Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: muzyka

środa, 21 lutego 2018

Jedną ze wspaniałych i zarazem okropnych cech YouTube (i całego internetu) jest to, że można tam znaleźć prawie (?) wszystko, w szczególności rzeczy których się człowiek zupełnie nie spodziewa. Szuka człowiek jakiejś konkretnej piosenki, a potem wychodzi z jej karaibskimi czy wietnamskimi coverami (mogłem już o tym pisać, nie chce mi się sprawdzać). 

Miałem kiedyś dzień, kiedy zapragnąłem posłuchać kawałka mojej ulubionej niegdyś Nirvany (dziś rzadko wracam, ale sentyment został, a poza tym jak się coś do człowieka przyczepi, to nie ma sensu się bronić). Ponieważ mam beznadziejną pamięć do tytułów, zacząłem szukać po wrytych w mózg otwierających słowach, i wtedy otworzyły się czeluści. Poznałem całą historię piosenki, sięgającą XIX wieku. Poznałem jej przeróżne wykonania z przeszłości. Poznałem jej klasyczną wersję bluesową. Poznałem jej klasyczną wersję bluegrassową. Poznałem jej wersję cajuńską. Ach, wręcz kusi mnie żeby te wszystkie wersje tu powrzucać... 

Ale nie. Daruję wam nawet odkrytego dziś wykonania Grateful Dead. Dziś będzie tylko ta niezapomniana wersja z MTV Unplugged. Nirvana, Kurt Cobain i Where Did You Sleep Last Night aka In The Pines (jak ktoś chce "czystej" muzyki, bez żarcików i pogaduch Kurta, to niech od razu przeskoczy o trzy minuty do przodu)

sobota, 10 lutego 2018

Kiedy słucha się piosenek napisanych i wykonywanych w rodzimym języku, można dostrzec podteksty i ukryte znaczenia. Kiedy słucha się piosenek wykonywanych w języku obcym, w zależności od stopnia biegłości w danym języku tekst przyjmuje się jako dodatkową warstwę, rozumie się go mniej więcej, a czasem nawet pojmuje się głębsze myśli i łapie podteksty. Czasem niezdolność do wyłapywania smaczków nie przeszkadza w zachwycaniu się utworem...

Dona McLeana pewnie nie każdy kojarzy, w końcu nie każdemu muszą się podobać folkowe songi z lat 60-czy 70-tych. Jestem ciekaw, czy jego najbardziej znany utwór jest bardziej znany z oryginału, czy ze skrótowego coveru Madonny - a tekst American Pie jest dla Amerykanów zagadką prawie tak wielką jak to kto zabił Kennedy'ego. Dziś napiszę jednak o zupełnie innej piosence...

Starry, Starry Night brzmi jak typowa ballada romantyczna o dość mrocznym klimacie i brzmieniu, o miłości raczej nieszczęśliwej. Wczytanie się w tekst prowadzi do myśli "hmm, co autor tym razem chciał powiedzieć..." - i wtedy zauważamy, że oficjalny tytuł piosenki to Vincent. Cała piosenka to opowieść o van Goghu, kto chce niech powie: hołd, w każdym razie najlepiej słuchać mając obrazy przed oczami

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Pisałem swego czasu przy okazji śmierci Wajdy, że ludzie wzdychają na wieść o śmierci kogoś znanego, właściwie nie wiadomo z jakiego powodu - bo niekoniecznie ten zmarły mógł dawać coś więcej niż wspomnienie (Wajda wciąż kręcił). Przychodzą takie wiadomości o śmierci kogoś tam (dziś rano np. legendarnego amerykańskiego kierowcy Dana Gurneya) i człowiek kwituje je skinieniem głowy. A czasem jednak wiadomość o czyjejś śmierci robi jednak wrażenie na człowieku (ostatnio tak miałem przy fałszywej wiadomości o śmierci Arethy Franklin), w końcu nieco ponad roku temu informacja o śmierci Carrie Fisher głęboko przeorała mnie w środku, sam nie wiedziałem jak wiele dla mnie znaczyła jako Księżniczka Leia (i nie dlatego, że ominął - mnie i Ją - Epizod Dziewiąty, gdzie miała być jedną z głównych bohaterek).

