Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: doręczenie

czwartek, 11 lutego 2016

Historia krótka, bo i po co się rozwodzić.

Pamiętam (i przyjmujemy moją pamięć za dobrą monetę, bo nie będę szukać cytatów), że wtedy, kiedy inPost (pardon: PGP) wlazł w dostarczanie przesyłek sądowych, to buńczucznie się chwalił niskim odsetkiem zasadnych reklamacji. 

Mam przed oczami odpowiedź inPostu na reklamację złożoną w sytuacji, kiedy inpostonosz nie zostawił pierwszego ani drugiego awiza i wpisał na kopertę daty fikcyjnych awizowań - przez co w efekcie przesyłka sądowa wróciła do sądu jako "niepodjęta w terminie". W odpowiedzi czytamy:

po przeprowadzeniu szczegółowego postępowania wyjaśniającego ustalono co następuje
[tu przytoczenie przepisów ustawy]
ponieważ w zgłoszeniu występuje Pani jako adresatem korespondencji, wobec tego nie jest Pani uprawniona do roszczeń reklamacyjnych

I sprawa załatwiona, problemu niedoręczonej przesyłki nie ma.

Sprawa mnie dotyczyła o tyle, że myślałem, że już mam sprawę zakończoną, a tu się okazało, że jednak nie (sąd przywrócił drugiej stronie termin).

Chyba tylko do końca miesiąca jeszcze inpostonoszą.

09:32, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (5) »
piątek, 06 marca 2015

Dziś nie zawodowo tylko prywatnie.

Inpostonosz przyniósł mi list. Zwykły, nawet nie polecony. Wziąłem kopertę, lekko skrzywiłem się na widok nadawcy, zacząłem się zastanawiać czego ode mnie chcą tym razem. Trzeba otworzyć kopertę, pomyślałem. Obróciłem list na drugą stronę, zmrużyłem oczy, przykląłem pod nosem.

Kiedyś inPost - może pamiętacie - przyklejał do listów takie blaszki (żeby przesyłka była cięższa od limitu gramatury, poniżej którego monopol miała Poczta Polska). Taką blaszkę się odrywało (jako że się do niczego nie nadawała, to zasilała worek z odpadami metalowymi), czasem skutkowało to naderwaniem koperty, czasem nie. Tym razem do koperty inPost doczepił swoją ulotkę formatu A4 (poskładaną do rozmiaru koperty), zachęcającą do ubiegania się o stanowisko inpostonosza.* Przyczepił ją przy pomocy zszywacza (i dwóch zszywek), więc ulotka została rozdarta zanim dostałem się do środka koperty. I tak, zszywający idiota nie przejmował się faktem, że przeszył także zawartość koperty, na szczęście w niczym nie przeszkodziło to w zapoznaniu się z korespondencją. Nie wiem czy nadawca zmienił operatora, czy to własny pomysł tego ostatniego, poprzednia korespondencja była wolna od takich... ekstrawagancji. 

No. Ulało mi się. 

*ponieważ inPost zwyczaje ma paskudne (dba o "budowanie wyjątkowego wizerunku"), informuję, że na ulotce jak wół stoi "praca", powtórzone w kilku miejscach - ale ponieważ oczekują własnego samochodu to jeden inPost wie czy nie próbują jednak wciskać śmieciówki

15:31, bartoszcze , Eko
Link Komentarze (6) »
wtorek, 04 marca 2014

Saga o nowym doręczycielu korespondencji sądowej, nazywanym drwiąco Nowym Lepszym Operatorem, będzie trwała jeszcze długo, być może skróci ją przyspieszone rozwiązanie umowy, a być może nie. Emocje, jakie budzi, są zrozumiałe, choć często niewłaściwie kierowane, a nieraz nawet sprawiają wrażenie konstruowanych na siłę (tu powinien być link do jeszcze jednej notki, ale się nie napisała jeszcze). 

