Czasem coś usłyszę, czasem sobie coś pomyślę, czasem coś z tego tu zdążę zapisać - a czasem nawet zadbam o pełną poprawność pisowni...
Archiwum
Tagi

Wpisy z tagiem: komentatorzy

niedziela, 06 października 2013

SUFLER
(staruszek pracujący z coraz większym opóźnieniem)
"..znowu rzucamy jak z rękawa perłę przed wieprza.."
(całkowicie zasypia z objawami całkowitej sklerozy)

Jestem z natury dość cierpliwy i mam zawsze dużą dozę wyrozumiałości dla ludzi komentujących transmisje sportowe, bo zdaję sobie sprawę, że oni jednocześnie starają się mówić sensownie, orientować się w całokształcie tego co widać i być może tego co nie widać, i jednocześnie udzielają się im emocje takie same jak nam (opanowanie tych emocji może być najtrudniejsze). Z tego powodu zwykle z dużą wyrozumiałością podchodzę do wpadek językowych (choć radośnie się z nich śmieję) i mam spory margines tolerancji na nieporadności merytoryczne. 

Dotyczy to także (a może zwłaszcza) komentatorów polsatowych transmisji F1 (wykpiwanych niemiłosiernie) z nieśmiertelnym Andrzejem Borowczykiem ("jak myślisz Maurycy, czy urocza partnerka sympatycznego kierowcy X..."), którego w tym sezonie wspiera Grzegorz Jędrzejewski, specjalista od wyścigów motocyklowych. Widzą co widzą (ewidentnie korzystają - oprócz przekazu telewizyjnego - z live-timingu i także z nieco szerszego podglądu komunikacji radiowej zespołów), niestety albo nie dostrzegając dużej części tego co się dzieje, albo nie potrafiąc zrozumieć tego co widzą. Dziś niestety (dla nich) nie wytrzymałem już podczas GP Korei. Już pal licho, że nie wyłapują podawanej dyskretnie (acz widocznie) informacji, że poza bieżącym obrazem ktoś kogoś wyprzedził, gorzej, że nie widzą kto zdążył zjechać na zmianę opon (co oczywiście chwilowo zmienia kolejność na torze), nie pamiętają co wynika ze strategii wyścigowych (przez co nie są w stanie zrozumieć, dlaczego w danym momencie ktoś bije rekord okrążenia albo z łatwością wyprzedza innego). Szczytem dla mnie było jednak, kiedy po defekcie opony Pereza dywagowali przez pół okrążenia, kiedy na tor wyjedzie samochód bezpieczeństwa - a sygnał o jego wypuszczeniu pojawił się dosłownie po kilku sekundach od momentu, gdy nad torem na szybkiej prostej pofrunął wielki pas gumy i fragment skrzydła; komentator o refleksie niczym sufler z Gałczyńskiego*, cóż, na dodatek jeszcze dziecku mi w głowie namąci...

A ileż smaczków mieliśmy dziś w wyścigu! Zimne ognie spod przedniego skrzydła Rosberga, kiedy poluzowało się jego mocowanie. Płonący bolid Webbera, którego obsługa nie potrafiła ugasić, że aż wysłali na tor samochód strażacki (co gorsza bez uzgodnienia z dyrekcją wyścigu). Fenomenalna walka o czwarte miejsce, z której zwycięsko wyszedł Hulkenberg (jakże żałowałem, że Vettel nie skończył z defektem, raz że dałoby to Sauberowi podium, dwa że wlałoby odrobinę emocji do umierającej rywalizacji o tytuły). Inżynier informujący Webbera, że na ostatni stint założyli mu mniej wytrzymałe opony supermiękkie "bo zabrakło pośrednich". Gorący pojedynek koło w koło, skrzydło w skrzydło, w wykonaniu czterech Latynosów jednocześnie (Maldonado, Gutierrez, Massa, Perez). I jakże znamienny komunikat motywacyjny, pokazujący bieżące relacje w Lotusie: "Romain, you are faster than Kimi", cóż, Kimiemu nawet nie śmieli tego zasugerować, w końcu odpowiedziałby w najlepszym przypadku "nie rozumiem co do mnie mówisz".

*Metempsychoza z Najmniejszego Teatru Świata

sobota, 28 lipca 2012

Oglądałem prawie w całości ceremonię otwarcia Igrzysk, bo była w odpowiedniej dla mnie porze. Samo widowisko dość słodkie, szczegółów komentować nie będę (choć pomysł z pagórkiem bardzo podoba mi się), bo nie o tym miałem pisać. 

Oglądałem na Eurosporcie, bo na TVP usłyszałem brzmienie głosu redaktora Szaranowicza i nie chciałem zwymiotować przyjemnej kolacji. Komentatorzy Eurosportu też nie byli idealni, niezdarną próbę dopisania Vangelisowi imienia wyśmiano już szeroko, ja się skupię tym razem na innym drobiazgu. Był mianowicie taki moment, w którym na arenie zainscenizowano szpital dziecięcy (swoją drogą można zazdrościć tym dzieciakom, że tak mogły skakać po łóżkach) i pojawiły się różne Czarne Charaktery. Nie wiem, skąd dokładnie komentator czerpał wiedzę, ale obstawiam, że miał na bieżąco anglojęzyczną ściągawkę, bo wśród tych szwarccharakterów wymienił Cruellę de Vil.