Dolores O'Riordan poznałem pewnie w 1994 roku, nie będę udawał eksperta który zapamiętał ją wcześniej. "Zombie" gryzło do kości i zostało ze mną na zawsze (pojawiało się zresztą w moich głosowaniach w Topach), ale byłoby krzywdzące dla Dolores i zespołu The Cranberries sprowadzanie ich do wykonawcy tej jednej tylko piosenki. Zespół tworzył klimat w swoich piosenkach, a Dolores zachwycała głosem. I co z tego, że dziś nie byli w stanie wykrzesać z siebie tyle co 20+ lat temu?

Na pożegnanie zmarłej dziś nieoczekiwanie Dolores jej (ich) utwór o najbardziej adekwatnym tytule - "Kiedy odeszłaś" (nawet jeśli nie wiemy czy rodzaj był prawidłowy). When You're Gone. Choć mogłoby ich być wiele. 

RIP Dolores.

wtorek, 26 grudnia 2017

Złamałem się. Miałem nie brać udziału w kolejnej edycji tradycyjnego Topu Wszech Czasów, ale kolega gdzieś tam pisnął że zagłosował mimo wszystko, a że świąteczna atmosfera lenistwa to pomyślałem sobie: a czemu nie...

Pisałem jakiś czas temu, że przestało mi robić różnicę, czy Dire Zeppelin będzie tym razem przed Purple Floyd, czy nie (tak naprawdę jedyne co mnie w ostatnich wydaniach w miarę interesowało, to czy dalej będzie pchane w górę przereklamowane Archive). Ponieważ w mechanizmie głosowania nie nastąpiły zmiany (100 piosenek z długiej listy z ostatnich 100 lat, no może o parę latek przesadziłem), to wynik jest z grubsza przewidywalny - postanowiłem jednak w ramach zupełnie niezauważalnego trollingu realizować swoją koncepcję Topu XXI wieku. 

Ależ sobie w związku z tym nawymyślałem. O ile wszystkie Wielkie Hity zasadniczo odciąłem w ten sposób jednym cięciem, to przy setkach innych piosenek musiałem się głowić, czy spełniają podstawowy warunek (który ostatecznie wewnętrznie określiłem sobie jako publikacja najwcześniej 1 stycznia 2000 roku). Zapewne wiele osób pamięta, czy X zaśpiewał Y w roku 2001 czy 1998, ja jednak nie obciążam pamięci takimi drobiazgami (a niestety, z samych 1990s dałoby się ułożyć osobny plebiscycik). Ostatecznie po przejrzeniu danych iluś tam piosenek (i odsłuchaniu niektórych, bo przecież tytuł niekoniecznie mi coś mówi) padło na 50, i wcale nie było tak że zagłosowałem na wszystkie bez wyjątku. Przy wszystkich wcieleniach Kazika nawet mi się nie chciało sprawdzać roczników... 

Adele, Alicia Keys, Amy McDonald, Amy Winehouse, Arctic Monkeys, Basia Stępniak-Wilk, Brainstorm, Brodka, Chemical Brothers, Coldplay, Daft Punk, Dave Matthews Band, Dido, Duffy, Evanescence, Florence And The Machine, Franz Ferdinand, Gnarls Barkley, Gorillaz, Green Day, Happysad, Hey, Hurt, James Blunt, Kaiser Chiefs, Katie Melua, Kayah, Killers, Lao Che, Janerka, Moby, Outkast, PJ Harvey, R.E.M., Raz Dwa Trzy, Reamonn, Robbie Williams z Nicole Kidman, Royksopp, Stereophonics, Strachy na Lachy, Tori Amos, White Stripes.. Sam tę listę uważam za niekompletną, ale tak to jest jak się wybiera a la carte, a nie podsuwa własne propozycje, niektórych wykonawców zabrakło w ogóle, niektórzy mieli akurat zupełnie nieprzekonujące kawałki (tytuły możecie zgadywać, albo nie). 

A na do widzenia zagramy kawałek, który w moim głosowaniu już się pojawiał po prostu. Adelo, prosimy.

14:53, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (2) »
środa, 13 grudnia 2017

Stara piosenka głosi, że w Południowej Kalifornii nigdy nie pada (mało kto słucha dość uważnie by dostrzec, że nie pada, lecz leje). Jeśli nie pada, to jest sucho; jeśli jest sucho, to rośnie stopień zagrożenia pożarowego, a wtedy...

