dwóch tysięcy przychodu przy zerowych kosztach), nie jest przedsiębiorcą, tylko wyrobnikiem i bankrutem, i powinien zdecydowanie przemyśleć wybór drogi życiowej.

Bierzcie i pamiętajcie, jak ponownie zobaczycie.

sobota, 10 grudnia 2016

Junior bierze udział w różnego rodzaju konkursach, między innymi czytelniczych. Ojciec, wstyd może przyznać, nie śledzi tych konkursów zbyt uważnie, czasem tylko dostaje polecenie "ściągnij skądś taką a taką książkę", jeżeli okoliczne biblioteki zawodzą.

W ostatnich dniach zaś do Ojca dociera taki dialog:
- Matka, a gdzie w tym Tomku jest o wysokości wulkanów w Meksyku?
- A to w tym było, bo zupełnie sobie nie przypominam?
(tak, Matka zna Tomki dość dobrze)
A że Ojciec siedzi nieopodal, to się włącza:
- Na 100% było i na 99% w tym kangurzym
(choć, Ojciec przyznaje, nie był pewien okoliczności).
- Ojciec, a znajdziesz to w książce?

No to Ojciec się wziął do szukania. Kartkuje, kartkuje, wzrokiem po znajomych stronach przebiega, brwi marszczy. Bo faktycznie nie ma, a być powinno... Sięga Ojciec do Wujka Gugla, i rzecze: no przecież rację miałem, jest o Orizabie i Popocatepetlu zwanym Popo! Bierze raz jeszcze książkę do ręki...

Wydanie pierwsze, rok pański 1957. Najwyraźniej w kolejnych wydaniach Szklarski rozwinął detale (dlatego Ojciec pamiętał tę scenę z późniejszego wydania, a Matka - nie).

sobota, 03 grudnia 2016

Ach, to był szał. Po raz pierwszy przyniosłem jak zwykle od Markera, który polecał bardzo, opisując z grubsza. Zainstalowałem, odpaliłem, skrzywiłem się nad jakąś domorosłą przeróbką tekstów do intro, zacząłem grać. Kiedy skumałem o co chodzi, było po mnie. 

Sid Meier's Civilization. Dziś z rozrzewnieniem patrzę na tę pikselową, symboliczną grafikę AD 1991, bo i nie o efekty graficzne chodziło. W Jedynce na pewno udało mi się dojść do końca, wysłać statek kosmiczny na Alfa Centauri, i zdominować świat. Pamiętam, że dla czystej przyjemności robiłem spolszczenie, wymyślając polskie nazwy dla budynków i jednostek - i jak w partyzancki sposób wprowadzałem je do gry; informatycy zapewne będą się w tym miejscu po trzykroć żegnać i spluwać przez lewe ramię - edytowałem plik .exe przy użyciu podglądu DOS-owego, jak plik tekstowy, wyszukując w nim oryginalnych nazw angielskich i zamieniając je na polskie (dlatego duże znaczenie miało wymyślenie nazwy o takiej samej ilości znaków). Działało, choć z czasem zaczęło wariować (i stworzyło mi na dysku rekurencyjną kopię całego dysku).

A potem przyszła Dwójka. Spolszczona, rewolucyjna graficznie w porównaniu, z dużo większą liczbą wszystkiego: ludów, jednostek, budynków, odkryć... Do dziś pamiętam jaką świetną zabawą było desantowanie spadochroniarzy. W odróżnieniu od Jedynki nie kojarzę jednak, żebym dotarł aż do końca, bo ugrzązłem gdzieś w nowożytnych wojnach pancernych (oraz, mam wrażenie, w codziennym życiu), jakiś czas zmarnowałem też w edytorze na próbie opracowania mapy na bazie terytorium Polski. Przyjemność związana z zakładaniem i rozwijaniem miast oraz ich otoczenia była zawsze przednia...

Później kiedyś pojawiła się Trójka, dla odmiany znów tylko w wersji oryginalnej. Przyniosła wiele rewolucyjnych konceptów. Spróbowałem na chwilę, odłożyłem. Wróciłem po wielu latach, ale nigdy nie miałem dość cierpliwości, żeby dojść do końca, bo zawsze kończyły się możliwości spokojnego rozwoju - zawsze ktoś mi się pchał z łapami, pięściami i bronią. Ja zaś preferowałem "mieszczańską" wersję zabawy, z tworzeniem potęgi gospodarczej i terytorialnej, nie zaś militarnej. Wszystkie działania były podporządkowane tej strategii, cokolwiek budowałem, to po to, by się rozwijać. Produkcja, edukacja, kultura - to były priorytety, przy każdym wynalazku i każdym cudzie starannie analizowałem, co z niego będę miał dla rozwoju i zarządzania. 