Cruella de Mon Cruella de Vil

Znacie? Na pewno znacie, ale we wszystkich polskich wersjach, od kanonicznej kreskówki poczynając, Cruella nosi nazwisko de Mon (zrozumienie budzi większą grozę). I teraz pojawia się pytanie: czy komentator nie skojarzył, o kogo chodzi, nie znał polskiej wersji - czy też może tak wsiąkł w kulturę masową w wersji powszechnej, anglojęzycznej, że w ogóle nie zastanawiał się nad możliwością istnienia innej wersji niż oryginalnej angielskiej (to iostatnie o tyle niepewne, że na świecie tworzono Cruelli rozmaite wersje imienia i nazwiska)? Bo opcja, że był zbyt leniwy, żeby wyjść ponad przeczytanie tego, co miał na ekranie, jest właściwe jedną z form opcji pierwszej.

niedziela, 05 lutego 2012

Oglądam ćwierćfinały Pucharu Narodów Afryki. Wczoraj w meczu Gwinei Równikowej przez blisko kwadrans realizator zmuszony był pokazywać obrazki z trybun i reklamy (za to w tym czasie Drogba najpierw zmarnował karnego, a potem strzelił otwierającego gola). Dziś obraz w meczu Tunezja-Ghana zniknął tylko na parę minut, bez szkody dla widowiska zresztą.

Odruchowo cisną się jakieś słówka o Trzecim Świecie. I faktycznie, wg dzisiejszej informacji na pasku informacyjnym, problemy były spowodowane jakąś awarią zasilania. Ale wczoraj - jak przyznali komentatorzy - problem leżał w intensywnej śnieżycy. Nad dobrą, cywilizowaną Europą. Nad starym, dumnym Albionem.

I może afrykański komentator nie powiedziałby "uratował przed straconą utratą bramki"...

czwartek, 21 lipca 2011

Relacjonując tegoroczny Tour nieoceniony duet J&W na etapach pirenejskich zaczął z wielkim przekąsem mówić o "czajnikach". To złośliwe określenie odnosiło się do kolarzy z czołówki, którzy zamiast próbować atakować, zmieniać układ w klasyfikacji, walczyć o koszulkę lidera, skupiali się na wzajemnym obserwowaniu i pilnowaniu się, żeby broń Boże któryś nie uciekł. Takie "czajenie się" (tutaj złośliwość podpowiada mi na dodatek Hugh Granta w "Czterech weselach i pogrzebie", jak sugerował Andie MacDowell "przyczajenie się" w pokoju - a przynajmniej w jednej z wersji polskich list dialogowych) trwało przez większość etapu, aż po niemal ostatnie metry, kiedy w ostatniej chwili ktoś wreszcie postanawiał nacisnąć mocniej, nie zarabiając na tym jednak wiele, bo jaką przewagę można zbudować na kilkuset metrach średnio stromego podjazdu.  

Wszyscy wtedy zastanawiali się, jakie faworyci mają plany i priorytety, zwłaszcza bracia Schleckowie, których grupa często mocno prowadziła peleton sobie a muzom. Wydawało się, że skupiają się głównie na utrzymaniu przewagi nad Contadorem, ignorując właściwie fakt, że liderem nieoczekiwanie jest Thomas Voeckler. No i tak utrzymywali tę przewagę nad Contadorem, nawet leciutko ją powiększając, a Voeckler tymczasem swojej przewagi zasadniczo nie tracił, i wykorzystywał sytuację niemal bezczelnie, wychodząc z zasady "oni niech się szachują, czarują i czają, a ja mam dwie minuty przewagi to co się będę męczył". Podobno - jeśli wierzyć naszym ulubionym komentatorom - Voeckler szybko liczy w myślach i zawsze wie, jaką kto ma przewagę nad kim, a kto do kogo ile traci, rzeczywiście lub wirtualnie. Ciekawe jak szybko liczą inni.

No i tak Pireneje minęły spokojnie, Voeckler nie stracił, Schleckowie utrzymali się przed Contadorem, Contador odpoczął. Zaczęły się Alpy, Contador zaczął kąsać. Dwa etapy z rzędu zręcznie atakował, a Luksemburczycy gonili z wywieszonymi ozorami. W efekcie czołówka się jeszcze bardziej spłaszczyła - w ogóle jest fascynująco, bo czołowa ósemka mieści się w w czterech minutach - a przed nami dopiero decydujące etapy, dwa mocne górskie i czasówka. Będą musieli atakować, bo na razie na wszystkich tych manewrach wydaje się, że wygrał Evans, który ma już tylko niespełna półtorej minuty straty do lidera, a na czasówce może być mocny. Bardziej się czaił, czy kalkulował?