W tym roku w Los Angeles w październiku i listopadzie opady były o 94% procent poniżej średniej (powtarzam: 94% poniżej średniej, nie 94% średniej). W efekcie "tradycyjne" październikowe pożary (taki tam mają klimat) przeciągnęły się na cały listopad i niewykluczone, że potrwają nawet do Świąt, ogień zagraża już nawet rezydencjom bogaczy w Bel Air, strażacy bezradnie rozkładają ręce.

Spowodowane przez człowieka zmiany klimatu - bo to one stoją za tą sytuacją - w różnych miejscach mogą się różnie objawiać. W Kalifornii sucho jak wiór, z kolei na wschodnim wybrzeżu mieliśmy w tym roku potężne huragany, niosące ponadnormatywne deszcze zalewające całe połacie. A teraz na dodatek z północy dmucha zimnem, i na Florydzie mamy przymrozki, a w Teksasie opady śniegu, od San Antonio i Austin po Houston.

Chyba nie o take zmiane chodziło.

sobota, 02 grudnia 2017

Jeśli ktoś miał wrażenie, że ostatnie Listy Poranników były tworzone w sposób dość wysilony, to ma sporo racji, głównie dlatego, że mniej ostatnio puszczam muzyki o poranku. Nadal trochę, nadal taguję, ale dochodzę do wniosku, że spisywanie tego traci sens, więc już tylko zamkniemy rok (z lekkim zapasem) i będziemy kończyć ten projekt.

The Qemists - Iron Shirt
Alvaro Soler ft. Jennifer Lopez - El Mismo Sol
Lech Janerka - Lola
Jesus Christ Superstar - What's the buzz 
The Rolling Stones - Paint It Black
Foo Fighters x Rick Astley - Never Gonna Give You Up
Souljazz Orchestra - Bull's Eye
Meena Cryle - It Make You Scream
George Michael - Jesus to a Child
Virna Lindt - Underwater Boy
Ella Fitzgerald - These Boots Are Made For Walkin
Tori Amos - Famous Blue Raincoat
The Adolescents - House of the rising sun 
Ebo Taylor - Love&Death
Joss Stone ft. Yes Sir boss - Come Together
Jain - Come
Guns'N'Roses - Paradise City
PRL - A ty maszeruj
Will Smith - Gettin' Jiggy With It
Smokie - Mr. Tambourine Man
Republika - Telefony
Teddybears - Cobrastyle
As Tears Go By - Vitamin String Quartet
Przebudzenie - Przemysław Gintrowski
Charlotte Gainsbourg - Hey Joe

Oczywiście, jeśli kiedyś w przyszłości dostanę przypływu energii i będę porannej muzyki wrzucać dużo, to może któregoś dnia jakaś lista się znowu pojawi, a może tylko będą pojedyncze piosenki z porannych odkryć i eksperymentów. Na koniec pierwszego sezonu Listy Poranników - Cobrastyle.

czwartek, 05 października 2017

Koniec roku zbliża się nieubłaganie,tylko patrzeć jak rozpocznie się tradycyjne coroczne głosowanie na Trójkowy Top Wszech Czasów, tylekroć już wzmiankowany na blogu. Uważni czytelnicy może nawet pamiętają, że ostatnio Top prawie że manifestacyjnie olałem, co to będzie w tym roku? Pewne zmęczenie materiału wyczuwam, bo i ze "sportowego" punktu widzenia wkradła się nuda, wciąż te same kawałki jak w Rejsie, nawet jeśli tu czy tam się coś zmieni ("z piątego na siódme" brzmi jak "na Bugu we Włodawie przybyło pięć").

Prowadziliśmy sobie czasem różne dyskusje, że przydałoby się coś w tym Topie zmienić, żeby go urozmaicić (wolno prowadzić niewiążące dyskusje, format określą i tak redaktorzy), prowadziłem sobie i ja prywatne rozmyślania. I tak jakoś zupełnie niedawno uświadomiłem sobie że czas leci jak szalony, i mamy już oto co najmniej siedemnasty rok bieżącego stulecia. I tak ciągnąc tę myśl uświadomiłem sobie, że puszczałem przecież wiele zacnych kawałków, które niewątpliwie powstały już w tym stuleciu (nawet zacząłem sobie notować na pulpicie...). I wtedy już całkiem gotowa była myśl, że fajnym pomysłem byłoby głosowanie na najlepsze piosenki XXI wieku. 