Sam do tej pory w zasadzie nie narzekałem na Nowego Lepszego, bo korespondencja jakoś tam docierała, nawet jeżeli było to o godzinie 19.30 (w centrum miasta). Ostatnio zdarzyło się jednak, że (pod innym adresem) w skrzynce wylądowało awizo. Awizo mnie, nie powiem, zdziwiło, i nie chodziło o to, że przesyłka była do odbioru w sklepie Maxx (skojarzenia do wyboru, do koloru). Na awizie było bowiem wskazane nazwisko i imiona dwóch osób (bez nawiązania do nazwy firmy), adresu (adresata) nie było, ale co do awizo zostawiono pod właściwym adresem. Adnotacja "sąd" nie pozwalała na dywagacje co do osoby nadawcy, ale zupełnie nie przychodziło mi do głowy w jakiej to sprawie i jaki sąd mógłby chcieć adresować na takie dwie konkretne osoby. 

Udałem się więc do sklepu Maxx (który okazał się być prozaicznym salonikiem prasowym). Pani wzięła awizo, popsioczyła na charakter pisma doręczyciela (obiegowa nazwa: inpostonosz lub inpostylion), popsioczyła bardziej dosadnie na brak adresu na awizie... Po czym psioczyć zacząłem ja. Zagadka dwóch imion została rozwiązana w sposób równie zaskakujący co prozaiczny: inpostonosz, żeby się nie przepracowywać, zostawił jedno awizo dla dwóch różnych przesyłek, kierowanych do dwóch różnych osób (w zupełnie różnych sprawach). Jako że nie miałem upoważnienia na taką okazję, drugiej przesyłki oczywiście nie odebrałem (bo spodziewałem się tylko jednej adresowanej przynajmniej częściowo do mnie). Nie ma jednak żadnego sensownego wyjaśnienia, dlaczego przesyłka adresowana do mnie, nadana 16 stycznia, została doręczona (znaczy, awizowana) dopiero 26 lutego - zwłaszcza że zawierała zawiadomienie o terminie rozprawy wyznaczonej na dzień 21 lutego... (na szczęście wiedziałem o niej niezależnie, na szczęście dla sądu, bo gdyby mnie tam nie było, to z powodu braku zwrotki musiałby rozprawę odroczyć i odesłać do domu świadków).

To są takie uchybienia średniego kalibru. Nowy Lepszy podpadł jednak w zeszłym tygodniu zdecydowanie bardziej, kiedy w biurze staraliśmy się ustalić, co się dzieje w jednej sprawie, i ze zdziwieniem dowiedzieliśmy się, że wysłano do nas opinię biegłego, której sobie nie odebraliśmy. Pogłębione śledztwo wykazało, że rzekomo opinia była u nas awizowana i nie została podjęta. Pech Nowego Lepszego polega na tym, że nie otrzymaliśmy odeń żadnego awiza z wymaganych przepisami, ani pierwszego, ani drugiego... Sąd oczywiście został powiadomiony, Nowemu Lepszemu jeszcze dobierzemy się do.. do czegoś (bo nie wiemy, ile przesyłek nam w taki sposób "awizowali"). Wyjątkowo bezczelnie w tym kontekście brzmią zapewnienia, że Nowy Lepszy kładzie nacisk na "rzetelnie wykonaną pracę" oraz że odchodzi od "podejścia zostawiania awiza kiedy adresat jest na miejscu"; istotnie, niezostawianie awiza w połączeniu z niedoręczeniem przesyłki i sporządzeniem adnotacji o awizowaniu to jakaś nowa jakość, na pewno nie wyższa.

Na zakończenie słowo komentarza do tytułu. Otóż formalnie oczywiście Nowym Lepszym jest PGP, ale głównym podwykonawcą (żeby nie rzec: głównym wykonawcą) jest inPost, który zaskarżając specyfikację przetargową otworzył możliwość startu w przetargu jakiejkolwiek konkurencji dla Poczty Polskiej (głupota autorów przetargu to temat na zupełnie osobny wpis). Kiedy jednak przyszło do złożenia oferty, "wypuścił" PGP (samemu chowając się za ich plecami jako podwykonawca) - po to, żeby przy ewentualnej porażce nie zepsuć sobie reputacji (to mu akurat średnio wychodzi) oraz "kartoteki", czyli żeby w ewentualnym następnym przetargu publicznym (niekoniecznie na korespondencję sądową, może być dowolna urzędowa czy nawet firmowa, jeśli firma jest zobowiązana do stosowania ustawy o zamówieniach publicznych) móc śmiało (i bezczelnie) powiedzieć, że nie zawalił żadnej umowy dotyczącej zamówienia publicznej (co wyklucza z przetargów na parę lat). Bo jak co, to formalnie zawali PGP...

