Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: Pjongczang 2018

sobota, 24 lutego 2018

Koreańskie igrzyska (właśnie zmierzające do końca) zawsze stały w złowrogim cieniu Kima: czy Kim zza nieodległej granicy będzie prowokował? czy będzie straszył wojną, czy też uszanuje olimpijski ekecheiria? I choć atmosfera ostatnich miesięcy była gorąca, to na czas igrzysk Kim wybrał sen zimowy, wysyłając do Pjongczangu swoje cheerleaderki i trochę sportowców, w tym hokeistki wepchnięte na siłę do reprezentacji Korei Południowej.

Ale ja o zupełnie innym Kimie. Ten ma 19 lat, metr siedemdziesiąt osiem wzrostu i siedemdziesiąt sześć kilo wagi. Nazwisko ma po matce Koreance, gabaryty po ojcu Norwegu. Urodzony w Korei jako Kim Magnus, mieszkający w Norwegii jako Magnus Boe, błyszczał na igrzyskach młodzieży i mistrzostwach świata juniorów, w seniorskim bieganiu sukcesów na razie nie odniósł. 

Dla Koreańczyków był jednak prawie nadzieją i wdzięcznym obiektem kibicowania, nie tylko dlatego że włosy wiąże w tradycyjną koreańską kitkę. W półfinale sztafety sprinterskiej szalał na pierwszej zmianie, doprowadzając koreańskich widzów do ekstazy, kiedy na stadion wpadał jako pierwszy (nawet jeśli na linii pomiaru czasu wyprzedził go Szwed), później się już nie musiał przemęczać, bo na kolejną zmianę ruszał już z miejsca dwunastego. W maratonie dobiegł na 47 miejscu (na 63 biegaczy którzy dotarli do mety), z kwadransem straty, ale na stadionie jechał kłaniając się widzom, na mecie widowiskowo wysunął nogę, jakby walczył narta w nartę, choć od rywali w obie strony dzieliło go pół minuty - wszystko dla lokalnych kibiców.

Nie wiem jak się Magnus będzie rozwijał i czy będzie szansą na koreańskie medale w biegach, na dziś wygląda na szansę porównywalną z tą, jaką dla nas stanowi Dominik Bury.

sobota, 17 lutego 2018

Stefan Hula był zawsze cichy i spokojny. W swoich słabszych latach nieraz robił za dyżurny obiekt odreagowania frustracji kibiców, bo nazwisko świetnie mu się nadaje do przekręcania na "Bula", kiedy skakał w drużynie równo, to był tym raczej niewidzialnym członkiem drużyny. A potem w sezonie olimpijskim został znienacka mistrzem Polski, dobrze się pokazał w TCS, otarł się o indywidualne podium w Zakopanem... I w pierwszej serii na średniej skoczni w Pjongczangu (nieważne jak się sama wioska nazywa) poszybował na stojedenasty metr, a potem do końca serii stał na miejscu dla lidera. I cała Polska trzymała wtedy kciuki za odwołanie drugiej serii, zwłaszcza że Kamil był (ex aequo) na drugim miejscu, ale to Stefan zostałby ponownie Fortuną (nawet odległość się zgadzała, choć Wojtek na dużej skoczni).

Nie udało się, w drugiej serii minimalnie zabrakło do medalu (Wellinger nie dał szans na mistrzostwo), pomiędzy drugim a piątym miejscem różnica wyniosła 2,1 punktu, między trzecim a piątym 0,9 pkt. Przetrawiliśmy przez cały tydzień wściekłość na sędziów "że nie przerwali" (choć to mało sportowe), że "źle punktowali", że "wskaźniki wiatru oszukują" i że w ogóle to doliczanie za wiatr jest bez sensu. Przeliczyliśmy pracowicie, że gdyby ten konkurs prowadzić "na starych zasadach" to medal byłby nasz (choć nie złoto, Wellinger latał najdalej), dyskretnie zapominając że z pierwszej piątki tylko Stefan skorzystał z dobrodziejstwa wyższej belki. Żal za utraconym medalem (jednym lub więcej) przysłonił nam fakt, że przede wszystkim nie udała się tak wspaniała historia olimpijska, gdzie mistrz (medalista) stanąłby po raz pierwszy w niekrótkiej karierze na podium konkursu indywidualnego (licząc ZIO, MŚ i PŚ oczywiście).

A takich historii w Pjongczangu nie brakuje. Nieoczekiwani medaliści w biathlonie to już klasyka (niestety najczęściej nie na naszą korzyść...), wczoraj w snowboardowym crossie nieoczekiwanie po medal sięgnęła najmłodsza w stawce 16-letnia Francuzka. Nic to jednak w porównaniu z dzisiejszym supergigantem. Kiedy czołówka zjechała i wydawało się, że można już przechodzić do ceremonii wręczenia maskotek (medale wręcza się później), na starcie stanęła czeska snowboardzistka Ester Ledecka (na nartach pożyczonych od zniechęconej faworytki Michaeli Shiffrin). Kiedy minęła linię mety w czasie o 0,01 sekundy lepszym od liderki, nie cieszyła się - długo wyglądała jakby nie wierzyła w poprawność wyświetlonego czasu. Na konferencji prasowej siedziała w goglach, bo - jak powiedziała - nie przewidziała takiej sytuacji i jest nieumalowana...

Za takie historie kochamy sport.

piątek, 09 lutego 2018

Zawsze lubiłem (i dawałem temu wyraz) wielkie imprezy za te drobiny kolorytu, za uczestników, którzy pojawili się głównie dla udziału: samoańskich sprinterów, pływaka Moussambaniego, który pierwszy raz zobaczył pełnowymiarowy basen na Igrzyskach... Na zimowych igrzyskach też miewaliśmy różnych oryginałów: angielskiego skoczka Edwardsa (nawet jeśli był czystą kreacją), startującą w barwach Tajlandii skrzypaczkę Vanessę Mae, Kenijczyków, którzy z biegania zwykłego próbowali się przerzucić na bieganie na nartach...

Za nieco ponad godzinę rozpoczyna się ceremonia otwarcia Igrzysk w Pjongczangu. Pojawi się tam z flagą swojego kraju samotny reprezentant Wysp Tonga, urodzony w Australii Pita Taufatofua. Pierwsze treningi odbywał na piasku, zanim w końcu przeniósł się trenować na półkulę północną, zakwalifikował się do startu zaledwie kilka tygodni temu. Ma jednak za sobą doświadczenia olimpijskie... dwa lata temu brał udział w letnich Igrzyskach w Rio. W taekwondo. Bardziej by pasowało do narciarstwa artystycznego (baletu narciarskiego), ale ta konkurencja się nie przyjęła...

Pita Taufatofua Tonga Winter Olympics Pyeongchang 2018

Myślę, że i publiczność koreańska (dla której wykonał już parę pokazowych kopnięć), i światowa, polubią Taufatofuę. Nawet jeśli będzie ubrany cieplej niż na ceremonii w Rio.