Ciekawe, czy ktoś takie głosowanie już robi.

23:09, bartoszcze , Kult-ura
Link Komentarze (4) »
wtorek, 05 września 2017

Idę na łatwiznę, prawda? Nie chciało mi się wrzucać porannych kawałków dość często, żeby notowanie miesięczne jakoś wyglądało, to zbieram w dwa, a teraz nawet w trzy miesiące (i wygląda jakby było Dużo). Zastosuję się jednak do Bablowskiego "gra mało, ale za to gra smacznie" i zaraz wyrzuty sumienia jak ręką odjął.

A letnia muzyka... Chwaliłem się już że byłem na Woodstocku? (#wężykiem). Właściwie to gdybym mógł, to od drugiego tygodnia sierpnia tylko bym w kółko puszczał to co tam słyszałem (z tych co mi się podobały). Ale że monokultura nie jest zdrowa (a kawior jedzony chochlą to po prostu rybie jaja), to ciut więcej różnorodności się pojawi.

Jethro Tull - We Used To Know
Clutch - Electric Worry
Beth Hart - Tell Her You Belong To Me
Bułat Okudżawa - Paka Ziemla jeścio wiertitsia
The Clash - London's Burning
Meredith Brooks - Bitch
The Cyrkle - Kites
Ensiferum - Iron
John Lennon - Whatever Gets You Through The Night
R.E.M. - The Outsiders
Nina Persson - Charlie

Wojciech Młynarski - Diatryba
Wojciech Młynarski - Przetrwamy
Kult - Hej Czy Nie Wiecie
Jacek Kaczmarski - Powrót sentymentalnej panny S
Pointer Sisters - I'm so excited
Duane Allman & Aretha Franklin - The Weight
Manu Chao - Me Gustas Tu

The Qemists - Run You
Dub Inc - koncert na Woodstock
Dub Inc - Revolution
Lady Pank - Pokręciło mi się w głowie
Guru feat. MC Solaar - Le Bien, Le Mal
Franz Ferdinand - Take Me Out
Queen - Killer Queen
Manfred Mann - Doo Wah Diddy
Klaus Mitffoch - O głowie
Junkie XL, Elvis Presley - A Little Less Conversation
Ska Cubano - Babalu 

Oczywiście, gdybym miał puścić teraz co mi Najbardziej W Duszy Gra, to odpaliłbym The Qemists, ale ten Run You tyle co było prezentowane. Puszczę więc jedyny kawałek, którego tytułu obecnie nie znam, bo pojawił się w cyklu porannikowym jako po prostu Woodstockowe wspomnienie, wyszperane naprędce. Z drugiej strony nieważne do końca jak to się oficjalnie nazywa, po prostu pobujajcie się z Dub Inc i poczujcie tę atmosferę.

Tagi: muzyka
18:57, bartoszcze , Kult-ura
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 września 2017

Chwaliłem się już w zeszłym miesiącu, że byłem na Woodstocku, ale wtedy ograniczyłem się do najbardziej ogólnych obserwacji. Już sam fakt, że byłem, można uznać za pewne zaskoczenie, wyjaśnię od razu, że to wynik pewnego niecnego spisku. Spiskowcy nie tyle postawili mnie prze faktem dokonanym, ile zadali mi pytanie znienacka, na tydzień przed - a ja nie myślałem zbyt długo, tylko sprawdziłem jak mi kalendarz wygląda, no i kilka dni później...