niedziela, 16 lutego 2014

Ilekroć czytam (a w ostatnich tygodniach jest o tym sporo) o problemach związanych z nowym operatorem pocztowym zajmującym się doręczaniem korespondencji dla sądów i prokuratur, to przychodzi mi do głowy stary poczciwy szmonces, w którym pewien udręczony Icek przychodzi do rabbiego i mówi "Rebe, ja już tak nie mogę, mam małe mieszkanie, w nim gderliwa żona, hałaśliwe dzieci, i teściowa, co robić?" Rabin mu w odpowiedzi kazał kupić kozę. Po jakimś czasie Icek przychodzi znów do rabbiego i jeszcze bardziej udręczony mówi "Rebe, ja już nie wytrzymam, mam małe mieszkanie, w nim gderliwa żona, hałaśliwe dzieci, teściowa i jeszcze ta śmierdząca koza, co robić??" Rabin kazał mu wtedy sprzedać kozę. Po jakimś czasie przychodzi znów Icek do rabbiego i mówi "Rebe, sprzedałem tę kozę, jaki ja jestem szczęśliwy!!"

Do niedawna Poczta Polska robiła za dyżurnego chłopca do bicia - a to że droga, a to że powolna, a to że nienowoczesna, a to że przesyłki gubi, a to że listonoszom nie chce się przesyłek pod drzwi nosić i od razu awiza zostawiają, a to że nie sprawdzają prawidłowości i aktualności adresów (moja ulubiona sytuacja to ta, kiedy listonosz "awizował" przesyłkę w całkowicie wyburzonym budynku, nikogo chyba nie dziwi, że adresat nie odebrał tak awizowanej przesyłki, która została odesłana do sądu jako "niepodjęta w terminie"). Odkąd mamy jednak - od Nowego Roku - nowego operatora, natychmiast stał się on obiektem nowych sensacji. Wielu bulwersuje już sam fakt, że oto poczta nie jest pocztą (choć po dziś dzień jej placówki są zwane urzędami pocztowymi), innych bawi (lub oburza)... nietypowość placówek, w których niejeden raz przyjdzie odbierać pocztę. Mnie bawią wynurzenia kolegów po fachu, że oto muszą stać w długich kolejkach np. w biurach podróży, które znajdują się przy ulicach naszpikowanych kancelariami, albo pań mecenas w garsonkach i na obcasach, które z obrzydzeniem poszukują punktu odbioru gdzieś w magazynach. Mniej zabawne jest oczywiście, kiedy punktów odbioru długo szuka się we wskazanej lokalizacji (nie zawsze znajdując), kiedy są one umiejscowione dużo dalej niż by mogły i powinny (wbrew wymogom specyfikacji przetargowej nie w każdej gminie znajduje się punkt odbioru), kiedy listonosz puka o dziwnych porach (odnotowałem już 19.30, w biurze) kiedy korespondencja zamiast codziennie jest odbierana i doręczana raz-dwa razy na tydzień - jeden z adwokatów mało się nie załamał, kiedy zamiast około dziesięciu przesyłek dziennie jak zwykle, dostał po dwóch tygodniach suszy jednorazowo ich 125 (słownie sto dwadzieścia pięć), co oznaczało niesamowitą kumulację terminów do załatwienia...

Nowy operator zapewne z czasem się wyrobi (każde wielkie wdrożenie przechodzi okres wieku niemowlęcego, ostatnim przykładem był w USA portal ubezpieczenia medycznego), chyba że do tej pory zostanie karnie wyrzucony za niewywiązywanie się z umowy. Nieraz się zastanawiam patrząc na to wszystko, czy ta przegrana w przetargu nie była majstersztykiem marketingowym Poczty Polskiej - ośmieszyć konkurenta i poprawić swój wizerunek, podrzucając nam kozę? Może nie, ale już tęsknimy za chwilą, w której kozy się pozbędziemy.

czwartek, 02 stycznia 2014

Dziś pierwszy dzień rewolucji. Rewolucji w doręczaniu korespondencji sądowej, wyjaśnijmy od razu. Przez dziesięciolecia korespondencję sądową doręczała wyłącznie poczta, to znaczy: Poczta Polska, ale w ogłoszonym w ubiegłym roku przetargu kryteria (ustalone ostatecznie orzeczeniami Krajowej Izby Odwoławczej) pozwalały na wzięcie udziału także innym podmiotom. No i stało się - Poczta Polska przetarg przegrała, przesyłki doręczać będzie Polska Grupa Pocztowa.

