Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: film

sobota, 01 grudnia 2018

Newsem tygodnia (a przynajmniej jego początku) było, że na zgniłym Zachodzie kobiety dla zachowania urody wcierają sobie w skórę serum robione z napletków niemowląt (pochodzących z obrzezania dzieci na pokornym Wschodzie, a konkretnie w Korei Południowej). 

Zadumałem się nad tym newsem. Po cóż ktoś miałby korzystać z czegoś tak obłąkanie brzmiącego, na dodatek w celu skutecznego działania poprzedzać to mikronakłuwaniem twarzy (podobno nieprzyjemnym) i płacić za to jednorazowo 500 funtów, odczekawszy dwa lata w kolejce?

A potem pomyślałem sobie, że jeśli dla kogoś uroda jest w pewien sposób narzędziem pracy - bo od wyglądu może zależeć, na jaki film uda się podpisać kontrakt i za jaką stawkę - to właściwie trochę nie dziwi, bo jeśli masz 45 lat i nadal chcesz wyglądać jak Kate Beckinsale w wieku 35 lat, to łatwo nie jest.

Nie wiem czy tym obrzezanym dzieciom współczuć, aczkolwiek jeśli i tak byłyby obrzezywane, to wykorzystanie tych napletków (zamiast ich utylizacji) już mnie szczególnie nie rusza.

środa, 21 listopada 2018

"życie trzeba przedstawić w taki sposób, żeby wydawało się prawdziwe - nic nie jest prawdopodobne tylko i wyłącznie na mocy faktu, że się wydarzyło" (John Irving)

W filmach opowiada się przeróżne historie. Na pewno był niejeden film o młodym, utalentowanym kierowcy, który bez odpowiedniego wsparcia z zewnątrz (zwłaszcza wyrażonego w twardej walucie) piął się po szczebelkach kariery, dorabiając przygotowywaniem samochodów dla innych. Niekoniecznie takie filmy kończyły się akurat w taki sposób, że w końcu młody dostawał kontrakt rezerwowego kierowcy w zespole Formuły 1, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności (nie zapominając o szybkości pokazywanej w okazjonalnych treningach) zajmował w trakcie sezonu miejsce kierowcy wyścigowego i zdobywał miejsce na podium na kultowym torze.

Chyba nie było natomiast filmu o tym, jak kierowca ma podczas wyścigu potężny wypadek, na widok którego wszyscy z przerażeniem zasłaniali usta - dopóki kierowca nie wstał i nie otrzepał się jak gdyby nigdy nic, a rok później na tym samym torze był tak bardzo przejęty wspomnieniem tego wypadku, że wygrał tam swój pierwszy wyścig w serii. Sophia Floersch po swoim koszmarnie wyglądającym wypadku w Macau chętnie wystąpiłaby w tym filmie... (choć najpierw musi dojść do siebie po operacji kręgosłupa)

Pewnie nie było też filmu o kierowcy wyścigowym, który mając w kieszeni kontrakt z legendarną stajnią, jedzie dla treningu powiatowy rajd i wpada na uszkodzoną barierkę, która - szansa jeden na milion - robi mu z ręki puzzle (nie licząc innych obrażeń, stanowiących zagrożenie dla życia). Po wielu operacjach prowadzących do przywrócenia ręce jako-takiej sprawności, ostatecznie po 6,5 roku kierowca wraca do swojego starego zespołu i pokazuje na testach, że w dalszym ciągu potrafi jeździć jak przed wypadkiem (a kibice z trybun śpiewają zespołowi "Merci"). Oglądałem kiedyś film biograficzny o zespole muzycznym Jan and Dean, gdzie historia była w sumie dość podobna.. 

Być może był film o młodym kierowcy, który bez pomocy doszedł na szczyty, ale później z nich spadł - a kiedy po latach udało mu się zdobyć niezbędną pomoc finansową niezbędną do powrotu, w ostatniej chwili został przelicytowany przez kogoś z dużo grubszym portfelem. Po czym rok później nastąpiła zamiana miejsc...

Bo filmów o młodych wilczkach i starych mistrzach nie brakuje. Ostatnio chociażby Auta 3...

Wszystkie te scenariusze napisał lub napisze Robert Kubica. Nie wszystkie wyglądają prawdopodobnie, a jednak się zdarzyły naprawdę, lub powinny się zdarzyć za chwilę. Tylko z tym otrzepaniem się to licentia poetica.