Nie wnikając we wszystkie szczegóły logistyki, dotarliśmy na Przystanek jakoś po czternastej w sobotę. Ponieważ nie byłem inicjatorem, zdawałem się w całości na spiskowców - a ci mieli pewne plany, czego posłuchać. Ruszyliśmy więc przez leśne dróżki kostrzyńskiego Woodstocku, by na piętnastą dostać się pod Dużą Scenę, gdzie miał wystąpić Nocny Kochanek. Ze sceny łomotało, tłum radośnie śpiewał, wokalista ma duże możliwości głosowe - ale teksty w polskim metalu nie przekonują mnie zupełnie, więc tylko lekko poskakane towarzysko było. Później, niestety, ruszyliśmy na ogólne zwiedzanie i zakupy, rychło utkwiliśmy w kolejce do Siemasklepu (jak po dobra rzadkie za komuny, doświadczenie się przydało), i tam stojąc słyszeliśmy na szczęście, jak Dużą Scenę przejęli we władanie Dub Inc. O jak ładnie nóżka chodziła w tej kolejce... gdybym wiedział, to może olałbym Nocną Zmianę Miłości i odstał zawczasu, a potem reggae'owo bujał się w tłumie... Ale co się stało, to się nie odstanie. Po dokonaniu wielkiego obchodu (który i tak obejmował najwyżej połowę wszystkiego), powróciliśmy jeszcze na sesję wieczorną. Na 22-gą zaplanowany był koncert Nothing But Thieves. Mam wrażenie, że albo nie byli w formie, albo zwyczajnie nie pasowali do tego miejsca, może po prostu odczuwali skutki podróży - dotarli bez swoich instrumentów (pozdrawiamy linie lotnicze czy kto tam był odpowiedzialny), występowali ze sprzętem pożyczonym im przez inne zespoły. Jak dla mnie brakowało w tym kopa, jakiejś spójności, aczkolwiek interesująco patrzyło się na małolaty (nie wiem czy gimnazjalne, licealne czy studenckie) wyśpiewujące kolejne kawałki, dla nich ewidentnie było to spotkanie z Idolem. My natomiast zmyliśmy się przed końcem z powodu lekkiego zmęczenia, gdyż...

Ta nazwa nic zupełnie nam nie mówiła (a mnie na pewno). Przebywaliśmy sobie w sąsiedztwie sceny, dopijając piwo (w bezpośrednie sąsiedztwo wstęp z alkoholem był zakazany, pozdrowienia dla Pokojowego Patrolu), kiedy po kolejnej zmianie na Dużej Scenie zaczęli się produkować The Qemists (nawet nie wiedziałem jak się to pisze). Łomotało zacnie, piliśmy szybciej (zresztą się ściemniało), weszliśmy w tłum, zbliżyliśmy się do sceny. Oni się rozkręcali, my się rozkręcaliśmy, skakaliśmy, pod koniec to już był cudowny trans, przy którym zupełnie nie czuliśmy zmęczenia. Trzyma mnie do dziś.

Więc dla wszystkich Woodstockowiczów i tych, którzy nie byli - The Qemists, Run You, tu w wersji teledyskowej, kto ciekaw jak wyglądało na żywo, niech sprawdza na Kręcioła TV.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Spacerowałem sobie spokojnie ulicami centrum Brna, chłonąc nieznany mi dotąd urok tego miasta. Upał nie wpływał pozytywnie na zmysły, na dodatek tu i tam trzeba było zachować sporą czujność, by omijać tramwaje (deptak deptakiem, ale tramwaj ma swoje większe prawa, choćby z racji gabarytów), które czasem zgrzypiały, a czasem mniej. I kiedy tak dzieliłem uwagę między przyglądanie się zacnym kamienicom (Praga i Budapeszt nie mają po co zadzierać nosów) a wyglądanie zagrożeń na szynach, usłyszałem na swój sposób znajome dźwięki.

Pisałem już kiedyś, że jednym z małych powodów założenia tego bloga było notowanie muzycznych odkryć i obsesji. Kiedy Blox udostępnił tagi, szybko pojawił się "przyczepiło się niech leci", zbierający wszystkie małe fascynacje, czasem trzymające dzień lub dwa, a czasem powracające latami, niezależnie od ich wartości muzycznej ("good or wrong, my ass"). Ta piosenka czepia się mnie od dawna, za każdym razem kiedy znienacka wyskoczy (nie mam jej nigdzie zapisanej podręcznie), choć to chyba taki one-shot zespołu, który poza tym z niczym mi się nie kojarzy.

Brneński grajek uliczny nie miał wielkiego talentu wokalnego ani gitarowego, zachowywał jednak minimum klimatu. Nawet przez moment zastanawiałem się czy nie rzucić mu paru koron (niczym Taco Hemingway w metrze) za sam dobór repertuaru i stworzenie odrobiny Hollywood na wzgórzach morawskiej stolicy. I pomyśleć że Sunrise Avenue jest kapelą fińską. 

Aha, gramy: Hollywood Hills

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12