Oczywiście od samego początku najbardziej intrygującą kwestią było, jak sobie nowy operator poradzi nie tyle z masowością korespondencji, ile z problemem nieobecności adresata. Teoretycznie wymogi przetargowe przewidywały posiadanie w każdej gminie odpowiedniej placówki, w której można pozostawić korespondencję do odbioru, w praktyce nie określały jaki ma być związek operatora z placówką (ani jakie są wymagane godziny otwarcia dla ludności, z drugiej strony tradycyjne "poczty" też nie są otwarte non stop ani nawet przez 8 godzin dziennie). W ostatnich dniach już pojawiły się informacje o podpisaniu przez PGP umowy z RUCH-em i - zaraz potem - żarty typu "co pan mi z tym awizem, tu jest kiosk Ruchu, ja tu mięso mam!".

Zerknąłem dziś z ciekawości na stronę PGP, żeby się zorientować skąd w razie potrzeby będę musiał odbierać przesyłki. Wstukałem do ichniejszej wyszukiwarki "Agencje i punkty awizacyjne" kod pocztowy biura. Wyświetliło mi cały szereg punktów (bo to dla sporego kawałka miejscowości jeden kod jest). Jeden z nich nosi nazwę: SKLEP RYBNY.

Ale przynajmniej jest jakikolwiek, nie dla każdego adresu można to obecnie ustalić. Zaczynam się bać, dobrze że pierwsze listy sądy będą wysyłać za pośrednictwem nowego operatora dopiero dziś.

środa, 12 maja 2010

Dzisiaj serwis internetowy „Rzeczypospolitej” podaje informację o wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego, który nakazał wydawcy "Rzepy" podanie adresów prywatnych dwóch dziennikarzy, przeciwko którym bohater jakiegoś artykułu zamierza wytoczyć proces. Rzecz cała utrzymana jest w alarmistycznym tonie, że oto za sprawą tego wyroku (i stanowiących jego podstawę przepisów) dziennikarzom grozić będą różne niebezpieczeństwa, pojawia się nawet postulat zmiany przepisów procedury. Sekunduje dziennikarzom mec. Naumann, który sugeruje, że sądy mają w ręce przepis pozwalający na doręczanie korespondencji sądowej w miejscu pracy, tylko z niego nie chcą lub nie mogą korzystać.

No ręce mi opadły. Zacznijmy może od tego, co najbardziej niebezpieczne dla świadomości prawne, czyli od sprostowania wypowiedzi mec. Naumanna (ja bym się nie zdziwił swoją drogą, jakby on po fakcie sam zamieścił sprostowanie tego co powiedział). Otóż jak najbardziej istnieje (i dość słabo działa) przepis art. 135 par. 1 kpc pozwalający na doręczanie korespondencji nie tylko w mieszkaniu, ale także w miejscu pracy lub wszędzie indziej, gdzie się adresata zastanie. Sęk jednak w tym, że przepis ten nijak się ma do przedmiotowego przypadku. Dotyczy on bowiem sytuacji, w której postępowanie zostało już wszczęte. Żeby jednak pozew mógł zostać prawidłowo wniesiony, należy zgodnie z przepisem art. 126 par. 2 kpc podać miejsce zamieszkania stron - a brak tej informacji powoduje zwrot pozwu. I w żaden sposób obowiązek określony w tym przepisie nie może być sanowany przez podanie adresu miejsca pracy.