środa, 26 września 2018

Napięcie rośnie, zaraz będzie sięgać zenitu jak przed jakimś losowaniem Mundialu. W piątek wchodzi do kin najnowszy film Smarzowskiego, wszyscy wiecie że nazywa się "Kler" i o czym opowiada (acz bez szczegółów), kolejek przed kinami nie będzie głównie z tego powodu że kto żyw, kupił bilety przez internet. Obserwuję to z pewną taką uwagą, zastanawiając się czy komuś faktycznie zrobi różnicę jak obejrzy dzień, trzy dni, a nawet tydzień po premierze, ale może wypada się licytować ze znajomymi kto już był a kto nie (jakoś nie podejrzewam zaliczania seansów wielokrotnych, ale ludzie zawsze mnie potrafią zaskoczyć).

Sam - powiem szczerze - za bardzo się nie wybieram. Pomijając kwestię tłoku itepe, od jakiegoś czasu staram się wybierać do kina na takie filmy, dla których wielkość ekranu ma znaczenie - dla filmów, powiedzmy, obyczajowych, nie zrobi różnicy czy obejrzę go na ekranie 30-metrowym czy 30-calowym. O filmie zaś wiem już tyle, że mi wystarczy w zupełności, gdzieś kiedyś przy okazji obejrzę w całości lub w kawałkach.

W gruncie rzeczy żadnego filmu Smarzowskiego nie widziałem dotąd w kinie. Co więcej: żadnego z filmów Smarzowskiego w istocie do tej pory nie widziałem, jednego zresztą nawet nie zamierzam, przy innych zwykle jakoś brakowało mi energii czy motywacji żeby wykorzystać okazję do obejrzenia; zwłaszcza "Róży" żałuję, ale jeszcze się pewnie zdarzy okazja. 

Aż w pewnej chwili myśl błysnęła: a kiedy ja właściwie ostatnio byłem na polskim filmie w kinie? Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest łatwa, bo musiałem sobie samemu wyjaśnić, czy dany film oglądałem w kinie, czy na mniejszym ekranie. Szybki scroll pamięci zatrzymał się w sposób nie budzący wątpliwości na - śmiejcie się lub nie - "Akademii Pana Kleksa". Grzebanie bardziej dogłębne podsunęło myśl że niemal na pewno w kinie byłem na "Deja vu" Machulskiego, na "Operacji Samum" Pasikowskiego oraz na "Jańciu Wodniku" Kolskiego, później robi się czarna dziura (podświadomość podpowiada jeszcze któryś z filmów Kędzierzawskiej); nie wiem na ile cztery ostatnie Kieślowskie łapią się na "polskie filmy"... W każdym razie czy w tym stuleciu byłem w kinie na polskim filmie to nie dam głowy.

I nie potrzebuję tego zmieniać z okazji "Kleru", w recenzowanie polskich filmów bez ich oglądania już się bawiłem.

sobota, 28 kwietnia 2018

Ten film włączyłem kiedyś przypadkiem, zupełnie nie wiedząc czego się spodziewać. Były jakieś ładne, niewiele mówiące obrazki, potem nieoczekiwana zbrodnia. Pojawili się policjanci... i pojawiła się ekscytacja. Jednym z policjantów był Bruce Willis, który wyglądał jak nigdy, z długą, ulizaną ciemnoblond grzywką (może w Szakalu też miał podobną peruczkę).

A później Willis pojawił się w zupełnie innej wersji, z klasyczną już łysą pałą i zarostem (przedtem był gładko ogolony). I tak oto dotarliśmy do kluczowego pomysłu filmu - ludzie używali na co dzień mechanicznych awatarów, nazywanych surogatami, sprawnych (dzięki czemu Willis mógł wykonywać wielometrowe skoki i biegać z urwaną ręką), szybkich (świetna była scena, kiedy człowiek idzie wśród surogatów i ma problem z ich omijaniem, one automatycznie oceniają odległości na milimetry i mimo szybkiego chodu mijają się bezkontaktowo) i dobrze wyglądających, które kontrolowali leżąc na łóżku, podłączeni do aparatury umożliwiającej odczuwanie zmysłami surogata. Jako że zaczęło się od zbrodni, to musiało być i śledztwo, z każdą chwilą coraz bardziej bliskie sensacji niż kryminału...