Czwórki nawet nie widziałem, podobnie jak wielu dodatków i rozszerzeń. Podobnie wydawało się z Piątką... aż któregoś dnia dowiedziałem się że będzie Szóstka. Zacząłem zgłębiać historię poszczególnych wersji, nawet przyglądałem się temu jak Szóstka wygląda, zobaczyłem cenę... pomyślałem, że o nie, po co tyle kasy wydawać, i jeszcze ten głupi Steam. A potem któregoś dnia chodziłem zeźlony po markecie i za parędziesiąt zet Piątka sama wskoczyła do koszyka. I tak zacząłem się bawić...

Wśród wielu nowości w Piątce są niezależne państwa-miasta, jest aspekt religijny oraz możliwość gry Kazimierzem Wielkim. Kiedy doszedłem do etapu, kiedy mój Kazimierz mógł założyć religię, katolicyzm był już zajęty przez Celtów (co ja poradzę, Hiszpanie musieli wziąć buddyzm) i musiałem wybierać w tym co zostało. Rozważyłem głęboko dostępne możliwości pod względem historycznym i wybrałem. Religia się ładnie rozwinęła i teraz sam nie wiem co mnie bardziej bawi:
a/ Warszawa jako święte miasto judaizmu
b/ Watykan nawrócony na judaizm
c/ Jerozolima prosząca o przysłanie judaistycznych misjonarzy?

W Szóstkę pewnie prędko nie zagram. Przynajmniej sądząc po tym jak chodzi Piątka - dopóki nie wymienię komputera. 

16:38, bartoszcze , Bez
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 sierpnia 2016

Cenzura to zuo. Przez cenzurę pozbawiani jesteśmy różnych rzeczy - czasem pięknych, czasem prawdziwych, czasem po prostu zwykłych. Żyliśmy pół wieku pod okiem cenzorów (że policzę tylko okres Peerelu i okupacji), pamiętamy (przynajmniej niektórzy) gazety z zaznaczonymi - o tak: [---ustawa z dnia .. kontroli publikacji i widowisk etc] - ingerencjami, książki które nie mogły się ukazać, jak również książki które ukazywały się... ze zmianami (przypominajka, żebym wreszcie dopadł Psy Wojny Forsytha przełożone z oryginalnej wersji, a nie mocno przeredagowane na potrzeby wydania polskiego). 

Cenzura ujawnia się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Byłem niedawno w księgarni, wziąłem z uśmiechem do ręki nowe wydanie Teatrzyku Zielona Gęś, przekartkowałem wstęp Miłosza. Wzrok mi zastygł, uśmiech stężał, włosy się zjeżyły - jak to możliwe, żebym nie znał jednego z przytoczonych w tym wstępie in extenso zielonogęsiowych numerów? No tak, dla cenzury było to za dużo... Wyjąłem telefon, szybko sfotografowałem strony.

Cenzurze może się to znów nie podobać, więc zachowuję sobie a muzom.

---

Teatrzyk Zielona Gęś
ma zaszczyt przedstawić
polski dramat polityczno-eschatologiczny pt.

"Naród i ustrój

Występują:
NARÓD
USTRÓJ
GŻEGŻÓŁKA

NARÓD
Ustroju, gdzie jesteś?

USTRÓJ
..............................................................................................

NARÓD
(głośniej)
Ustroju, gdzie jesteś?!

USTRÓJ
..............................................................................................

NARÓD
(fortissimo)
Ustroju, gdzie jesteś?!!!

USTRÓJ
..............................................................................................

NARÓD
Ustrój nie odpowiada narodowi.