Ze swojej strony dodam, że problem ustalenia adresu zamieszkania często rodzi trudności dla tego, kto chce dochodzić swoich praw, i jakaś nowelizacja byłaby uzasadniona - np. przez możliwość wskazania "adres zamieszkania nieznany", pod warunkiem wskazania właśnie adresu innego niż zamieszkania, gdzie będzie można dokonać doręczenia; klasycznym przykładem jest pozywanie osób fizycznych prowadzących działalnosć gospodarczą, gdzie powód zna adres prowadzenia działalności, natomiast adresu zamieszkania musi dopiero poszukiwać (nie żeby zawsze było to trudne, ale jednak). Należy jednak o tyle uważać, że warunkiem skutecznego prowadzenia postępowania jest doręczenie skuteczne, czyli w taki sposób, żeby druga strona mogłą się z korespondencją zapoznać - a niespełnienie tego warunku prowadzi do pozbawienia drugiej strony możliwości obrony.  I tu pojawia się problem, że w razie kierowania korespondencji do "miejsca pracy", doręczyciel musiałby albo znaleźć w instytucji konkretną osobę, albo pozostawiać jej w punkcie przeznaczonym do obsługi korespondencji awizo - albo pozostawić np. pozew o alimenty sekretarce. Pierwszy wariant może być niemożliwy do zrealizowania, dwa pozostałe - grożą tym, że z najbłahszego choćby powodu przesyłka może nie dotrzeć do adresata. Wyobraźmy sobie zresztą pozew doręczany na adres "Józef Nowak, Telekomunikacja Polska S.A.".. A poza tym, w przypadku dziennikarzy wcale nie jest oczywiste, czy ten lub inny piszący na łamach w ogóle w redakcji bywa i jak często, przez co doręczanie na adres redakcji nawet nie spełniałoby kryteriów art. 135 kpc.

Pozostawiając jednak na uboczu potencjalne nowelizacje, przyjrzyjmy się jeszcze kwestii, jakież to zagrożenia pojawiają się dla biednych dziennikarzy. Otóż - żadne. W dzisiejszych czasach, zwłaszcza w przypadku bardziej znanych tytułów i autorów, ustalenie adresu na drodze prawnej jest banalnie proste i nie wymaga angażowania GIODO i sądów administracyjnych. Gdyby mi się chciało, jestem w stanie ustalić adresy Piotra Gursztyna, Wojciecha Orlińskiego, Rafała Kasprówa czy Janiny Paradowskiej za jedyne 31 zł od sztuki plus koszty korespondencji. Zajmie mi to kilka tygodni oczekiwania, może nawet miesięcy, ale nie będę musiał wychodzić dalej niż na pocztę, a zainteresowani nawet nie będą wiedzieli o tym, że te dane dostałem. Lamentowanie więc, że oto redakcja musi ujawnić te dane, które można uzyskać samemu, jest po prostu śmiechu warte. Osobną kwestią jest, że redakcja nie spowiednik, więc wcale nie musi wiedzieć, gdzie rzeczony dziennikarz faktycznie pomieszkuje - może mieć w aktach tylko adres, wg którego dokonuje rozliczeń podatkowych.

Bez względu jednak na to, skąd zainteresowany uzyska w końcu adres dziennikarza, pozostaje pytanie o zagrożenie płynące z tej wiedzy. Otóż przeciętny człowiek szanownemu redaktorowi będzie chciał co najwyżej obić mordę za to co napisał, co może zrobić zaczekawszy nań przed redakcją. Jeżeli natomiast pojawi się ktoś o bardziej przestępczych zamiarach, jakiś aferzysta, gangster czy agent służb specjalnych - to proszę serdecznie wybaczyć, ale twierdzenie, że takowy nie będzie w stanie namierzyć swojego obiektu w drodze obserwacji czy innych technik uznanych za niezgodne z porządkiem prawnym, to naiwność najwyższego lotu. I taki ktoś na pewno nie będzie oficjalnie pytał redakcji o adres zamieszkania swojego przedmiotu zainteresowania.

O cóż więc chodzi? Ano o to, że dziennikarze przyzwyczajają się coraz bardziej do myślenia o sobie w kategoriach władzy. Wypowiadając się o kimś w wielkonakładowym medium, władzę tę realizują. Kontra w postaci zatrudnienia trzeciej władzy boleśnie ich z poczucia władczości wytrąca. Bo przecież czym się różni dochodzenie swoich praw wobec anonimowego internauty, od dochodzenia praw wobec chowającego się za gardą prawa prasowego dziennikarza? Niczym, ale o tym pierwszym można się pogardliwie wyrazić z fotela redaktorskiego.