Czytałem później recenzje, wybrzydzające na zbytnią schematyczność intrygi i zbytnie przywiązanie do akcji. Mnie się w sumie podobało, ale zgadzam się, że odrywało od tego, co najlepsze: od samego konceptu surogatów, od psychologicznych motywacji kryjących się za nim. W pewnej chwili Willis mówi do seksownej prawniczki "nie wiem, kim naprawdę jesteś, może grubym facetem z fiutem na wierzchu", i o tym jest - lub powinien być - ten film: o naszych pragnieniach wyglądania lepiej, inaczej, udawania kogoś, kim naprawdę nie jesteśmy (cały czas zastanawia mnie czego pragnie facet w średnim wieku, sterujący młodą, podrywającą innego faceta dziewczyną). 

Ale na to potrzebny byłby serial, a nie film. Nawet i bez Willisa. Choć film bardzo lubię.

Tagi: film
00:19, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (4) »
niedziela, 22 kwietnia 2018

To było tak: jechałem rano samochodem, włączyłem radio; ostatnio najczęściej włączam jedną taką stację, która dobrze odbiera w całej okolicy, a jak grają, to grają nieźle, z wykopem. Ale czasem nie grają, tylko gadają, i to był czas kiedy gadało dwoje prezenterów: pewna pani, która okazjonalne wydawała mi się kiedyś zabawna, i pewien pan, który nigdy mi się z niczym pozytywnym nie kojarzył (zwiska pominę, bo po co komu robić reklamę lub antyreklamę). 

Nie do końca wiem skąd im się to wzięło, ale pan snuł smętne menskie rozważania na temat Audrey Hepburn i Marilyn Monroe (w przypadku MM miało to zdaje się związek z jakąś aukcją jej zdjęcia). Bardzo był przy tym przywiązany do powiedzonka (bo myślą to trudno nazwać), że podobno faceci marzą o całowaniu Marilyn, a kobiety o wyglądaniu jak Audrey (pani była raczej sceptyczna). A że był piątek, nastrój piątkowy, i korki tu i ówdzie na drodze, to w try miga wygenerowałem sondę na Twitterze.

Czy wolisz (gdyby była taka możliwość):
A/ całować Audrey
B/ całować Marilyn
C/ wyglądać jak Audrey
D/ wyglądać jak Marilyn

Ktoś może powiedzieć, że sonda była tendencyjna, bo nie można wybrać i wyglądania, i całowania, ale - jak usłyszał Jack Lemmon w Pół żartem, pół serio - nikt nie jest doskonały. Zwracam uwagę, że nie ograniczałem wyboru do jednej tylko płci, dlatego w wynikach też nie wiadomo które z głosów oddawały kobiety, a które mężczyźni...

A wyniki były takie: wyglądać jak Audrey chciało 13% głosujących. 18% wolało wyglądać jak Marilyn, podczas gdy 19% tę Marilyn chciało całować. Dodaliście szybko w pamięci? Tak: dokładnie połowa respondentów najbardziej chciałaby Audrey całować, i tyle mitów smutnego pana z radia.

No to buziaczki.

Audrey Hepburn blowing kiss Getty Images

piątek, 13 kwietnia 2018

Może widzieliście, może nie. W każdym razie nie chce mi wyjść z głowy ostatni odcinek Milionerów, a ściślej - jedno z pytań (w przeszłości nieraz pisałem notki poświęcone tylko jednemu pytaniu, więc to żadne novum). 

Było to pytanie o niezbyt wielkie pieniądze, jakieś 5 czy 10 tysięcy, więc wydawałoby się proste (choć doświadczenie uczy, że na prostym wyłożyć się łatwo). Grała pani, z zawodu zdaje się nauczycielka małych dzieci, nie rejestrowałem wszystkich szczegółów bardzo dokładnie. Pytanie brzmiało:

LEW ZABITY PRZEZ RAMONA MERCADERA TO:
A/ Simba
B/ Tołstoj
C/ Trocki
D/ Mufasa

Zapewne autor pytania traktował je jako bardzo dobrą zabawę, mnie również ono mocno rozbawiło (nawet sobie z niego na Twitterze żartowałem), uczestniczkę zaś skonfundowało. Na tyle, że postanowiła wziąć pół na pół (zostali Simba i Trocki)...