GŻEGŻÓŁKA
(przerażony do ostateczności spuszcza kurtynę

(c) Konstanty Ildefons, rok pański bodaj czterdziesty szósty, żeby nie było że naruszam

wtorek, 19 lipca 2016

W debacie "czy książki czytać w wersji papierowej, czy na czytniku" zasadniczo jestem po stronie wersji papierowej (i nie jest to notka o tym dlaczego, po prostu przyjmijmy że tak jest), ale uczciwie przyznaję, że są sytuacje, w których czytnik (dowolna wersja) sprawdza się znakomicie. Przede wszystkim oczywiście w podróży, kiedy waga i objętość tomów papierowych robi swoje, a zwłaszcza w tych coraz bardziej rozpowszechnionych podróżach, kiedy te parametry nabierają szczególnego znaczenia - podróżach lotniczych (te limity wagi zmuszające do precyzyjnego nią zarządzania, to układanie rzeczy w torbach tak aby torby z jednej strony dopięły się, a z drugiej zmieściły w limitach wymiarów).

Spojrzałem tyle co w świeże maile. W jednym z nich pewne wydawnictwo motoryzacyjne nakłaniało mnie do zaprenumerowania pisma (e-pisma nawet, mówiąc ściślej), kusząc korzystną ceną, interaktywnymi bajerami i dostępem do swoich archiwów. Koronnym argumentem było "nie musisz się przejmować limitem wagi i zabrać ze sobą 90 lat naszego pisma".

Tak, właśnie. Kto z Was wpadłby na pomysł, żeby jadąc na urlop zabrać ze sobą roczniki ulubionego tygodnika czy miesięcznika za 90 lat wstecz?

środa, 06 lipca 2016

Pisałem kiedyś, że filmy oglądam w telewizji połówkami (najczęściej drugimi), przynajmniej jeśli chodzi o filmy nadawane "po dzienniku". Są jednak przypadki (i kanały) gdzie filmy puszcza się o różnych porach, więc wtedy można spokojnie obejrzeć całość lub... pierwszą połówkę.

Zupełnie nie mogę sobie przypomnieć (pun intended) co było powalającego w starym poczciwym Total Recall ze Schwarzeneggerem. Oczywiście dla fanów Arniego był Arnie (Sharon Stone była jeszcze przed Nagim instynktem, choć świetna), było trochę efektów robiących "oh!" na tamte czasy i "eh" dziś, fabuła na motywach Dicka nie brała mnie nigdy (najlepiej chyba kojarzę, że w pokazanej w Hot Shots Part Deux rywalizacji o największą ilość trupów w filmie Total Recall gdzieś tam się przewinęło). Dlatego od początku zadawałem sobie pytanie: po co kręcić temu remake?

W remake'u jest inna zupełnie sceneria (nie żeby mnie ruszał pomysł z windą z UK do Australii przez środek Ziemi), zamiast Arniego jest Colin Farrell (zostawiam paniom ocenę wrażeń estetycznych), zamiast Sharon Stone.. jest Kate Beckinsale. Jak już pisałem, Kate is enough reason to watch this shit (choć opowieści o wąpierzach i wilkołakach zdzierżyć nie umiem nawet w jej towarzystwie), a podkreślić należy, że kamera skupia się bardziej na akcji niż na Kate (co nie przeszkadza Kate wypadać znakomicie). Przypuszczam jednak, że nie poświęcałbym czasu na ten współczesny Recall, gdyby nie urzekająca wizja Kolonii (nie Koeln, tylko Australia AD 2099), malowanego na wzór Chinatown, po którym Quaid (bohater, gdybyście nie pamiętali) skacze uciekając przed rozgniewaną żoną.* A potem przenoszą się na drugą stronę Ziemi, pojawia się jakaś Biała Dżesika i generalnie powoli robi się do zapomnienia (nawet jeśli Kate nie daje nam spokoju).

To jest ten przypadek, kiedy oglądam pierwszą połówkę.

wtorek, 03 maja 2016

Kiedyś, dawno temu, kiedy jeszcze sypałem notkami jak z rękawa (bo to wczesne lata a nawet miesiące Zapisków... były), miałem przez chwilę zwyczaj zapisywania sobie tematów do dalszych notek w formie ich szkiców (na blogu). Przeszło mi kiedy się zorientowałem, że kiedy zapiszę sobie szkic, to notka zostanie później opublikowana z datą zapisania szkicu, a nie opublikowania notki (wtedy zacząłem pomysły zapisywać w specjalnym pliku, a potem... wcale).