A więc do popołudnia, do piątku, do soboty - i Paryż czeka. Na kogo? Myślę, że nie na Schlecka, ale może oni chowają siły na największą górę. 

niedziela, 30 stycznia 2011

Komentatorzy są różni: mają swoje mniej lub bardziej drażniące maniery i przyzwyczajenia, są mniej lub bardziej lotni i bystrzy, sa mniej lub bardziej inteligentni i elokwentni. Bez względu na to, co z powyższych komu odpowiada, jedna rzecz jednak powinna być dla wszystkich wspólna: powinni być kompetentni. Powinni wiedzieć o czym mówią, powinni wiedzieć co się dzieje, a jeżeli już nawet jakimś zdarzeniem losu nie wiedzą, to powinni zachować na tyle rozwagi w komentowaniu, by nie zdradzać się z nieznajomością tego, co widzom się wyświetla na ekranach, zwłaszcza kiedy się komentuje ze studia telewizyjnego.

A mnie właśnie w ten weekend dwóch komentatorów Eurosportu wyprowadziło lekko z równowagi. Pierwszy właściwie bardziej rozbawił, kiedy komentując rywalizację łyżwiarską był uprzejmy stwierdzić mniej więcej "X od wszystkich sędziów dostał noty powyżej 7,5, tak że średnią miał dokładnie 7,5", bo tym wystawił świadectwo jedynie własnym zdolnościom matematycznym i logicznym. Zdecydowanie bardziej mnie zezłościł red. Chruścicki, który komentując konkurs w Willingen wypalił w pewnej chwili w drugiej serii, widząc ile punktów jeden z zawodników (chyba Jernej Damjan) dostał "bonusu za wiatr w plecy" - że w pierwszej serii nikomu aż tak mocno nie powiało, bo najmocniejszy wiatr w plecy miał Kamil Stoch. Nie wiem, co red. Chruścicki robił w pierwszej serii, ale gdyby ją uważnie oglądał, to zauważyłby, że znacznie mocniejszy wiatr od Stocha mieli chociażby Neumayer czy Ito (złota zasada: jak nie wiem, to nie mówię). Ruszyło mnie to głównie dlatego, że red. Chruścicki jest już u mnie na cenzurowanym od kilku konkursów - do tego stopnia, że słysząc go poważnie rozważam przełączenie się na angielskiego komentatora..

 

sobota, 19 czerwca 2010

Dzisiaj wyjątkowo nie o F1, tylko o F2:) Jeździ od niedawna w tym cyklu "nasza" reprezentantka, sympatyczna z wyglądu (bo tylko tak ją znam) Natalia Kowalska. Jeździ na razie, powiedzmy otwarcie, raczej średnio -  w sześciu dotychczasowych wyścigach bieżącego sezonu nie zdobyła punktów, a w kwalifikacjach zajmuje miejsca w drugiej dziesiątce, w eliminacjach do dzisiejszego wyścigu w belgijskim Zolder uplasowała się na 15. pozycji.

Oglądałem dzisiaj ten wyścig (przynajmniej w początkowej fazie) i nie mogę do tej pory wyjść z wrażenia, jak bardzo nie panowali nad sobą komentatorzy Eurosportu. Po starcie piali z zachwytu, jak fantastycznie Kowalska wyprzedziła trzech rywali i z 15. awansowała na 12. miejsce. Zupełnie im nie przeszkadzało, że w tzw. międzyczasie jeden z kierowców wyprzedzających Kowalską otrzymał karę i został na starcie cofnięty o kilka pozycji (tak że była ustawiona na 14. polu), a kierowca z 12. pola z powodu problemów technicznych startował z boksów. Zatem z trzech "pokonanych" na starcie rywali, Kowalska dwóch nie musiała wyprzedzać wcale. Później jeden z kierowców pierwszej dziesiątki zaliczył efektownego bączka na zakręcie, zatrzymując jeszcze dwóch innych. Naturalną koleją rzeczy było, że ta trójka musiała przepuścić wszystkich, zanim była w stanie ruszyć dalej. Cóż, komentatorzy znaleźli okazję, żeby zachwycać się, jak to Natalia Kowalska sprytnie ominęła te zawalidrogi (a mogła na nich wpaść, no nie?), dzięki czemu zaczęła jechać na punktowanym miejscu.

Natalia Kowalska nie zdobyła punktów w tym wyścigu, bo na piątym okrążeniu zaliczyła pobocze, straciła tempo (chyba opony słabo się wtedy poczuły), a trzy okrążenia później znów przeszarżowała w zakręcie i zakończyła wyścig na bandzie (przy okazji wypuściła na tor safety car). Nie wiem, kiedy zacznie punktować w F2, na razie nie mam przekonania, że trafi do F1 (nie dlatego, że jest kobietą, to przez to, że chyba jest jeszcze zbyt słabym kierowcą jak na tę klasę), choć życzę jej jak najlepiej. Nic jednak nie usprawiedliwia podniecenia, jakie ogarniało komentatorów, którym wzrok i umysł wyraźnie wtedy przyćmiewało.