Oczywiście, stoimy tu przed pułapką klasizującego podejścia "elo, człowieku, jak można historii nie znać". Mnie jednak zaintrygowało, że grającej taki obcy wydał się filmowy megahit, jakim był "Król Lew": film z czasów, kiedy kina były powszechniejsze, a bilety tańsze; film, który wielokrotnie gościł w telewizjach; film, którego bohaterowie - wydawałoby się - tak mocno wryli się w zbiorową świadomość (choć, przyznajmy, bardziej dzieciom sprzed ćwierćwiecza niż obecnym).

Pani postanowiła uśmiercić Simbę. A może to ja nie nadążyłem za sequelami?

sobota, 20 stycznia 2018

Leci ten czas, leci, od premiery Epizodu Ósmego minęło już z pięć tygodni, w niektórych kinach już zdążył wypaść z repertuaru, a ja właściwie nic jeszcze nie napisałem... Z drugiej strony skoro tyle czasu już minęło, to przynajmniej nie muszę się martwić o te gapy co jeszcze nie widziały i w razie potrzeby mogę walić SPOILERY otwartym tekstem. 

Co sądzę o "Ostatnim Jedi"? No zachwycony jestem, do frakcji zachwyconych należę, nawet miałem momenty, że myślałem, że lepszych Gwiezdnych Wojen jeszcze nie nakręcono (ale to chyba jednak tylko przelotny urok chwili, Imperium kontratakowało natychmiast). Wpływ za zachwyt ma przede wszystkim mistrzowska gra na emocjach, zwłaszcza takich widzów jak ja, po pierwszym seansie żałowałem że nie mogę skoczyć na kielicha i dojechać do domu komunikacją, ale 22 z haczykiem w dzień roboczy nie sprzyjała takim fanaberiom.

Zaskakującą cechą tego filmu jest jego antywojenność. Leia jako głównodowodząca opieprza i degraduje Poe za jego bohaterską i efektowną akcję, przeprowadzoną mimo rozkazu przerwania jej, zakończoną z jednej strony zniszczeniem wielkiego okrętu bojowego wroga, a z drugiej strony dużymi stratami własnymi; Poe zresztą przez cały film jest wychowywany, żeby z odważnego pilota stał się myślącym o podwładnych dowódcą (nie bez skutku). Wprowadzona w filmie nowa bohaterka Rose z jednej strony goni potencjalnych dezerterów, a z drugiej wypowiada słowa będące cichym mottem filmu: "nie chodzi o to, by zabijać wrogów, ale o to, by ratować tych, których kochamy" (czy Luke w tym właśnie celu nie leciał na Bespin, wbrew radom Yody i Obi-Wana?) No i ta znakomita - w tej warstwie interpretacyjnej - sekwencja w Canto Bight, gdzie najpierw Rose uświadamia nam, że wojna odbywa się kosztem szarych ludzi, a później DJ (uroczy łajdak) pokazuje, że z punktu widzenia handlarzy bronią Najwyższy Porządek i Ruch Oporu (jak wcześniej Imperium i Rebelia) są takimi samymi klientami - jak płacą, to dostają.

Nie oznacza to, że Gwiezdne Wojny przestały być wojnami (nawet jeśli na relatywnie niewielką skalę). Mamy fantastycznie nakręcone bitwy, nawet jeżeli przez długi czas film zdaje się być bardzo statyczną sekwencją pościgu podobnego bardziej walce morskiej niż powietrznej. Mamy Grande Finale z udziałem Wielkiego Luke'a (nie dajcie się zwieść marudom twierdzącym, że zniszczono Luke'a z Oryginalnej Trylogii, jest wielki). Mamy kapitalną sekwencję kina Nowej Przygody na Canto Bight, z wielką ucieczką na dinozauropodobnych fathierach. Mamy mnóstwo dobra (nawet jeżeli pewne sceny są świadomym nawiązaniem do wcześniejszych filmów, różnice są oczywiste). Mamy wspaniałe Gwiezdne Wojny i czekamy na więcej.