Przypomniało mi się ostatnio, że miałem kiedyś pomysł na notkę i nawet zapisałem go w szkicu. Zajrzałem do bloksowej przegródki "Szkice" i się zadumałem. Szkic został zapisany 28 września roku pańskiego 2008... Tematem przewodnim notki miała być, mówiąc ogólnie, pewna piosenka, która ma u mnie przyczepioną łatkę "najbardziej przejmującego utworu świata (lub jednego z)", kiedyś nawet wyraziłem myśl, że powinno być zakazane puszczanie jej w radio, kiedy prowadzę samochód (gdyby moja reakcja była podzielana, to konieczny byłby całkowity zakaz puszczania jej w radio, albo jakieś ostrzeżenia jak zapowiedzi bloków reklamowych).

Dziś jednakowoż będzie o innej piosence, która czepia się mnie ostatnio okrutnie. Obie pochodzą z tej samej płyty, którą zapoznałem wieki temu na pożyczonej od przyjaciela kasecie. Kasetę w końcu oddałem (kupiłem własną), pamięć o piosenkach została, reakcje na nie - również. Po latach dowiedziałem się, że wersja kasetowa nie zawierała jednej piosenki, ale szczególnie nie żałowałem, When Tigers Broke Free i tak znikłaby wśród innych (a może to był utwór bonusowy...nieważne). Pamiętam, że kaseta była przewinięta do początku strony B, i dlatego słuchanie rozpocząłem od Fletcher Memorial Home, który obecnie powraca do mnie zaraźliwie frazą "did they expect us to treat them with any respect", teledysk to już zupełny bonus. Zostawiam specjalistom od Pink Floyd kręcenie nosem na watersowatością płyty Final Cut, ja się przyznam otwarcie - żadnej innej nie znam tak dobrze jak tej i dobrze mi z tym.

Wypadałoby dodać, że piosenka, od której ta notka się zaczęła, to Gunner's Dream. Kiedy na minutę przed końcem czujemy szaleństwo w wyśpiewywanych przez Watersa słowach "night after night going round and round my brain, his dream is driving me insane", to czujemy je fizycznie. Ale to już dziś każdy we własnym zakresie.

czwartek, 10 marca 2016

Kiedyś, dawno temu, prawie w odległej galaktyce, na nowej miejscówce (gdzie prawie wszystko dla młodziaka zza Żelaznej Kurtyny wydawało się fajne i egzotyczne), znalazłem w szafce kuchennej kufelki, z grubego szkła. Używam zdrobnienia, bo ich pojemność wynosiła góra ćwierć litra (0,2-0,25, mniemam), o tyle mi to nie przeszkadzało, że i tak w owym czasie (z wielu powodów) nie używałem ich do piwa. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że te zacne kufelki były w istocie starymi opakowaniami po jakimś miodzie czy marmoladzie, po opróżnieniu i starannym wyczyszczeniu nie pozostał żaden ślad ich pierwotnego przeznaczenia.

Później znacznie mocniej zetknąłem z takim recyklingiem praktycznych opakowań. Wspominam na przykład takie serki topione sprzedawane w wysokich szklankach, które wszyscy kupowali dla szklanek (nawet jeden facet oferował że odda te serki za darmo, byle mu szklanki zwrócić, ale jakoś nie było chętnych na ten kierunek, a przynajmniej ja nie słyszałem); w niskich (typu literatki bardziej niż long drinki) też były, nawet chyba lepsze w smaku, ale też szybciej wyszły. Szklaneczki "jak do whisky" po nutelli to pewnie każdy ma dziś w domu. Plastikowe pudełka po tłuszczach (i nie tylko) są świetne (po domyciu) do czasowego przechowywania różnych rzeczy jadalnych, także w zamrożeniu. 

Tak mi się jakoś na rozmyślania zebrało, kiedy dziś domywałem pracowicie plastikowe wiaderko po produktach rybnych, i przez mózg przemknęła myśl "czy takie wiaderko nie przydałoby mi się do czegoś?" Ale druga myśl odpowiedziała "daj spokój, już masz takich kilka z różnymi różnościami, zaraz nie będzie ich gdzie stawiać (i opróżniasz zwykle jedno takie na tydzień)". Poza tym po rybach to trzeba bardzo solidnie domywać, nawet jeśli to nie śledź. 

Te kufelki, mówiąc szczerze, przyjechały przez pół świata i są w użytku do dziś. 

19:37, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3