23:59, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (2) »
piątek, 24 listopada 2017

Muszę się przyznać, że oryginalnego Blade runnera pamiętam głównie doznaniami: muzyką Vangelisa, obrazami nocnego miasta, monologiem Hauera, klimatem... Sama fabuła przechodzi jakoś obok mnie, nie mówiąc o znaczeniach, tropach i interpretacjach, w szczególności zupełnie mnie nie obchodzi czy Deckard...

Obecnie w kinach miłościwie panuje sequel Blade runnera, opatrzony liczbą 2049 niczym Chateaux Villeneuve. Warstwa wizualna po prostu cudowna (audio bez zachwytów), klimat wspaniały. Do tego mamy i łowców androidów, i androidy pomiędzy ludźmi (choć mógłbym się zastanawiać czy "ludzi między androidami" nie byłoby właściwsze, ale nie dam głowy), i postarzałego Deckarda, i Rachel (o niej nic Wam nie powiem, kto widział ten wie, kto nie widział - niech ma niespodziankę), mamy też akcję kręcącą się wokół odsyłania na emeryturę, z różnymi zagadkami i zwrotami akcji... I wiecie co? Tak jak w oryginalnym Blade runnerze, tak naprawdę mało mnie cała ta akcja obchodzi (nie powiem, że nie wciągała).

Mamy w tym nowym Blade runnerze wątek, który wbił mnie w fotel i wypuścić nie chce. Jest sobie bohater, nazwijmy go Joe (kto widział, ten wie, kto nie widział... zorientuje się przy oglądaniu z tego co dalej zaspoiluję). Kiedy Joe pierwszy raz pojawia się w swoim mieszkaniu, ujawnia się jakaś jego towarzyszka, taka... mało obecna; przyznaję z pewną taką nieśmiałością, że w pierwszej chwili wziąłem ją za hologram kogoś będącego w innym miejscu świata, taką nowoczesną (2049!) formę związku na odległość, po dobrych paru chwilach dopiero dotarło do mnie, że to owszem, hologram - ale w całości stworzony przez program, taka Siri przyszłości dostarczana przez wszechobecną korporację Wallace, obdarzona sugestywnym imieniem Joi. I to właśnie cały sposób poprowadzenia relacji Joego i Joi, nakreślenia niemożliwej miłości pomiędzy Joem a bytem wirtualnym, niemożliwej lecz wręcz namacalnej (włącznie z niesamowitą sceną wirtualno-niewirtualnego seksu), czyni ten film - nie boję się tego napisać - Wielkim. I nie przeszkadza mi nawet kończąca ten związek sugestia, że ze strony Joi wszystko było jedynie procedurą starannie kontrolowaną przez korporację - bo to tylko sugestia, a nie pewnik, a nadto kocha się przecież niekoniecznie mając świadomość, że druga strona tylko "gra", Joe... wierzył do końca (i jeden dzień dłużej).

Nie mogę też nie wspomnieć o innej nie-ludzkiej bohaterce (w ogóle to film pełen kobiet, nadających bieg prawie wszystkiemu), o androidce imieniem Love* (chciałem użyć słowa "terminatorce", ale to mimo wszystko nie byłoby ścisłe, no i nie ta seria). Ona z kolei - wspaniała postać! - została poprowadzona jakby była dzieckiem, które za wszelką cenę chce zostać najwspanialszą córeczką tatusia, jakby chciała zostać - tak właśnie - pokochana. 

Czy androidy mają uczucia? W tym filmie na pewno. Zobaczcie koniecznie, chyba że nie lubicie klimatycznego sci-fi o uczuciach androidów.

*formalnie Luv, przekręciłem z miłości

Tagi: film
20:24, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 maja 2017

Młodzież zapewne już nie pamięta kultowej (w odległej przeszłości) serii komedii o żandarmie z Saint-Tropez (z de Funesem w roli głównej, oczywiście). Dziś trąci ona już poniekąd myszką, jest puszczana jako zapchajdziura trochę. Wypada w tym miejscu od razu wyjaśnić, że we Francji żandarm to małomiasteczkowy lub wiejski policjant, podlegający zarówno władzom policyjnym, jak i wojskowym - a nie wojskowy glina jak u nas (oraz w US Army). 

Ja jednak dziś zupełnie nie o żandarmie francuskim, tylko o rodzimym. O istnieniu polskich żandarmów w zasadzie na co dzień się nie pamięta, wielu Polaków prawdopodobnie przeszło życie nie widząc żandarma na oczy (bo co oni mają do roboty poza jednostkami wojskowymi...), nie powiem że większość, bo jednak sporo facetów zaliczyło służbę wojskową (i sporo ludzi oglądało Krolla); ostatnio istnienie żandarmów mogło się przesmyknąć do powszechnej świadomości po wypadku Macierewicza pod Toruniem. Nadal jednak to coś w rodzaju kosmity.

Czemu o tym piszę? Bo... zaszła zmiana. W przepisach prawa zmiana. Parlament w ramach swojej ciężkiej pracy ("niczyja wolność ani własność nie jest bezpieczna kiedy obraduje parlament") postanowił przyznać tym - sympatycznym zapewne - kosmitom dodatkowe uprawnienia. Uprawnienia te obejmują między innymi dostęp do informacji na różne sposoby chronionych, w tym... Do dokumentacji związanej z numerem NIP. Do informacji o zgłoszeniu do ZUS i o składkach ZUS. Do informacji gdzie macie konto, lokatę, kredyt, kartę, skrytkę bankową - i na jaki okres. Co ważniejsze, do uzyskania tych informacji żandarm nie musi się szczególnie tłumaczyć, wystarczy że pokaże mniej lub bardziej ogólne upoważnienie od swojego komendanta (do dalej idących informacji będzie już potrzebował zgody sądu wojskowego, mimo wszystko), nieważne czy macie coś wspólnego z wojskiem. 

Gdybyście chcieli się zaniepokoić, to żandarmi mogą pytać o wasze konta od 27 kwietnia. Może was pocieszy, że takie same uprawnienia zyskali prokuratorzy i policjanci. A może nie.

20:22, bartoszcze , Prawo
Link Komentarze (4) »
niedziela, 23 kwietnia 2017

Wiem, że na świecie codziennie obchodzone są jakieś niezmiernie interesujące święta, ale żeby dziś był Międzynarodowy Dzień Szakala to nie (za to dziś jest Dzień Konia, gdybyście szukali okazji do świętowania). Wczoraj za to, gdym na PIT-em pochylon siedział i wieczór już dawno się zrobił głęboki (cichy ani ciepły niestety nie), doszedłem w pewnej chwili do wniosku, że starczy tego dobrego (?) na jeden dzień (zwłaszcza że jakieś 80% miałem zrobione) i może warto by relaksu zażyć.

Sięgnąłem do programu telewizyjnego i popadłem w rozterkę. Oto bowiem na jednym programie nadawano klasyczną ekranizację Dnia Szakala z Edwardem Foxem, a w tym samym czasie inna stacja pokazywała remake tegoż z Brucem Willisem. Jako że tego drugiego dzieła nigdy nie widziałem w całości, dylemat był poważny. Dałem "nowemu" szansę, z uśmiechem odnotowałem dość wierne powtórzenie paru wątków (wierne nie oznacza z pominięciem nowych realiów), nawet bawiło. Później jednak (nie bez pomocy przerwy reklamowej) przeskoczyłem do klasyka i tam już zostałem. Może tak podziałały zdjęcia przynoszące klimat Europy lat 60/70, zwłaszcza z wszystkimi paryskimi widoczkami, może znacznie większa (bo nie pełna) wierność powieści... A może ta zaskakująca bezgłośność, ograniczanie dźwięków i dialogów do minimum, operowanie niemal wyłącznie obrazem, ruchem, barwą. (Poza tym podejrzałem opis na wikipedii i stwierdziłem, że zmodyfikowana fabuła mnie znacznie mniej kręci, a Willis w przebierankach nie jest lepszy od Malkovicha w Na linii ognia). 

Nasunęła mi się przy tym refleksja inspirowana luźno rzuconą w jakiejś dyskusji myślą o książkach, filmach i wyobraźni. Patrzyłem na Szakala, Colette czy Jacqueline* i myślałem "zupełnie inaczej bym sobie ich wyobrażał" (nie jest to zarzut nietrafnej obsady czy słabego występu), nawet jeśli byli tylko nieokreślonymi bytami snującymi się w myślach. Co innego Lonsdale, którego Lebel jest wręcz archetypiczny (choć powieściowy był zdaje się skromniejszej postury).

*jej w ogóle jakieś inne imię dali

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8